Nie roszczę sobie prawa do bycia ekspertem w kwestii punk rocka. Zresztą zawsze bliżej mi do hipisów z hasłem „Peace And Love”, niż do punków z „No future!” Nie znaczy to, że neguję ten muzyczny gatunek. Wręcz przeciwnie! Miałem taki okres, że kompletnie zafiksowałem się na jego punkcie czego dowodem niech będzie fakt, że w 1989 roku napisałem razem z Piotrem Kosińskim książkę „PUNK – IDEOLOGIA I MUZYKA” wydaną przez „Rock Serwis”.

Można więc powiedzieć, że była to pierwsza polska „encyklopedia punk rocka” i choć pod względem edytorskim bardzo uboga cieszyła się ogromną popularnością. Zresztą jak wszystko, co „Rock Serwis” wtedy wydawał. Przypomnę, że w tamtych latach wiedzę o punku czerpało się głównie z fanzinów, z których zaledwie kilka można uznać za profesjonalne, a oficjalna prasa muzyczna, niestety rzadko wtedy fachowa, omijała punk szerokim łukiem. Książka, licząca sobie 160 stron zawierała trzy główne rozdziały: „Punkowe kapele z Wysp Brytyjskich”, „Amerykańskie punka początki” i „Panczurstwo między Odrą a Bugiem”.

Część zagraniczna opierała się na oryginalnych źródłach – głównie artykułach w prasie zachodniej i tamtejszych książkach, do których jakimś cudem (głównie dzięki Piotrowi) udało się dotrzeć. Część polska zawierała rys historyczny początków polskiego punka, oraz notki o dwunastu zespołach wśród których były m.in. Kryzys, Dezerter, Moskwa, Masturbacja. Niektóre z kapel odpowiadając na nasz apel przysyłały swoje biogramy, kasety z nagraniami, zdjęcia, dzięki czemu zaistniały potem na kartach książki.


W życiu nie przypuszczałem, że ćwierć wieku później natknę się w Internecie na kilka recenzji, o których kompletnie nie miałem pojęcia. I to napisane wcale nie tak dawno! Oto fragment jednej z nich sprzed sześciu lat. „Na przestrzeni ostatnich kilku dekad w temacie punk rocka wyszło w Polsce sporo książek i fachowej prasy, jest też wszechobecny Internet. Dziś dzieło Piotra Kosińskiego i Zbigniewa Szałankiewicza traktować trzeba li tylko jako dokument. Ale jak na tamte czasy i słaby wówczas dostęp do informacji, docenić trzeba jej treść, bo było to wówczas naprawdę cenne wydawnictwo dla szukających informacji na temat historii punk rocka.”

Mało tego – książkę dostrzeżono też poza granicami naszego kraju. W styczniu 2024 roku berlińska księgarnia z białymi krukami „Penka Rare Books And Archives” specjalizująca się w wydawnictwach poświęconych sztuce, designowi, awangardzie i kulturze wizualnej na swojej stronie internetowej zamieściła krótkie jej streszczenie. Ale nie tylko. „W 1983 roku Kosiński założył w Krakowie „Rock Serwis”, źródło informacji o zagranicznych zespołach, trudno dostępnych wówczas w powojennej Polsce. Razem ze Zbigniewem Szałankiewiczem współtworzył przewodniki i książki o Pink Floyd, Joy Division, Marillion i wielu innych zespołach, a także wydawał zbiory tekstów i dyskografii. W 1994 roku firma zaczęła sprzedawać płyty winylowe i sprowadzać do Polski wiele zespołów.” Skoro mowa o Pink Floyd, tak wyglądała okładka książki „Pink Floyd. Psychodeliczny Fenomen” mojego autorstwa wydana w 1983 roku. Ciekawe, kto ją pamięta? Może ktoś ją jeszcze ma..?
Jedyny egzemplarz „Punk. Ideologia i muzyka” z lekko pożółkłą obwolutą, ale w bardzo dobrym stanie wyceniono go na… 350 euro! „Rock Serwis” sprzedawał ją za 12 złotych… Z ciekawości jakiś czas temu zadzwoniłem do tej księgarni pytając, czy jest dostępny. Już nie. Został sprzedany niedługo po ukazaniu się informacji w sieci.
