MURPHY BLEND „First Loss” (1971)

Koniec lat 60-tych XX wieku to był czas najbardziej twórczego okresu w dziejach muzyki rozrywkowej. To wtedy zadebiutowała cała masa zespołów spod znaku rocka progresywnego, hard rocka i rocka psychodelicznego. Po latach o wielu z nich zapomniano. Słusznie czy nie, to już kwestia indywidualna. Dzisiaj o debiutanckim – i jedynym – albumie formacji MURPHY BLEND „First Loss” wydanym w 1971 roku pamiętają chyba tylko nieliczni. A szkoda…

Ten zachodnioberliński kwartet, który swą nazwę wziął od marki  popularnego tytoniu fajkowego powstał w 1969 r. z inicjatywy wokalisty, a przede wszystkim muzyka grającego na instrumentach klawiszowych Wolfa-Rudigera Uhliga. Student trzeciego roku muzyki klasycznej na Akademii Muzycznej w klasie fortepianu uwielbiał muzykę Roberta Schumanna nie stroniąc rzecz jasna od słuchania (i grania) bluesa i rocka. Oprócz niego zespół tworzyli gitarzysta Wolfgang Rumler, basista Andreas Scholz, oraz grający na perkusji Achim Schmidt. Grupę dość szybko zauważyli ludzie z Kuckuck (niem. kukułka) – małej niezależnej wytwórni płytowej należącej do Eckharta Rahna mieszczącej się w Monachium. To właśnie ta mała wytwórnia „odkryła” dla świata m.in. takie grupy jak Deuter, Armaggedon, czy brytyjski CWT. Jej rola w promowaniu niemieckiego krautrocka była w tamtym czasie nieoceniona i dziś w kraju na zachód od Łaby ma statut kultowy. Podpisano kontrakt na nagranie jednej płyty, którą muzycy zarejestrowali w dwóch podejściach: pomiędzy 5 a 9 października, oraz 2 i 4 grudnia 1970 roku w Monachijskim Union-Studio. Producentem płyty był Jonas Prost. Człowiek, który pod swą „opieką” miał wówczas (uważanych za pionierów krautrocka) zespół Ihre Kinder, oraz dużo bardziej popularny na Wyspach i w Zachodniej Europie Out Of Focus. Na płycie znalazło się siedem utworów trwających w sumie niecałe trzydzieści sześć minut. Niewiele, prawda? Ale…

Na początku uwiodła mnie poetycka, nieco naiwna okładka płyty, ale już jej zawartość okazała się wprost rewelacyjna!

Murphy Blend "First Loss" (1971)
Murphy Blend „First Loss” (1971)

„First Loss” to kapitalny, pełen wyobraźni i niezwykle dojrzały album z rockiem progresywnym. Z doskonale wyważonymi proporcjami ciężkiego rocka z klasycyzującymi organowymi pasażami. Flirtujący z bluesem i szczyptą jazzu. Utrzymany w tradycji zespołów takich jak Deep Purple, Hight Tide, Uriah Heep, The Doors…

Całość otwiera ciężki „At First” – bardzo melodyjny i zapadający głęboko w pamięć numer. Wystrzałowy hard rock z progresywnym rozmachem i dominującymi partiami dwóch instrumentów: gitarą Rumlera, oraz organami Hammonda. Cóż za doskonały wstęp zaostrzający apetyt na dalszą część płyty. „Speed Is Coming Back” podszyty jest nostalgiczną i hipnotyzującą nutką śpiewu wokalisty, którego w chórku wspomagają koledzy . Rozpoczyna się jednak od mocnego wejścia perkusji Schmidta. Dopiero po chwili dołączają organy z gitarą i wówczas zaczyna się szalona rockowa jazda. Z kolei „Past Has Gone” to rock progresywny w czystej postaci, w którym wyraźnie słychać przejaw klasycznych zainteresowań lidera grupy. Przepięknie grająca unisono gitara łączy się w dialogu z partiami Hammondów. Ich kościelne brzmienie przywołują na myśl samego J.S. Bacha, choć ja słyszę tu wpleciony cytat z „Preludium c-moll” naszego Fryderyka Chopina. Końcówka utworu należy do Andreasa Scholza – jego pochód basu przyprawia o ciary!

