ELOY „Eloy” (1971)

Debiutancki album niemieckiej grupy ELOY wyszedł w intrygującej do dziś okładce: bajerancka, rozkładana i wieloczęściowa. Na samej górze dekiel od kubła na śmieci (kartonik ładnie przycięto w tym właśnie kształcie), pod nim wnętrze owego kubła z jego zawartością: trochę petów i „apetyczna” kanapeczka, tak na oko – tygodniowa. Trzeba przyznać –  pomysł oryginalny i zaskakujący. Nic więc dziwnego, że w Niemczech płyta funkcjonowała także pod nazwą „Mulltonne” (niem. „śmietnik”), choć oficjalnie jej tytuł brzmiał tak jak i nazwa zespołu, czyli po prostu„Eloy”.

"Zawartość" środka oryginalnej okładki LP "Eloy" (1971)
„Zawartość” środka oryginalnej okładki LP „Eloy” (1971)

Moja przygoda z muzyką ELOY zaczęła się od płyty „Silent Cries And Mighty Echoes” (warto będzie poświęcić jej trochę miejsca w przyszłości), która wydana została w 1979 roku. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że zespół nagrywał ją w atmosferze wielkich kłótni i sporów, ale to w bólu ponoć rodzą się wielkie albumy, czego dobitnym przykładem choćby płyty takie jak „The Wall” Pink Floyd, czy debiut U.K. Potem przeszedł czas na kolejne: „Ocean” ( z okładką zaprojektowaną przez naszego rodaka Wojciecha Siudmaka), „Power And The Passion”, „Dawn”, „Colours”… Debiut poznałem później. Dużo  później.

Grupa ELOY (1971)
Grupa ELOY (1971)

Historia grupy zaczyna się w 1969 roku, kiedy to gitarzysta Frank Bornemann skupia wokół siebie grono muzyków: perkusistę Helmuta Drahta, wokalistę Ericha Schrievera, grającego na instrumentach klawiszowych Manfreda Wieczorke i basistę Wolfganga Stockera, z którymi zawiązuje zespół nazywając go ELOY. Nazwa wzięła się z fascynacji literaturą science fiction Franka Bornemanna, w szczególności zaś powieścią Herberta George’a Wellsa „Wehikuł czasu„. Jej bohaterami byli Elojowie, żyjąca w odległej przyszłości rasa ludzka, miłująca pokój i bliski kontakt z naturą. Myślę, że Bornemann skojarzył sobie Elojów z hippisami, co też wkrótce znajdzie swe odbicie także i w muzyce  zespołu. W muzyce, która obok nurtu hippie, oscylowała wokół symfonicznych brzmień z przebojowymi melodiami, wokół kraut rocka (ale bez eksperymentów formalnych) i mocnego hard rocka. Taki styl stał się zresztą wizytówką grupy Bornemanna na długie lata, choć oczywiście z biegiem lat brzmienie stawało się coraz bardziej nowoczesne, z bardziej rozbudowanymi i  ciekawszymi  kompozycjami.

Debiutem płytowym ELOY był singiel wydany za własne pieniądze, który sprzedawano głównie na koncertach grupy. Wydany w 1970 roku przez wiele lat był muzycznym rarytasem. Po raz pierwszy wznowiono go dopiero na CD w 1997 roku! Utwory „Walk Alone” i „Daybreak bardzo bliskie są wczesnym nagraniom Deep Purple. Nawet śpiew Ericha Schrivera przypomina Roda Evansa.  Szkoda, że wówczas singiel ten przeszedł bez echa. Słuchając ich dzisiaj trudno im (poza oczywiście oryginalnością) cokolwiek zarzucić. Uparty Bornemann zdołał jednak doprowadzić do podpisania kontraktu płytowego z firmą Philips. Ponoć stało się to po tym, jak zespół wygrał lokalny konkurs dla młodych talentów, którego główną nagrodą była możliwość nagrania własnego krążka. Muzycy nigdy tego oficjalnie ani nie potwierdzili, ani też nie zaprzeczyli, więc przyjmuję to za jedną z wielu zresztą  legend, którą stworzono na potrzeby fanów. Faktem jednak jest to, że płytę w studiu nagrywali z legendarnym muzycznym producentem, Conny Plankiem, jednym z najlepszych w całej historii rocka! Nie dziwi zatem, że brzmieniowo nagrania z singla i dużej płyty dzieli kosmiczna przepaść! Nie było to jeszcze co prawda mistrzostwo świata, ale utwory nie brzmiały już tak nieporadnie i surowo.

ELOY "Eloy" (1971)
ELOY „Eloy” (1971)

Pierwsze wrażenie po wysłuchaniu tego debiutanckiego albumu jest takie, że grupa lubiła sobie konkretnie pohałasować. Mamy tu hard rock z elementami psychodelii i prog rocka z rozbudowanymi i finezyjnymi aranżacjami. Ale też zespół nie do końca wyrzekł się pokusie zaśpiewania prostych piosenek. Do takich można zaliczyć otwierający całość utwór „Today” – zgrabny, rytmiczny z wokalizą Schrivera w refrenie, który nasuwa skojarzenia z purplowskim „Hush” (z Evansem na wokalu). I choć ma on w sobie pewien urok, dziś  absolutnie nie kojarzy się z właściwym stylem ELOY. Dużo bliższy temu stylowi jest następny numer: „Something Yellow” będący swoistym ekologicznym protest-songiem. Ta ośmiominutowa mini suita podzielona jest na trzy części, w której mamy łagodny wstęp basu i melodyjnego pianina. Potem dostajemy szalone solo na gitarze Bornemanna, oraz ten motoryczny podkład sekcji rytmicznej – rzecz dla późniejszego stylu grupy, w połączeniu z barokowym brzmieniem organów , najbardziej chyba charakterystyczna. Struktura tego utworu jest bardzo progresywna i ambitna. Słyszymy nawet psychodeliczną część z wah-wah i falującym basem. I przez te psychodeliczne wrota przechodzimy do nagrania „Eloy”, która słuchana obecnie sama w sobie jest jak wehikuł czasu przenosząca nas do hippisowskich Niemiec, młodzieńczych ideałów, gdzie dzieci rewolucji jeszcze nie zaczęły pracować w bankach i korporacjach, nie dołączyły jeszcze do partii politycznych i nie w głowie im były nowe modele Mercedesa. Na uwagę zasługuje fajny segment perkusyjny i ten bas, który przejmuje pałeczkę. To powinien być hit, tak jak i „Today”. Przeszywający (szczególnie tekstowo), utrzymany w konwencji bluesa jest „Song Of A Paranoid Soldier” – obraz złamanej psychiki młodego człowieka wracającego z wojny. Naiwność i ból zawarte w tym protest-songu naprawdę wzruszają. Efekt niesamowitości potęguje tu  także zniekształcony głos wokalisty i jego „renesansowe” przyśpiewki. Na dokładkę mamy też fantastyczny, „demoniczny” wręcz dialog gitar Bornemanna i Wieczorke podkreślający rozbicie psychiki bohatera. A tak na marginesie – w czasach hippisowski temat ten był eksploatowany, szczególnie za Oceanem (wojna w Wietnamie) i na Wyspach Brytyjskich. W Niemczech – z wiadomych przyczyn – raczej niepodejmowany. Najkrótszy ze wszystkich utworów na tej płycie jest „Voice Of The Revolution”. Najkrótszy i moim zdaniem zdecydowanie najsłabszy, pomimo iż ma rześkie i fajne riffy, wokal przebojowy, tekst nośny. Na szczęście „Isle Of Sun” oparty na brzmieniu organów ratuje sytuację. To one dodają temu leniwie snującemu się hipnotycznemu, psychodelicznemu utworowi dostojeństwa i powagi. Skojarzenia z amerykańskimi zespołami Vanilla Fudge i Iron Butterfly są jak najbardziej na miejscu. Album zamyka „Dillus Roady” tym razem kojarzący mi się z Uriah Heep, szczególnie z „Gypsy”, czy też z hard rockową wersją „Lady Fantasy” Camel. To jeden z tych utworów. które podczas koncertów musiały robić ogromne wrażenie, albowiem od pierwszej do ostatniej minuty zespół pędzi do przodu jak walec miażdżący wszystko, co napotka na swej drodze. Mocny kawałek na zakończenie! Wówczas mówiący w jakim kierunku podąży zespół na swej następnej płycie.

