Progresywny rock z Argentyny. AVE ROCK „Ave rock” (1974), „Espacios” (1977).

W pierwszych latach dekady lat 70-tych wiele krajów Ameryki Południowej było skrępowanych albo dyktaturą wojskową, albo groźbą stale zbliżającego się zamachu stanu, Nawet świat komercyjnego popu wydawał się chwilowo tracić rozum. Piosenki miłosne stały się operowe, wykorzystując barokowe aranżacje i konceptualne ozdobniki. Pod względem muzyki rockowej większość nagrań z jednej strony stało pod znakiem naiwnej niewinności, z drugiej było próbą odkrywania nowych dźwięków, stylów i brzmień. Bardziej ambitni artyści w swoich tekstach przemycając ważne aspekty społeczno-polityczne musieli oszukać cenzurę jednocześnie dbając o to, by były czytelne dla odbiorcy. Rządziły więc metafory będące ukrytą aluzją do rzeczywistości. I tak oto od przenikliwych linii gitarowych peruwiańskiej cumbii, przez porywające trąbki meksykańskiej ranchery, po odważną elegancję portorykańskiej salsy dochodzimy do argentyńskiego progresywnego grania, które warto odkryć na nowo  i pielęgnować.

Nie da się ukryć, że na początku lat 70-tych zespoły pokroju Yes i Genesis miały ogromny wpływ na południowoamerykański rock progresywny. Niestety, brak drogiego sprzętu i odpowiednich pomieszczeń nagraniowych utrudnił wielu lokalnym zespołom tworzenie własnych progresywnych manifestów. Jednym z niewielu, którym się wtedy udało był pochodzący z Buenos Aires kwintet Ave Rock mający w swoim składzie znakomitego klawiszowca Osvaldo Caló i świetnego gitarzystę Luisa Borda.

Ave Rock na scenie (1974)

Ave Rock był zespołem, który uważany jest za bardzo ważną część ówczesnej, argentyńskiej sceny undergroundowej, a dwie płyty jakie po sobie zostawili uznaje się w ich ojczyźnie za arcydzieła. Muzyczne wpływy w brzmieniu grupy wywodzą się z symfonicznej bujności Yes, leniwej magii tamtejszego Invisible i eterycznej melancholii Pink Floyd. Oba albumy oparte na kapitalnej pracy klawiszy znalazłem jakiś czas temu  dzięki reedycji wytwórni Progressive Rock, która przyczyniła się do wtórnego odkrycia zespołu na międzynarodowej arenie. Są one nieco podobne do fenomenu innych argentyńskich płyt nagrane przez  Bubú, Orion’s Beethoven, czy El Reloj.

Zespół, utworzony przez znakomitych instrumentalistów, wśród których obok Osvaldo Caló i Luisa Borda byli basista Oscar Glavic, wokalista i gitarzysta Federico Sainz, oraz perkusista Hector „Daddy” Antogna zaczął intensywne próby pod koniec 1972 roku. Oficjalnie zadebiutował w czerwcu 1973 roku wypełniając po brzegi stołeczny Teatro Colón otrzymując znakomite recenzje w prasie. Rok później nagrali album „Ave Rock” wydany w maju przez niewielką wytwórnię Promusica.

Front okładki debiutanckiej płyty.

