SOFT MACHINE na żywo (i nie tylko).

Jakiś czas temu odwiedził mnie kolega, którego dobrych kilka lat nie widziałem. Ucieszyłem się na jego widok, bo przyjaźniliśmy się od podstawówki. Wspominaliśmy młodzieńcze lata, było dużo śmiechu, barwnych opowieści i anegdot. Widząc moją kolekcję płyt spytał, czy może rzucić na nią okiem. „To ty sobie pooglądaj, a ja zaparzę kawę” i udałem się do kuchni. Kiedy wróciłem trzymał w ręku płyty Soft Machine. „Wiesz, że kocham tak jak ty muzykę lat 70-tych, ale w tym przypadku ogólnie rzecz biorąc powiem wprost – nie jestem ich wielkim fanem. Albumy takie jak szeroko wychwalany „Third” pozostawiają mnie raczej obojętnym i tak jest przez większość ich „klasycznego” okresu.” Szczerze powiem, trochę mnie to zdziwiło, a on widząc moją niewyraźną minę szybko rzucił: „Ale czekaj! Zanim wyciągniesz widły pozwól mi dokończyć.” Usiedliśmy do stołu, na którym obok kawy i sernika znalazły się płyty Soft Machine. On zaś ciągnął wywód. „Ten album i otaczający go krótki okres w historii zespołu jest idealnym obiektem analiz. Mogę nie być fanem Soft Machine na świecie, ale… uwielbiam TEN album” i wskazał na świeżo wydaną, podwójną kompaktową reedycję „Bundles”. A mi kamień spadł z serca; z moim przyjacielem nie jest tak źle.

Soft Machine – najbardziej kreatywna grupa drugiej połowy lat 60-tych.

Czy można powiedzieć coś o Soft Machine, czego jeszcze nie powiedziano? Ten niesamowity, legendarny, super fajny zespół to kolejny z tych ze sceny Canterbury, który wniósł tak wiele do świata muzyki. Początkowo jako psychodeliczny zespół rockowy dzielący scenę z Pink Floyd i Jimi Hendrix Experience, aż do bycia jednym z prekursorów elektrycznego jazz rocka był niezwykle kreatywny. Powstał w 1966 roku z inicjatywy muzyków, dla których warto było umrzeć: perkusisty i wokalisty Roberta Wyatta, basisty Kevina Ayersa, gitarzysty Daevida Allena i grającego na organach Mike’a Ratledge’a. Już samo wspomnienie tych nazwisk budzi ekscytację; ci pionierzy skutecznie stworzyli zupełnie nowy podgatunek muzyki rockowej. Soft Machine, nigdy nie stojąc w miejscu, przewodził w psychodelicznym, eksperymentalnym i progresywnym rocku, aż po jazz fusion, a jakość i muzyka prowokująca do myślenia zawsze były na wysokim poziomie niezależnie od muzyków jacy się tam przewinęli. Lista nazwisk biorących  udział w tym projekcie jest równie eklektyczna jak pierwotny skład, a jedynym kluczowym czynnikiem, którego wszyscy przestrzegali było to, że nazwa SOFT MACHINE była nadrzędnym priorytetem. Jego wielkość objawiała się szczególnie na koncertach, czego przykładem choćby niezwykłe trzypłytowe wydawnictwo zatytułowane „Facelift” wydane w marcu 2022 roku.

Ten niezwykły zestaw (dwie płyty CD i DVD) przedstawia zespół we Francji i Holandii na początku 1970 roku jako kwintet, tuż przed nagraniem „Third” z Eltonem Deanem, Lyn Dobsonem, Hugh Hopperem, Mike’iem Ratledge’em, Lowrey’em Holiday Deluxe’em i Robertem Wyattem. Trzeba przyznać, skład iście eklektyczny i taki też jest występ. Materiał na pierwszej płycie CD został nagrany w Théâtre de la Musique w Paryżu 2 marca 1970 roku; drugi to zapis całego koncertu w Amsterdamu ze stycznia tego samego roku. Zestaw utworów jest zupełnie inny i pokazuje zespół zachwycający się improwizacją, a jakość dźwięku jak na nagrania sprzed ponad pół wieku jest wyjątkowa. Muzycy są w wybornej formie, a ja jestem zachwycony słysząc jak Soft Machine tryska wielką energią.

Mike Retledge.

Płyta DVD zawiera fragment występu z Paryża wyemitowany przez francuską telewizję w programie „Pop 2” z równie krystalicznym dźwiękiem i w kolorze. Prawdopodobnie jest to najwcześniejsze, a także jedyne do dziś znane nagranie wideo krótkotrwałego kwintetu Soft Machine, który istniał między styczniem, a marcem 1970 roku. DVD dodatkowo posiada zapis audio całego paryskiego występu dokonanego przez anonimowego uczestnika koncertu z wyjątkowo doskonałym jak na bootlegową rejestrację dźwiękiem. Tę płytę CD/DVD gorąco polecam nie tylko fanom sceny Canterbury, ale też wszystkim,  którzy zastanawiają się, o co to całe zamieszanie. Zobaczcie i posłuchajcie gdzie się to wszystko zaczęło.

Wróćmy do roku 1975 i płyty „Bundles”, którą wielu fanów zespołu postrzega jako zupełnie inną.

Podwójna, japońska reedycja albumu „Bundles”

Przybycie gitarzysty Allana Holdswortha do wcześniej pozbawionego gitary zespołu sprawiło ostry zwrot w brzmieniu doprowadzając do połączenia jazzu i rocka w jednolitą całość.  W tym czasie Mike Ratledge był jedynym członkiem-założycielem zespołu (nie na długo zresztą), a stery twórcze i kompozytorskie w dużej mierze oddano w ręce Karla Jenkinsa, członka od 1972 roku. W rzeczywistości, poza Ratledge’em, wszyscy pozostali członkowie zespołu grali w tym i innym czasie w zespole Nucleus, więc można by przyjąć, że raczej jest to album Nucleus niż Soft Machine, a zatem idealny dla laików. Oczywiście fani Soft Machine znają go i będą mieli swoje zdanie na jego temat, ale mniej zorientowanym chciałbym wyjaśnić, co jest w nim tak wspaniałego i dlaczego mogą go pokochać.

„Bundles” otwiera się w imponującym stylu pięcioczęściową, dwudziestominutową suitą „Hazard Profile”, która sama w sobie została zaadaptowana i znacząco rozszerzona przez Jenkinsa na podstawie starego utworu Nucleus, „Song For The Bearded Lady”. To jednak zupełnie inna para kaloszy, niż tamte wcześniejsze dzieła, z dużą częścią zdominowaną przez niesamowitą grę Holdswortha. Długa, dziewięciominutowa pierwsza część w szczególności należy do najlepszych jazz rockowych opracowań, jakie można znaleźć. Po refleksyjnej drugiej części, krótka trzecia i czwarta podkręcają tempo w progresywny sposób, aż do kulminacyjnej sekcji finałowej, która wspaniale zamyka utwór. Nawet gdyby na albumie nie było już nic więcej absolutnie warto poświęcić mu czas. Na szczęście przed nami jeszcze wiele dobrego. Po minutowej miniaturce „Gone Sailing” zagranej na akustycznej gitarze kolejna para nagrań: „Bundles” i „Land Of The Bag Snake” tworzą siedem minut rozkoszy mogące konkurować z „Hazard Profile Part One”. To naprawdę jazzowa inspiracja, ale też rockowa tak mocno, jak tylko się chce. To Soft Machine, jaki zawsze chciałem widzieć, choć wielu ma co do tego mieszane uczucia. Tuż potem otrzymujemy jedyny wkład Ratledge’a w twórczość grupy w postaci nieco bardziej jazzowego i mniej gitarowego „The Man Who Waved At Trains”, oraz dziwnie zatytułowany „Peff”. Album kończy leniwy „The Floating World” z piękną spokojną melodią.

Allan Holdsworth (1946-2017)

To świetny i dla wielu jeden z najlepszych albumów na jakich pojawił się Holdsworth. Ale jest też coś więcej, czego można się spodziewać po takich reedycjach – bonusowy krążek zawierający koncert z Nottingham z października 1975 roku nagrany dla lokalnego radia, a zatem profesjonalnie zrobiony. Łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest fakt, że w marcu tego roku, tuż przed wydaniem „Bundles”, Allan pożegnał kolegów, co spowodowało odwołanie koncertów i zwolnienie tempa przez zespół. Na szczęście szybko znaleziono zastępstwo. John Etheridge (bo o nim mowa) grał w bardziej wyluzowanym Global Village Trucking Company, a nieco wcześniej rozdzielał ogniste solówki jako członek grupy Wolf Daryla Waya. Jego gra na tym październikowym koncercie od razu pokazuje, że zespół stracił bardzo niewiele, jeśli w ogóle cokolwiek. Setlista jest znakomicie dobrana i niezwykle istotna dla tego wydawnictwa. Większość to materiał z „Bundles” tyle, że wykonywany w znacznie krótszej, bardziej efektywnej formie dorównując, a momentami nawet przewyższając, studyjną wersję. Wśród utworów są trzy premierowe, które pojawią się na „Sofs”, kolejnym ich albumie, a także kilka niepublikowanych wcześniej nagrań. Ogólnie rzecz biorąc to jedna z najlepszych płyt bonusowych na jaką zdarzyło mi się trafić w 2022 roku.