O tym jak w czasach PRL-u trudny były dostęp do zagranicznych płyt i kaset wiedzą wszyscy, którzy to przeżyli. Jeśli chodzi o punk rocka miałem to szczęście, że w szkole średniej zaprzyjaźniłem się z Markiem, który miał rodzinę za granicą. Kuzyn tego Marka, niewiele od nas starszy, dość mocno utożsamiał się z punkami, grał nawet w jakiejś punkowej kapeli. I to właśnie on co jakiś czas wysyłał mu kasety z punk rockiem. Czasem były to oryginalne kasety wydawane przez małe, niezależne firmy, jednak większość to składanki nagrane z jego prywatnych zbiorów. Fajną sprawą było, że do każdej kasety dołączał tytuły nagrań i nazwę kapeli, które rzecz jasna kompletnie były nam nieznane (no bo i skąd?), a sama muzyka, często ostra i dzika czasem nie do przełknięcia. Drogą eliminacji zostawialiśmy sobie to, co nam się spodobało i rajcowało. Tak tworzyliśmy własne składanki.
Fascynacja punk rockiem przeszła mi szybciej niż się spodziewałem. Marek z rodzicami wyjechał do Niemiec, a potem do Kanady. Nigdy już się nie odezwał mimo, że obiecał. Kasety powędrowały do kartonu i wieki całe do niego nie zaglądałem. Pomysł, by do tematu powrócić podsunął mi jakiś czas temu jeden z moich wiernych Czytelników, Sławek D pisząc: „(…) A może zrobisz taki wakacyjny artykuł o punkowej rewolucji jak ten z zeszłego roku o neo progu..?” Hm… nie do końca byłem do tego przekonany. Pomysł przetrawiałem kilka dni, w końcu pomyślałem „Czemu nie!” Będzie to jakaś odmiana, rewizyta do tamtych czasów a i przy okazji odkurzenie starych kaset ze strychu. Wiadomo, że oprócz The Clash i Sex Pistols punk wydał na świat mnóstwo całkiem fajnych zespołów, które zanim popadły w zapomnienie zdążyły nagrać kasetę, lub singla w stworzonych przez siebie wytwórniach. Oto kilka z nich, które wtedy zwróciły moją uwagę, a z wiadomych powodów nie zostały ujęte w książce.
Szkocki The Scrotum Poles z Dundee i ich porywający utwór „Pick The Cat’s Eyes Out” był pierwszym zespołem jaki usłyszałem z tych kaset i który z miejsca przykuł moją uwagę.
Wygląda na to, że wydali tylko jedną 7-calową płytę w wytwórni One Tone. Zważywszy, że jest to jedyna płyta tej wytwórni, można śmiało założyć, że była ich własnością. EP-ka zawierająca pięć utworów nosiła tytuł „Revelation”. Na stronie „A”, która miała wytłoczone słowo „SAD” (Smutny) znalazły się dwa utwory: „Why Don’t You Come Out Tonight?” i „Night Train”, a na „B” z napisem „HAPPY” (Szczęśliwy) umieszczono wspomniany „Pick The Cat’s Eyes Out”, „Helicopter Honeymoon” i „Radio Tay”. Piosenki zostały zmiksowane przez legendarnego George’a Peckhama, w punkowym środowisku znanym jako Porky The Prime Cute; w chórkach udzielali się muzycy znakomitego skądinąd zespołu Scrotettes. Po jej wydaniu zespół ruszył w trasę supportując występy The Exploited i Thompson Twins, ale tak naprawdę prawdziwą gwiazdą był w pubach, klubach i barach. Ciekawostką jest, że pierwsze utwory jakie napisali oparte na trzech gitarowych chwytach, E-dur, A-mol i G-dur (trochę trudne), a więc „This Is Love”, „Pillars” i „Victims Of Vietnam” wydali na kasecie „Auchmithie Calling” w1979 roku w ilości stu egzemplarzy. Pierwszy i ostatni utwór można usłyszeć na płycie kompilacyjnej „Auchmithie Forever” z 2009 roku, na której zebrano prawie wszystko, co Poles stworzyli. A jest tego dosyć sporo. Tu posłużę się fragmentem recenzji jaką na jej temat znalazłem jakiś czas temu. „Desperate Bicycles, Television Personalities, wczesny XTC, Rich Kids, Pavement i The Fall podążali tą samą trajektorią co Scrotum Poles, ale Poles z solidną dawką punk rocka ’77 są bardziej punkowi. Pierwsza strona brzmi jak taśma demo, gdzie dzieciaki uczą się dopiero grać na instrumentach, ale druga jest po prostu rewelacyjna. I gdyby którykolwiek z utworów na tym albumie doczekał się profesjonalnego nagrania i zostałby okrzyknięty najlepszym, co Szkocja miała do zaoferowania od czasów Beards.”