Szczerze przyznam, że po latach z mieszanymi uczuciami słucham tej pierwszej płyty ELOY. Z jednej strony nie ma ona nic odkrywczego, choć z drugiej strony powala swoją siłą i szczerością przekazu. Widać, że zespół muzycznie jeszcze się nie określił. Wchodząc do studia dali z siebie wszystko, co wówczas potrafili. Płyty-arcydzieła dopiero nadejdą. Nie mniej na plus temu albumowi zapisać trzeba jeszcze jedno – to jest jedyna płyta ELOY naprawdę dobrze zaśpiewana po angielsku (żeby nie powiedzieć, że jest to jedyna płyta ELOY w ogóle dobrze zaśpiewana). Tuż po jej wydaniu z zespołem pożegnał się bowiem jej wokalista. Jednak Erich Schriever pozostał w kontakcie z kolegami pisząc dla nich teksty aż do roku 1974 (jego miejsce przy mikrofonie zajął gitarzysta Frank Bornemann).

Na zakończenie słów kilka o kompaktowej reedycji tego albumu. Bardzo długo czekaliśmy na jego wznowienie. Co prawda firma Second Battle wydała go w niewielkim nakładzie na początku lat dziewięćdziesiątych, ale dźwięk na nim był koszmarny i „płaski”. Wespół  z Philpsem wydała go raz jeszcze w roku 1997 w bajeranckiej, dwupłytowej wersji w digipacku, z tak samo rozkładaną, jak w oryginalnym LP, okładką.  Pierwsza płyta zawierała zremasterowaną wersję debiutu, druga zaś nieosiągalny do tej pory pierwszy singiel zespołu „Walk Alone/Daybreak” plus wywiad z Manfredem Wieczorke. Ponieważ Second Battle padło kilka lat temu obecnie to wydanie jest niedostępne. Co prawda spotkać można jednopłytową wersję Spalaxu, ale bez wywiadu i bez rozkładanej okładki z dodatkowym jednym bonusem więcej. Tyle tylko, że dostępna jest ona z drugiej ręki, a ceny są wyjątkowo toksyczne. Dlatego mój egzemplarz, który stoi na półce jest wyjątkowo strzeżony i dobrze zabezpieczony!

BARCLAY JAMES HARVEST „Barclay James Harvest” (1970); „Once Again” (1971)

BARCLAY JAMES HARVEST jest jednym z najdłużej czynnie funkcjonujących zespołów na rynku muzycznym. Jego początki sięgają 1966 roku, a dyskografia grupy obejmuje ponad pięćdziesiąt tytułów! Pomimo tak długiego stażu scenicznego i tak dużego dorobku płytowego, kwartet ten u nas w kraju nie jest zbyt dopieszczany. Znany nielicznym fanom rocka progresywnego dzięki audycjom radiowym w czasach, gdy nie było jeszcze stacji komercyjnych grających 24 godziny na dobę w kółko te same piosenki, które jak – się wydaje – są tylko dodatkiem do idiotycznych konkursów SMS-owych. Wielbicielem muzyki BARCLAY JAMES HARVEST był m.in Tomasz Beksiński, który w nocnych audycjach „Trójkowych” często prezentował ich nagrania. Zaliczani byli do nurtu rocka progresywnego z inklinacjami w stronę symfonicznego brzmienia, choć ja uważam, że dość umiejętnie balansowali  między melodyjnym, czasami wręcz prostym  popem, a lekko naciąganym art rockiem. Porównywani byli do Procol Harum, King Crimson i do The Nice – elity ówczesnego prog-rocka. Jednak  brytyjska prasa na początku pogardliwie określiła ich muzykę, kpiąc, że to  „The Moody Blues dla ubogich”. Grupa odpowiedziała na to utworem świadomie nawiązującym do piosenki „Nights In White Satin” i zatytułowanym tak właśnie – „Poor Man’s Moody Blues” (LP. „Gone To Earth” 1977). Jak się okazało – jednym z najpiękniejszych jakie wydała muzyka zwana rockiem symfonicznym. Dziś, po tylu latach śmiało mogę stwierdzić, a w tej tezie nie jestem osamotniony,  że muzyka BARCLAY JAMES HARVEST doskonale wytrzymała próbę czasu i brzmi znacznie lepiej niż dokonania wielu innych sporo popularniejszych wykonawców. To co cechuje grupę to wspomniana niesamowita melodyjność połączona z talentem do pisania zgrabnych piosenek, znakomita nastrojowość i podniosły, chwilami wręcz „hymniczny” klimat poematów muzycznych. Owych muzycznych poematów  wynikających z monumentalnych aranżacji, rozbudowanych partii orkiestrowych ze smyczkami  i symfonicznym brzmieniem. Bez tych  połamanych i skomplikowanych rozwiązań rytmicznych.

BARCLAY JAMES HARVEST
BARCLAY JAMES HARVEST

Grupę tworzyło czterech muzyków: grający na basie wokalista Les Holroyd, śpiewający gitarzysta John Lees, klawiszowiec (także udzielający się wokalnie) Stuart Wolstenholme i perkusista Mel Pritchard. Pierwszy singiel „Early Morning/Mr. Sunshine” ukazał się w kwietniu 1968 roku wydany przez Parlophone i który – niestety – przeszedł bez echa. Na szczęście zespół podpisał kontrakt z nową, progresywną  wytwórnią Harvest (należącą do EMI) i rok później, w czerwcu 1969r. na rynek trafia drugi singiel „Brother Thrush/ Poor Wages”. Oba single są dziś rarytasami, na dodatek żadna z tych piosenek nie trafiła na dużą płytę. A ta ukazała się dokładnie dwanaście miesięcy później i zatytułowana była po prostu „Barclay James Harvest”.

BARCLAY JAMES HARVEST "Barclay James Harvest" (1970)
BARCLAY JAMES HARVEST „Barclay James Harvest” (reedycja CD 2002r.)

Debiutancki krążek zawiera siedem kompozycji, a otwiera go dynamiczny, rozkołysany, oparty na brzmieniu dwóch gitar i instrumentów perkusyjnych „Talking Some Time On”. Na tej drugiej gitarze zagrał gościnnie  James Litherland z Colosseum.  „Mother Dear” to piękna ballada zaśpiewana głosem przypominającym wokal Justina Haywarda (tego od The Moody Blues), zaś w kapitalnym i intrygującym „The Sun Will Never Shine” pojawia się po raz pierwszy cudowna, łkająca gitara – najbardziej rozpoznawalny element brzmienia zespołu. Za serce chwyta absolutnie przepiękny „The Iron Maiden”ulotny, utrzymany w podniosłym , żałobnym nastroju utwór, który śmiało może skruszyć najtwardszy nawet kamień. Zamyka płytę 12-minutowa wielowątkowa kompozycja „Dark Now My Sky” bogato zaaranżowana, wykorzystująca współbrzmienie orkiestry, zawodzącej gitary, chóru i organów. Płyta jest przeuroczym, pięknym  dziełem, w niczym nie ustępująca najlepszym dokonaniom The Moody Blues. Do niedawna jeszcze niedoceniana, odkryta na nowo zajaśniała po latach pełnym blaskiem. Całość promował singiel „Talking Some Time On/The Iron Maiden” (sierpień 1970), ale bez skutku. Kompaktowa reedycja z 2002 roku zawiera aż trzynaście bonusów, w tym oba single, dwa niepublikowane nagrania z 1968, siedem utworów nagranych dla BBC z tego samego roku. Wielka gratka dla muzycznych archeologów zespołu!

W lutym 1971 roku wychodzi drugi album zatytułowany „Once Again”. Osiem zawartych na nim kompozycji prezentują bardzo wysoki i równy poziom, a większość z nich osobiście zaliczam do progresywnych arcydzieł.

