COLLEGIUM MUSICUM „Collegium Musicum” (1971); „Konvergencie” (1971).

Jeden z moich słowackich przyjaciół powiedział mi kiedyś coś co utkwiło mi w pamięci na długie lata: „Kulturę słowacką zawsze porównywano do czeskiej, a to niesprawiedliwy i szkodliwy osąd. Mimo, że jako naród jesteśmy dwa razy mniej liczebni od naszych braci Czechów rekompensowaliśmy to jakością. Wiem, oni mieli świetny Blue Effect, znakomity Progres 2, Synkopy i Pražský výběr, ale za to my mieliśmy Fermatę i  fenomenalny COLLEGIUM MUSICUM.

Marian Varga

Zespół utworzył Marián Varga, bardzo utalentowany, były student Konserwatorium Muzycznego w Bratysławskie w klasie fortepianu. Urodzony w małym miasteczku Česká Skalice od szóstego roku pobierał prywatne lekcje u znanego kompozytora, Jana Cikkera. W Konserwatorium był pod opieką dwóch innych, wielce cenionych wykładowców Romana Bergera i Andreja Očenáša. W 1967 roku, po trzech latach studiów Varga niespodziewanie zrezygnował z nauki w szacownej Alma Mater i został członkiem grupy Prúdy nagrywając z nią legendarny album „Zvoňte zvonky”.  Dwa lata później, będąc pod wrażeniem płyt zespołu The Nice, wspólnie z Fedorem Frešo (bg), Dušanem Hájkiem (dr) i Fedorem Letňanem (g)  założył COLLEGIUM MUSICUM. Wielu widziało w nich słowiańską odpowiedź na formację Keitha Emersona.

W repertuarze zespołu, składającym się głównie z utworów instrumentalnych, znalazły się reinterpretacje tematów znanych klasyków takich jak Joseph Haydn, Béla Bartók czy Igor Stravinsky, uzupełnione oryginalnymi kompozycjami. W 1970 roku Letňan pożegnał kolegów, a jego miejsce zajął Rastislav Vacho i w takim składzie nagrali singla „Hommage à JS Bach”/”Ulica plná plášťov do dažďa”. Mała płytka spodobała się fanom prog rocka i zyskała uznanie krytyków. Potem poszło już szybko.  26-28 października 1970 roku w praskim studio należącym do Supraphonu muzycy zarejestrowali materiał na dużą płytę, która pod niewyszukanym tytułem „Collegium Musicum” ukazała się wiosną 1971 roku. Warto wiedzieć, że projekt oryginalnej okładki przedstawiał zespół na zamku w Bratysławie, ale słowacka heraldyka była dla czeskich cenzorów nie do przełknięcia. Grafikę zmieniono, co kompletnie nie miało wpływu na to, że pierwszy słowacki album rockowy wydany przez czeską wytwórnię sprzedał się w nakładzie 140 tysięcy egzemplarzy. To był rekord!

Front okładki płyty „Collegium Musicum” (1970)

Na płycie znalazły się cztery (w tym trzy mocno rozbudowane) kompozycje zdominowane przez instrumenty klawiszowe, głównie organy Hammonda. Są one wszędzie! Myślę, że Varga, któremu nie brakowało wyrazistości i śmiałego podejścia do eksperymentowania opanował je po mistrzowsku i mógł w tym czasie śmiało konkurować z największymi sławami po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny. Przez cały czas gra wzorowo, a jego organowe solo w „If You Want To Fall” jest obłędne. Szkoda, że gitara, bas i perkusja na tle klawiszy wydają się nieśmiałe i powściągliwe. Jakby stały nieco z boku i bliżej im było do rytmów lat 60-tych, niż do progresywnego rocka. A może mi się tylko tak wydaje..? Jedno jest pewne – tą płytą zespół dobrze wpasował się w ramy prog rocka, z prostymi, bluesowymi riffami w stylu Cream połączonymi z ambitnymi, złożonymi aranżacjami z wykorzystaniem instrumentów dętych i smyczków, które były (przynajmniej na początku) ważną częścią tego stylu. Jest to też jedyny album, który zawiera angielskie wokale Fedora Frešo, choć po prawdzie nie ma tu ich za wiele.