The Cortinas byli jednym z najmłodszych zespołów działających w Bristolu ze średnią wieku 16 lat, który wybrał tę nazwę bo „(…) była wulgarna i tandetna.” Ha, ha, znam dużo bardziej wulgarne i tandetne.
Początkowo grali rhythm and bluesa, ale postawili na punkowe brzmienie podkręcając na maksa gitary i wokal. Wspierani przez The Stranglers, Blondie i Chelsea przyszłość rysowała się różowo. Piosenki takie jak „Gloria”, „Tokyo Joe”, „Play It In The Subway” miały szansę zostać klasykami. Podpisanie kontraktu z CBS mogło stać się drogą do kariery, a stało się gwoździem do trumny. Entuzjazm fanów, którzy uważali, że kontraktem z dużą wytwórnią sprzedali się ideałom punkowego ruchu przerodził się w nienawiść dodatkowo podsycaną przez niektóre fanziny niesłusznie skupiające się na ich wyglądzie, a nie na muzyce. Dwa kluczowe single: „Fascist Dictator” (1977) i „Defiant Pose” (1978) pochodzące z albumu „Step Forward” pokazały, że był to świetny zespół.
Satan’s Rats z Evesham byli dla mnie kolejnym olśnieniem.
Z nazwą, która brzmi jak połączenie gangu motocyklowego i horroru klasy B nigdy nie mieli szans na zostanie gwiazdami. W epoce wydali trzy znakomite, klasyczne punkowe single, po czym roszady personalne (do składu doszła m.in. charyzmatyczna wokalistka Wendy Wu) doprowadziły do zmiany nie tylko nazwy na The Photos, ale też do zmiany stylu. Swoim pierwszym albumem The Photos osiągnęli spory sukces komercyjny, ale to już inna, nie moja bajka. Dla mnie Szczury Szatana pozostaną grupą podsumowującą ducha i brzmienie typowego brytyjskiego zespołu punkowego z lat 1977-78, co szczególnie słychać na kompilacyjnym krążku „What A Bunch Of Rodents” z 2005 roku zawierającym nagrania trzech singli, oraz trzynaście niepublikowanych wcześniej utworów, które co jakiś czas goszczą w moim odtwarzaczu.
Jak można wywnioskować z nazwy, londyński Cockney Rejects pochodził z jego biedniejszej części, z dzielnicy Canning Town, gdzie mieszkańców nazywano „cockneyami”.
Zespół powstał w 1978 roku jako odpowiedź na punk artystyczny, który dominował na scenie, a jego trzon stanowili dwaj gitarzyści, bracia Geggus – Stinky (wł. Jeff) i Mickey, oraz ich szwagier Chris Murrell na basie i Paul Harvey na perkusji. Zaciekle robotniczy w postawie i nastawieniu unikali politycznych dywagacji pierwszej fali punka. W zasadzie śpiewali o okolicznościach, które otaczały miliony dzieciaków z ulic w centrach brytyjskich miast – nękania przez policję, walki uliczne, wojny między kibolami drużyn piłkarskich… Po zagraniu czterech lokalnych koncertów podpisali kontrakt z EMI – szybciej niż zrobił to Sex Pistols! Ich pierwszy album z „prowokującym” tytułem „Greatest Hits Vol.1” (1980) podparty trasą koncertową po Wielkiej Brytanii stał się sensacją i podbił punkowe listy przebojów. To tu znalazły się moje ulubione „I’m Not Fool”, „Police Car”, „Are You Ready To Ruck” i „East End”, które w swoich radiowych audycjach promował nie byle kto, bo sam John Peel.
W tym samym roku nagrali żywiołową wersję coveru „I’m Forever Blowing Bubbles” aby uczcić ukochany West Ham United, który dotarł do finału Pucharu Anglii. To oddanie bordowo-niebieskim barwom okazało się niemal zgubne; koncerty stały się polem bitew między kibicami rywali West Hamu osiągając punkt kulminacyjny w brutalnej „Bitwie o Birmingham”, która doprowadziła do poważnych zarzutów karnych z groźbą rozwiązania zespołu. Los okazał się na szczęście łaskawy, a Cokney Rejects uwielbiany przez późniejsze post punkowe grupy takie jak Green Day i Rancid, działa do dziś.
Znakomity kwartet The Sods z Harlow (hrabstwo Essex) zasługiwał na więcej, niż historia mu przyznała.