Label LP "First Loss"
Label LP „First Loss” (strona „B”)

Stronę „B” albumu otwiera „Praludium/Us Your Feet” ozdobiony tym razem bardziej agresywną organową solówką nawiązującą do osiemnastowiecznego klasyka. Jednak w dalszej część kompozycja rozwija się w kierunku hard rocka z elementami… funku. To ostatnie kojarzy mi się głównie ze względu na śpiew wokalisty. Dużo, a nawet więcej, dzieje się w tytułowym i najdłuższym utworze mającym charakter mini suity. Pierwsze trzy minuty to psychodelia w stylu wczesnych nagrań Pink Floyd. Potem ostre hard rockowe zagrywki z przesterowaną gitarą przeplatają się z subtelniejszymi dźwiękami a to klawesynu, a to fortepianu. W genialnie prosty i niezauważalny od razu dla przeciętnego słuchacza sposób klawiszowiec wplótł w to wszystko swojego ukochanego Schumanna i jego „Erster Verlust Op.68 No.16″. Całość tryska pomysłami, kipi energią i tworzy bardzo spójną całość. Osiem minut fascynującego grania stojącego na bardzo wysokim poziomie. Zamykający płytę „Funny Guys to rockowy numer, który na samym wstępie zawiera cytat z klasycznej „Toccaty i fugi de-moll” Bacha. I wokół tego bachowskiego tematu rozwija się cały utwór. Świetne zakończenie doskonałego albumu. Aha! Mamy tu jeszcze trzy sekundowy śmiech opatrzony tytułem „Happiness” – żarcik zespołu puszczający do nas oko. W domyśle, by muzykę traktować jak dobrą zabawę. Przynajmniej ja tak to interpretuję.

Kariera MURPHY BLEND nie trwała długo. Wkrótce po wydaniu albumu zespół rozpadł się. Wolf-Rudiger Uhlik założył nową formację Hanuman, z którą wydał jedną, równie godną polecenia płytę „Hanuman” (1971). Opuszczając kolegów na krótko zasilił grupę Frumpy, której pomógł nagrać płytę „By The Way” (1972), po czym definitywnie rozstał się z profesjonalną sceną muzyczną. Skończył studia prawnicze, wiele lat działał w branży turystycznej, a dziś jest członkiem zarządu niemieckiego oddziału znanej brytyjskiej firmy ceramicznej Wedgewood. Basista Andreas Scholz trafił do blues rockowego zespołu Blackwater Park. Można go usłyszeć na płycie „Dirt Box” (1971). Najdłużej w branży muzycznej działał perkusista Achim Schmidt, który z współpracował z wieloma formacjami do roku 1986. Gitarzysta Wolfgang Rumler jako jedyny z całej czwórki tuż po rozpadzie MURPHY BLEND nigdy więcej nie podjął pracy muzyka i w zasadzie wszelki słuch o nim zaginął. A zapowiadał się na świetnego gitarzystę jazzowego.

Patrząc na płytę „First Loss” z dzisiejszej perspektywy czasu trudno nazwać ją arcydziełem. Mimo wszystko pod względem muzycznym MURPHY BLEND pokazał na niej bardzo wysoki poziom, a także niesamowitą dojrzałość artystyczną. To jeden z tych zagubionych, choć na szczęście po latach ponownie odnalezionych, klejnotów niemieckiego (europejskiego) prog rocka!

THE HUMAN INSTINCT „Stoned Guitar” (1970)

Po raz pierwszy THE HUMAN INSTINCT usłyszałem będąc nastolatkiem, a więc w czasach przed internetem i kanałem YouTube, w radiowej „Trójce”. To nie była cała płyta, a jedynie nagranie „The Nile Song” – cover grupy Pink Floyd pochodzący z płyty „More”. Najbardziej hard rockowy utwór Floydów w tamtym czasie. Ta wersja, zupełnie nieznanej mi grupy pochodzącej gdzieś z drugiego końca świata, bardzo mnie zaintrygował. Mniej agresywna i nie tak dynamiczna jak oryginał. Powiedziałbym, że progresywno-psychodelicznie „rozmyta”, ale za to z kapitalną partią gitary. Traktując to jako muzyczną ciekawostkę, nie znając tytułu albumu, zanotowałem sobie nazwę zespołu opatrując ją ogromnym wykrzyknikiem. Miałem nadzieję, że może kiedyś uda mi się dotrzeć do całej płyty. Z drugiej strony zdawałem sobie sprawę jak płonne były w tym czasie te nadzieje… A jednak udało się. Co prawda lata świetlne później, ale jednak! Przez zupełny przypadek w jednym z wielkich sklepów muzycznych „wygrzebałem” płytę zatytułowaną „Stoned Guitar” wciąż tajemniczego dla mnie zespołu. Pomijam, że stała sobie na półce w zupełnie innym miejscu niż powinna, oraz to, że ktoś z obsługi nakleił logo sklepu z ceną na spisie utworów! Na to ostatnie machnąłem ręką. Trudno. Radość z nieoczekiwanego zakupu „białego kruka” była dużo, dużo większa. Kiedy jednak w domu ją rozpakowałem, okazało się, że… nie było tam „Pieśni Nilu”! To nie TA płyta!!! Rozczarowany i wściekły odłożyłem ją na półkę.  Wróciłem do niej po tygodniu i wówczas – jak mawia młodzież – kopara opadła na glebę…