Tył okładki debiutanckiej płyty

Wspomniany wcześniej „If You Want To Fall” ma typowo blues rockowy riff, z doskonałą psychodeliczną sekcją środkową i dobrymi solówkami wszystkich członków. Utwór, który poraził mnie od pierwszego przesłuchania. I lepszego otwarcia tej płyty sobie nie wyobrażam. „Strange Theme” podzielony na dwie części zawiera oprócz klasycznych progresywnych akordów także typowy refren w stylu flower power z lat 60-tych, szaleńcze tempo rodem z „21st Century Schizoid Man” z wplecionym saksofonem, oraz partię gitarową zawierającą długie solo Rastislava Vacho, co było raczej rzadkością w muzyce takiej jak ta. Ostatnie nagranie, „Concerto in D” to aranżacja utworu Haydna z rockowym beatem i niezwykle wierną interpretacją Vargi. Osobiście bardzo mi się podoba. Reasumując – jak na swój czas (i otoczenie) był to naprawdę ambitny album. Tyle, że najlepsze miało dopiero nadejść.

Przede wszystkim z zespołem skontaktowała się nowa słowacka wytwórnia Opus podpisując z grupą kilkuletni kontrakt. W międzyczasie gitarzysta Prúdy, František „Fero“ Griglák, zasilił zespół po tym jak odszedł z niego Vacho. Wraz z nim Collegium Musicum na przełomie września i października 1971 roku rozpoczął pracę nad „Konvergencie”, albumem noszącym znamiona muzyki postmodernistycznej (czego przykładem utwór „Eufónia”), który później stał się podstawową zasadą ich dalszej twórczości. Materiał był tak obszerny, że muzycy zdecydowali się wydać go w formie podwójnego albumu, który ukazał się pod sam koniec roku. I tak jak w przypadku debiutu okładka płyty pokazująca mężczyznę z papierosem w ustach wzbudziła kontrowersje wśród cenzorów. I choć urzędnicy oficjalnie nie aprobowali takiego wizerunku tym razem zespołowi się upiekło.

Front okładki podwójnego albumu „Konvergencie” (1971)

Nie chcę nadużywać górnolotnych słów, ale w przypadku tego albumu słowo arcydzieło jest jak najbardziej adekwatne do zawartej na nim muzyce. Otrzymujemy ponad dwie godziny progresywnego, głównie instrumentalnego rocka zdominowanego przez potężne, bluesowe gitary, tony jazzowych improwizacji i niekończące się partie organowe Vargi z niesamowitymi solówkami. I mimo, że to on tu dominuje, to kilka fantastycznych solówek na gitarze zagrał Griglák pokazując fenomenalny potencjał jaki w nim drzemał. Szkoda, że nie powtórzył go w późniejszym projekcie o nazwie Fermata…

Album na winylu to cztery strony, cztery kompozycje i prawie każdy styl muzyczny na nich zawarty. Otwierający, 22-minutowy, epicki „PF 1972”  to siedmioczęściowa suita pełna zaraźliwego przepychu, podkreślona energicznymi i wspaniałymi organowymi motywami Hammonda, szaleńczymi staccato pianina, dziecięcym chórem, bluesową solówką gitarową i migoczącymi talerzami perkusyjnymi. A wszystko podlane w psychodelicznym sosie. Po prostu bajka! Aha, tajemnicze PF w tytule to skrót francuskiego zwrotu Pour féliciter stosowany przy składaniu życzeń noworocznych… „Suita po tisíc a jednej noci” to z kolei występ na żywo z długimi, instrumentalnymi pasażami z wplecionymi fragmentami „Szeherezady” Rimskiego-Korsakowa. Nieustanne dudnienie bębnów, mnóstwo wściekłych gitar i powolne bluesowe zjazdy w stronę łagodniejszych jazzowych klimatów nadają utworowi dodatkowego splendoru. To jedno z takich nagrań, które naprawdę potrafi uzależnić. Ośmioczęściowy „Piesne z kolovrátku” na trzeciej stronie łączy kilka rodzajów ciepło zaśpiewanych utworów po słowacku, co dodaje nieco egzotyki. Łączą się one ze skomplikowanymi instrumentacjami pędząc od fantazyjnych pełnych radości optymistycznych, fortepianowych ballad  („Piesne z kolovrátku”), psychotycznych przyśpiewek („Interludium”), przez grzmiące refleksje organów i chóralnych śpiewów („Choral”) po energiczno melodyjny pop rock („Tvoj Sneh”). I to wszystko w ciągu osiemnastu minut! Dwudziestominutowa „Eufónia”, która zamyka album, to pięcioczęściowa tripowa podróż po kosmicznej próżni pełna zniekształceń i atonalnych dźwięków. Wstęp, z wirującym wokół ryczącym Hammondem, z tlącym się żarem gitary szybko przechodzi w psychodeliczne klimaty przywodzące na myśl wczesne lata Pink Floyd. Z pogwałceniem elementarnych zasad elektroniki Varga ze swoimi klawiszami wije się w rozmytych eksploracjach i atakuje kaskadowymi dźwiękami fortepianu niczym Rick Wright na „Ummagummie”. Po długich, dla wielu pewnie zbyt męczących eksperymentach ostatnie 4-5 minut zamienia się w niebiańskie bona fide. Sekwencja akordów z prostym początkiem przechodzącym do najbardziej majestatycznych jest fantastyczna. Pogodne, ambientowe pożegnanie całej płyty.