BARCLAY JAMES HARVEST "Once Again" (1971)
BARCLAY JAMES HARVEST „Once Again” (1971)

Już otwierająca płytę ośmiominutowy, wspaniały i monumentalny kawałek „She Said” powala urzekającą i chwytliwą melodią (ach te nieodparte skojarzenia z The Moody Blues!). Do tego kontrastuje z nią sfuzowana, przejmująco zawodząca gitara, potężna i gęsta perkusja, a gdzieś w tle delikatnie snujące się dźwięki melotronu i orkiestrowa aranżacja. Kto nie słyszał tego utworu – niech żałuje! I koniecznie niech się z nim jak najszybciej zapozna. „Happy Old World” chwytający za serce i niezwykle pięknie zaśpiewany, z organami a la Procol Harum (te Hammondy jak w „Repent  Walpurgis”) ze szczyptą Van Der Graaf Generator, a po nim kolejna perła: „Song For Dying”. Podniosła, wręcz elegijna, mimowolnie zmuszająca do chwili zadumy muzyka. No i ta porywająca, ekstatyczna gitara! Pierwszą stronę oryginalnego LP kończyła urokliwie zaśpiewana ballada „Galadier” zainspirowana twórczością Tolkiena (Galadiera to piękna elfka należąca do plemienia Noldorów). Tu mała ciekawostka – gitarowy wstęp został zagrany przez Johna Lees’a na pożyczonej, ze studia tuż obok, gitarze… Johna Lennona znanej choćby z filmu „Let It Be ” (koncert na dachu Apple). Siedmiominutowy „Mocking Bird” otwiera drugą stronę płyty. Sztandarowy utwór, który świetnie wypadał na koncertach zespołu i niemal żelazna pozycja wszelkiego rodzaju składanek typu „The Best Of…”. Dalej mamy prostą balladę „Vanessa Simmons” (znów kłania się The Moody Blues), po której następuje ciężki „Ball And Chain”. Ponury, utrzymany w niespokojnym rytmie z krzykliwym zniekształconym wokalem i ostrą jak brzytwa partią gitary. Płytę kończy powolny i relaksujący „Lady Loves”. I ponownie ciekawostka: na harmonijce w tym utworze zagrał młodziutki inżynier dźwięku pracujący w studiach  Abbey Road – Alan Parsons. Ten sam, który za kilka lat, w tych samych studiach, będzie zgrywał zespołowi Pink Floyd płytę „The Dark Side Of The Moon”.

W mojej prywatnej ocenie „Once Again” to album genialny! Nie tylko zdecydowanie najlepszy w całej dyskografii zespołu, ale też jeden z najlepszych w historii brytyjskiego ( i jakiegokolwiek innego…) prog-rocka.  BARCLAY JAMES HARVEST wspiął się tu na szczyt swych możliwości. Na ten poziom, o którym inne grupy mogły tylko pomarzyć. I chyba żadna, powtarzam: żadna  kolekcja z klasycznym starym rockiem nie będzie kompletna bez tego wspaniałego albumu.

Kompaktowa reedycja, tak jak w przypadku debiutu, zawiera utwory dodatkowe: dwa nigdy wcześniej niepublikowane (w tym świetny i dynamiczny „Too Much On Your Plate”), oraz trzy alternatywne , kwadrofoniczne miksy pochodzące z LP wydanego dwa lata później.

To tylko dwie spośród wielu innych pięknych płyt grupy BARCLAY JAMES HARVEST, które przypomniałem w tym miejscu. Zespołu, który największą sławę i uwielbienie fanów osiągnął nie w rodzinnej Anglii, a w Niemczech Zachodnich. Lecz nie o uwielbienie i sławę w tym wszystkim chodzi. Najważniejsza jest muzyka. A ta wzrusza i czaruje swymi dźwiękami do dziś. Pomimo upływu tylu lat…

 

 

ROBERT JOHNSON – GDY DIABEŁ STROI GITARĘ

Tego listopadowego dnia, potwornie zmęczony po wyczerpującym tygodniu pracy wracałem do domu autobusem miejskim. Po drodze wstąpiłem jeszcze do sklepu ze sprzętem i akcesoriami muzycznymi, by kupić Matiemu efekt do gitary. Tak mi się spieszyło, że zrezygnowałem z torebki plastikowej, w którą sprzedawca chciał mi go zapakować. Na szczęście pudełko było solidne i nie przemokło w ulewnym deszczu jaki padał od dobrych kilku dni. Sam byłem mokry od stóp do głowy więc z ogromną ulgą i satysfakcją przyjąłem fakt ciepłego i suchego wnętrza komunikacji miejskiej. Zająłem miejsce tuż przy mocno zapłakanym od deszczu oknie. Kilku studentów o azjatyckich rysach poszło na górny pokład, więc miałem ten komfort, że nie licząc młodej damy z dzieckiem i starszej pary siedzącej na przednim siedzeniu, byłem praktycznie w długim pojeździe sam. Czułem jak powieki mi opadają, gdy tylko ruszyliśmy z przystanku. Mój wewnętrzny instynkt był tak dobrze zaprogramowany, że bez obaw wiedziałem, kiedy będę musiał wysiadać. Po chwili nieoczekiwanie usłyszałem: „Można?” i gdy uniosłem w górę powieki mężczyzna znakiem głowy pokazał wolne obok siedzenie. Prawie cały autobus pusty, a ten tu dosiadać się chce! Kiwnąłem głową i gość rozsiadł się obok mnie. Pierwsze, co mnie uderzyło to był zapach. Nie mogłem go sobie skojarzyć skąd znam tę woń. Perfumy? Woda po goleniu? Alkohol? Nic z tych rzeczy. To nie było to. Spojrzałem na sąsiada dyskretnie spod oka. Murzyn. Starszy, choć nie umiałbym określić jego wieku. Mógł mieć 60 , ale równie dobrze i 90 lat. Z twarzy trochę przypominał Morgana Freemana, choć rysy miał nad wyraz młodzieńcze, jak u Willa Smitha. Na głowie kapelusz taki sam jaki miał Gene Kelly w „Deszczowej piosence”. I jeszcze jedna ważna i zarazem dziwna rzecz: facet był suchy, jakby wyszedł wprost spod wirówki, a na dworze lało jak z pompy strażackiej. „Grasz?” – spytał patrząc na pudełko z przystawką do gitary. „Nie. To dla syna. On gra” – odpowiedziałem, będąc w duchu trochę zły, że ktoś mi zakłóca błogi spokój. „A co gra?” – pytał dalej. „Różne takie tam kawałki. Generalnie rocka. I bluesa”. Ściągnął swe krzaczaste brwi. I jakby w zamyśleniu powoli powtórzył „Bluesa, mówisz…”. Złapał się ręką za poręcz siedzenia. Dłoń z długimi palcami jak u pianisty, smukła i zadbana. „Gdy byłem małym chłopcem, dmuchałem w harmonijkę, bo tylko na taki instrument moją mamę było stać. A było nas w domu trochę. Ojca nie znałem. Do czasu. Wychowywał mnie ojczym. Potem matka miała jeszcze jednego gościa. Ja przez cały czas marzyłem, by być muzykiem. Najlepiej gitarzystą. I kiedy już byłem trochę większy, za pierwsze pieniądze kupiłem sobie starą, ale to bardzo starą, zniszczoną gitarę. Mówili mi, że mam pamięć absolutną. Wystarczyło, że usłyszałem jakiś kawałek raz, potrafiłem go od razu dokładnie powtórzyć. Nuta w nutę. W sobotnie wieczory zakradałem się pod bar, w którym dwóch gości grało na gitarach do tańca. Szczególnie jeden z nich, Charlie miał na imię, robił z niej takie rzeczy, że ho ho”. Na chwilę mój rozmówca zamyślił się. „Powiedział mi, że nigdy w życiu nie będę grał tak jak on. A ja upałem się. I ćwiczyłem, ćwiczyłem, ćwiczyłem… Po przeprowadzce do innego miasta grałem w knajpach za kromkę chleba i butelkę whiskey. Dziewczyny kleiły się wtedy do mnie, jak pszczółki do miodu. Wkrótce ożeniłem się , ale moja żona niedługo potem umarła. Byłem zrozpaczony. Usiadłem któregoś dnia pod drzewem, na skrzyżowaniu dróg z butelką whiskey i grając na gitarze wylewałem swój ból. Byłem sam, kochałem muzykę i oddałbym wszystko, nawet duszę, by być najlepszym, by zostać królem bluesa.” Kolejny przystanek autobusowy. Ale jeszcze nie mój. „Stanął przede mną jak jakaś zjawa, w długim czarnym i ubłoconym płaszczu. Powiedział do mnie: „Rob, daj mi swoją gitarę, bo strasznie ci rzęcholi. Ja ci ją nastroję.” Gość mi się spodobał. Zagrałem mu „Me And The Devil Blues”.  I ruszyliśmy razem w drogę.” Ponownie zrobił przerwę poprawiając przy tym swój kapelusz. Pod nosem zaintonował coś co brzmiało jak: „Me and the Devil. Was walkin’ side by side” („Ja i Diabeł. Szliśmy ramię w ramię”). Przeszył mnie zimny dreszcz…  Po krótkiej pauzie kontynuował: „Gdy wróciłem do swojego rodzinnego miasteczka, na jedną z potańcówek w której przygrywałem, przyszedł Charlie. Gdy usłyszał moją grę oniemiał z wrażenia. Rozdziawił usta i powiedział tylko: „To jest nie możliwe! Taki postęp w tak krótkim czasie?” I tyle go widziałem. Więcej się już nie pokazał…”  Po tych słowach mój rozmówca umilkł. Zamyśliłem się też i ja…