Ocena tego wydawnictwa może być różna. Dla mnie „Bundles” to przykład klasycznego jazz rocka lat 70-tych w najlepszym wydaniu i błyskotliwy obraz geniuszu Allana Holdswortha będącego w szczytowej formie. Do tego dochodzi ta unikalna płyta koncertowa, a to z pewnością więcej niż wisienka na torcie. Polecam!

Hiszpańska rockowa corrida – ciąg dalszy.

Nie od dziś wiadomo, że hiszpański rock lat 70-tych był krok do tyłu w stosunku do europejskiego, czy amerykańskiego rocka. Upraszczając, można powiedzieć, że wpływ na to miała dyktatura generała Franco, po śmierci którego nastąpił rockowy boom. To, co się wtedy tam ukazywało do dziś budzi zachwyt miłośników progresywnego rocka i szacunek fanów ciężkich brzmień. Sam tego doświadczyłem prezentując w tym miejscu płyty takich zespołów jak Leño, Ñu, Lon Star, Maquina, Tapiman, Pan Y Regaliz, czy Storm, a ze współczesnych Blue Merrow, który w 2022 roku zalśnił na muzycznym nieboskłonie niczym betlejemska gwiazda. Część z nich znalazła się pod wspólnym tytułem „Rockowa corrida z Hiszpanii”, innym, jak na przykład Lon Star, czy Ñu poświęciłem osobne artykuły.  Ciągnąc ten wątek chcę zwrócić uwagę na kolejnych, bardzo ciekawych moim zdaniem wykonawców z tego kraju. Zacznę alfabetycznie, od „A” do „Z”.

Kultowy zespół Atila z Girony swoją drugą płytą „Intención” z 1976 roku zwrócił moją uwagę dość dawno, choć kompakt przywiozłem sobie z Hiszpanii dopiero w 2018 roku. Złowieszcza okładka w stylu Goi zawsze przyciągała moje oko.

W momencie powstania, czyli w 1973 roku, Atila zaczynał jako undergroundowe power trio, które po kilku zmianach personalnych przekształciło się w kwartet grający progresywnego rocka. Dwa lata później samodzielnie wyprodukowali album „El Principio Del Fin” (Początek końca) nagrany na żywo w jednym podejściu z niewielką publicznością zgromadzoną w studiu. Krążek zawierał jedno, prawie trzydziestominutowe nagranie w stylu brytyjskiego The Nice i włoskiego klasycznego prog rocka. Album (dziś tak rzadki, że ma status Świętego Graala!) przyniósł im pewną sławę i dał możliwość występów na ówczesnych festiwalach. W 1976 roku nagrali „Intención” zawierający cztery utwory z mnóstwem fantastycznych partii klawiszowych z oszałamiającym Hammondem i soczystym moogiem na czele. Są tu doskonałe, momentami ostre solówki gitarowe z hiszpańskim akcentem, oraz kapitalna sekcja rytmiczna. Utwór tytułowy zwalił mnie z nóg już przy pierwszym odsłuchu. Ponad osiem minut 24-karatowego progresywnego Nieba w duchu Pink Floyd ery „Meddle” (gitara i organy prawie jak w „Echoes”!) z cyrkoniami Yes i ELP, które z gracją miażdżą serca i umysły. Ten sam poziom entuzjastycznej inwencji jest widoczny w bardziej klasycznie zorientowanym, instrumentalnym „Cucutila” zdominowanym przez organy. Dobry numer, choć nie aż tak jak „Dia Perfecto” – cichy bohater tej płyty i  jeden z moich ulubionych tego zespołu. Zaczyna się delikatnymi dźwiękami, które przechodzą w klasyczny klawiszowy motyw. A kiedy nabiera tempa dzięki niesamowitemu motywowi granemu na moogu, dudniącej perkusji i gitarze zrozumiecie co mam na myśli mówiąc o MOCY. Całość to mieszanka znakomitego space rocka z udziałem żeńskiego chóru i zapowiedź ich następnej płyty… Szesnastominutowy, epicki „El Principio Del Fin” będący zwieńczeniem albumu to kompozycja, pełna wachlarza emocji i porywających solówek, w których klawiszowiec Benet Nogue i gitarzysta Eduardo Niebla nawiązują ze sobą telepatyczną nić porozumienia. Tak naprawdę jest to bardziej dopracowana, o połowę krótsza wersja pierwszego  albumu koncentrująca się bardziej na muzycznych fragmentach, z pominięciem wielu improwizacji i dużo krótszym perkusyjnym solem. Prawdziwa bestia pokazująca zespół w szczytowej formie.

„Intención” to jedno z najważniejszych osiągnięć ówczesnej prog rockowej hiszpańskiej sceny. Płyta była kilkakrotnie wznawiana (ostatnio w 2019 roku); dostępna jest też wersja, gdzie na jednym dysku umieszczono wydany rok później trzeci album, „Reviure”, co po katalońsku znaczy „Odrodzenie”.

Wydawać by się mogło, że po tak znakomitej płycie jaką była „Intención” nie da się przywrócić spontaniczności i entuzjazmu,  powtórzyć unikalnego brzmienia, ani tym bardziej stworzyć coś jeszcze lepszego. A jednak! „Reviure” (w podtytule „Revivir”) był szczytem szczytów możliwości zespołu. Jego naturalna energia została odpowiednio skondensowana w symfonicznym progresie, z dodatkiem space rocka i jazzowej dynamiki. Wśród czterech zaprezentowanych tu utworów nie ma ani jednej zmarnowanej nuty, ani jednej straconej sekundy; nie ma chwili wytchnienia, za to jest mnóstwo mocy. Tytułowa kompozycja jasno pokazuje odejście od  psychodelii – teraz to mroczny progresywny krążek bardzo bliski „piwnicznemu” kraut rockowi kultowych zespołów pokroju Tritonus, Twenty Sixty Six And Then, Murphy Blend, Virus, Nosferatu… Jak dla mnie brzmi to niemiecko, ale znakomicie zaśpiewane po katalońsku przez Beneta Nogue, który rozwija też całą masę (wcale nie taniego) sprzętu klawiszowego. Absolutnie mistrzowska i inspirująca sekcja rytmiczna, oraz znakomita gitara prowadząca to wzór dla wielu grup nie tylko spod znaku prog rocka. Z kolei „Somni”, w którym kosmos łączy się jazz rockiem, a nawet funkiem to jeden z najlepszych utworów wśród absolutnie genialnych. I tyle. „Atila” to kolejny instrumentalny, pełen detali dwunastominutowy numer ocierający się o hard rocka z gitarą w stylu Jana Akkermana, a perkusyjne solo Joana Punyeta skutecznie powstrzymuje wzrost trawy pod moimi oknami. Finałowy „Al Mati” przynosi rozmach śródziemnomorskimi brzmieniami nawiązującymi do włoskiego progresu. Podsumowując w trzech słowach – „Reviure” to arcydzieło. I chociaż nigdy nie bawię się w dawanie płytom gwiazdek, to tym razem zrobię wyjątek i w skali od jeden do dziesięciu daję jedenaście!

Niedoceniany zespół Tarántula założony w Walencji w tym samym roku co Atila, od początku stawiający na teatralność z wyraźnie progresywnym podejściem powinien zostać odkryty na nowo. Tworzący go muzycy otwarcie mówili, że zainspirowały ich zespoły takie jak Yes, Jethro Tull, Uriah Heep i Focus. Pod koniec 1976 roku, pod wodzą klawiszowca Vicente Guilleta w madryckim Eurosonic Studios nagrali album „Tarántula”, który wydała wytwórnia Zafiro.

Choć głównymi instrumentami są gitara i wszechobecne w tego typu muzyce klawisze (Hammond, mellotron, moog) to bas i perkusja nie ograniczają się do akompaniamentu. Można powiedzieć, że są dwiema pozostałymi nogami stołu, na którym spoczywa imponujący głos Rafaela Cabrery. Jego wszechstronność pozwala mu sięgać od operowych tonów, które prezentuje w otwierającym album nagraniu „Recuerdos”, po rockowy rejestr w „Singladura Final” i złowieszczym „La Danza del Diablo”. Całość to osiem kompozycji z elementami rocka, bluesa, folku i muzyki klasycznej w rozbudowanych aranżacjach z licznymi zmianami tempa. Okazjonalne hard rockowe wybuchy nadają muzyce prawdziwie „kameleonowy” charakter wykraczający poza progresywną sferę. Co ciekawe, nie brzmi to ani oryginalnie, ani wtórnie, a jednak jest to bardzo przyjemne granie. Wszystkie utwory są dość melodyjne, przeplatane czasem ostrymi riffami i galopującym basem. Oprócz wymienionych numerów warto wsłuchać się w progresywny „Um Mundo Anterior” ze skrzypcami i fletem (gęsia skórka za każdym razem!), czy bardzo pomysłowy „La Arana Y La Mosca”, w którym dźwięk klawiszy rozbrzmiewający po lewej stronie symbolizuje pająka, a gitara po prawej muchę pożeraną przez tarantulę. Klasą samą w sobie jest epicki, dziesięciominutowy „Imperio Muerto” z roztaczającą się psychodeliczną atmosferą i dramatycznym wokalem – rewelacja!