Historia zespołu zaczyna się w dalekiej Nowej Zelandii w 1966 roku, kiedy to Trevor Spitz, lider popularnej grupy The Four Fours, postanowił opuścić swych kolegów, gdy dowiedział się, że chłopaki wyruszają do Londynu po sławę i pieniądze. W tym czasie bardzo wielu wykonawców z tego rejonu świata emigrowało na Wyspy, do muzycznego Eldorado,  z nadzieją na zrobienie kariery.  Jego miejsce dość szybko zajął Maurice Greer, 19-letni śpiewający perkusista, były członek grupy The Flares Show Band (debiutował w niej mając 14 lat) i The Saints. Będąc w tym ostatnim chyba jako pierwszy na świecie tak zmodyfikował swój zestaw, że mógł na nim grać stojąc(!) co – jak twierdził – bardzo ułatwiało mu śpiewanie. On też, w czasie rejsu statkiem płynącym do Anglii wymyślił nazwę grupy tłumacząc, że THE HUMAN INSTINCT to zdecydowanie „poważniejsza” nazwa dla kapeli aniżeli banalne The Four Fours.

Maurice Greer (dr)
Maurice Greer (dr)

Po trzech miesiącach pobytu w Londynie w końcu udało im się zagrać pierwszy koncert. Wygrali też jeden z licznych przeglądów dla amatorskich zespołów rockowych piosenką „Good Vibration” Beach Boys(!) i jakimś cudem załapali się w trasę po północnej Anglii z The Small Faces. Szczęście się do nich uśmiechnęło, gdy Philips podpisał z nimi kontrakt płytowy i w 1967 roku wydał trzy single. Wszystkie, raczej przeciętne, przeszły bez echa choć „New Musical Express” piosence „Rich Man” wystawił w miarę pozytywną ocenę. Jednak Philips szybko wycofał się z umowy, tak samo jak i Deram – wydawca dwóch kolejnych małych płytek zespołu z 1968 roku, które nie spełniły oczekiwań szefów firmy płytowej. Nawiasem mówiąc single te dziś warte są fortunę. Nie ma zysku, nie ma kontraktu. Nie ma kontraktu – czas wracać do domu.

Maurice Greer tak łatwo jednak się nie poddawał. Skontaktował się ze swym serdecznym przyjacielem z rodzinnego Palmenstron mającym maoryskie korzenie, gitarzystą Billy Te Kahik’iem  zwanym Billy TK, proponując współpracę. Już wówczas mówiło się o nim, że to „cudowne dziecko gitary” i jak czas pokazał nie było w tym określeniu cienia przesady. Nowym basistą został Peter Barton i w trzyosobowym składzie THE HUMAN INSTINCT w lutym 1969 przypuścił ponowny szturm na Londyn. Z miejsca kupili ogromne nagłośnienie i oświetlenie sceniczne, dzięki czemu wzrosło też zainteresowanie ich występami.  Atrakcją dla przybyłych fanów okazał się nie tylko śpiewający i grający na stojąco perkusista, ale też ( a może przede wszystkim) egzotyczny Maorys z burzą długich gęstych włosów dający popis gry na gitarze. Z całej trójki Billy TK zaczynał stawać się czołową postacią w tym zespole.