Po chwili, jakby ze stanu odrętwienia mój wewnętrzny budzik oznajmił, że pora wysiadać. Otworzyłem oczy (miałem je cały czas zamknięte??), obok mnie puste siedzenie. Z przodu para staruszków i matka z dzieckiem. Na górze studenci o azjatyckich rysach i nikogo więcej. Tylko ten specyficzny, nieokreślony jeszcze zapach gdzieś mi się unosił. Nagle olśnienie! Już wiem skąd znam ten zapach! Jest taki sam, jak ten przy zapalaniu zapałki. Szczególnie intensywny, gdy trze się ją o draskę, gdy ta nie za bardzo chce się zapalić…. Do dziś nie wiem, czy to był sen, czy mara.

Legendę o zaprzedaniu duszy diabłu za bycie królem bluesa w Ameryce zna więcej ludzi niż ci, co znają jego dokonania. W czasach , gdy ROBERT JOHNSON żył, w diabelską interwencję wierzyło mnóstwo ludzi. W południowych stanach Missisipi, Arkansas, Alabamie, czy Tennessee, są tacy którzy wierzą w to do dziś. Najdziwniejsze, że do dnia obecnego badacze zastanawiają się, czy było to skrzyżowanie dzisiejszych autostrad 61 i 49 w Clarksdale, czy może nr 8 i 1 w Rosedale. Nie żartuję!

Artysta żył w najtrudniejszych dla Ameryki czasach (1911-1938) i umarł młodo otwierając tym samym niesławną listę „Klubu 27”, którą na dzień dzisiejszy zamyka Amy Winehouse. Nie jest to dziś artysta, którego słucha się w radio. Prawda jest taka, że trzeba mieć chęć, lub dobre bluesowe przygotowanie by je w całości wysłuchać.  To najbardziej surowy blues jaki powstał. I to jego uważa się za tego, który stworzył rhythm’ n’ bluesa. Dla wielu późniejszych gitarzystów w tym takich jak Eric Clapton, Keith Richards, Stevie Ray Vaughan i całej masie  innych to trochę jak Bóg Gitary. Nie przypadkiem jest, że znalazł się na piątym miejscu listy Billboardu wśród stu najlepszych gitarzystów w historii. Wspomina Keith Richards: „Strasznie mi się spodobała ta muzyka. Spytałem Briana, kto to gra? „Robert Johnson” odparł. „No tak, ale kto gra na drugiej gitarze?” – spytałem. Byłem pewien, że słyszę dwie gitary, zanim zorientowałem się, że Robert Johnson gra sam”. Eric Clapton zaś tak mówił: „Najpierw słuchałem Chucka Berry’ego , potem coraz bardziej zagłębiałem się w historię bluesa, aż doszedłem do Johnsona. Nie od razu spodobała mi się jego muzyka, musiałem się z nią oswajać. Było to bardzo mocne, wręcz porażające brzmienie. Minęło trochę czasu, zanim do niego dojrzałem.”
Nota bene, w 2004 roku Clapton nagrał album zatytułowany „Me And Mr. Johnson” na którym zamieścił czternaście kompozycji tego genialnego artysty.

Eric Clapton "Me And Mr. Johnson" (2004)
Eric Clapton „Me And Mr. Johnson” (2004)

Robert Johnson był bardzo przystojnym mężczyzną, do którego lgnęły kobiety. Po raz pierwszy ożenił się w wieku 18-tu lat z Virginią Travis, która niestety zmarła podczas porodu. Dziecko również nie przeżyło. Dla muzyka był to szok. Po jej śmierci związał się ze starszą od siebie o dziesięć lat Calettą Craft posiadającą już troje dzieci. Ich związek był bardzo udany, a Caletta często towarzyszyła swemu mężowi jako tancerka podczas jego występów. Niestety i ona umarła niedługo potem, co spowodowało, że muzyk zaczął swoją tułaczkę po Delcie. Na początku lat 30-tych znanym miejscem dla muzyków była Helena, miasto po drugiej stronie rzeki na terenie stanu Arkansas. Było tam wiele klubów i lokali tanecznych stąd też ciągnęły do Heleny  znani bluesmani: Sony Boy Williamson, Howlin’ Wolf, Elmore James, Robert Nighthawk, Charlie Patton.  Robert Johnson grał z nimi wszystkimi i wszyscy oni byli pod wrażeniem jego niesamowitej techniki.

Johnson zaczął też coraz poważniej myśleć o nagraniu swoich utworów. Niektórzy z jego kolegów mogli pochwalić się nagraniami zarejestrowanymi na płytach i odtwarzanymi na patefonie, Pomógł mu w tym pomyśle właściciel sklepu z płytami z Jackson, który skontaktował go z przedstawicielem wytwórni American Record Company. W teksańskim studiu nagraniowym w San Antonio, w listopadzie 1936 roku Robert Johnson nagrał 11 piosenek, z najsławniejszym wtedy „Terraplane Blues”. W lipcu następnego roku odbyła się następna sesja podczas której nagrano 18 kolejnych utworów. Te dwadzieścia dziewięć bluesów to wszystko, co pozostawił po sobie Wielki Mistrz czarnej akustycznej gitary Gibson na płytach. Ich oryginalne wydania znajdują się obecnie w Bibliotece Narodowej Kongresu USA i są  Dziedzictwem Narodowym Stanów Zjednoczonych.

Robert Johnson "The Complete Recording"
Robert Johnson „The Complete Recording”

Do dziś każdy gitarzysta, bluesman, rockman kochający muzę składa przed nim hołd w tysiącach coverów jakie słyszymy: „Sweet Home Chicago”, „Love In Vain”, „Ramblin’ On My Mind”, „Traveling Riverside Blues”… I czasami nie zdajemy sobie sprawy, że wyszły one spod palców Roberta Johnsona i narodziły się w jego głowie.

Umiera tajemniczo. Jedni twierdzą, że został otruty przez zazdrosnego męża kobiety z którą miał romans. Inni widzieli jak wyruszył w drogę z człowiekiem w długim płaszczu. W drogę donikąd, skąd nie ma już powrotu. By grał mu na gitarze przez całą wieczność. Nikt nie wie, gdzie leży pochowany. W Stanach są trzy różne nagrobki Roberta Johnsona. Trzy różne nagrobki w trzech różnych, odległych od siebie miejscach na terenie Stanów Zjednoczonych. I być może żadne z tych miejsc nie jest tym, w którym spoczywają jego prochy.