Ten bardzo solidny album pokazujący duże zaangażowanie i talent każdego z muzyków nie ma słabych stron i dziwię się, że w Hiszpanii przeszedł bez echa. Rozczarowanie i brak sukcesu doprowadził do personalnych roszad. Z zespołem pożegnał się gitarzysta Manuel Garcia i Rafael Cabrera, którego zastąpiła dwójka wokalistów: Ana María González Pazoz i Enrique Alfonso. Drugi album, „Tarántula 2” wydany ponownie dla Zefiro w 1978 roku wzbudził skrajne opinie.

Jedni odsądzali go od czci i wiary niezadowoleni, że zespół porzucił progresywny rock na rzecz ciężkiego brzmienia. Najbardziej dostało się wokalistce, o której pisano, cytuję: „Ana śpiewa i brzmi jak.. eh… jak wiedźma śmierci z horroru klasy B”, albo „Rozdzierający serce wokal w agonii z głębin piekła. Okropne!” i jeszcze to „Śmierć przez wokal. Oj jak boli.” Zwolennicy podkreślali wirtuozerię zespołu i wciąż wysoką jakość, zwracali uwagę na mniej rozbudowane i bardziej zwarte utwory, oraz (i tu cytat): „świetny, szorstki typowo rockowy głos panny Gonzalez Pazoz.” A jednak ktoś ją docenił!

Faktycznie, zmiana  stylu widoczna jest  już od pierwszego utworu, „Blancanieves”. Nowa formuła Guillota była znacznie cięższa i bardziej optymistyczna, choć są też fragmenty nawiązujące do oryginalnej Tarántuli. Lider zespołu zdecydował się na bardziej rockowe, twardsze podejście z dużą ilością ostrych gitar i jeszcze silniejszym naciskiem na klawisze. Wściekły głos Any Maríi, prywatnie żony perkusisty, dopełnił zmianę w kierunku ciężkiej muzyki, chociaż znajdziemy tu też momenty spokoju i wirtuozerii. Utwory takie jak wspomniane już „Blancanieves” i „Es Demasiado” ujawniają nową Tarántulę, z przesterowanymi gitarami, szybkim rytmem i rozdartym głosem Any Maríi, który wydaje się, jakby nas łajała. Natomiast „Canta, Canario, Canta” i instrumentalny „La Tarántula de Granada” przywodzą na myśl pierwszy album, choć moim zdaniem nie osiągają ich poziomu. Znajdziemy tu również dwa utwory w języku walenckim: „Éxtasi” i „Avui Com Ahir”, ten drugi zaczerpnięty z rock opery „L’Home de Cotó-en-Pèl” z 1974 roku.

Pomimo wspólnych koncertów z wielkimi wykonawcami, Tarántula skończyła tak jak wiele innych grup tamtej epoki, czyli zniknięciem ze sceny muzycznej, a jej członkowie nie pozostawili po sobie śladu. Po raz pierwszy oba albumy zostały wznowione na płytach CD w Japonii (1993), oraz Korei (1996). Nie wiem, czy są jeszcze dostępne, ale do tanich niestety nie należały, czego osobiście doświadczyłem. 

Na koniec zostawiłem prawdziwą petardę – grupę Zarpa Rock i ich debiutancki album z 1978 roku, Los 4 Jinetes del Apocalipsis” (Czterech jeźdźców Apokalipsy) z okładką, która śmiało mogłaby konkurować z każdym współczesnym wydawnictwem.

Ten zdecydowanie najrzadszy hard rockowy album jaki kiedykolwiek wydano w Hiszpanii od lat znajduje się na szczycie list życzeń kolekcjonerów heavy metalu na całym świecie. Oryginalne egzemplarze praktycznie są dziś nie do zdobycia (niektórzy wątpią nawet w ich istnienie) i jest jeszcze rzadszy niż pierwszy album grupy Atila!

Zarpa Rock wyewoluował z grupy o nazwie Wolframio w niewielkim mieście Mislata, w prowincji Walencja, w 1977 roku. Założyło go czterech nastoletnich chłopaków, z których najmłodszy miał 15, a najstarszy 17 lat. Byli to bracia Feijóo: Vicente (voc. lead guitar) i Eduardo (bg. voc.), oraz Javier Herviás (g) i Jesús Martinez (dr.). Po spędzeniu większej części roku na doskonaleniu gry i tworzeniu autorskiego repertuaru skontaktowała się z nimi agencja Zeus Rock proponując nagranie materiału na płytę. Warunkiem była zmiana nazwy, co też uczynili. Ze względu na bardzo ograniczony budżet album nagrali „na żywca” w jedynej, półtoragodzinnej sesji. Niestety agencja wkrótce po tym zbankrutowała, a niewielki nakład albumu (mówi się o pięćdziesięciu egzemplarzach) został odłożony na półkę i do dziś nie wiadomo co się z nim stało. Jakimś cudem Vicente Feijóo w latach 90-tych natknął się na bardzo zniszczoną kopię oryginalnej 24-ścieżkowej taśmy, którą przekazał wytwórni Iberian Records. Tamtejsi spece mozolną pracą przywrócili ją do należytego stanu i dopiero w 2006 roku wydali na płycie CD. 

Choć nagrania powstały w 1977 roku muzyka ma więcej wspólnego z proto metalowymi wykonawcami z przełomu lat 60/70  (Black Sabbath, Sir Lord Baltimore). Agresywne i surowe brzmienie co prawda jest nieoszlifowane, ale właśnie ta surowość mnie ujęła. Mamy tu pięć długich mocarnych utworów połączonych wspólną koncepcją, która dała tytuł płycie, a brutalny fuzz, gitara z efektami wah-wah i potężny wokal są zalążkiem heavy metalu. Już sam początek (tytułowy numer) podciął mi kolana! Jest niesamowity i idealnie współgra z okładką tworząc gęsty klimat z ciężkimi mrocznymi akcentami psychodelii. Uwielbiam! Dość radosny początek „La Contaminación” jest nieco mylący, bo zespół szybko zaczyna balansować między ciężką psychodelią, a proto doomem… Każdy z pięciu utworów na tym albumie jest dłuższy od poprzedniego, a środkowy, „Llega La Destrucción”, trwa siedem minut (ostatni nieco ponad dziewięć), ale warto go posłuchać. Utwór zakorzeniony jw blues rocku  jest tu kolejną bestią. Akustyczne intro w „Le Guerra Cruel” z pewnością nie jest ekstremalne. Można by je wyciąć, a świat dalej by się kręcił. Tylko po co..? W sumie to prosta piosenka. Początkowo łagodny soft rock z rozbudowanymi solówkami gitarowymi nabiera oszałamiającego tempa, więc nie jest tak źle. „El Hambre” to ponownie fantastyczny, hard rockowy numer zamykający album. Zaczyna się łagodnie, ale nie jest łagodny. Raczej doom z acidowym akcentem pasującym do koncepcji jaką sobie wymyślili. Zastanawia mnie tylko, czy chodzi w niej o odcięte dłonie… czy może o czterech jeźdźców Apokalipsy? Nieważne. Ten album jest po prostu świetny! Szkoda, że został odłożony na półkę, bo mógłby stanąć w jednym szeregu z płytami Leaf Hound, Josefus, czy Lucifer’s Friend.

