Asy z rockowej talii: BF TRIKE; A FOOT IN COLDWATER; WARPIG; SHUTTAH.

W wielu karcianych grach As ma największą wartość i „bije” inne karty choć, dajmy na to w pokerze, może mieć najniższą i robić za „jedynkę” (mały strit: As-2-3-4-5) W mojej muzycznej talii wszystkie cztery mają dla mnie tę samą, największą wartość i tworzą pokerową „karetę”.

Pierwszy z nich to As Trefl, czyli…

BF Traik „BF Traik” (1971)

Początki pochodzącego z Kentucky BF Trike wywodzą się z psychodelicznego zespołu Hickory Wind, który w 1969 roku wydał całkiem udaną (nagraną w.. domu pogrzebowym!), jedyną płytę. Kiedy kwintet został zredukowany do trio zmienił nazwę na Troyka, ale że był już zespół o takiej nazwie zmienili na Trike, potem na Big Furry Trike, aż w końcu stanęło na BF Trike, po czym przenieśli się do Nashville. Tam rozpoczęli pracę nad albumem dla wytwórni RCA Records.  Ojczyzna muzyki country nie była jeszcze gotowa na długowłosy zespół heavy rockowy i zostali wyrzuceni z Monument Studios zanim zdążyli się rozgrzać. Bardziej przychylne okazało się Cinderella Studios mieszczące się kilkanaście mil od Nashville, gdzie w styczniu 1971 roku zarejestrowali większość materiału na album. Unikając psychodelicznego stylu swojego poprzedniego zespołu, trio podkręciło gitarę fuzzem i stworzyło dziesięć świetnych numerów spod znaku ciężkiego rocka. Niestety, z niewiadomych przyczyn RCA wycofało się z umowy i materiał został odłożony na półkę, gdzie przeleżał ponad dekadę. Prawa do nagrań nabyła firma Rockadelic, która w 1989 roku wydała je na winylu w limitowanym nakładzie stu egzemplarzy, a siedem lat później na płycie CD.

Dziś mogę zaryzykować stwierdzeniem, że to jeden z najlepszych przywróconych do życia albumów ciężkiego rocka. Przynajmniej dla mnie. Power trio (z naciskiem na  słowo „power”) z super ciężkim odurzającym brzmieniem, które faworyzuje obłędne, ogniste gitarowe riffy i solówki w połączeniu z psychodelicznymi dźwiękami i harmoniami, mocnym rasowym wokalem i znakomicie pracującą sekcją rytmiczną jest fantastyczny! Od początku mamy ogień i szaloną jazdę; dopiero w piątym kawałku („Sunshine”) zwolnili tempo. Uwielbiam jak hard rockowy zespół sięga po gitarę akustyczną i tworzy nie kolejną łzawą balladę, ale coś, co nazywam „akustyczną burzą”. Taki też jest ten psychodeliczny folk rockowy kawałek, który idealnie w tym miejscu się wpasował. Album zaczyna się od „Time And Changes” z repertuaru Hickory Wind wykonany w znacznie cięższym stylu z dobrymi partiami gitary. „For Sale Or Lease” jest nieco wolniejszy, ale nadal ciężki, a bardziej chwytliwy „Lovely Lady” atakuje oszałamiającym gitarowym fuzzem, dzięki czemu jest i surowy i potężny. W „Six O’Clock Sleeper” utrzymują styl i wrzucają kilka fajnych partii na gitarze. Całość kończy  „Be Free”, który łączy wszechobecną gitarę fuzz z pomysłową perkusją i refrenem staccato, co stawia go ponad przeciętność. Odmawiając wydania tego albumu RCA strzeliła sobie w stopę. Szczęście, że dziś mamy go na wyciągnięcie ręki.

Drugi w „karecie”, As Karo i jest nim…

A FOOT IN COLDWATER „A Foot In Coldwater” (1972)