SKID ROW „Skid Row” (1989); „Slave To The Grind” (1991)

Historia SKID ROW zaczyna się w 1986 roku. W tym roku na listach przebojów królował taneczny pop. Uzupełniały go  hip-hop, oraz trend zwany world music. Najlepiej sprzedającym się albumem w Stanach była płyta „Control” Janet Jackson, a wśród hard-rockerów prym wiodła grupa Bon Jovi z albumem „Slippery When Wet„. Dwudziestodwuletni wówczas gitarzysta, Dave „The Snake” Sabo, prywatnie sąsiad i przyjaciel Johna Bongiovi’ego (prawdziwe nazwisko lidera zespołu Bon Jovi) nie miał za złe koledze, że już nie grają razem w jednej kapeli (zastąpił go, jak powszechnie wiadomo, Richie Sambora). Myślami był bowiem przy swojej muzyce i zespole, który zawiązał ze swym byłym szkolny kolegą, basistą Rachelem Bolanem. Kiedy dołączyli do nich: gitarzysta Scotti Hill i perkusista Rob Affuso, tylko kwestią czasu było znalezienie odpowiedniego wokalisty. Okazało się to nie tak proste jak myśleli. Poszukiwania trwały przez długie, żmudne miesiące, aż w końcu, w 1987 roku jeden z przyjaciół „Snake’a” wypatrzył w Kanadzie na…  przyjęciu weselnym(!) paczkę chłopaków śpiewających covery. Szczególne wrażenie zrobił na nim 19-latek o twarzy cherubinka i kapitalnym, mocnym głosie. Gdy ten zjawił się wkrótce w New Jersey na przesłuchaniu, już po pierwszej zaśpiewanej piosence Sebastian Bach jednogłośnie stał się pełnoprawnym członkiem grupy SKID ROW. Szlifowanie repertuaru i koncertowanie zajęło im cały następny rok, pod koniec którego podpisali kontrakt z Atlantic Records. Złośliwi twierdzą, że pomógł im w tym bardzo John Bon Jovi, ale jak czas pokazał SKID ROW po prostu skazany był na sukces. Nawet bez protekcji Johna stałoby się to prędzej, czy później.  Wkrótce, po podpisaniu kontraktu, wspólnie z producentem Michaelem Wagnerem pojechali do Wisconsin, żeby popracować nad swoją debiutancką płytą, którą zatytułowali po prostu „Skid Row”. Ukazała się ona 25 stycznia 1989 roku. Roku wielkich przemian politycznych w Europie, ale też i zmian muzycznych. W klubach Manchesteru odbywały się słynne noce „house’ owe” z udziałem DJ-ów z całej Europy, a w Londynie Soul Il Soul łączyli reggae, hip-hop i R&B. W USA triumfy święciły latynoskie rytmy Glorii Estefan i The Miami Sound Machine,  Madonna zaszokowała opinię publiczną teledyskiem „Like A Prayer”, zaś Paula Abdul zajmująca się do tej pory choreografią podbiła amerykańskie  listy przebojów i wylansowała aż trzy przeboje numer 1!

SKID ROW "Skid Row" (1989)
SKID ROW „Skid Row” (1989)

Debiutancki album okazał się wielkim sukcesem komercyjnym zdobywając pięciokrotną platynę za sprzedaż  ponad 5 milionów egzemplarzy! W tym gatunku muzycznym, określanym jako glam metal, to niemal arcydzieło, a klimat tego albumu jest po prostu nie do opisania. Przede wszystkim wielki szacunek dla młodziutkiego Sebastiana Bacha dysponującego wspaniałym głosem. Nienaganna technika wokalna i obłędna skala głosu w jednej chwili ustawiły go wśród czołówki metalowych frontmanów. Zwraca uwagę również utalentowany gitarzysta Dave Sabo, chociaż nigdy nie stał się herosem gitary na miarę Slasha, czy Richiego Sambory.

SKID ROW
SKID ROW

Zawartość płyty jest powalająca. Aż nie wiadomo od czego tu zacząć? Może od „Youth Gone Wild” z aspiracjami na  hymn pokoleniowy tamtych lat, przy którym nie sposób stać w miejscu i który był punktem obowiązkowy każdego koncertu. Mamy w nim świetny riff i śpiewającego unisono Bacha. Palce lizać! Zresztą riffy to jedna z większych zalet tego albumu. Podobne reakcje rodzi „Piece Of Me” ze znakomitą partią basu, szalony rock’n’rollowy „Makin’ A Mess”, szybki, otwierający całość „Big Guns” z luzacką grą perkusji i niezwykle melodyjną solówką. Świetnych zagrywek nie zabrakło także w „Here I Am”. Jest też cudna klasyczna rockowa ballada „18 And Life”. Rewelacyjny tekst opowiada o dojrzewającym 18-latku, który ma poważne problemy okresu dojrzewania, popada w alkoholizm, aż w końcu trafia do więzienia za zabójstwo kolegi. Świetna praca dwóch gitar i odlotowa solówka! Całość kończy pozytywnie wyróżniający się  „Midnight/Tornado” – najmocniejszy i najostrzejszy w całym zestawie utwór będący jakby zapowiedzią kolejnej płyty SKID ROW „Slave To The Grind”, która ukazała się dwa lata po ich debiucie.

Promocja albumu „Skid Row” objęła trasę koncertową z Bon Jovi. Po bardzo udanym tournee w Japonii, dołączyli do Motley Crue, Cindirelli, Gorky Park, Scorpions i Ozzy’ego Osbourne’a,  gdzie wystąpili przed wielotysięcznym tłumem na Muzycznym Moskiewskim Festiwalu Pokoju. Publiczność oszalała na ich punkcie. Rosjanie pokochali zespół z New Jersey całym sercem!

Rok 1991. Na światowej scenie zrobiło się głośno o Seattle. Nirvana wydała historyczną płytę „Nevermind”. W tym samym roku Metallica zaprezentowała swój słynny „czarny” album, a Irlandczycy z U2 powrócili z płytą „Achtung Baby”. 23 listopada Freddie Mercury oświadczył, że jest chory na AIDS. Odszedł następnego dnia wieczorem. Kilka miesięcy wcześniej, w czerwcu, ukazała się druga płyta SKID ROW „Slave To The Grind”.

SKID ROW "Slave To The Grind" (1991)
SKID ROW „Slave To The Grind” (1991)

Album przynosi dwanaście utworów prezentujących spore spektrum umiejętności kompozytorskich. Od pierwszej do ostatniej nuty trzyma w napięciu i potrafi utrzymać zainteresowanie słuchacza przez cały czas jej trwania. Album naszpikowany jest ogromną ilością świetnych solówek, agresywnym basem Bolana i wciąż fantastycznymi warunkami głosowymi Sebastiana Bacha. Główne zmiany jakie zaszły w ich muzyce to podkręcenie mocy i drapieżności. Otwierający „Monkey Business” to moim zdaniem jeden z najlepszych kawałków w historii zespołu, bazujący na porządnym hard rockowym riffie, zagranym agresywnie, z pazurem, dużo ciężej niż się to zazwyczaj w tym gatunku spotyka. Mimo zaskakującego, dużego ciężaru jeszcze kusi przebojowym refrenem w stylu lat 80-tych, co absolutnie nie jest wadą. Prawdziwy zaś odlot i jazdę bez trzymanki dostajemy w tytułowym kawałku. Szybkie, rwane akordy brzmią jakby zostały podkradzione od Metalliki. Wtóruje im wokalista, który wściekle wypruwa z siebie kolejne wersy, a wszystko wieńczy doskonała i ostra jak brzytew solówka Sabo. I tak przez kolejne nagrania przekonujemy się, że przez te dwa lata zespół dojrzał. Płyta jest bardziej zróżnicowana od debiutu. Zespół potrafi odskoczyć np. w stronę punk rocka („Riot Act” i „Get The Fuck Out”), wrócić do starego dobrego hard rocka („The Threat”, „”Livin’ On A Chain Gang”). Albo stworzyć przepiękne ballady. To w tych spokojnych numerach członkowie zespołu pokazują, że mają naprawdę świetny zmysł melodii. „Quicksand Jesus” jest jeszcze dość zachowawczy (choć dosłuchać się w nim można lekkiego wpływu grunge’u), za to naprawdę poruszające są „In A Darkened Room” i „Wasted Time”. Utwory naprawdę wybitne, z przejmującą melodyką i sporą dramaturgią.