SLADE „All The World Is A Stage” (1971-1981)

Kiedy myślę o SLADE ogarnia mnie dreszcz nostalgii już na samą nazwę! Pierwsze angielskie słowo jakie napisałem w szkole podstawowej na gumce „myszce”, a potem markerem na tornistrze, czaro-białe zdjęcie zespołu, które kosztowały mnie pączka i butelkę oranżady w szkolnym sklepiku, piosenki nagrywane z Radia Luksemburg na szpulowym magnetofonie, dyskoteka na sali gimnastycznej i nieśmiały pocałunek z dziewczyną przy „Far Far Away”… Przed oczami wciąż widzę Noddy’ego Holdera w spodniach w szkocką kratę i cylindrze z lusterkami, Dave’a Hilla rzucającego absurdalnie kiczowate figury ze swoją „niepokojącą” fryzurą i strojami obsypanymi brokatem, perkusistę Dona Powella wyglądającego jakby właśnie rozegrał dziesięć rund z Joe Frazierem choć tak naprawdę on pewnie tego nie zauważał i wreszcie Jima Lea – szczęśliwego, że może spokojnie i niepozornie grać na basie zaś w rzeczywistości człowiek-spoiwo scalającym całą muzykę. Slade to także błędnie napisane tytuły piosenek i fantastyczne koncerty z krzyczącą publicznością „Iiiiiiiiist Merry Chriiiiistmas!!!” Bo trzeba przyznać, że był to cholernie dobry rockowy zespół, który na żywo bez problemu mógł skopać wszystkim tyłki na siedem sposobów. I to właśnie niech będzie wprowadzeniem do „All The World Is A Stage” – zestawu pięciu płyt z pięcioma różnymi albumami koncertowymi, z czego trzy oficjalnie wydane po raz pierwszy! Z ręką na sercu przyznam, że słucha się tego piekielnie dobrze!

Pierwsza płyta rozpoczyna się legendarnym „Slade Alive!” z 1971 roku, gdy zespół był o krok od podbicia list przebojów i przejęcia „Top Of The Pops” na dłuższy czas

Album tak bardzo kipi energią, że w dobie kryzysu energetycznego można by podłączyć do niego wszystkie urządzenia i zasilić nim swój dom. Z zaledwie siedmioma utworami, od ogłuszającego „Hear Me Calling”, po ciężki jak walec „Born To Be Wild” jest on absolutną bestią. Najważniejsze utwory to zaskakująca, ale genialna wersja „Darling Be Home Soon” Johna Sebastiana (nieplanowane beknięcie Holdera w trakcie utworu przeszło do historii stając się klasyką), świetne „Know Who You Are”, zdumiewająca manipulacja tłumem i brutalne riffy, które brzmią w „Get Down And Get With It”. To nie przypadek, że Kiss nazwali swój pierwszy przełomowy album koncertowy „Kiss Alive!” nawiązując do jednej ze swych ulubionych „koncertówek”. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyszła wtedy myśl, że w ciągu roku Slade będzie stałym bywalcem list przebojów nie tylko na Wyspach, ale i w Europie.

Pomijając album „Slade Alive Vol 2″ z 1978 roku (być może mądrze, bo nie był to godny sequel), przechodzimy do SOS – Slade On Stage” nagrany w Newcastle w 1981 roku.

Ta świetna płyta zawierająca niektóre z późniejszych hitów koncertowych, w tym „We’ll Bring The House Down” i „Lock Up Your Daughters”, ma dwie rzeczy, o których lojalnie muszę wspomnieć. Po pierwsze, jeszcze przed oficjalnym wydaniem część nagrań zostało (na szczęście delikatnie) poprawione studyjnymi dogrywkami, co (o zgrozo!) powoli stawało się normą. Po drugie, ze względu na długość oryginalnej płyty znalazło się tu tylko dziewięć piosenek. Co prawda odtwarzacz CD wyświetla ich dziesięć, ale ten dziesiąty to jedynie króciutki fragment „You’ll Never Walk Alone” zaśpiewany przez tłum wyciszony po trzydziestu ośmiu sekundach. Dzisiaj, w dobie płyt CD, cały koncert zmieścił by się na srebrnym krążku stąd moje lekkie rozczarowanie. Nie mniej to dobry i mocny album, choć jakby taki trochę „bezpieczny”.

Lepszy – DUŻO lepszy! – jest trzeci krążek, „Alive! At Reading” zawierający pełne nagranie występu na tamtejszym Festiwalu w 1980 roku, kiedy to zajęli miejsce zwolnione przez Ozzy Osbourne’a. Jak na wykonawcę, który wskoczył tam dość niespodziewanie było to godne zastępstwo!

Występ okazał się tak przełomowym momentem, że doprowadził do odrodzenia kariery zespołu, który nieco podupadał przez ostatnie kilka lat szczególnie po nieudanej próbie podbicia USA w połowie lat 70-tych. Z tych nagrań łatwo dostrzec jak bardzo Slade zdobył sympatię publiczności spijająca słowa z ich ust i jak kompleksowo jedli z dłoni Noddy’ego. Słychać to w szczególnie w „Get Down And Get With It”, kulminacyjnym momencie całego seta  z tłumem tak zachwyconym, że gdyby frontman w cylindrze zasugerował, aby po odliczeniu do trzech wszyscy zdjęli spodnie pod sceną pojawiłby się las dolnej części garderoby fruwającej ponad ich głowami. A kiedy wracają, aby uderzyć publiczność podwójną wiązanką „Cum On Feel The Noize” z „Born To Be Wild” zwycięstwo jest kompletne. Myślę, że wielu uświadomiło sobie, że ci goście to nie jacyś przestarzali glam rockowi kolesie, ale zaprawieni w bojach twardziele o robotniczych korzeniach. Liam Gallagher brzmi przy nich jak dziecko Bryana Ferry’ego i Jamesa Blunta. Ten album to prawdziwy kamień milowy, który jest czystym złotem i ważnym wydawnictwem. Dźwięk również jest świetny – tak dziki jak pterodaktyl „Slade Alive!”, a jednocześnie dobrze wyważony i czysty jak dzwon. 

Płyta czwarta zawiera nagranie całego koncertu z grudnia 1980 roku w mało efektownym otoczeniu, czyli w The Hucknall Miners’ Welfare Club, niedaleko Nottingham.

Pomimo kilku drobnych mankamentów w brzmieniu wypada świetnie i pokazuje Slade całkowicie zregenerowanego po występie w Reading kilka miesięcy wcześniej. Zdecydowanie unikając użalania się nad sobą w stylu „jak upadają bogowie” grają tak, jak potrafili najlepiej wyciskając z siebie surowy i ciężki rockowy set. Zadziwiające jak doskonale potrafili zbudować fantastyczny kontakt z niewielką przecież klubową publicznością, co pozwala nam poczuć zapach piwa i pot spływający po ścianach. Ponownie włączono kilka hitów z Reading – prawdziwą historię „The Wheels Ain’t Coming Down” i porywający „When I’m Dancin’ I Ain’t Fightin’ ” – ocierając się o serię klasycznych hitów (w tym, biorąc pod uwagę porę roku, ponadczasową kolędę!), a także kilka współczesnych, głębszych utworów, takich jak „Night Starvation” i inspirowany psychodelią „Lemme Love Into Ya”. Może komuś się narażę, ale śmiem twierdzić, że ten genialny występ dorównuje temu z Reading!

Ostatnia, piąta płyta, jest podróżą wstecz kiedy zespół był tuż po premierze filmu „Slade In Flame” z 1974 roku i i krok od szczytu list przebojów po wydaniu „Live At The New Victoria” wcześniej dostępnym jako wysoko oceniany bootleg.

To fascynujący kontrast w porównaniu z późniejszym, powracającym do korzeni zespołem z żywo reagującą nastoletnią publicznością i żartującymi z nią muzykami. Cały pokaz wydaje się bardziej „zabawnym glam rockowym wydarzeniem”, niż poważnym koncertem ciężkiej rockowej ekipy. Mimo to wciąż jest to znakomity występ i co do tego nie ma żadnych wątpliwości – tak jak do ich prawdziwych osiągnięć na żywo. Setlista jest tu cudownym kontrastem, znajdując miejsce na kilka świetnych, szkoda, że później porzuconych utworów takich jak „The Bangin’ Man”, „Thanks For The Memory”, „How Does It Feel”, „Far Far Away”, „OK Yesterday Was Yesterday”, czy otwierający to wydawnictwo „Them Kinda Monkeys Can’t Swing”. Nie ma tu ani „Born To Be Wild”, ani „Get Down And Get With It”, które zazwyczaj wieńczyły całość, ale nie mniej ważny „Mama Weer All Crazee Now” zamyka całość w doskonałym stylu.

Podsumowując, jest to set, który powinien zostać zbadany przez każdego, kto sceptycznie podchodzi do twierdzeń, że Slade ​​był zespołem z najwyższej półki grającym poważnego heavy rocka. Szczególnie satysfakcjonujące jest usłyszeć, że po dekadach przedstawiania go jako „gwiazdy popu z kreskówek”, w szczytowym okresie Noddy Holder był jednym z najlepszych frontmanów i jednym z najpotężniejszych wokalistów brytyjskiego rocka. To coś, o czym łatwo się dziś zapomina, a te występy w znacznym stopniu przywracają tę równowagę. Fascynujące jest również to, że choć ewidentnie uwielbiali okres „glam hitów”, zespół brzmi tak, jakby nigdy nie był szczęśliwszy niż wtedy, gdy imprezował z 65-tysiącami „kumpli” w Reading stając się tam gwiazdą, a chwilę później grał w małym zatłoczonym klubie Hucknall, otulony piwem, potem i dymem z papierosów. I właśnie to pokazuje, że Slade to zespół rockowy z krwi i kości, a nie gwiazda list przebojów. Ci goście uwielbiali grać na żywo i robić to głośno – przeboje były miłym tego dodatkiem. Dla nich scena to był cały świat. Mam nadzieję, że ten pięciopłytowy zestaw przywróci wiarę w złotą erę brytyjskiego rocka wywodzącego się z robotniczych nizin, nawet jeśli był on odziany w glamour. Im się to należy.