Uwielbiam tę płytę. I niech nie zmyli Was okładka z tęczą i błyszczącym logo zespołu wyrysowane patykiem na plaży. To nie jest nieznana płyta The Beach Boys, a stworzony przez kanadyjską grupę A Foot In Coldwater rock z domieszką bluesa. Prosty i szczery jak rock and roll, czyli dokładnie taki jaki powinien być. Klasyczny, różnorodny, toczący się jak pociąg towarowy – tu z grzmiącym Stratocasterem nieżyjącego już Paula Naumanna i jego solówkami, oraz ryczącym Hammondem Boba Horne’a. W zasadzie już po pierwszym akordzie każdego numeru można rozpoznać, że to ich styl. Pierwsze trzy utwory „On The Wind”, „Yalla Yae” i „Deep Freeze” to całkiem poważne rockowe kawałki z ciężką gitarą i Hammondem robiące już na początku wrażenie. Dzięki dość mrocznej muzyce, „Yalla Yae” wkracza na terytorium metalu podkreślony odpowiednim tekstem: „Zróbcie miejsce diabłu pukającemu do waszych drzwi / Poddajcie się jego złu, które przechodzi przez podłogę…” „Deep Freeze”, choć mniej mroczny wbija się w głowę dzięki mocnym gitarowym atakom. Na uwagę zasługuje wokal Alexa Machina, który wyróżnia się gruboziarnistym papierem ściernym w gardle. Balladę „(Make Me Do) Anything You Want” z gitarą akustyczną i smyczkami cudownie brzmiącymi miałem nagraną na taśmie szpulowej. Musiało minąć kilka dekad nim wróciła do mnie na płycie. Wydana na singlu trafiła na szczyt kanadyjskiej listy przebojów, zaś po sąsiedzku, w USA, osiągnęła 26 pozycję na liście Billboardu. Kolejne dwa utwory, „Who Can Stop Us Now” i „Alone Together” bez śladu mrocznej i ciężkiej muzyki są bardziej optymistyczne, ale to nadal dobry rock. Akustyczne intro w „Fallen Man” wprowadza nas w opowieść o facecie, który nie ma szczęścia. Pomimo stereotypowego tematu lubię ten utwór. Ma w sobie nutę Led Zeppelin, a poza tym chylę czoło przed wokalistą, który nie próbuje brzmieć jak Robert Plant… Dwa kolejne nagrania kończą płytę. W „In Heat” wracamy do ciężkich gitar  z miażdżącą solówką i jest to świetny powrót. Z kolei „Lady True” to bardziej melodyjny kawałek w stylu April Wine, ale wciąż jesteśmy w klimacie hard rocka. Na następnych płytach zespół próbował grać bardziej progresywnie, ale jeśli ktoś tak jak ja kocha stare ciężkie brzmienie warto ten debiut mieć w swojej kolekcji.

I następny tuz – As Kier

WARPIG „Warpig” (1970)

Ten zespół, którego nazwa może kojarzyć się z utworem Black Sabbath (zapewniam – nie ma z nim nic wspólnego), powstał w 1966 roku, w kanadyjskim miasteczku Woodstock leżącym około 130 kilometrów od Toronto. Gitarzysta i wokalista Rick Donmoyer skupił wokół siebie muzyków grających w różnych miejscowych kapelach. Byli to Terry Brett (bas), Dan Snitch (klawisze/gitary) i Terry Hook (perkusja). Niekończące się próby w piwnicy domu rodziców Hooka doprowadziły do ​​powstania Warpig. Wkrótce stali się stałym elementem niezależnej sceny Toronto zdobywając liczną rzeszę fanów, co zaowocowało podpisaniem w 1968 roku kontraktu z wytwórnią Fonthill Records. Tournée Led Zeppelin, który szturmem podbił Kanadę w 1969 roku napełniły młode zespoły takie jak Warpig nową energią i witalnością. Rok później Donmoyer z kolegami weszli do studia nagrywając materiał będący unikalną mieszanką współczesnego brzmienia organowego (Uriah Heep), ciężkiego blues rocka (Led Zeppelin) i psychodeli. Dzięki produkcji i pomocy ze strony Roberta Thomsona krążek w ujrzał światło dzienne wiosną 1970 roku. Zespół dostarczył nam album pełen surowej mocy, z inspirującymi reliktami wszystkiego, co działo się w ostatnim czasie: od British Invasion po surfowe brzmienie, od Cheta Atkinsa po Black Sabbath. Utwory takie jak „Flaggit” i „Tough Nuts” inspirowane Deep Purple to rockery dające poczucie nieokiełznanej pasji młodego zespołu grającego po swojemu, podczas gdy „Advance In A Minor” (mile widziana odmiana) zdominowany przez fortepian próbuje być progresywny… Z kolei trochę wolniejsze „Melody With Balls” i enigmatycznie zatytułowany „UXIB” mają ducha Black Sabbath. Moim ulubionym jest „Sunflight”, poetycki utwór ocierający się o Wishbone Ash i Uriah Heep. Podobnie jak muzyka, teksty są dosadne, na ogół poruszające aktualne tematy i (co sobie cenię) pozbawione zbędnymi metaforami i kwiecistymi obrazami.