The Human Instinct. Od lewej Larry Waide, Maurice Greer, Billy TK (1970)
The Human Instinct. Od lewej Larry Waide, Maurice Greer, Billy TK (1970)

Wizyta w Londynie i okolicach trwała tym razem niepełne trzy miesiące. Ale tuż po powrocie trio przystąpiło do nagrywania swojej pierwszej płyty, która pod tytułem „Burning Up Years” ukazała się pod koniec 1969 roku. W połowie sesji nagraniowej w studiach Astor zupełnie niespodziewanie grupę opuścił basista, którego na szczęście dość błyskawicznie zastąpił Larry Waide. Debiut płytowy okazał się sporym sukcesem, ale nic w tym dziwnego, gdyż zespół zaprezentował na nim wyśmienitą mieszankę psychodelicznego ciężkiego rocka spod znaku The Jimi Hendrix Experience i Cream z klasycznym białym bluesem. Entuzjastyczne recenzje z jakim przyjęto debiut na nowozelandzkim rynku muzycznym i zachwyt tamtejszych fanów spowodował, że THE HUMAN INSTINCT niemal z miejsca przystąpił do nagrywania kolejnego krążka. Ten pod nazwą  „Stoned Guitar” ukazał się w czerwcu 1970 roku.

Okładka przedstawiała połamaną gitarę wystającą spod kamiennego gruzu („Ukamienowana gitara”), choć w slangu słowo stoned oznacza też nawalony, urajany (w sensie: naćpany). Tytuł płyty można więc interpretować na dwa sposoby. Warto też dodać, że w projekcie wykorzystano obraz nowozelandzkiego artysty Michaela Smither’a „Two Rock Pools” na który „nałożono” gitarę.

The Human Instinct "Stoned Guitar" (1970)
The Human Instinct „Stoned Guitar” (1970)

Album, zawiera sześć kapitalnych kompozycji, utrzymanych w klimacie nagrań The Jimi Hendrix Experience – tylko zagranych nieco ciężej! Zaczyna się od prawdziwego trzęsienia ziemi – kompozycji „Black Sally”  Dennisa Wilsona (tego od Kahvas Jute, a nie z The Beach Boys) wydanej wcześniej na singlu przez mało znany zespół Mecca. Jest dobrze! Jest moc! Utwór aż kipi energią i ostrymi jak brzytwa  zagrywkami gitarowymi z użyciem efektu wah wah. Tytułowy „Stoned Guitar” to mocno nabuzowany Hendrix, który na swej drodze spotyka wczesny Hawkwind. Rozumiem teraz skąd ta dwuznaczność w interpretacji tytułu albumu. Gitarowa „kosmiczna” jazda z kolorowymi, ciekawymi solówkami trwa blisko 3 minuty, po których zdecydowanie i „twardo” wchodzi sekcja rytmiczna. Całość trwa w sumie siedem  minut. Odlotowych wręcz minut! Jest to też jedyna autorska kompozycja zespołu na tym albumie. Pierwsza strona oryginalnego longplaya kończy się 9-minutowym nagraniem „Jugg -A-Jug Song” nowozelandzkiego gitarzysty Jessie Harpera (wł. Doug Jerebine), z którym Maurice Greer zaprzyjaźnił się podczas pobytu w Londynie. Dynamiczny, pełen improwizacji utwór skrzący się (znowu) świetnymi solówkami gitarowymi i doskonałym zgraniem sekcji. Ten sam Jessie Harper jest autorem kolejnego nagrania. Jego „Midnight Sun” otwiera stronę „B” czarnego krążka. Zaczyna się riffem podobnym do kawałka z „Mississippi Queen” Mountain, ale już po chwili wszystko wchodzi na własne tory. Tory, po których muzyka toczy się wolno i ociężale niczym długi pociąg towarowy, by w końcówce przyspieszyć. Trudno jest mi się od niego uwolnić. On po prostu uzależnia! Kojące dźwięki przynosi nagranie „Tomorrow” zaśpiewane przez Greera, uroczo zagrane na gitarze akustycznej przez basistę Larry Waide’a. Ta bardzo spokojna ballada pochodzi z repertuaru niejakiego Johna Kongosa, piosenkarza z RPA przypominającego z wyglądu… Johna Lennona. W oryginale tytuł brzmiał „Tomorrow I’ll Go”. Nawiasem mówiąc Happy Mondays w latach 90-tych oparli swój przebój „Step On” na piosence „He’s Gonna Step On You Again” wylansowaną w 1971 roku właśnie przez Kongosa. Całość kończy blues rockowy standard Rory Gallaghera i grupy Taste „Railway  And Gun”. Rozciągnięty do dziesięciu minut (oryginał trwał trzy i pół) ze świetnym pochodem pulsującego basu pełen improwizacji i gitarowych smaczków. Tę wersję, w wykonaniu Nowozelandczyków kupuję z zamkniętymi oczami!