„Ave Rock” to doskonały przykład progresywnego rocka łączącego ciężką psychodelię, bluesa i hard rocka. Słychać, że grupa ma swoją twarz i nie próbuje stać się klonem żadnego ze swoich bardziej znanych europejskich braci. I właśnie ta silna intencja odnalezienia siebie w muzyce wyróżnia ich na tle innych, podobnych im zespołów. Czy odnaleźli ją całkowicie..? Nie mnie oceniać, ale podążając swoją ścieżką z pewnością była to właściwa droga. Jest tu wiele ognistych momentów, rozwiązań i harmonii tworzonych w bardzo cierpliwy sposób. Szczególnie słychać to w klasycyzującym brzmieniu organów Hammonda, melodyjnych dźwiękach wydobywanych przez melotron i syntezatory Carlosa Caló, oraz w soczystych, ciężkich partiach granych na  dwie gitary prowadzące. W zasadzie tylko jeden utwór bez żadnego „ale” można uznać za rock progresywny i to pomimo silnej obecności basu i gitary. „Viva Belgica” ma wyraźnie symfoniczne skłonności  koncentrując się na klawiszowych progresjach, a te są zróżnicowane i bardziej złożone niż w jakimkolwiek innym utworze na tej płycie. Ten zdecydowanie najmocniejszy prog rockowy kawałek smakuje lepiej za każdym kolejnym odtworzeniem. Z kolei inspirowany bluesem „Dejenme Seguir” za sprawą ciężkiej gitary z powodzeniem znalazłby swoje miejsce w repertuarze ówczesnych topowych zespołów ciężkiego rocka na czele z Deep Purple gdyby nie Hammond, który ciągnie go na terytorium floydowskiej psychodelii. Nawiasem mówiąc gra Osvaldo Calò na organach przypomina mi Jona Lorda z czasów „Laleny”… Pozostając przy organach, „Gritos” pokazuje, że kompozycja może być oparta i rozwijać się wyłącznie na klawiszach. I być może taki był pierwotny pomysł, ale nie wiedzieć czemu zespół z niego się wycofał. Pojawiające się gitary nadały mu ciężki blues rockowy charakter z silniejszym niż u poprzednika Hammondem. Co by nie mówić, fantastyczny numer! Być może leniwe tempo i piękna fortepianowa sekwencja na samym początku sprawiła, że „Absence” skojarzył mi się z muzyką folk. W miarę rozwoju muzyka ewoluuje w rock symfoniczny. Co prawda dość prosty i nieco naiwny, ale z zachowaniem stylu. Zdecydowanie większe tempo muzycy serwują w ostatnim nagraniu, „El Absurdo Y La Melodia”, w którym gitara i klawisze łącząc się z szybkim hiszpańskim wokalem tworzą bardziej niż gdzie indziej konwencjonalne brzmienie. Mimo, że Oscar Glavic nie jest ani charakterystycznym, ani jakimś wybitnym wokalistą słucha się go z przyjemnością. A przyjemność jest podwójna, gdyż wszystkie teksty zaśpiewane po hiszpańsku dodało większego kolorytu całej płycie. Poza tym jest go tu mało, bo „Ave Rock” to głównie instrumentalny album wypełniony paletą tysiąca barw.

Jeszcze przed wydaniem albumu z zespołu odszedł Osvaldo Caló. Dwa lata później dołączył do grupy Astora Piazzolli i odbył z nią trasę po Europie. Caló został zastąpiony przez Alfredo Salomone, ale wewnętrzne problemy nie zniknęły. Wkrótce Luis Borda i Daddy Antagona ustąpili miejsca byłemu gitarzyście Mederos, Pancho Arregui i Hectorowi Ruizowi. W listopadzie 1976 roku nowy skład zaprezentował w Teatro Astral premierowe utwory, które miały pojawić się drugim albumie. I faktycznie, „Espacios” nagrany pomiędzy marcem i czerwcem 1977 roku został wydany w lipcu tego samego roku.

Front okładki płyty „Espacios” (1977)

Czy to z powodu napływu nowej krwi, czy też fakt, że muzycy szlifowali swoje umiejętności przez ostatnie trzy lata jedno jest pewne – Ave Rock rozwinął się w sposób niesamowity, a jego kompozytorskie ambicje poszybowały wysoko w górę. Od psychodelicznego hard prog rocka zespół ewoluował w kierunku symfonicznego brzmienia z elementami jazzu. Można zażartować, że tym razem muzycy postawili nie na ilość, a na jakość, gdyż „Espacios” zawiera tylko trzy kompozycje, z czego pierwsza trwa ponad dwadzieścia jeden minut, zaś trzecia prawie szesnaście. W rezultacie dostajemy album o zróżnicowanym spektrum stylistycznym i wielkiej pomysłowości w tworzeniu kontrastów szczególnie w epickich kompozycjach. Śpiewane partie (nieliczne) wykazują zamiłowanie do harmonii wokalnych z jakich słynął Yes.