AKA – rockowa legenda z Indonezji.

Historia indonezyjskiego zespołu AKA tak naprawdę zaczęła się od muzykującego chłopca imieniem Ucok Harahap. Młodzieniec miał jedno marzenie: założyć zespół, który pozwoliłby mu rozwinąć swój niepohamowany talent muzyczny. Miłość do muzyki zaszczepił mu ojciec, Ismail. We wczesnych latach 60-tych ten poważany farmaceuta z Surabaji (wschodnia część wyspy Jawa) po pracy grywał na ukulele, skrzypcach i flecie w różnych amatorskich zespołach, które grały popularny wówczas sentymentalny pop zwany przez tubylców kroncong. Młody Ucok siadał w kącie na zapleczu rodzinnej apteki i pilnie uczył się gry na różnych instrumentach. W 1962 roku, mając dziewiętnaście lat, wyjechał do Maden i założył swoją pierwszą grupę Watches przemianowaną trzy lata później na The Mercy’s. Po jej rozpadzie wrócił do Surabaji, nawiązał kontakt z kilkoma szkolnymi kolegami, z którymi 23 maja 1967 roku, w dniu swoich dwudziestych czwartych urodzin, powołał do życia zespół AKA. Nazwa (pisana dużymi literami) była skrótem od Apotik Kali Asin, apteki należącej do jego ojca.

AKA – legenda indonezyjskiego hard rocka.

W miarę stabilny skład nie miał szczęścia jedynie do basistów. Na przestrzeni roku przewinęło się ich trzech (co ciekawe – wszyscy leworęczni), z których ostatni, Arhtur Kaunang zakotwiczył się w zespole najdłużej. Pierwszy wykruszył się szybko, więc na jego miejsce zwerbowali Sjecha Abidina z pop kultowej grupy Band Patas. Problem w tym, że Sjech mieszkał w dzielnicy arabskiej, której bez zgody rodziców nie mógł opuszczać. Aby wyciągnąć go na próbę młodzieńcy uknuli sprytny plan. Za każdym razem ubrani w saronogi pukali do drzwi i z pobożnymi minami prosili ojca, by ten zezwolił synowi pójść z nimi na nauki Koranu. Prosty wybieg, który jak widać sprawdza się pod każdą szerokością geograficzną. Dwa lata później AKA był już najpopularniejszym zespołem w Indonezji.

To, co czyniło ich wyjątkowym, to ekscentryczne i dość przerażające koncerty łamiące granice normalności, w których Ucok ganiał po scenie, rozbierał się prawie do naga, udawał, że uprawia seks, pozwalał się chłostać. Kiedy indziej wiązano mu nogi, wieszano głową w dół i dźgano mieczem, a na koniec „martwego” składano do trumny. Raz zdarzyło się, że zjadł żywego kurczaka. Wszystko to robił z pełnym zaangażowaniem, ponieważ uważał, że muzyka rockowa bez szalonych scenicznych akcji nie ma racji bytu. Nietrudno się domyślić, że szalone występy stały się wielką sensacją i choć były szokujące fani przyjmowali je entuzjastycznie. I chyba ta brawura, oraz nieustraszona natura ekscentrycznego lidera zapewniły zespołowi wielką popularność. Była też i druga strona medalu. Genialne występy irytowały ludzi z reżimu Mohameda Suharto. Ucok i jego koledzy byli przez władze wielokrotnie straszeni karami, inwigilowani, ostro upominani. Po tych reprymendach stosował się do tych zaleceń, ale na swój sposób. Po grzecznym początku trwającym zazwyczaj przez pierwsze dwa, czasem trzy utwory następowało orgiastyczne szaleństwo, którego nic i nikt nie potrafił zatrzymać.

Andalas Datoe  Oloan Ucok Harahap.

Początkowy repertuar opierali na utworach Steppenwolf, Grand Funk Railroad, Jamesa Browna, Jimiego Hendrixa, Cream, Three Dog Night… Pomimo etykietki zespołu rockowego, AKA miał w swoim repertuarze również łagodne, popowe numery (głównie ballady) o soulowym zabarwieniu opowiadające historie o miłości i okrucieństwach życia. Taki miks ciężkiego rocka z lżejszym materiałem znalazł się na debiutanckiej płycie „Do What You Like” wydanej w 1970 roku przez wytwórnię Indra mającą swą siedzibę w stolicy kraju, Dżakarcie.

Ten barwny album zawiera dziewięć utworów o zróżnicowanym klimacie, z czego trzy, „Do What You Like”, „Glenmore” i „We’ve Gotta Work It Out” zostały zaśpiewane po angielsku. I to one są esencją tego wydawnictwa. Najwyższej klasy ciężki rock spod znaku Grand Funk Railoard i Led Zeppelin w pierwszym, tytułowym nagraniu rozłoży na łopatki każdego fana gatunku. Zespół gra tu zarówno ciężkim brzmieniem, jak i charakterem. To świetna mieszanka miażdżącego rocka jakby przeniesiona z amerykańskiego Detroit kompletnie nie kojarząca się z Indonezją. Uwagę zwraca zabójcza partia gitary, oraz wokal mający w sobie surowość, które stawiają ich bliżej proto metalu niż wiele innych grup hard rockowych z tamtej epoki. Ten doskonały numer powinien znaleźć się w szerokim kanonie gatunku. Jeśli ktoś jeszcze się z nim nie zetknął powinien niezwłocznie go posłuchać.

W równie energetycznym „Glenmore”, otwierającym drugą stronę oryginalnego longplaya, zespół nie spuszcza z tonu raz jeszcze oferując gorące podejście do tematu tym razem w rytmie southern rocka. I tak sobie myślę, że gdyby te dwa nagrania wydano razem na jednym singlu miałyby on szansę stać się hard rockowym klasykiem. Naprawdę świetny kawałek. Co prawda pod koniec drugiej połowy nieco traci na fabule, ale na Boga – Zeppelinom też to się zdarzało, a grzecznie to tolerowaliśmy, więc w tym przypadku też to zróbmy.

Sporo dzieje się też w trzecim z wymienionych numerów. „We’ve Gotta Work It Out” to hard rockowy killer, gdzie bębny miażdżą swoją siłą, gitarowe riffy fruwają w powietrzu, a pełen duszy wokal szybuje sobie swobodnie ponad tym wszystkim. Obok nich poznajemy smaki indonezyjskiego popu śpiewanego w ojczystym języku, z których wyróżniłbym eteryczną balladę „Akhir Kisah Sedih”, skoczny „Panorama Pagi” przy którym nogi rwą się do tańca i zamykający płytę, „Keagungan Tuhan” z przepiękną partią skrzypiec. Można się zastanawiać dlaczego hard rockowych numerów jest tu tak mało skoro to one były atrakcją koncertów? Odpowiedź wydaje się prosta i banalna: większość indonezyjskich zespołów nagrywała malajskie piosenki popowe (przemycając przy tak zwanej „okazji” rocka), aby ich albumy się sprzedawały. Takie było i jest prawo rynku. Co by jednak nie mówić album „Do What You Like” otworzył światu bramę do indonezyjskiego rocka o istnieniu którego mało kto wiedział.

Rok później na rynku ukazał się ich drugi longplay, Reflection”. 

Poza tym, że mamy na nim różne melodie i inne tytuły w zasadzie nic się nie zmieniło. To wciąż jest ten sam zespół z charakterystycznym brzmieniem konsekwentnie podążającym wyznaczoną drogą i ten sam dziki crossover stylów jaki zaserwował na debiucie. Tak więc obok ballad takich jak „Akhir Kesucian Gadis”, „Penjaga Hati”, „Jatuh Cinta” i barwnych piosenek pop „Mira”, „Cahaja Cutan” jest tu ciężki rock prezentowany przez „Reflection” z mocarną sekcją rytmiczną, pulsującym basem, agresywną kipiąca gitarą, zadziornym wokalem i okazjonalną harmonijką ustną. Jak widać muzycy wiedzą, jak rozgrzać miłośników gatunku. Punktem kulminacyjnym jest „Only One Man”, epicki, absolutnie ciężki blues rock z psychodelicznym eksplozjami dźwięków, zmianami tempa i nastrojów wykonane z pasją na najwyższym muzycznym i wykonawczym poziomie.

Trzeci krążek, „Crazy Joe” wydany w 1972 roku przyniósł niewielką zmianę w ogólnym kierunku.

