Bycza krew. BULL ANGUS „Bull Angus” (1971); „Free For All” (1972).

Wyobraźmy sobie lata 70-te i to, że jesteśmy w Jelonkach Leśnych, PGR-owskiej wsi położonej gdzieś w północno-wschodnich rejonach kraju specjalizującej się w hodowli tuczników i produkcji mięsnej. W pobliżu tuczarni skąd rozchodził się potworny zapach zwierzęcych odchodów, w wynajętej od jednego z tamtejszych pracowników drewnianej szopie ćwiczył zespół marzący o muzycznej karierze. Aby zwrócić na siebie uwagę nazwali się Wieprze Na Wietrze… Nie mam pojęcia czy na mapie Polski jest taka miejscowość. Nie wiem, czy kapela Wieprze Na Wietrze istniała naprawdę. Z mojej strony to żart, ale jak to w życiu – wszystko jest możliwe…

Podobny, tym razem jak najbardziej realny scenariusz miał miejsce za Oceanem. Tyle, że położone nad rzeką Hudson małe miasteczko Poughkeepsie w stanie Nowy Jork istnieje naprawdę. Na jego obrzeżach znajdowały się rozległe pastwiska i farma, na której hodowano bydło rasy Angus. Pod koniec 1969 roku w jej pobliżu, w opuszczonej stodole z cieknącym dachem i niedomykającymi się drewnianymi wrotami szóstka muzyków robiła wielogodzinne próby intensywnie szlifując autorski repertuar oparty na blues rockowej psychodelii z tendencjami do prog rockowych wypadów łącząc je z southern rockiem. Z uwagi na miejsce, gdzie ćwiczyli nazwali się BULL ANGUS.

Szóstka muzyków tworząca zespół miała włoskie korzenie. Tworzyli go: wokalista i flecista Frankie Previte, dwaj gitarzyści Dino PaolilloLarry LaFalce, grający na klawiszach Ron Piccolo, basista Lenny Venditti i perkusista Geno Charles. Mieszkali razem w Rhinebeck i każdy z nich grał wcześniej w różnych zespołach, których nazwy nic nam dziś nie mówią. Szybko zdobyty status zespołu świetnie grającego na żywo wprowadził ich do undergroundowej elity, która na początku lat 70-tych była zdeterminowana wynieść amerykański hard rock na najwyższe szczyty. Występy w klubach,  lokalne trasy koncertowe i plenerowe imprezy przykuły uwagę ludzi z wytwórni Mercury, którzy podpisali z nimi kontakt, a to zaowocowało albumem „Bull Angus” wydanym w listopadzie 1971 roku. Jego producentem był Vinnie Testa specjalizujący się w nagrywaniu zespołów grających głównie psychodeliczny ciężki rock. To on na okładkach pierwszych tłoczeń flamastrem dopisywał „Grać głośno!” Wszystkie utwory, a jest ich osiem, zawierają mnóstwo ostrych, ale przyjemnych dla ucha, gitarowych riffów więc proszę, nie ignorujcie słów Testa – słuchajcie tego na full! Podpowiem, że gitarę LaFalce’a słychać w lewym, a Paolillo w prawym głośniku…