Głównie instrumentalny „Pause In Spaces” zachował zdolność do całkiem spójnego łączenia  wielu pomysłów i stylów w jednym utworze tworząc zwarty muzyczny jam session zawierający fragmenty ciężkiej psychodelii, symfonicznego progu, hard rocka na bazie bluesa i muzyki eksperymentalnej. Przypomina to  trochę Yes (szczególnie bas i momentami gitara) nie mniej perkusja, podobnie jak na debiucie, skłania się ku progresywnemu King Crimson. Suma tego wszystkiego, plus wszechobecny Hammond za każdym razem wciąga tak bardzo, że zapominam o bożym świecie. A to nie wszystko. Po prawie dziewięciu minutach syntezatory wysuwają się na czoło i zmieniają aromat. Chwilę później organy milkną by ustąpić miejsca psychodelii w formie szumów, wspomaganych dosłownie kilkoma dźwiękami gitary. Niewiele później te same gitary popadając w dysonans  pokazują pełen wachlarz odważnych pomysłów oddając wyraźny hołd King Crimson. Po piętnastu minutach następuje cisza, prawie żadnych dźwięków, tylko nucenie. A chwilę później pełen gaz do dechy, progresja w  klimatach Yes tym razem z gitarą bardziej zorientowaną na rock niż na Steve’a Howe’a plus ich własny rytm zwany chacarera. I to wszystko w tym samym pakiecie! W końcówce syntezatory grają mantrę, bas gra cokolwiek przychodzi mu do głowy, a perkusja odłącza się od reszty nie łamiąc przy tym równowagi utworu. Doskonałe zakończenie świetnego utworu.

Umieszczona między dwoma eposami intymna ballada „4:30 En El Universo” z ciepłym wokalem i fortepianem bliższa jest Almendrze lub Pescado Rabioso, co już jest wyczynem. Ten intymny klimat z pojawiającą się w międzyczasie jazzową gitarą trwa prawie dwie minuty, po czym zespół z bluesowym riffem i mocnym gitarowym solo zwraca się w stronę progresywnego rocka, by na koniec powrócić do balladowego klimatu. Jak na pięć minut muzyki dzieje się tu naprawdę dużo. Oj dużo.

Nie pierwszy raz zauważam, że zespoły grające symfonicznego rocka zbyt duży nacisk kładą na melotron, organy i różnej maści syntezatory ewidentnie pomijając fortepian. Tymczasem fortepian ma tę akustyczną jakość rezonansową, która sprawia, że ​​różne progresje skal brzmią naprawdę wzruszająco. I to on od razu zdobywa u mnie punkty w kolejnej długiej kompozycji, „Surcos En El Aire”. Po lirycznym wstępie przychodzi czas na ekscytujący pojedynek gitar z organami, po którym następuje prawdziwa muzyczna eksplozja. Znów są symfoniczni à la Yes! Do tego zespół oferuje liczne zmiany tempa, nastrojów, balladowy wokal i jazzową atmosferę, co czyni go jeszcze bardzie emocjonalny. Jest rockowo, jest bluesowo, jest moc. Zespół jak w jakimś transie nie oglądając się na nic gra dalej, ale tym razem jakąś delikatną psychodeliczną nutę. I nawet gdy zbliża się koniec oni wciąż idą na całość bawiąc się jazzem ostatecznie kończąc to wszystko uderzeniem w gong roztrzaskując go na drobne kawałki. Ten godny najszczerszego polecenia album jest niesamowity!!!

Ave Rock to nie jedyny argentyński zespół, który mnie zachwycił. Kolejne perełki czekają w kolejce i za jakiś czas się tu pojawią. Bądźcie czujni.