Jak w przypadku wielu zespołów, przynajmniej jeden z członków doznał olśnienia po zobaczeniu Sex Pistols. Nigdy nie udało im się opuścić Harlow, ruszyć w trasę koncertową, podpisać kontrakt. Zamiast tego zaangażował się w założenie własnej wytwórni Stortbeat, nazwanej tak od maleńkiej rzeczki Stort przepływającej przez Harlow, aby wydawać płyty. Podobnie jak w przypadku wielu podobnych zespołów, spadek dynamiki i kłótnie doprowadziły do jego rozpadu. Na szczęście wcześniej zdążyli wydać dwa, teraz już niezwykle rzadkie, single. Pierwszy, „No Pictures /Playthings” (1979) to punkowa perełka w stylu The Stranglers w klimacie garage rocka lat 60-tych z chwytliwym refrenem, który w kilka minut wwierca się w głowę zadomowiając się na dłuższy czas. Drugim był „Moby Grope / Negative Positive”. Oba rarytasy, jak i inne nigdy wcześniej nie ujawnione nagrania można znaleźć na kompilacji „Makes Me Sick” (2006). Wbrew tytułowi, po jej wysłuchaniu wcale nie zrobiło mi się niedobrze. Przeciwnie! Łykam ją z apetytem, szczególnie przed drugim śniadaniem.
Najbardziej tajemniczy zespół punkowy tamtych lat jak dla mnie to A.D. 1984, o którym do dziś niewiele wiem.
Jedyne, co mi się udało ustalić, to nazwiska sześciu jego członków (kompletnie nic nie mówiące), z których dwoje grało na basie, oraz to, że zespół powstał pod koniec 1978 roku. Pół roku później nagrali singla „The Russian Are Coming/New Moon Faling” podobno pochodzący z gotowej już płyty „Paradox”, która jednak nigdy nie ujrzała światła dziennego. Cholernie zaraźliwa tytułowa piosenka napędzana kontrabasem pełna dzikiej, niekontrolowanej energii to prawdziwa perełka i klasyk gatunku. Uwielbiam ją zresztą do dziś!
Po jego wydaniu grupa na moment wycofała się, a następnie wznowiła działalność, choć w dyskretnym stylu. Przez następne cztery lata udało im się nagrać cztery kolejne single w tym samym dystopijnym stylu, z wydrukowanymi tekstami, ale wciąż bez zdjęć zespołu. „It Came To Pass And… Time” wydany w Anno Domino 1983 roku, był ich ostatnim singlem, po czym na dobre zniknęli ze świata muzyki.
Rudi And The Russians to najgorętszy zespół jaki pojawił się w Cardiff od czasów Budgie!
Powstali 23 września 1977 roku za kulisami koncertu Sex Pistols, gdy żar pierwszej punkowej kapeli z południowej Walii, Silent Types, wciąż się tlił. Wprowadzając do składu saksofon i instrumenty klawiszowe stworzyli ostry, drapieżny, melodyjny styl, zabarwiony teatralnym zacięciem. Byli jedną z nielicznych grup punkowych w kraju o zróżnicowanym kulturowo składzie. Nigdy nie mówili o rasizmie, chyba że walczyli z nim na koncertach Rock Against Racism. Muzyczne wpływy tak eklektycznych artystów jak Coltrane, Strawiński, Steve Hillage, Nico, The Stooges, czy Bolan sprawiły, że zyskali lojalną rzeszę fanów stając się szybko najpopularniejszym zespołem punkowym południowej Walii. Utwory, które najbardziej porywały publikę to „Western Girl” z japońskimi wpływami (wszystkiego 59 sekund!), „Walk Thru Hell” (nawiązanie do „Heroin” Velvet Underground), „In The Heat Of The Night” (odważne reggae) i czysto punkowe „9 Till Five”, „Reasons” i „Holding On”. Wszystkie znalazły się na kasecie magnetofonowej, a jej kopie rozprowadzali na koncertach. Dlaczego nie wydali tego na singlach..? Dlaczego nie nagrali płyty..? Cóż, w przeciwieństwie do innych miast w Wielkiej Brytanii w Cardiff brakowało przyjaznego studia i odpowiedniej osoby, która mogłaby zaprosić punkowe zespoły do nagrywania. A ja do dziś zachodzę w głowę w jaki sposób kuzyn Marka dotarł do tej unikalnej kasety?!
Jeśli zapytać przypadkowego przechodnia w Anglii, z kim kojarzy im się Watford dziewięciu na dziesięciu odpowie, że z Eltonem Johnem. Bardziej obeznani z muzyką wymienią Wire, może ktoś wspomni The Gap… Ja z chęcią dopisałbym The Bears.