Płyta „Slave to Grind” to świadectwo rozwoju całego zespołu. Ale ja muszę dorzucić jeszcze kilka słów o Sebastianie Bachu. Debiutancka płyta okazała się przygrywką do TEGO właśnie albumu. To, co on robi ze swoim głosem zakrawa o geniusz. Ze świecą szukać wokalisty, który potrafi odtworzyć te wszystkie wokalne niuanse i ozdobniki. Po tej płycie zdobył moje uznanie i szacunek. Stał się jednym z moich ulubionych rockowych głosów wszech czasów. Serio!

Obie płyty SKID ROW należą do klasyków gatunku. Pełne finezji, pomysłów, zachwycające techniką. A mimo to mam wrażenie, że dzisiejszy świat zapomniał o nich. Chyba niesłusznie. Bo to cudowne płyty, którym ja nie daję szansy, by pokryły się kurzem.

INDIAN SUMMER „Indian Summer” (1971)

Na początku lat dziewięćdziesiątych zaczęły się pojawiać kompakty w białych pudełkach z charakterystycznym logo – kogutkiem – wytwórni Repertoir Records. Dość szybko wśród maniaków tradycyjnego, rockowego grania, ta firma zyskała status wręcz kultowy. Kompetentni ludzie tam pracujący zaczęli wydobywać na powierzchnię płyty zupełnie zapomnianych, wartościowych zespołów, które nie miały tyle szczęścia, żeby dać się poznać szerszej publiczności. Hight Tide, Andromeda, Affinity, Tonton Macoute, Egg, Beggras Opera, String Driven Things, Arzachel – to tylko niektórzy wykonawcy (czubek góry lodowej) z bardzo długiej mojej „osobistej listy życzeń”, których płyt z maniakalnym wręcz uporem szukałem, znajdowałem i w końcu stawałem się ich szczęśliwym posiadaczem. INDIAN SUMMER zawsze był na samym wierzchołku tej listy. Nie bez powodu. Jedyny album zespołu jest bowiem płytą wybitną, nawet biorąc pod uwagę to, co działo się wówczas na brytyjskiej scenie rockowej. A są i tacy, którzy twierdzą, że to jedna z najpiękniejszych płyt w historii rocka – kto wie, czy nie najlepsza progresywna płyta w ogóle! I to twierdzenie bardzo, ale to bardzo mi się podoba.

Zespół INDIAN SUMMER
Zespół INDIAN SUMMER

INDIAN SUMMER został założony latem w 1969 roku w Coventry przez czwórkę młodych muzyków:  klawiszowca i wokalistę o bardzo mocnym głosie Boba Jacksona, gitarzystę Colina Williamsa, perkusistę Paula Hoopera i basistę Malcolma Harkera. W początkowym okresie swej działalności grupa nie miała sprecyzowanych planów. Grywali w okolicach Coventry, głównie w szkołach i na uniwersytetach. Mieli jednak to szczęście, że kilka miesięcy później wypatrzył ich Jim Simpson, menadżer i łowca młodych talentów. Dość szybko wziął ich pod swe skrzydła i obiecał kontrakt płytowy. Pewnego dnia stanął jednak przed wielkim dylematem,  musiał bowiem dokonać bardzo trudnego wyboru. Będąc menadżerem dwóch młodych, bardzo dobrych kapel rockowych mógł sfinalizować kontrakt płytowy tylko dla jednej z nich. Ta misja wydawać się mogła niewykonalna. Z którą umowy by nie podpisał, to by dał ciała. To był trudny orzech do zgryzienia, ale nie ma się czemu dziwić – do wyboru miał bowiem Black Sabbath i INDIAN SUMMER! Podpisał, wiadomo z kim. Ale trzeba też uczciwie przyznać, że w stosunku do INDIAN SUMMER zachował się fair, bowiem polecił ich byłemu menadżerowi Vertigo Records, Olavowi Wyperowi, który wówczas był już szefem Neon Records –  nowego oddziału wielkiego  RCA – skupiającego wykonawców z kręgu muzyki progresywnej. Kiedy Wyper zobaczył zespół na scenie w Birmingham, był tak zachwycony, że jeszcze tego samego dnia podpisał z nimi kontrakt na nagranie albumu. Płyta „Indian Summer” ukazała się dokładnie 20 stycznia 1971 roku.

LP. "Indian Summer" (1971)
LP. „Indian Summer” (1971)

Wszystkie kompozycje na niej zamieszczone są wspólnym dziełem całego zespołu. Płyta została nagrana w Trident Studios w Londynie. Jej producentem  został Roger Bain, ten sam, który również uczestniczył w powstaniu pierwszego LP Black Sabbath. Wydanie płyty miało być poprzedzone singlem „Walking On Water”, jednak do dziś ani singiel, ani to nagranie nie ujrzało światła dziennego. Szkoda.

Jest mi bardzo trudno słowami opisać muzykę z tej płyty, gdyż słowa – proszę mi wierzyć – są za miałkie, za kruche i ubogie by w pełni oddać to wszystko, czego doznajemy słuchając tych nagrań. To jak bajka. Może baśń. Lub poezja…  Muzyka przepojona jest jakby nostalgią, tęsknotą za przemijającym właśnie latem. Czuć w niej klimat babiego lata (ang. indian summer), w którym odbijają się nieśmiało promyki słońca. Jest radość, jest też smutek. I wzruszenie. Długie, wielowątkowe rozwijające się utwory – dzieła sztuki. Nie są one zbyt skomplikowane, ale ładunek emocji i wkład uczuć pozwalają już po pierwszym przesłuchaniu odczuć moc i magię tego albumu. Gęste, szlachetne brzmienie ( czapki z głów przed jej producentem Rogerem Bainem, który wykonał swe zadanie perfekcyjnie!). Świetny, mocny wokal z ciepłą gitarą. Idealne połączenie rocka progresywnego, z hard rockiem i psychodelią. Kilka lat później  grupa Genesis na płycie „Selling England By The Pound” zbliży się do tego ideału. Tylko zbliży… A zaczyna się wszystko od podniosłego „God Is The Dog”. Prawdziwy majstersztyk. Chwytliwy motyw przewodni, nastrój i wibrujący, charakterystyczny mocny głos Boba Jacksona. Z kolei „Emotions Of Men” ma refren, który mógłby znaleźć się w dziesiątce najbardziej melodyjnych motywów rockowych świata. Słuchałem go kiedyś godzinami. Muzyka płynie dalej wciągając nas w swój magiczny świat. „Glimpse” serwuje galopujący rytm, a potem mamy piękny popis gry na gitarze. Colin Williams wyczarował piękne pejzaże, mające coś z klimatów płyt Santany z lat 70-tych. Tajemniczo i złowieszczo robi się na początku spokojnego „Half Changed Again”,   który ma w sobie coś z łagodniejszych utworów Black Sabbath. Prosta, powtarzana fraza muzyczna z nakładającymi się instrumentami klawiszowymi daje niesamowity efekt. Ten numer rzuca po prostu na kolana – strukturą kompozycji, mnogością pomysłów i biegłością instrumentalistów. Subtelny nastrój ma w sobie  także kompozycja „Secrets Reflected”. No i ten przepiękny, majestatyczny finał w postaci „Another Tree Will Grow”, który wieńczy tę nieprzeciętnie udaną płytę. Moim skromnym zdaniem, płytę ponadczasową. Ta muzyka pełna jest pewności, polotu, blasków geniuszu. Jest w niej jakaś szlachetna szczerość. Wiele tu organów Hammonda, bardzo melodyjnej gitary, przejmującego głosu wokalisty, zaskakujących pomysłów i motywów. Mnogość błyskotliwych partii instrumentalnych zapewnia zajęcie na kilka przesłuchań!

Tuż po wydaniu płyty, grupę opuścił Malcolm Harker, który przejął obowiązki w firmie transportowej ojca i wyjechał do USA. Od tego momentu rolę basisty w zespole przejął były członek zespołu The Sorrow – Wez Price. W takim składzie grupa rozpoczęła trasę koncertową celem promowania swego debiutanckiego albumu. Jednym z pierwszych krajów jaki odwiedzili była Szwajcaria, gdzie muzycy nie otrzymali zasłużonych honorariów. Z tego też powodu postanowili zrezygnować  z dalszych występów.