Płytę promował singiel „Rock Star”, który obiegł stacje radiowe, a wraz z występami na żywo liczba fanów rosła w geometrycznym tempie. Pomiędzy koncertami muzycy wślizgiwali się do studia i rejestrowali nowe kawałki. W 1971 roku  Fonthill została przejęta przez London Records, co postawiło zespół w dziwnej sytuacji – muzycy uświadomili sobie, że nie mają wytwórni. W 1973 roku London wznowił im debiutancki album tyle, że mało kto po niego sięgnął. Świat, a z nim muzyka, zmieniał się i pędził jak szalony do przodu. Charakterystyczne brzmienie  nagrań, które jeszcze tak niedawno zachwycało wyszło z mody. Co gorsze, próba wydania drugiego albumu została udaremniona przez brak odpowiedniego zarządzania i całkowitego zaniedbanie ze strony wytwórni. To był główny powód rozwiązania zespołu. Mam nadzieję, że doczekamy się w końcu oficjalnej publikacji tych nagrań. Taśmy-matki są, trzeba tylko wyciągnąć po nie ręce.

Ostatni z czterech to  As Pik

SHUTTAAH „The Image Maker Vols 1 & 2”

„The Image Maker Vol 1 & 2” jest zagadką swoich czasów nierozwiązaną do dnia dzisiejszego. Po części dlatego, że ten ultra rzadki podwójny album to jeden wielki kryptogram dla miłośników winyli. Chociaż został nagrany we flagowej dla rocka progresywnego wytwórni Vertigo utwory nigdy nie doczekały się oficjalnego wydania i, co ciekawsze, nikt nie jest pewien, kto na nim grał. Brytyjskie rejestry praw autorskich nie ujawniają tożsamości autorów piosenek, a wszystkie informacje o sesjach nagraniowych zaginęły. Pewna jest tylko jedna rzecz: utwory zostały nagrane na acetacie w 1971 roku i podobno (informacja nie jest dokładnie sprawdzona) są w posiadaniu anonimowego kolekcjonera płyt, który udostępnił je firmie Shadocks Music. Ta wydała je na winylu i kompakcie w 2002 roku. To, czy jego sprawcy to anonimowi muzycy, czy też artyści zaangażowani w znane projekty są li tylko rozważaniem czysto akademickim i możemy sobie je odpuścić. Ja na pewno nie będę zgadywał kim byli – po prostu nie mam ani sił ani ochoty przedzierać się przez moje stare płyty i genealogiczne drzewa w poszukiwaniu wskazówek. Zresztą robili to już profesjonaliści i nic nie odkryli. Zastanawiam się za to nad jednym: jak to się stało, że tak wysoki poziom produkcji i kunszt kompozytorski został przeoczony i nie wydany?! Skandal!

Termin shuttah odnosi się do Biblii i w języku hebrajskim oznacza drzewo (prawdopodobnie akacjowe), z którego powstała Arka Przymierza. „The Image Maker” to złożone i różnorodne dzieło oddające hołd swojej epoce. Muzycy stworzyli undergroundowy album koncepcyjny, gdy ta koncepcja była jeszcze nowa, albo przynajmniej ciepła i koncentruje się na angielskich stuletnich doświadczeniach wojennych w połączeniu z Biblią. To barwna, pięknie wyprodukowana mieszanka ciężkich riffów organowych, gitary fuzz, basu, perkusji, dziwnych dęciaków i miażdżąca ściana przeróżnych dźwięków. Jest tu miejsce na rock progresywny, blues, jazz, awangardę. Czasem zespół skręca w stronę bar rocka szczególnie gdy próbuje grać bardziej przystępnie, ale nawet i tu partie instrumentalne są najwyższej klasy. „Run Bull” z pierwszej płyty to utwór, z którym zawsze ciężko mi się rozstać. Riffy wielkości czołgów, fuzz organowy niczym chmury burzowe, halucynogenne fragmenty wojskowych efektów dźwiękowych i odlotowy saksofon, który mógłby pochodzić od Sony Rollinsa, albo gościa z „Angel’s Egg” grupy Gong. Niesamowite! Nie będę opowiadał o innych, by nie psuć zabawy w wielowarstwowym odkrywaniu tej podwójnej płyty, gdzie utwór goni utwór i nie ma czasu na mrugnięcie okiem. Wszystkie są autentycznie pomysłowe, eksperymentalne i dowodzą, że rock progresywny to objawienie na miarę Biblijnego cudu. Kimkolwiek byli muzycy stojący za tym projektem mieli olbrzymią wyobraźnię i talent. Szkoda, że ​​nie udało się ich zidentyfikować. Zresztą pal licho personalia… chodzi o to, by podziękować im za tak genialną pracę.