Album „Stoned Guitar” to absolutnie rewelacyjny gitarowy klasyk, który powinien znaleźć się w każdej szanującej się płytotece fana ciężkiego rocka. Billy TK zwany też maoryskim Hendrixem swoim nieprzeciętnym talentem udowodnił, że należy mu się miejsce, by stanąć w jednym szeregu u obok Page’a, Beck’a, Claptona, czy Robina Trowera. Gdyby nagrywał i wydawał w Anglii, to kto wie – może zrobiłby karierę tak dużą jak oni, a może i większą? Zespół THE HUMAN INSTINCT zapewne byłby też silną konkurencją dla ówczesnych tytanów rocka z Black Sabbath, Deep Purple i Led Zeppelin na czele. Dodam jeszcze, że kompaktowa reedycja Sunbean Records z 2011 roku zawiera cztery bonusy, w tym singiel promujący płytę z utworami „Black Sally/Mignight Sun” dziś już praktycznie nieosiągalny.

W 1971 roku ukazał się trzeci krążek tria (i ostatni na którym zagrał gitarzysta Billy TK)  zatytułowany „Pins In It”. Album poziomem nie odbiegał od swych dwóch poprzedników, choć rzecz jasna nie przebił (jak dla mnie) swego poprzednika. To w końcu na nim odnalazłem ów sławetny utwór grupy Pink Floyd, „The Nile Song” dzięki któremu dowiedziałem się o istnieniu zespołu pochodzącego z dalekiej Nowej Zelandii.

ANCIENT GREASE „Women And Children First” (1970)

Walijska scena muzyczna na przełomie lat 60-tych i 70-tych miała niesamowitą liczbę zespołów i wykonawców cieszących się w epoce dużą popularnością, które z czasem zostały zapomniane i to  na wieki. Konia z rzędem temu kto dziś kojarzy sobie nazwy takie jak The Vikings, The Blackjacks, The Mustangs, Corncrackers, The King Bees, Brothers Grimm, The Smokestacks, czy Strawberry Dust… Bardziej pamiętamy Love Sculpture Dave’a Edmundsa, Amen Corner z Andy Fairweather- Low’em w składzie, świetny Man i oczywiście kultowe trio Budgie.

W drugiej połowie lat 60-tych w Cardiff zawiązała się grupa Eyes Of Blue. Z typowo popowego zespołu wkrótce przechrzciła się na psychodelię, a na dodatek zwrócił na nią uwagę Graham Bond stając się niejako ich mentorem. Wydane dwie duże płyty w 1968 i 1969 roku („Crossroads Of Time” i „In Fields Of Ardath”) okazały się jednymi z najwybitniejszych, powstałych pomiędzy schyłkiem psychodelii, a narodzinami rocka progresywnego. Perkusista Eyes Of Blue, John Weathers, któregoś dnia natknął się w jednym z lokalnych klubów na grupę o nazwie Strawberry Dust grającą covery. W czterech chłopakach dostrzegł niezwykły potencjał i talent. Kilka miesięcy później Eyes Of Blue zaproponowali kwartetowi wspólne koncerty, oraz pomogli w nagraniu demo. Udali się w tym celu do Monmouth, gdzie w starej stodole, która nosiła dumną nazwę Rockfield Studios, zarejestrowali kilka utworów. Zainteresowali nimi słynnego producenta muzycznego  z Mercury Records, Lou Reiznera. Tego samego, który zrealizował m.in. dwa pierwsze albumy Roda Stewarta, pracował z Rickiem Wakemanem, zorkiestrował rock operę „Tommy” The Who, odkrył i podpisał kontrakt z Van Der Graaf Generation, wymyślił nazwę dla greckiego zespołu Aphrodite’s Child z Vangelisem i Demisem Roussosem w składzie… Listę jego zasług dla muzycznego świata można by ciągnąć długo. Lou Reizner długo się nie zastanawiał. Wstępnie podpisał z zespołem roczny kontrakt, po czym niemal natychmiast przystąpił do nagrywania materiału na dużą płytę. Prace w Morgan Studios w Willesden trwały przez tydzień od północy do szóstej rano. „Mogę się pochwalić, że z dziesięciu nagrań aż cztery kompozycje umieszczone na płycie są mojego autorstwa, które podarowałem zespołowi.” – wspomina Weathers i dodaje: „Wszyscy byli podekscytowani i szło im naprawdę doskonale. A przecież była to tak naprawdę ich pierwsza w życiu profesjonalna sesja!” 

Album zatytułowany „Women And Children First” ukazał się w lipcu 1970 roku. Tyle tylko, że firmowała go nie grupa Strawberry Dust a zespół o nazwie… ANCIENT GREASE. Okazało się, że szalony Lou Reizner zrobił „psikusa” –  bez zgody zespołu samowolnie zmienił im nazwę!