Poza trzema wyjątkami (o których za chwilę) zespół tym razem zwrócił się ku soft rockowi i indo-popowym balladom. Co prawda nie do końca jest to moja bajka, ale obiektywnie muszę przyznać, że ci ludzie naprawdę wiedzieli jak zrobić, by było to interesujące. Ba! Poradzili sobie  nawet z łzawymi harmoniami, które zazwyczaj ocierając się o kicz powodują ból wątroby. Jeśli dokładnie wsłuchać się i zanurzyć między nuty znajdziemy tu mnóstwo delikatnych aranżacji i urzekających smaczków. Aby wydobyć ich głębię trzeba je jednak eksplorować, by objawiły swą doskonałość. Krótko mówiąc, to miły dla ucha doskonale skomponowany pop wykonany przez znakomitych muzyków, którzy wiedzą jak z tak marzycielskich obłoków wyłuskać melodie pełne romantycznych historii. Może i nie ekscytujące, ale absolutnie piękne. Na tym tle diametralnie inaczej prezentują się trzy surowe i bardziej energiczne utwory. Tytułowy „Crazy Joe” to potężny funk rock w duchu Jamesa Browna, niekwestionowanego idola Harahapa. Wśród jawajskich rockerów, dziennikarzy i weteranów muzyki do dziś krąży wiele ciekawych lokalnych opowieści i legend na temat scenicznych wybryków Ucoka podczas wykonywania tego numeru. Tu wszystko kipi i kotłuje się jak w diabelskim kotle, więc nie dziwię się, że tak go ponosiło. Nie da się przy tym spokojnie wypić kawy, ani herbaty. Ta muzyka rwie papę z glacy! Brudny, garażowy rytm „Skeep Away” otwierający drugą stronę płyty z fantastycznymi organami ma w sobie magię, która przykuwa uwagę od pierwszych sekund. Podobnie rzecz ma się w powolnym hipnotycznym „Raja Jalan” zanurzonym w psychodelicznym sosie. Muszę przyznać, że to dość odważny album, który (podobnie jak dwa wcześniejsze) często gości w moim odtwarzaczu.

Z różnymi perturbacjami AKA przetrwał do 1977 roku wydając w sumie jedenaście płyt i kilka oficjalnych (mniej oficjalnych też) kompilacji. Po rozwiązaniu zespołu Ucok stworzył kilka własnych projektów muzycznych, został także aktorem filmowym. Zadebiutował rolą muzyka rockowego w „Darah Muda” (Młoda krew); w sumie wystąpił w siedemnastu produkcjach filmowych i telewizyjnych, które przyniosły mu sławę i pieniądze. W 1997 roku AKA na krótki moment reaktywował się, nagrał nawet album („Puber Kedula”), ale nadzieja na dalszą działalność została rozwiana, gdy wokalista założył zespół Warrock. Otoczony pięknymi kobietami Ucok na ślubnym kobiercu stawał dziewięć razy, chociaż w swojej autobiografii przyznał, że najbardziej kochał swą pierwszą żonę o imieniu Farida, dla której kompletnie stracił głowę. Ponoć to ona była powodem końca grupy AKA. Tak przynajmniej twierdzą jej członkowie… Muzyk zmarł na Jawie 3 grudnia 2009 roku. Przyczyną zgonu był rak płuc. Na pogrzebie Arthur Kaunang żegnając go powiedział: „Byłeś wielkim muzykiem i legendą rocka jaka kiedykolwiek żyła w Indonezji. Opatrzności trzeba dziękować, że nam cię zesłała. Pamięć o tobie przetrwa wieki.”

Biorąc pod uwagę wczesny okres powstania zespołu, ciężką muzykę, mroczne teksty, oryginalny wizerunek i teatralne, czasem zbyt przerażające występy wielu obserwatorów nazwało AKA „pionierami heavy metalu” mając na myśli nie tylko Indonezję. I tu w pełni się z nimi zgadzam. AKA to także przykład na to, że muzyka rockowa nie zna granic i można ją spotkać nawet na krańcach świata.

Podróż przez amerykańską prerię hard rocka (1967-1973).

Czasami zastanawiam się, czy wytwórnia Cherry Red nie została założona dla mnie, bo wydaje się, że prawie każde jej wydawnictwo jest czymś, czego chcę, potrzebuję, lub pożądam. Takie odczucia towarzyszą mi za każdym razem, gdy z dozą pewnego dreszczyku emocji otwieram każde z nich. Tak było też i tym razem.

Słuchając czterech godzin muzyki zwartych na trzech płytach CD i czytając dołączoną do nich 48-stronicową książeczkę czułem się bardziej jak na wykładzie z historii muzyki, niż jak przy zwykłym odsłuchu. Spośród sześćdziesięciu jeden zaprezentowanych tu zespołów/artystów mogę powiedzieć, że jakieś dwadzieścia znam, ale nawet spośród nich wiele utworów bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Reszta stanowi fantastyczną, odkrywczą podróż i właśnie tutaj wspomniana książeczka okazała się bardzo przydatna. W końcu usłyszeć piosenkę nieznanego zespołu to jedno; usłyszeć piosenkę zespołu, który kiedyś praktykował w szpitalu psychiatrycznym rekrutując jednego z pensjonariuszy jako wokalistę to zupełnie inny wymiar! Broszura pełna jest niezwykłych faktów, które z pewnością dodatkowo wzbogacają to niezwykle interesujące wydawnictwo zatytułowane „We’re An American Band” z podtytułem „A Journey Through The USA Rock Scene 1967-1973” wydane właśnie przez niezawodną Cherry Red./Grapefruit.

Pomimo wspomnianego siedmioletniego okresu mamy tu zaledwie jeden utwór z 1967 roku i tylko trzy z 1973. Chociaż nie podano dlaczego tak się stało podejrzewam, że ten najwcześniejszy rodzynek wynika z chęci uznania Vanilla Fudge jako przykład pierwszego, lub jednego z pierwszych zespołów hard rockowych. Zakończenie boxu hymnem Grand Funk, który osiągnął pierwsze miejsce na amerykańskich listach przebojów i zaznaczył wejście tej muzyki do głównego nurtu z pewnością ma sens, choć szkoda, że ​​nie uwzględniono tu więcej materiału z pierwszej połowy 1973 roku. Podejrzewam, że zaważyły tu kwestie ekonomiczne – dołożenie kolejnej płyty zwiększyłoby koszty produkcji, a to przełożyłoby się zapewne na jego detaliczną cenę. Miło jak ktoś dba o naszą kieszeń, ale akurat tu nie żałowałbym dołożyć kilku złotych więcej.

Wracając do Vanilla Fudge – w „ciemno” obstawiałem, że znajdę tu ich miażdżącą wersję przeboju The Supremes, „You Keep Me Hangin’ On”. A tu proszę – niespodzianka! Dostajemy porywającą wersję „Ticket To Ride” Beatlesów. Cieszy mnie to bardzo, albowiem unikanie oczywistego wyboru utworów znanych wykonawców budzi zainteresowanie nawet u najbardziej wymagającego słuchacza.

Pionierskie Lody Waniliove.

Kolejność utworów na trzech dyskach jest zgodna z oficjalną datą wydania, co daje jasny obraz stopniowego wyłaniania się hard rocka z psychodelii. Pierwszy z nich obejmuje okres do początku 1969 roku i dlatego (co chyba nie dziwi) jest wciąż muzyką mocno osadzoną w psychodelicznym brzmieniu. Po Vanilla Fudge pojawiają się trzy nazwiska, które każdy zna. Iron Butterfly prezentuje dobrze znany, instrumentalny „Iron Butterfly Theme” z paletą doskonałych gitarowych riffów i organów; Steppenwolf  potwierdza klasę bardzo przyjemnym, rhythm and bluesowym kawałkiem „The Ostrich”, zaś cover Eddiego Cochrana „Summertime Blues” zagrany w proto punkowym stylu został wydobyty przez Blue Cheer. Tego samego, którego celem było granie tak głośno, jak to możliwe. Wokalista i basista grupy, Dickie Peterson, cytowany w broszurze mówi wprost: „Chciałem, aby nasza muzyka była muzyką fizyczną, a nie tylko doświadczeniem dźwiękowym dlatego dodawaliśmy coraz więcej wzmacniaczy.” Peterson mówił tu o Marshallach, które odegrały kluczową rolę w rozwoju brzmienia hard rocka.