Mocno rozczarowani słabą sprzedażą płyty, powracając z nieudanej trasy do domu wspólnie doszli do wniosku, że nie da się wyżyć z grania rocka i podjęli decyzję o rozwiązaniu grupy. Może decyzja była pochopna? Może zabrakło im tej determinacji jaką mieli choćby muzycy Genesis, których pierwsze albumy też początkowo sprzedawały się słabo? Tyle tylko, że w przypadku Genesis, zespół miał wsparcie ze strony szefów wytwórni  Charisma. Jak dalej potoczyły się ich losy – wiemy doskonale.

Muzycy INDIAN SUMMER nie zrobili większej  kariery po rozwiązaniu zespołu. Colin Williams zupełnie odsunął się od przemysłu muzycznego. Paul Hooper grał w różnych grupach, a w 1978 roku wspólnie z Bobem Jacksonem założył The Dogers następnie został członkiem popularnej do dziś formacji The Fortunes. Po epizodzie z The Dogers Bob Jackson dołączył do byłego wokalisty Uriah Heep, Davida Byrona (płyta „On The Rocks”). Później grał z takimi wykonawcami jak The Searchers, Jeff Beck, Jack Bruce, czy Pete Brown.

Wielka szkoda, że INDIAN SUMMER, to grupa tylko jednej płyty, że nie dane  było jej rozwinąć się.  Gdyby dano im szansę nagrania jeszcze jednej, lub więcej płyt, gdyby tę perfekcyjną płytę ktoś lepiej promował. Gdyby… Czy dzisiaj byliby na równi z Black Sabbath, Camel, Genesis, lub King Crimson? Czy dzisiejsza muzyka rockowa nie jest uboższa o te nie nagrane albumy? Jestem pewien, że tak. Potencjał mieli przecież ogromny.

Warto do niej wracać nie tylko, gdy kończy się lato, a wokół rozciąga się babie lato. Nie jest wstydem jej nie znać. Ale poznać jak najbardziej należy. A najlepiej ją mieć. Obowiązkowo. Na własność!

TONTON MACOUTE „Tonton Macoute” (1971)

Wzajemne relacje jazzu i rocka są jednym z fundamentów muzyki progresywnej lat 70-tych. Tę jedyną w swoim rodzaju fuzję rozpropagowaną przez Milesa Davisa pod koniec lat 60-tych, podjął z powodzeniem zespół King Crimson na swej najbardziej wówczas jazzowej płycie „Island”. Wkrótce dołączyli inni: Mahavishnu Orchestra, Soft Machine, Nucleus niemiecki Tetragon, afrykańska grupa Osibisa i wielu innych wykonawców. Do tego grona należy też obowiązkowo dodać niesłusznie zapomniany TONTON MACOUTE.

Początki tego zespołu sięgają lata 1968 roku. Dwaj młodzi muzycy: perkusista Nigel Reveler i grający na instrumentach klawiszowych wokalista Paul French znęceni ogłoszeniem zamieszczonym  w „Melody Maker” dołączyli do zespołu Dick Scott Company. Poza nimi Dickowi Scottowi przygrywali gitarzysta i basista Chris Gavin, oraz saksofonista Dave Knowles. Zespół  zazwyczaj koncertował w niemieckich klubach i bazach wojskowych grając przeróbki innych wykonawców. Przez blisko 1,5 roku regularnie koncertowali na Kontynencie. Podczas jednego z występów zwrócił na nich uwagę popularny piosenkarz Dave Dee, który polecił ich swoi menadżerom, a ci szybko wzięli ich pod swoje skrzydła. Wkrótce wydali trzy single dla MCA, pod nazwą Windmill. Niestety, grupa w dość dramatycznych okolicznościach przestała istnieć: Dick Scott zginął w wypadku samochodowym w maju 1970 roku podczas trasy koncertowej po wschodnich Niemczech. Po powrocie do Anglii muzycy postanowili grać razem dalej, ale tym razem zwrócili się w kierunku muzyki jazzowej i rocka progresywnego. Podpisali kontrakt z wytwórnią Vertigo, choć ostatecznie wylądowali w nowo założonej firmie Noen Records będącą filią koncernu RCA. Zmienili też nazwę na TONTON MACOUTE. Dość prowokacyjna była to nazwa, gdyż tak  właśnie nazywały się brutalne w działaniu, specjalne oddziały milicji będące na usługach haitańskiego dyktatora Francoisa Duvaliera. Album „Tonton Macoute ukazał się w połowie 1971 roku.

TONTON MACOUTE "Tonton Macoute" (1971)
TONTON MACOUTE „Tonton Macoute” (1971)
Tył okładki
Tył okładki

Intryguje nie tylko nazwa grupy, ale również okładka ich  jedynego albumu (autorstwa Marcusa Keefa), a przede wszystkim sama muzyka. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to jeden z najlepszych jazzowo-progresywnych albumów brytyjskich tamtych lat. Bogate, przestrzenne brzmienie, dużo partii instrumentalnych, przejrzyste i klarowne aranżacje. Pierwszy z utworów „Just Like Stone” to prawdziwy artrockowy rarytas. Dalej robi się już bardziej jazz-rockowo, co nie powinno zrażać, biorąc pod uwagę znakomite klawiszowe (hammondowe!), jak również fortepianowe motywy i wyśmienite partie saksofonu, fletu, oraz klarnetu. Zresztą i dziś współczesne zespoły o progresywnej orientacji zahaczają w swej muzyce o jazzowe elementy. Absolutną perełką w tym zestawie jest kompozycja „Dreams”. Osobiście stawiam ją w jednym rzędzie z crimsonowskim „Moonchild”.

Znakomita płyta! Fantastyczny klimat, niezwykłe instrumentalne motywy i świetne wokale.Niezwykłe połączenie rocka progresywnego z jazzem. Można powiedzieć, że to taki zalążek fusion. Płyta, którą warto, a nawet trzeba wykopać z spośród wielu muzycznych perełek z lat 70-tych. Szkoda, że nie doczekała się muzycznej kontynuacji. Mimo, że Noen Records wydawała jedne z najbardziej ekscytujących płyt wczesnych lat 70-tych, wkrótce wpadła w tarapaty finansowe i w 1972 r. zbankrutowała. TONTON MACOUTE pozostał w ten sposób bez funduszów na dokończenie pracy nad drugim albumem, na który zarejestrowano już cztery nowe kompozycje. Do dziś żadna z nich nie ujrzała światła dziennego. Upadek wytwórni płytowej doprowadził w konsekwencji także do rozwiązanie grupy. Paul French zdecydował się na karierę solową i w latach 1974-77 wydał trzy single, a następnie założył grupę Voyager, która w 1979 r. przemykała gdzieś w dolnych rejonach brytyjskich list przebojów. Dave Knowles mieszka do dziś w hrabstwie Devon i grywa w lokalnych pubach. Chris Gavin jest nauczycielem w niewielkiej miejscowości Newbury. Z kolei Nigel Reveler po krótkiej pracy w roli muzyka sesyjnego rozpoczął karierę w przemyśle muzycznym, zajmując wysokie stanowiska  urzędnicze w firmach Polydor i Polygram.

Myślę sobie, że czasami dane jest nam obcować z płytami zawierające utwory z takim nastrojem i zestawem dźwięków, które stworzone są tylko dla nas. Stworzone po to, by nas poruszyć, a nawet odmienić nasze życie. I do takich płyt zaliczam ten wspaniały, nieco zapomniany dziś jedyny album TONTON MACOUTE!