Ancient Grease
Strawberry Dust vel ANCIENT GREASE.

Muzycy wściekli się niemiłosiernie. Doszło do wielkiej awantury i kłótni. „Ancient Grease. Cóż za idiotyczna nazwa!” – grzmiał wokalista Graham „Morty” Mortimer. Na co Lou ze stoickim i flegmatycznym spokojem tłumaczył: „Sorry chłopcy. Miało być Ancient Greece (ang. Starożytna Grecja), ale chyba zrobiłem błąd w pisowni…”ancient greese w wolnym tłumaczeniu: staroświeckie mazidło). Nic już nie można było poradzić. Płyta trafiła do sklepów.

Album „Women And Children First” trwający 50 minut w przeważającej mierze zawierał bardzo dynamiczny materiał oparty na mocnych, gitarowych, niemal sabbathowskich, riffach. Ciężkie, intensywne brzmienie o bluesowym zabarwieniu czasem okraszone jest partią harmonijki i organów – chociaż nie brak na płycie także spokojniejszych, balladowych momentów. Ten album to takie „dziecko swojego czasu” – mocna mieszanka pub rocka, ciężko kołyszącego rhythm and bluesa i bluesa. Ale także psychodelii rodem z San Francisco i brytyjskiego prog rocka, któremu po drodze z hard rockiem.

Ancient Grease "Women And Children First" (1970)
Ancient Grease „Women And Children First” (1970)

Zaczyna się od ciężkiego , miarowego „Freedom Train” z wyeksponowaną do przodu gitarą Grahama Williamsa. Muzyk daje też powody do radości w „Don’t Want”. To najwyższa próbka  kapitalnego gitarowego czadu. Lirycznie robi się na początku w „Odd Song” za sprawą klawiszy Phila Ryana, ale potem utwór nabiera tempa i mocy. W sumie taka niby ballada, ale  pełna zróżnicowanych nastrojów.  Klawiszowca uwielbiam za swą świetnie zagraną partię w „Where The Snow Lies Forever”. Równie pełen zmiennych klimatów i nastrojów jest „Eagle Song”.  Dynamicznie i bardzo niespokojnie mamy w blues rockowym „Prelude To A Blind  Man”. Z kolei tytułowy, zagęszczony i pełen improwizacji, blisko siedmiominutowy „Women And Children First” chwilami przywodzi na myśl najcięższe momenty z wczesnych albumów Budgie, Savoy Brown, czy jedynej płyty Black Cat Bones. Czuć w nim zespołowe emocje zrodzone podczas grania na scenie na „żywo”. Solidna sekcja rytmiczna: Dick „Ferndale” Owen (dr) i Jack Bass (bg), świetne organy Hammonda, kapitalna gitara i typowo hard rockowy wokal – oto składniki i tajemnica wielkości tego nagrania. Progresywny „Time To Die” został (gościnnie) zaśpiewany przez bardzo utalentowanego Gary Pickford-Hopkinsa z Eyes Of Blue. No i na koniec wypada jeszcze powiedzieć o moim ulubionym kawałku z tej płyty – „Mother Grease The Cat”. Myślę, że łączy on w sobie te wszystkie najciekawsze elementy stylu ANCIENT GREASE, a więc konkretny, gitarowy riff i hipnotyczny rytm przerywany uroczymi akustycznymi wstawkami.

Amerykańska edycja LP. "Women And Children First"
Amerykańska edycja LP. „Women And Children First”

Wkrótce po wydaniu albumu „Women And Children First” grupa ANCIENT GREASE wróciła do swej pierwotnej nazwy  (Strawberry Dust) czym z pewnością nie pomogła ani samej płycie, ani  swojej karierze. W Stanach album ukazał się w całkowicie zmienionej okładce. Czy był to kolejny „dowcip” Lou Reiznera? Tego pewnie już się nie dowiemy. Muzycy Eyes Of Blue także zmienili swą nazwę i jako Big Sleep wydali w 1971 roku bardzo udany album „Bluebell Wood”. Rok później John Weathers przyjął posadę perkusisty w progresywnej grupie Gentle Giant, z którą grał do jej rozwiązania w 1980 r. Wokalista Gary Pickford-Hopkins związał się z Wild Turkey, zaś Phil Ryan zasilił formację Man.