W dzisiejszych czasach zawodowi redaktorzy dbają o to, aby w tekstach uniknąć błędów typograficznych. W tym względzie w roku 1968 panowała (delikatnie mówiąc) pewna niedbałość, czego na własnej skórze doświadczyło wielu, w tym teksański zespół The Bubble Puppy, którego nazwa sama w sobie była celowym zniekształceniem nazwy „Centrifugal Bumble-Puppy” – gry opartej na powieści Aldousa Huxleya „Nowy wspaniały świat”. Puppy wydał singiel „Hot Smoke And Sasafrass”, a powinno być Sassafras. Mała literówka, a czyni różnicę. Z kolei zespół Human Beingz wydał singiel „April 15th”pod błędnie napisaną nazwą Human Beinz (bez „g”). Piosenka stała się hitem długo utrzymując się w pierwszej piątce amerykańskich list przebojów, co uniemożliwiło im poprawienie błędu… Jeśli chodzi o The Legend, z pewnością biorą tort w tym „konkursie”. Okładka ich drugiego albumu zawierała ważkę, co spowodowało, że album został przypisany zespołowi o nazwie Dragonfly. Pomimo tych zabawnych wpadek, wszystkie wspomniane utwory to mocne piosenki, zwłaszcza zamieszczony tu „Crazy Woman” The Legend/Dragonfly z niezwykle porywającym rytmem.

Legenda… a może Ważka.

Być może najjaśniejszym punktem pierwszej płyty jest „Black Sheep”, dramatyczny utwór otwierający jedyny album zespołu SRC z Detroit. Jest on wyraźnie inspirowany utworem „A Whiter Shade Of Pale” Procol Harum (organy!) i podejrzewam, że byłby hitem, gdyby zaśpiewał go brytyjski zespół. Sposób, w jaki gitara gra melodyjny refren przypomina technikę, którą John Lees czarował potem w Barclay James Harvest. Kolejnym mocnym nagraniem jest „Mister Genie Man” grupy Society’s Children. Był to niezwykle chwytliwy singiel (nigdy nie nagrali albumu) napędzany wspaniałą grą na organach i zasługiwał na lepszy wynik. Ciekawostką jest to, że wokalistką zespołu była mama gitarzysty, co potwierdza tezę, że muzyka łączy pokolenia. Wśród miłych niespodzianek mało znanych wykonawców pojawienie się Muddy Watersa jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Jego wersja „Let’s Spend The Night Together” Stonesów znalazła się na ogólnodostępnym albumie „Electric Mud”, który był próbą połączenia elektrycznego bluesa przez pryzmat psychodelii. I choć uwielbiam tę wersję wolałbym w tym miejscu usłyszeć coś mniej oczywistego.

Druga płyta, obejmująca okres do października 1970 roku, rozpoczyna się z hukiem. „Kick Out The Jams” MC5 to prawdziwy klasyk, który wyprzedzał swoje czasy dzięki hard rockowemu pazurowi pozbawiony psychodelicznego brzmienia. Inne znane zespoły to Mountain ze swoimi ciężkimi riffami w „Mississippi Queen”, oraz The Stooges z „I Wanna Be Your Dog” napisany przez Iggy Popa, który podobno zainspirował się widokiem atrakcyjnej młodej damy wyprowadzającej psa. Potem mamy mniej znany Stalk-Forrest Group, który ostatecznie zyskał światową sławę jako Blue Öyster Cult. W zespole byli już Donald Roeser i Eric Bloom, ale szczerze mówiąc, piosenka „Donovon’s Monkey” nie zapada w pamięć i wypada blado w porównaniu z utworem „Transmaniacon MC” wydanym nieco ponad rok później na debiutanckim albumie Blue Öyster Cult, która na szczęście znalazła się na trzeciej płycie w zestawie.

MC5 na tle amerykańskiej flagi jakby ktoś nie wiedział skąd pochodzą.

Podobnie jak w przypadku Blue Öyster Cult, utwór Alice’a Coopera „Fields Of Regret” jest prekursorem przyszłych klasyków, a nie klasykiem samym w sobie. Jest to nastrojowy numer inspirowany The Doors i nie ma o czym pisać. Nie mniej trudno uwierzyć, że ta sama grupa za dwa lata zyska światową sławę z zupełnie innym brzmieniem. Cooper, wcześniej znany jako Nazz, dokonał zmiany nazwy gdy natknął się na zespół o tej samej nazwie na czele którego stał Todd Rundgren. Fajnie, że Nazz Todda ze swym powściągliwym, ale przyjemnym ciężkim bluesem „Under The Ice” znalazł się tutaj. Utwór pochodzi z ich drugiego albumu” Nazz Nazz” . Było to po ich debiutanckim albumie „Nazz”, a przed trzecim, na szczęście nie nazywającym się „Nazz Nazz Nazz”, tylko Nazz III”. Kolejnym hitem drugiego dysku jest „Wicked Woman” Coven. Zespół do tego stopnia podążał za satanistyczną wizją Black Sabbath, że ​​na swoim jedynym albumie umieścił hard rockowy numer „Black Sabbath” z imponującym wokalem Esther Dawson. Dziwnym trafem ich basista występował pod pseudonimem Oz Osborne, co mogło ocierać się o jakąś paranoję. Nawiasem mówiąc zespole Coven poświęciłem swego czasu osobny artykuł… Z całą pewnością najbardziej znaną piosenką całej kompilacji jest „House Of The Rising Sun”. Nie jest to wersja The Animals z 1964 roku, ale nagranie Frijid Pink z Detroit, który zamienił ją w mocno niekomercyjną psychodeliczną podróż. Totalnie odlotowy numer we wszystkich możliwych aspektach jakimś cudem dotarł do pierwszej dziesiątki list przebojów i to po obu stronach Atlantyku. Jak widać wyroki show biznesu są nieprzewidywalne…

Singiel Grand Funk

Druga płyta doskonale oddaje fazę przejściową przełomu dekad, co prowadzi do trzeciej części, w której mamy typowy eklektyczny miks znanych i mniej znanych zespołów. Oprócz Blue Öyster Cult i Grand Funk jest ZZ Top  z „Neighbor, Neighbor” z debiutanckiego albumu, Todd Rundgren tym razem jako artysta solowy z nieco chaotycznym „Is It My Name”, oraz Stray Dog, który miał zaszczyt znaleźć się na pierwszym singlu wydanym przez wytwórnię Manticore założoną przez basistę ELP, Grega Lake’a prezentują doskonały „You Know” z szybkim riffem. Uderzające podobieństwo do „Stormbringer” Deep Purple wywołało swego czasu dyskusję, czy Ritchie Blackmore dopuścił się plagiatu.

W przypadku tego typu wydawnictwach to nie uznane nazwiska są ich atrakcją, a mniej znani wykonawcy i ich nagrania. Mamy tu utwór z jednej z najcenniejszych płyt winylowych na świecie, Bolder Damn w nagraniu o tajemniczym tytule „BRTCD”, ultra rzadkie lokalne single The Mass Confusion Rock Band, Wildwood, oraz ważną muzykę, która nie została wydana w tamtym czasie  takich grup jak BF Trike, czy Cold Sun. „Suicide” zespołu Dust to znakomity rocker inspirowany Free. Perkusistą grupy był Marc Bell, który później dołączył do The Ramones… „My Time Is Over” Sudden Death pokazuje solidny heavy metalowy kawałek z wieloma riffami w stylu Sabbath i mocnym brzmieniem wokalu a la Ozzy Osbourne. To podobieństwo do Sabbath’ów nie jest przypadkowe – Columbia szukała wówczas zespołu, który mógłby konkurować z kapelą Ozzy’ego i poprosiła Sudden Death o nagranie demo. W ścisłym finale wytwórnia wahała się pomiędzy nimi i jeszcze jednym zespołem. Zwyciężył ten drugi, a był nim… Blue Öyster Cult. Cienka jak widać  jest granica między sławą, a wylądowaniem na śmietniku zapomnianych zespołów. Kolejne odkrycie to „You Can” zespołu Earthen Vessel. Obfite użycie efektu wah-wah na gitarze przywodzi na myśl Micka Boxa, a wykorzystanie harmonii i organów przywodzi na myśl Uriah Heep. Inne niespodzianki, przynajmniej w porównaniu z rozmiarem dystrybucji, to Estes Brothers, których elegancki „Never Coming Down” znalazł się na ich debiutanckim (i jedynym) albumie, którego nakład wyniósł zaledwie 100 egzemplarzy! Mimo to, poradzili sobie lepiej niż The Flow, którzy głodni i bez grosza zdołali wydać jedynie jednostronny, bardzo obiecujący singiel, „It Swallowed The Sun” z uderzającym floydowskim wstępem. Oprócz tych zespołów, którym niestety nie udało się osiągnąć pełni potencjału, trzecia płyta pokazuje również, jak niektórzy artyści mieli trudności z dostosowaniem się do szybko zmieniających się czasów. Arthur Lee z Love rozpoczął karierę solową, ale „Love Jumped Through My Window” to raczej anonimowy rocker. Byli członkowie Vanilla Fudge nie poradzili sobie lepiej. Boomerang Marka Steina zagrał „Montreal Jail”, przyjemne, ale rutynowe rock’n’rollowy boogie, a jego koledzy, Tim Bogert i Carmine Apice, zadowolili się przyjemną wersją „Howlin’ Wolf’s Evil” z zespołem Cactus. Droga od pionierów do czeladników była dla tych muzyków za szybka.