Niedźwiedzie byli jednym z pierwszych zwariowanych zespołów na rodzącej się scenie punkowej w Watford. Powstali w okresie Bożego Narodzenia 1976 roku jako Smarter & The Average Bears, który śpiewał o samochodzikach elektrycznych, zrzucaniu worków z mąką na głowy przechodniów i innych zwariowanych rzeczach. Podobnie jak Wire postawili na minimalistyczne riffy, ale w przeciwieństwie do swych kolegów mieli wyraźne poczucie humoru graniczącym z absurdem. Podczas budowania swojej popularności, we wrześniu 1977 roku doszło do tragedii. Wokalista Mick North i jego przyjaciel Pete Dollimore vel Pete Perspex zginęli w wypadku motocyklowym. Jakby tego było mało, w styczniu 1978 gitarzysta George Gill i jego dziewczyna zostali dotkliwie pobici przez chuliganów tylko za to, że byli punkami… Debiutancki singiel „On Me” wydany w połowie tego samego roku tygodnik „Sounds” okrzyknął go płytą tygodnia. Wcześniej pojawili się w filmie dokumentalnym „Punk” Janet Porter grając na scenie londyńskiego The Roxy Club. W listopadzie 1978 roku wytwórnia Good Vibrations wydała „Insane”, najlepszy ich singiel, którego autorem był wokalista Mick North. Ten inteligentny, klasyczny chwytliwy punk rockowy singiel jest absolutnie genialny. Inteligentny, klasyczny, chwytliwy punk. Brzmi jak acid beatowe zespoły z końca lat 60-tych, takie jak 13th Floor Elevators, a to komplement.
I to w zasadzie koniec historii The Bears, którzy zmagali się z nieregularnymi nagraniami, zmianami w składzie i osobistymi wpadkami, o których nie wspominałem. Trochę to przykre, bo byli dość wyjątkowi i powinni odnieść większy sukces. Pokazując swą prawdziwą indywidualność udowodnili jednocześnie, że punk nie opierał się tylko na gniewie i krzyku.
Zespół The Boys nagrał prawdopodobnie jedną z najlepszych płyt punkowych w 1977 roku zanim Buzzckocks wyszli na prostą.
Z niewytłumaczalnego powodu zajmują zaniedbaną pozycję w odniesieniu do wczesnej londyńskiej sceny punkowej. Może dlatego, że nie byli ubrani przez sklep „Sex”, ani nie zarządzał nimi Malcolm McLaren. Przydomek „punkowych Beatlesów” również nie pomógł… Muzycy The Boys wywodzili się z takich grup jak London SS i Hollywood Brats. Na scenie zadebiutowali 16 października 1976 roku w Hop And Anchor w Islington w Londynie, jednym z pierwszych pubów, które z entuzjazmem przyjmowały punkowe kapele. Pierwszy singiel „I Don’t Care” wydany w kwietniu 1977 roku promowali koncertując z Johnem Cale’em. Pięć miesięcy później ukazał się debiutancki album „The Boys” z ładną jak na punkową kapelę okładką zawierający szesnaście porywających kawałków. Wyjęty z niego singiel „First Time” opowiadający o utracie dziewictwa piął się w górę między innymi dzięki temu, że John Peel okrzyknął go „singlem tygodnia” promując go w swojej audycji. W następnych latach (1978-1981) wydali trzy albumy i pięć singli. Nękani przez wpadki i zwykły pech zdołali zachować uśmiech i stworzyć porywające, hiper szybkie klasyki takie jak „Brickfield Nights” i „Rue Morgue”. Krótko mówiąc, The Boys byli perełką i inspiracją dla każdego zespołu punkowego, który ceni melodie bardziej niż hałas. Kiedy w 2013 roku ukazała się kompaktowa reedycja debiutu z dołączoną drugą, bonusową płytą, ani przez moment nie zawahałem się by ją kupić.
To jedynie mała cząstka nagrań, które jakimś cudem zachowały się u mnie do dziś. Nagrań, pokazujące różne odcienia i oblicza punk rocka, którzy ówcześni pseudo recenzenci nazywali „muzycznymi popłuczynami i rzygowinami.” Wielu z tych piszących nie ma już między nami, w przeciwieństwie do punk rocka, który nie umarł i ma się całkiem dobrze.
PS. W powyższym tekście skupiłem się na brytyjskich wykonawcach gatunku. Zrobiłem to świadomie zostawiając sobie małą furtkę na wypadek, gdyby było „zapotrzebowanie” na amerykański (mniej oczywisty) punk. Ale to nie prędzej, niż w kolejne wakacje.