AFFINITY „Affinity” (1970)

Z muzyką grupy AFFINITY zetknąłem się po raz pierwszy chyba gdzieś pod koniec lat 70-tych w jednej z nocnych „Trójkowych” audycji radiowych. Bob Dylan należał wówczas do (jednych z wielu) moich ulubionych artystów. Kiedy więc usłyszałem jego „All Along The Watchtower” w interpretacji tego brytyjskiego zespołu, wszystko powywracało mi się do góry nogami. Do tej pory oryginał, a także wersja Jimiego Hendrixa były nie do przebicia. W głowie zrobił mi się mętlik, a przez plecy przeleciał zimny dreszcz. Mogę więc chyba powiedzieć, że od tego dnia inaczej zacząłem spoglądać na muzykę. Rozszerzały się moje muzyczne horyzonty. Oczywiście nie było wówczas żadnych szans, by coś więcej dowiedzieć się o tej nieznanej grupie, czy też poznać inne ich nagrania. Nie mniej w mej pamięci zakodowana została nazwa zespołu, oraz przeogromna chęć, by zdobyć płytę AFFINITY chociażby tylko dla tego jednego utworu. Minąć musiało kilka dziesięcioleci nim w końcu udało mi się zrealizować to marzenie. Kiedy w 2010 roku nakładem niemieckiej firmy Repertoire ukazała się reedycja tego albumu na CD wiedziałem, że wymarzony klejnot w postaci tego cudownego, aczkolwiek niedocenionego w epoce albumu będzie miał swoje miejsce na mojej półce z płytami. Urzekła mnie też, od pierwszego wejrzenia, jego piękna atmosferyczna okładka. Jej  autor, Marcus Keef,  idealnie wpisał się w muzyczny klimat tego wydawnictwa. Nawiasem mówiąc Keef należy do moich ulubionych projektantów okładek z tamtych lat. To właśnie on jest odpowiedzialny za  okładkę debiutanckiej płyty Black Sabbath. To on projektował też okładki  dla tak ambitnych zespołów jak: Colosseum, Cressida, Beggars Opera, Spring, Indian Summer, czy Tonto Macoute.

Zespół AFFINITY (1970)
Zespół AFFINITY (1970)

Wszystko zaczęło się bardzo wcześnie, bo już w 1963 roku, kiedy to na Uniwersytecie w Sussex, trzej studenci różnych wydziałów: matematyki, chemii, fizyki i filozofii założyli grupę muzyczną US Jazz Trio. Przypomnę, że w tym samym 1963 roku Beatlesi wydali swoje dwie pierwsze płyty („Please Please Me” i „With The Beatles”), za Oceanem król rock’n’rolla zagrał w dwóch hollywoodzkich produkcjach, z których „Fun In Acapulco” okazał się w Stanach najbardziej dochodowym filmem roku’63. Ukazała się też druga płyta Boba Dylana („The Freewheelin’ Bob Dylan”) zawierająca m.in nieśmiertelny „Blowin’ In The Wind” , zaś Miles Davis mógł się pochwalić ósmym albumem w swej dyskografii („Seven Steps To Heaven”). Wkrótce US Jazz Trio powiększyło się o basistę Mo Fostera i przez krótki okres grali jako US Jazz Quartet. Po skończeniu studiów drogi muzyków się rozeszły, ale nie na długo. Pianista Lynton Naiff i perkusista Grant Serpell  w latach 1967-1968 grali krótko w popowej grupie Ice, po czym ponownie skontaktowali się z Mo Fosterem. Gdy ten przyprowadził ze sobą swego kolegę, gitarzystę Mike’a Joppa, postanowili grać swoje. Aby zrealizować swą muzyczną wizję, muzycy zaczęli poszukiwać wokalistki o inklinacjach jazzowych. W porę przypomnieli sobie o swej koleżance z czasów studenckich. Linda Hoyle okazjonalnie wspierała wokalnie US Jazz Trio, traktując to jako odskocznię od monotonnych wykładów z anglistyki. Lynton Naiff zamienił wkrótce fortepian na organy i jako AFFINITY (nazwę wzięto od tytułu płyty Oscara Petersona z 1962r. którą uwielbiał Naiff) zadebiutowali w 1968 roku w londyńskim The Revolution Club. Szczęśliwym trafem w BBC Radio Jazz Club usłyszał ich Ronnie Scott i zaoferował im swą pomoc menadżerską. Ale to nie wszystko. Oddał im także do dyspozycji własny klub w Londynie, gdzie mieli okazję poznać muzyków takich, jak Elvin Jones, Stan Getz, czy Charles Mingus. Kiedy zespół dość szybko podpisał kontrakt z wytwórnią płytową Vertigo, niespodziewanie pod koniec roku Linda Hoyle musiała poddać się  operacji strun głosowych. W 1969 roku Affinity jako kwartet zarejestrował kilka koncertowych utworów instrumentalnych, z których dziewięć ukazało się po latach na kompaktowym wydawnictwie „Live Instrumentals 1969„. Jest to zupełnie inne (mniej rockowe) granie – królują jazzowe i rhythm’ n’ bluesowe standardy. Tuż po tym Linda Hoyle powróciła do zespołu. W pełnym składzie, niejako na próbę, zarejestrowano nagrania demo: „I Am The Walrus” grupy The Beatles, własną piosenkę „You Met Your Match” i „All Along The Watchtower” Boba Dylana. Ostatecznie tylko to ostatnie nagranie znalazło się na debiutanckiej płycie zespołu, która ukazało się w czerwcu 1970 roku.

AFFINITY "Affinity" (1970)
AFFINITY „Affinity” (1970)

Pomimo przebytej operacji gardła, Linda Hoyle dała radę i zaśpiewała wybornie. Płycie „Affinity” – o dziwo- nie brakuje rockowej ekspresji owianej ulotną mgiełką psychodelii, chociaż w muzyce słychać dużo nawiązań do jazzowych i rhythm’ n’ bluesowych klimatów. Sporo tu Hammondów w połączeniu z pięknymi partiami gitary. Każdy z tych utworów ma swój cudowny i niepowtarzalny klimat, więc naprawdę trudno mi jest wyróżnić tę jedną jedyną perełkę muzyczną. Organowe wariacje dominują w „Night Flight” (jedna z najpiękniejszych kompozycji na tej płycie) , duże wrażenie robi nastrojowa i niezwykle przepiękna ballada „I Wonder If I Care As Much”, czy też bardzo spokojna, króciutka „Cocoanut Grove”. Podobne klimaty możemy dziś usłyszeć na bardziej współczesnych płytach (Solstice).  Utwór  „Three Sisters” kojarzyć się może z Van Der Graaf Generator. Nawet wokal Lindy brzmi tu trochę Hammilowo. No i zamykający całą płytę 11-minutowy „All Along The Watchtower” , który powalił mnie przed wieloma laty na kolana. Zaczyna się wokalnym wejściem Lindy Hole, by już za chwilę ustąpić miejsce organom Hammonda. Dialog wokalistki z klawiszami przechyla się na stronę instrumentu, który zaczyna fantastyczną improwizację. Jest lekkość i precyzja. Gitara co jakiś czas podaje główny temat, ale to instrument Lyntona Naiffa gra tu podstawową i pierwszoplanową  rolę. Utwór tak wciąga, że kiedy dobiega końca, wierzyć się nie chce, że 11 minut tak szybko minęły! Warto też dodać, że aranżacje smyczkowe i dęte, które słychać na płycie w kilku utworach wykonał… John Paul Jones z Led Zeppelin.

Pomimo interesującej muzyki, wysokich umiejętności technicznych muzyków, oraz przychylnych recenzji krytyków muzycznych album sprzedał się wówczas słabo. Wkrótce też, tuż przed planowanym tournee po USA,  zespół opuścili Linda Hole i Lynton Naiff, a próba wskrzeszenie zespołu z nową wokalistką nie powiodła się. Po krótkiej serii klubowych koncertów drogi muzyków rozeszły się.

Po rozwiązaniu grupy chyba największą karierę zrobił Grant Serpell, który grając na bębnach w glam rockowym zespole Sailor doczekał się mega hitu „Girls, Girls, Girls” wykorzystany także w telewizyjnym serialu komediowym z udziałem Benny Hilla. Mo Foster udzielał się w różnych zespołach, ale żaden z nich nie wybił się ponad przeciętność.  Lynton Naiff dziś jest znanym i rozchwytywanym aranżerem. O pozostałych członkach zespołu AFFINITY niestety nic mi nie wiadomo. Na szczęście pozostała z nami jedna z najpiękniejszych, wówczas niedocenionych, a dziś tak bardzo pożądanych muzycznych perełek tamtych lat. Warto zapoznać się z tą płytą. Jeszcze lepiej mieć ją na własność na swej półce z innymi klasycznymi pozycjami.