Choć w tej kompilacji nieuchronnie pojawiają się muzyczne wzloty i upadki, ogólny poziom jest zaskakująco wysoki, zwłaszcza biorąc pod uwagę liczbę mniej znanych zespołów. Z muzyki i książeczki wyłania się niezwykle bogaty gobelin historii, szczęśliwych zakrętów, dramatów i dziwnych okoliczności, które sprawiły, że hard rock przybrał formę, którą znamy i kochamy do dziś. Jeśli chce się zrozumieć, jak powstała muzyka hard rockowa (szczególnie ta za Oceanem) ten box jest idealnym punktem wyjścia.

HEADSTONE: „Bad Habits” (1974); „Headston” (1975)

Ilekroć odtwarzam sobie obie płyty zespołu Headston za każdym razem zadaję sobie pytanie: „Dlaczego ten zespół jest tak nieznany?!” Kiedy wspomniałem o nim moim kolegom, miłośnikom rocka, reakcja była mniej więcej taka: „No co ty. Nie mogą być dobrzy, skoro o nich nie słyszeliśmy.” I do pewnego stopnia ich rozumiem. Ileż to razy natykałem się na mało znane zespoły i albumy, a potem te nadzieje rozwiewały się jak mgła w połowie pierwszego utworu. Ale na boga, Headstone nie był takim zespołem. Zanim usłyszy się choćby jedną nutę muzyki samo spojrzenie na skład i ekipę realizującą ich dwie płyty już robi wrażenie.

Zespół został założony w 1974 roku przez byłego gitarzystę Atomic Rooster, Steve’a Boltona i perkusistę Rare Bird, Marka Ashtona. Gdy dołączył do nich młody, utalentowany perkusista karaibsko-amerykańskiego pochodzenia Chili Charles, skrzypek Joe O’Donnell, oraz basista Phil Chen (jeden z najbardziej rozchwytywanych muzyków sesyjnych w Anglii), Ashton stał się głównym wokalistą i frontmanem grupy. W produkcji płyt palce maczał John Anthony (Genesis, Van Der Graaf Generator, Queen, Roxy Music), nagrania realizowali w słynnych studiach Rockfield i Trident, okładkę drugiej płyty zaprojektowała firma Hipgnosis… słowem, szczęściarze. Dlaczego więc te albumy umknęły uwadze w czasach, gdy wszystko było dostępne „od ręki”? Hm, dobre pytanie…

Jeszcze tego samego roku na rynku pojawił się „Bad Habits”, pierwszy album wydany przez EMI. I to z jaką okładką!!!

Okładka brytyjskiego wydania  płyty „Bad Habits” (EMI, 1974)

Ten debiut to porywający zbiór dwunastu rockowych utworów (z czego jedenaście napisanych przez Ashtona) doprawionych funkiem, bluesem, soulem z idealnym połączeniem gitar, perkusji, dętych, smyczkowych i okazjonalnym Moogiem. Uważni  słuchacze zapewne dostrzegą wokalne harmonie byłego kolegi Ashtona z Rare Bird, Steve’a Goulda, a także… Carla Douglasa. Tak! Tego Carla Douglasa, który w tym samym roku odniósł sukces z piosenką „Kung Fu Fighting”. Każdy utwór jest na swój sposób wyjątkowy. Ich słuchanie, szczególnie na słuchawkach pomagające wydobyć różne smaczki to prawdziwa przyjemność. Z dzisiejszej perspektywy wpływy tamtych lat są jak najbardziej widoczne. Słychać to zwłaszcza w otwierającym płytę melodyjnym rockowym „Don’t Turn Your Back” nawiązującym do Bad Company, z gitarami i pulsującym basem ściśle współgrającym z perkusją.

Tył oryginalnej okładki.

Nastrojowy i zapadający w pamięć „Take Me Down” z domieszką skrzypiec i akustyczną gitarą równoważy optymistyczny „High On You” z fajnymi harmoniami wokalnymi. „Love You Too” to kolejny akustyczny kawałek, w którym pojawiają się energiczne conga. Jest tu także „Live For Each Other”, który (i tu mała niespodzianka) został coverowany przez Rare Bird na ich piątym i ostatnim albumie „Born Again”. Pulsująca linia basu i gitarowe solo nadaje mu klimat Joe Walsha.  Kolejne atuty znajdziemy w kompozycji Steve’a Boltona o dość enigmatycznym tytule „3 OB.” ze smakowitymi partiami talerzy i basowym groove’em, czy w szybkim „Take A Plane” emanujący aurą Stonesów z Carlem Douglasem, Juanitą Franklin i byłym gitarzystą Atomic Rooster, Stevem Gouldem, dodającymi harmonijne wokale do chwytliwego solo Boltona. Utwór tytułowy, w którym Dave Kaffinetti z Rare Bird wtrąca urocze solo na pianinie elektrycznym ma nuty soft rockowej ballady. I szczerze mówiąc łapie za serce… Podoba mi się też melodyjny „You’ve Heard It All Before” choć do pełni szczęścia zabrakło mi wokalnych harmonii i byłoby jak w niebie. Płytę zamyka rockowe „DM T”, w której Bolton podkręca swoją gitarową solówkę z efektem wah-wah w momencie gdy grupa bez specjalnego wysiłku pozwoliła sobie na małą improwizację.

Za Oceanem płyta wydana przez ABC Records ukazała się w innej okładce. Widocznie zakonnicę z zapalonym papierosem zwisającym z ust uznano za zbyt kontrowersyjną jak na amerykańską moralność (ha, ha!). Moim zdaniem jej alternatywna wersja jest (delikatnie mówiąc) kiczowata, a poza tym nieodparcie kojarzy mi się z płytą The Monkees, „The Birds, The Bees And The Monkees”. Chyba ktoś tu poszedł na łatwiznę…

Amerykańskie wydanie  „Bad Habits” (ABC Records 1974)

Tuż po jej wydaniu zespół ruszył w trasę z nową sekcją rytmiczną, którą teraz tworzyli: perkusista Peter Van Hook (w późniejszych latach stały muzyk Vana Morrisona), oraz basista Jerome Rimson. Drugi album, „Headstone” wydany rok później miał efektowne logo i okładkę zaprojektowaną przez Hipgnosis, którą amerykanie tym razem  nie zmienili.

Okładka płyty „Headstone” (1975)

Nowi muzycy szybko dali o sobie znać i to już w otwierających utworach „Eastern Wind” i „Warm Sunny Days”. Pierwszy, to solidny rocker utrzymany w średnim tempie, którego linia prowadząca, solówka i wokal ponownie oddają klimat utworów Joe Walsha; drugi bardziej funkowy błyszczy efektowną solówką na skrzypcach. Kolejne nagrania dowodzą, że ten krążek jest mniej zdominowany przez Ashtona i zawiera większy wkład całego zespołu. Dziwaczny i wspaniale zatytułowany „Large Weather We’re Having, Lucy” Boltona ma funkowy groove i świetną gitarową solówkę, Za to szybki rocker „Karma” Rimsona mocno osadzony w basie i elektrycznym pianinie jest zaproszeniem do świata Return To Forever, zaś imponujący „Someone’s Gotta Give” wyrywa się w stronę Mahavishnu Orchestra. Z kolei „All I Ask” z gościnnym udziałem Juanity Franklin wokalnie wspierającą Ashtona kieruje się w stronę romantycznej ballady. Jak widać pomysły sypią się jak z rękawa, a to jeszcze nie wszystko. „Gyrosame” ma klimat country rocka, w którym Bolton i O’Donnell wymieniają się zagrywkami, zaś „Hard Road” to ostry kawałek blues rocka z ryczącą gitarą prowadzącą i skrzypcami. Wszystko to składa się na wspaniałą kolekcję riffów i stylów w konwencji jam session.

Tył okładki.

Jak widać obie płyty pełne są solidnego grania, które przyspiesza bicie serca. Zaskakujące, że pozycje te (poza Koreą Południową i Japonią) nie doczekały się wznowień na płytach kompaktowych. Na szczęścia niezawodna w tej materii wytwórnia Esoteric wydała je w 2023 roku w formie podwójnego albumu. Nigdy nie słyszałem oryginalnych winyli, więc nie mam porównania, ale te remastery brzmią fantastycznie! Poza tym to prosty i niedrogi digipack bez zbędnych dodatków. Mówię to z pełną świadomością, bo nie wszystko w dzisiejszych czasach wymaga luksusowego opakowania – wszak na końcu liczy się tylko muzyka. Ten zestaw idealnie trafił w zapotrzebowanie fanów gatunku, bo to dynamiczny rock lat 70-tych, którego bardzo dobrze słucha się teraz – w 2025 roku. Nie wiem, co ludzie z Esoteric planują na przyszłość, ale chciałbym nieśmiało zasugerować, że solowe albumy Marka Ashtona na CD nigdy nie ujrzały światła dziennego, a jestem pewien, że nie tylko ja oczekuję kontynuacji tej części „starej” kolekcji.