Żaden inny zespół z Europy Wschodniej nie był tak doskonały (może poza naszym SBB) i nie był tak kompatybilny z wpływami zachodnimi i słowiańskimi, jak ten w tym składzie i na tym albumie. To pozycja obowiązkowa dla każdego fana, który szuka nowych horyzontów i dźwięków mocno zabarwionych wszystkimi dostępnymi w tamtych czasach stylami muzycznymi. Marian Varga wyprzedzał swoje czasy nawet jak na zachodnie standardy. Uważam go za jednego z najlepszych klawiszowców wszechczasów. To, co czyni go wyjątkowym, to jego słowiańskie wyczucie czasu, które pojawia się w każdej milisekundzie. Myślę, że jest dla klawiszy tym, czym Jeff Beck dla gitary. Absolutnie rozpoznawalny, bardzo oryginalny dźwięk jego Hammonda z wiekiem robi na mnie coraz większe wrażenie. Wygląda na to, że kochał swojego Hammonda, a jednocześnie czuł potrzebę wyciśnięcia z niego wszystkiego, co tylko możliwe. I wszystko po to, by zagrać jedne z najpiękniejszych, rozdzierających serce melodii, jakie kiedykolwiek mogłem usłyszeć.

JD BLACKFOOT „The Ultimate Prophecy” (1970).

Spośród mnóstwa psychodeliczno rockowych albumów późnej ery lat 60-tych i wczesnych 70-tych, zawsze miłą niespodzianką jest, gdy ktoś wyskakuje daleko przed innymi. Jednym z odkrytych przeze mnie jakiś czas temu albumem wartym uwagi jest debiutancki longplay JD BLACKFOOT „The Ultimate Prophecy” z 1970 roku. Od razu muszę wyjaśnić, że JD Blackfoot to artystyczny pseudonim pochodzącego z Cleveland wokalisty Benjamina Franklina Van Dervorta, a także (przez krótki okres) nazwa zespołu. Pierwszym zespołem gitarzysty, jeszcze w czasach liceum, było trio o nazwie The Starfires, które zagrało zaledwie jeden koncert. Dervort zanim na dobre zajął się śpiewaniem imał się różnych zajęć. Był między innymi tępicielem gryzoni i insektów, sprzedawcą ubezpieczeń, kierowcą ciężarówki…

Benjamin Franklin Van Dervort jako JD Blackfoot.

Początki JD Blackfoot sięgają zespołu garażowego The Ebb Tides, który miał kilka singli, w tym, moim zdaniem najbardziej intrygujący, „Spirits Ride The Wind”/”Seance” wydany w lokalnej wytwórni Jar w 1967 roku. Po powrocie z trasy koncertowej Dervort postanowił stworzyć własny projekt. To wtedy wymyślił swój pseudonim. Nie przekonał żadnego z kolegów, by przyłączyli się do niego choć znalazł menedżera i chętnego do sfinansowania demo. Na szczęście kilku muzyków pomogła mu nie tylko w nagraniu taśmy demo, ale też wsparli w konkursie młodych talentów w stolicy stanu Ohio, Columbus gdzie zajęli pierwsze miejsce walnie przyczyniając się do podpisania kontraktu Dervorta z Mercury Records.

Pierwszą płytą dla wytwórni był singiel „Who’s Nuts Alfred”/ „Epitaph For A Head” nagrany latem 1969 roku, który spotkał się z niewielkim zainteresowaniem. Mimo to szefostwo firmy umożliwiło mu stworzenie pełnego albumu. Wraz z byłymi kumplami z The Ebb Tides, Jeffem Whitlockiem (g), Donem Waldronem (dr), Kennym Mayem (bg), oraz przybyłym w ostatniej chwili Craigiem Fullerem (voc. g) nagrali w ciągu kilku dni materiał na dużą płytę wydaną w 1970 roku.