Grzeszny obiekt pożądania: LUV MACHINE „Turns You On” (1971)

Kilka lat temu odwiedzając londyński sklep muzyczny „HMV” na Oxford Street ujrzałem płytę, która długi czas spędzała mi sen z powiek. Na mej prywatnej liście w umownej kategorii „najbardziej poszukiwanych i pożądanych obiektów” zajmowała jedno z czołowych pozycji. Przez moment sparaliżowało mnie. Czy to nie sen? Czy ja dobrze widzę? Czy to na pewno jest to, o czym myślę widząc nazwę grupy? Fakt, okładka nie ta. Zmieniona. Oryginalna namieszała wówczas dość mocno. Ale na Boga – minęło tyle lat, więc nie sądzę, by dziś mogła wywołać zgorszenie. Trudno. Widać taka wola wydawcy. Dodano też (dość dwuznaczny) tytuł „Turns You On”, ale utwory wypisane na odwrocie płyty zgadzały się co do joty. Tak jak i nazwa zespołu. LUV MACHINE.

LUV MACHINE "Turns You On" (kompaktowa reedycja Rise Above 2006r.)
LUV MACHINE „Turns You On” (Reedycja CD Rise Above 2006r.)

Niektóre źródła podają, że ojczyzną LUV MACHINE była Nowa Zelandia. Błąd, choć rzeczywiście zespół pochodził z dość dalekiego i egzotycznego jak dla Europejczyka regionu. Ojczyzną grupy był bowiem Barbados – tropikalna wyspa położona na Małych Antylach, w basenie Morza Karaibskiego. W latach 60-tych pod względem muzycznym Barbados zdominowane było przez amerykański popowy soul  z domieszką calypso przyprawione lokalnym folklorem. Dla turystów odwiedzających ten uroczy zakątek była to zapewne jedna z atrakcji, którą wspomina się potem w gronie przyjaciół i znajomych ale nie dla młodego Errola Bradshawa, perkusisty i wokalisty The Blue Rhythm Combo działającego w stolicy Barbadosu, Bridgetown. Był rok 1968, kiedy muzyk zafascynował się psychodelią, bluesem i mocnym rockiem. Płyty Hendrixa, Cream, Vanilla Fudge, Creedence Clearwater Revival, tudzież innych mniej znanych wykonawców wywróciły mu świat do góry nogami. Postanowił założyć zespół, który z założenia miał grać mocno, głośno i na pewno nie będzie grał turystom do tańca. Swoim pomysłem zaraził dwójkę przyjaciół: gitarzystę Michaela Bishopa i basistę Merlina Norville’a. Projekt został nazwany Luv Machine. Dość ryzykownie, bowiem w slangu tak określało się kobietę ogarniętą nienasyconą żądzą do miłości fizycznej. Umiejętnie łącząc rock i soul z domieszką klimatów karaibskich szybko zyskali rozgłos. Pierwszy singiel „Build Me Up Buttercup” wydany latem 1969 roku stał się krajowym hitem, a trio zostało kilka razy zaproszone do telewizyjnego show. Tamtejsi prezenterzy z pełnym entuzjazmem zapowiadali ich jako „pionierów nowego, krajowego brzmienia”.

LUV MACHINE "Turns You On" (tył okładki CD)
LUV MACHINE „Turn You On” (tył okładki CD)

W tym właśnie czasie na grupę zwrócił uwagę brytyjski menadżer Malcolm West, który przekonał muzyków, by przenieśli się do Anglii. „Przeprowadzka” odbyła się pod koniec roku i na początku przyniosła muzykom duże rozczarowanie. Przede wszystkim narzekali na brak odpowiedniej gotówki, pojawiły się problemy mieszkaniowe i uprzedzenia rasowe. Te ostatnie szczególnie dawało się odczuć podczas pierwszych klubowych występów. Biała publiczność bardzo podejrzliwie patrzyła na trzech  czarnych facetów, którzy zjawili się nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co? Jednak po chwili dali się ponieść muzyce granej ze sceny, a początkowa wrogość przeradzała się w zachwyt. Występy w tymczasowo „rodzinnym” Wolverhampton szybko zamieniły się w koncerty w tak legendarnych miejscach jak londyński klub „Marquee”, czy liverpoolski „The Cavern”. Były też wypady na kontynent: do Włoch i Niemiec gdzie koncertowali z grupą Sweet. Kariera LUV MACHINE zaczęła nabierać rozpędu. „Nikt nie chciał wierzyć, że zespół pochodzący z Barbadosu może grać mocnego acid rocka. Dla Europejczyka to był pewien szok. My z kolei poznawaliśmy muzykę takich grup jak Pink Floyd, King Crimson i ELP o istnieniu których nie mieliśmy do tej pory pojęcia” – wspomina Errol Bradshaw we wkładce do kompaktowej reedycji płyty.