Front okładki

To jedna z tych płyt, którą mogę słuchać bez końca. Otwierający ją „Run Don’t Stop” prezentuje odlotowego, energetycznego ciężkiego rocka w stylu Grand Funk Railroad i James Gang z zabójczą melodią, miażdżącymi gitarowymi pojedynkami, ognistą sekcją rytmiczną (perkusja!) i bardzo żywym, wybuchowym finałem jednoznacznie pokazując cel podróży. Ktoś nazwał ten numer amerykańskim „Highway Star”. Ładnie. Tyle, że „Gwiazdę Autostrady” Deep Purple nagrali rok później, więc czy to porównanie nie powinno pójść w drugą stronę..? Z kolei inny dodał, że gitara w równie porywającym „Mother’s Favourite Lover (Margaret)” to czysty Angus Young. Też fajnie, choć  AC/DC jeszcze nie istniało. W „Mother’s Favourite…” pojawiają się pierwsze bardziej skomplikowane momenty. Mam tu na myśli jazzowe solo na flecie, co nie było cechą charakterystyczną ani Deep Purple, ani  tym bardziej AC/DC. No i mamy tu świetny temat; mama ze skłonnościami lesbijskimi. Cóż, tematyka ich tekstów wciąż pozostaje dla mnie zagadką… Zabawa trwa dalej tym bardziej, że przesiadamy się do wesołego autobusu wujka Duggi’ego. Niezwykła mieszanka cięższego rocka i soulu w „Uncle Duggie’s Fun Bus Ride” wydaje się symbiozą amerykańskiego rocka i Black Sabbath, choć (jakby na przekór) nie brzmi to ani jak pierwsze, ani tym bardziej jak drugie. Zachwyca mnie tu chwytliwa melodia, brzmienie teksańskiego Południa, kapitalne harmonie wokalne i (a jakże!) zabójcza gitara prowadząca. Nic dziwnego, że tak dobry numer znalazł się na singlu; szkoda, że na jego gorszej, drugiej stronie. Jeśli chodzi o różnorodność „A Time Like Ours” idzie dalej zapuszczając się w prog rockowe rejony z jazzowymi nutami i urzekającymi chórkami. Z jednej strony zespół zaskakuje łatwo przyswajalnymi dźwiękami Zachodniego Wybrzeża, z drugiej twardym Hammondem z dłuższymi wypadami na dwie gitary prowadzące. Koniec utworu jest niesamowity. Do dziś nie mogę zrozumieć jak będąc w tak dużej stajni jak wytwórnia Mercury grupa nie przebiła się na tamtejszym rynku.

W składzie Bull Angus były dwie gitary prowadzące

Druga strona płyty nie traci czujności. „Miss Cassey” napędza znakomity bas nieustannie budując jego ciężkość przez całe siedem i pół minuty. Maratońskie jamowanie w średnim tempie, ogniste gitary, szaleńczy Hammond, oraz wspomniany bas to jego mocne atuty. Kocham każdą jego sekundę. Nawiasem mówiąc dziki wokal Frankie Previte’a nie tylko w tym nagraniu zainspirował Iana Astbury’ego z The Cult. Previte miał idealny głos do tego gatunku; bez zbytniego wysiłku w jednej chwili zmieniał biegi od metalowego warczenia do pisków o wyższym rejestrze… „Pot Of Gold” bez utraty pary ujawnia swobodny, funkowy i przyjemny klimat nawiązujący do The Allman Brothers Band. Miłą niespodzianką okazuje się urocza ballada „Cy” pokazująca wrażliwą stronę zespołu nadając albumowi inny kolor. Muzycznie oscyluje między akustycznym Led  Zeppelin, grupą America i zespołem Crosby Stills Nash And Young. Całość kończy jeden z moich faworytów, „No Cream For The Maid”, będący swego rodzaju muzycznym podsumowaniem płyty. Mamy tu groźny hard doom rock, niezobowiązujące rockowe boogie, oraz mnóstwo psychodelicznych wykrzykników. Krótko mówiąc – kosmiczny napar. Zwykle takie hybrydy są bez wyrazu, ale ci goście byli na tyle utalentowani, że udało im się stworzyć jeden z najlepszych utworów na tym albumie.

Płyta zebrała dobre recenzje w prasie muzycznej, ale wytwórnia mająca wobec zespołu ogromne oczekiwania strzeliła sobie w stopę kompletnie zaniedbując jej promocji. Dzisiaj ma ona status ukrytej perełki. Może i jest to jakaś pociecha dla muzyków, ale nic więcej. Nie mniej Bull Angus nie marnując czasu nagrał drugi album, „Free For All”, który na rynku pojawił się w czerwcu 1972 roku z delikatnie zmodyfikowanym dziełem włoskiego malarza epoki renesansu na okładce. Ten biblijny obraz to „Kult egipskiego boga Apisa” Filippo Lippi. Swoją drogą ciekawe jak wytwórni udało się uzyskać pozwolenie na wykorzystanie tego wizerunku..?