Front okładki płyty :Ultimate Prophercy z 1970)

Ten album to prawdziwy klasyk amerykańskiego rockowego undergroundu, choć inaczej odbiera się go po obu stronach Atlantyku. Będąc  fanem ciężkiej psychodelii po pierwszych przesłuchaniach ignorowałem jego pierwszą stronę. Rock o smaku country po prostu mnie nie ekscytował. Oczywiście słuchałem Johnny Casha, Willie Nelsona, Waylona Jenningsa, czy Dolly Parton (choć tu wolałem patrzeć niż słuchać), ale nigdy nie byłem fanem tej muzyki. Mój punkt widzenia zmienił się po latach. Chyba wtedy nie do końca rozumiałem fenomenu tych kawałków. A to właśnie tu, na tej płycie znajduje się szampański country rock „One Time Woman”, który niesie wrażenie, że The Byrds trzymali sztamę z Creedence Clearwater Revival. Jest jeszcze „We Can Try”, łagodnie usposobiony „I’ve Never Seen You”, zaś słodki i łagodny „Angel” ujawnia fascynację lidera southern rockiem.  Gdyby Lynyrd Skynyrd inspirowali się folkowym popem z Zachodniego Wybrzeża a nie blues rockiem, prawdopodobnie brzmieliby podobnie jak JD Blackfoot .

Tytułowy krój albumu to suita, w dodatku duchowa, gdyż bada uniwersalne cykle, od narodzin przez śmierć po odrodzenie. Skacząc w tę i z powrotem między ciężkimi riffami i akustycznymi aranżacjami, The Ultimate Prophecy” zabiera słuchacza w trudną, prowokującą do myślenia, inspirującą, szaleńczą niczym przejażdżka kolejką górską podróż o mistycznych nastrojach. Ten drżący kawałek muzyki o oszałamiającej złożoności, otoczony falującymi ciepłymi melodiami, zmieniającymi się wzorami, psychodelicznymi, pełnymi słońca harmoniami i intensywnymi wokalami odzwierciedla namiętną moc rockowego ewangelisty. Warto zaznaczyć, że większość muzyki na tej stronie została skomponowana przez Jeffa Whitlocka,  do której teksty napisał JD Blackfoot.

Tył okładki kompaktowej reedycji wytwórni Black Rose Records (2000).

Album doczekał się kilku wznowień, tak na płytach winylowych jak i  na CD. Szczególnie polecam jego kompaktową reedycję wydaną w 2008 roku przez Fallout Records, która zawiera szereg utworów bonusowych, w tym wspomniany wcześniej debiutancki singiel zespołu z histerycznie zwariowanym „Who’s Nuts Alfred” i rockowo kosmicznym „Epitaph For A Head”. Wśród innych smakołyków jest kilka bluesowych kawałków, takich jak „Savage” i “Wonderin’ Where You Are.”  Z kolei przerywany niebiańskim chórem, oparty na fortepianie „Almost Another Day” jest powyklejany pięknymi  strukturami, zaś galopujące ostre rytmy „Every Day – Every Night” przenikają do korzeni garażowego rocka. Ta płyta nie tylko fascynuje i czaruje, ale oszałamia i ekscytuje. I to na różnych płaszczyznach.

„Ultimate Prophecy” jest prawdopodobnie najlepszym albumem rockowym, jaki kiedykolwiek powstał w Ohio, gdzie zresztą odniósł największy sukces. Wystarczy powiedzieć, że przez osiem tygodni utrzymywał się  na tamtejszych listach przebojów, zaś „Who’s Nuts Alfred” i „One Time Woman” grane są do dziś w stacjach radiowych w Columbus. Po wydaniu albumu JD Blackfoot postanowił opuścić grupę i wyjechał do Nowej Zelandii, by popracować z nowymi muzykami wydając dwa albumy dla wytwórni Fantasy. Sukcesem okazał się ten drugi, „The Song Of Crazy Horse”, nagrany w Stebbing Studio w Auckland z udziałem lokalnych luminarzy, takich jak Billy Kristian (bg) i Frank Gibson (dr). W 1974 roku płyta zdobyła nagrodę w kategorii „Najlepszy Album Roku”. Reszta byłego zespołu nadal grała, ale pod nazwą Osiris, która przekształciła się w dwie inne kapele. Jedną z nich był Load i gorąco polecam ich płytę „Praise The Load” z 1976 roku opartą głównie na brzmieniu instrumentów klawiszach. Miłośnicy progresywnych klimatów spod znaku ELP powinni być zachwyceni.

Blackfoot po powrocie do Stanów wrócił do swojego prawdziwego nazwiska. Obecnie mieszka w Columbus. Wciąż jest czynnym muzykiem, jeździ w trasy koncertowe i nagrywa. Z tego co mi wiadomo jego ostanie płyty:„Yellowhand” z 2005 roku i „I Hate To Say Goodbye” z 2007 roku, zostały nagrane w Toronto, w Kanadzie. Żadna jednak nie osiągnęła takiego uznania jak „The Ultimate Prophecy”...