Frustracja spowodowana rozłąką z domem, oraz problemy z wizą spowodowały, że grupę opuścił basista Merlin Norville. Jego miejsce zajął Brytyjczyk, John Jeavons, grający do tej pory w kilku lokalnych blues rockowych zespołach (prywatnie przyjaciel Glenna Huges’a!). Na dodatek Malcolm West przyprowadził ze sobą jeszcze jednego muzyka, gitarzystę Boba Bowmana. W ten oto sposób trio LUV MACHINE stało się kwartetem.

Luv Machine. Od lewej: Errol Bradshaw (dr, voc), Michael Bishop (g. voc) i John Jeavons (bg, voc)
Luv Machine jeszcze jako trio. Od lewej: Errol Bradshaw (dr, voc), Michael Bishop (g. voc) i John Jeavons (bg, voc)

W lipcu 1970 roku muzycy weszli  do londyńskiego studia Philips i pod okiem producenta Martina Halla zarejestrowali swój jedyny jak się miało okazać album zatytułowany po prostu „Luv Machine”. Wspomina Bradshaw: „Materiał na płytę powstał w przeciągu sześciu tygodni. Nagrania trwały zaś jedynie przez weekend plus jedną noc. To było istne szaleństwo”. Album pilotował singiel z nagraniem „Witches Wand”/”In The Early Hours”.  Sporo zamieszania i wrzawy narobiło się wokół okładki, która przedstawiała rozłożone nogi kobiece wystające z gramofonu. Jedni uznali ją za obsceniczną, inni widzieli w niej… pornografię! W niektórych krajach, w tym w Australii i Nowej Zelandii album został całkowicie wycofany ze sprzedaży, a pochodzące z niego nagrania dostały „dożywotni zakaz prezentacji w środkach masowego przekazu”. Paranoja! O dziwo w Stanach, które na tym punkcie szczególnie są wyczulone, płytę można było nabyć bez żadnych problemów.

LUV MACHINE "Luv Machine" (1971)
Oryginalna, „kontrowersyjna” okładka LP „Luv Machine” (1971)

„Luv Machine” to album dla tych, którzy uwielbiają brytyjski wczesny hard rock i blues rock. Jest tu miejsce na funk, uduchowioną psychodelię i progresję. Krąży ta muzyka gdzieś w okolicach Killing Floor, Black Sabbath, King Crimson i Jefferson Airplane, a wszystko to podlane klimatami Karaibów. Nie jest to płyta, która zmieniła oblicze muzyki rockowej, która rzuca na kolana. Raczej z gatunku tych, których słuchanie sprawia wielką radość i przyjemność. Pierwsze dwa nagrania „Witches Wand” i „You’re Suprised” trwające w sumie około sześciu minut to połączenie psychodelii, bluesa i.., punk rocka. Perkusista trzyma uwagę słuchacza swymi ostrymi i potężnymi bębnami. „Happy Children” z powodzeniem mógłby pojawić się na każdym albumie Led Zeppelin po 1973 roku. „Maybe Tomorrow” z organową wstawką w środku i pulsującym basem jest tak prosty, że ociera się o geniusz. Z kolei „Reminiscing” ma fantastyczną pop rockową melodię, co wcale nie jest zarzutem. Wręcz przeciwnie. I tak można by jeszcze wymieniać inne tytuły, analizować, porównywać, oceniać. Oryginalna płyta to dwanaście świetnie zagranych numerów, które koniecznie trzeba poznać i posłuchać. Do kompaktowej wersji wydanej dopiero w 2006 roku przez Rise Above dodano sześć rzadkich nagrań, w tym drugi, nigdy nie wydany singiel i wczesne nagrania demo zespołu z pierwszym basistą.

Errol BradshawMichael Bishop przybyli do Anglii na podstawie wizy turystycznej, a gdy próby jej przedłużenia nie powiodły się musieli opuścić Wlk. Brytanię. Kiedy więc Polydor wydał w styczniu 1971 roku album „Luv Machine” zespół faktycznie już nie istniał. Dziś oryginalny i rzadko widywany w swej pierwotnej okładce longplay osiąga na giełdach płytowych cenę powyżej 250 funtów. Wśród kolekcjonerów czarnych płyt wciąż jest grzesznym obiektem pożądania