Front okładki „Free For All” (1972)

Album nagrany w tym samym studiu i z tym samym producentem podzielił słuchaczy. Jedni zarzucali mu brak czadowej energii  i dzikiego entuzjazmu jaki emanował z debiutu. Złagodzenie brzmienia brano za próbę dotarcia do szerszego grona słuchaczy. Inni widzieli w nim bardziej progresywne oblicze czego dobitnym przykładem kapitalny „Train Woman Lee”, ciężki prog rock napędzany świetnymi klawiszami i podwójnymi gitarami. W moim odczuciu na „Free For All” zespół przedstawił całkiem fajny kombinowany ciężki rock mieszając ze sobą style i gatunki. Na dobrą sprawę każdy utwór brzmi inaczej. Kipiący energią „Lone Stranger”  prowadzony przez szczególnie ekspansywne pianino, oscyluje pomiędzy soft rockiem, a rockiem progresywnym z jazzowymi odcieniami. Znakomite otwarcie i jeden z ważniejszych momentów na krążku. „City Boy” to pierwszy z dwóch coverów. Ten pochodzi z repertuaru Buffalo Springfield. Oryginał, którego twórcą był Stephen Stills, ukazał się na albumie „Buffalo Springfield” w 1966 roku pod tytułem „Hot Dusty Road”. Z tej krótkiej country folkowej piosenki (2:35) Bull Angus zrobił dwa razy dłuższy blues rockowy jam z kapitalnymi dialogami gitary i fortepianu. Jednym słowem – cudeńko! Bardziej ambitny materiał pojawia się w spokojnym i klimatycznym „Loving Till End”. Nieoczekiwanie pastoralna aranżacja gitary akustycznej i fletu w połączeniu z namiętnym wokalem była preludium do eksplozji. Obok wspomnianego „Train Woman Lee” to zdecydowanie najbardziej prog rockowy moment na płycie trochę w klimatach Jethro Tull trochę Cressidy.

Tył okładki

Drugi z coverów, „Savoy Truffle” George’a Harrisona pojawił się na „Białym Albumie” Beatlesów. Podobno piosenkę zainspirowała miłość do czekoladek jego serdecznego przyjaciela, Erica Claptona. Zazwyczaj trudno, a czasem wręcz niemożliwe przebić wielką czwórkę, a tu proszę – Bull Angus przewyższył liverpoolczyków czyniąc z tego dość prostego numeru ekscytujący kawałek mieszczący się pomiędzy hard rockiem a energetycznym boogie, któremu trudno się oprzeć. Ale to co najlepsze nadchodzi w „Drivin’ Me Wild”, najcięższym utworze na płycie. Dość prosta struktura z dobrymi riffami, a także zaskakująca organowa solówka na końcu w stylu Grand Funk Railroad mogłaby znaleźć się na ich debiucie. Z kolei trwający niemal siedem minut  „(We’re The) Children Of Our Dreams” będący skrzyżowaniem progresywnego i proto-AOR rocka z pięknym refrenem i cudownymi harmoniami wokalnymi jest tutaj (kolejnym) mocnym akcentem. To jednocześni jeden z niewielu momentów, w którym Previte śpiewa bardziej lirycznie. Utwór został wydany na singlu – szkoda, że niewiele zrobiono, by go promować…

Album „Free For All” pozostał ich ostatnim śladem. Po jego wydaniu i wspólnej trasie z Deep Purple i Fleetwood Mac po Stanach zespół rozwiązał się wciąż pozostając (o zgrozo!) mocno niedoceniany… Na początku lat 80-tych Frankie Previte znalazł miejsce dla swojego cudownego głosu w grupie Frankie & The Knockouts, z którą w latach 1981-1984 wydał cztery soft rockowe albumy. Największy sukces wokalista odniósł jako współautor hitu, piosenki „( I’ve Had) The Time Of My Life” z kultowego filmu „Dirty Dancing”.