THE BLUES PROJECT „Projections” (1966)

Moja przygoda z The Blues Project zaczęła się dość niefortunnie. Był czerwiec 1979 roku. Właśnie ukazała się płyta „Communiqué” Dire Straits, którą koniecznie chciałem mieć. Jeden z moich kolegów raz w miesiącu wyjeżdżał do Warszawy na „giełdę płyt” (ci, którzy pamiętają tamte czasy wiedzą o co chodzi), więc dałem mu trochę gotówki (ha, ha, „trochę”, czyli pół mojej ówczesnej pensji) by mi ją kupił. Całą noc z soboty na niedzielę nie spałem, a potem od rana czekałem na jego powrót. I teraz wyobraźcie sobie moją minę – zamiast Dire Straits, który na giełdzie jeszcze się nie pojawił (miesiąc później „Communiqué” można było już wywozić taczkami) przywiózł mi coś, co nazywało się „projektem bluesowym”! Ożesz w mordę. Serio!? Na ch… mi to! Byłem skłonny go udusić i uwierzcie – byłem na grubość paznokcia, by to zrobić. „Spokojnie” – uniósł rękę widząc moją minę – „Spójrz. Zafoliowana. Nie grana. Rarytas. Nie będziesz żałował.” Kilka razy pokazał mi inną muzykę niż Yes, Genesis, czy VDGG, to fakt. Ale nie tego teraz chciałem… Wcisnąłem płytę w regał nawet jej nie otwierając. Kiedy nerwy puściły, a żal ulotnił się jak biały dym z watykańskiego komina odsłuchałem płytę i… nic. Mój młodzieńczy gust nie był jeszcze gotowy na eklektyczny wachlarz bluesa, rocka, folku, R&B i jazzu, tak dobrze reprezentowany na tej płycie. Dopiero z wiekiem i życiową mądrością jaka przychodzi z czasem moje uznanie dla albumu „Projections” i zespołu wzrosło niezmiernie. Dziś nie wyobrażam sobie, bym jej nie miał na półce.

The Blues Project (1966)

W dawnych dobrych czasach przymiotniki takie jak „unikalny”, „autentyczny”, „wpływowy”, „innowacyjny”, „ekscytujący”, „dynamiczny”, „żarliwy” i „pionierski” były często używane przez fanów i krytyków muzycznych do opisania brzmienia Blues Project, największego niedocenianego amerykańskiego zespołu rockowego swingujących lat 60-tych. Któż więc kryje się pod tą nazwą? Kwintet, który nagrał płytę „Projections” tworzyli: Danny Kalb (gitara, śpiew), Steve Katz (gitara, wokal), Roy Blumenfeld (perkusja), Andy Kulberg (gitara basowa, flet) i Al Kooper (instrumenty klawiszowe, śpiew). Kilku z nich można dziś nie kojarzyć, ale z pewnością nie Ala Koopera, prawdopodobnie najbardziej niedocenianego wokalisty, autora tekstów i producenta w historii muzyki współczesnej… i to nie jest przesada!

Zadebiutowali płytą koncertową „Live At The Cafe Au Go Go” (1965).

Wiosną 1965 roku zespół podpisał kontrakt z Verve Folkways, spółką zależną MGM Records. Wśród pierwszych artystów, którzy podpisali z nią umowy znaleźli się tacy giganci folku jak Richie Havens, Janis Ian, Tim Hardin, Laura Nyro i Dave Van Ronk. Zespół był już stałym elementem sceny muzycznej Greenwich Village i cieszył się dużym zainteresowaniem szczególnie na kampusach uniwersyteckich. Jesienią grał u boku takich artystów jak Big Joe Williams, Son House, Bukka White, Skip James, John Lee Hooker, Muddy Waters, Otis Spann… To właśnie te legendarne występy w słynnej „Cafe Au Go Go” w Greenwich Village ostatecznie doprowadziły do ​​wydania fenomenalnego debiutu „Live At The Cafe Au Go Go”. Tym albumem The Blues Project dokonał muzycznej rewolucji, zaszczepiając wielu ludziom dziedzictwo amerykańskiego bluesa. Blues był jednak tylko ich punktem wyjścia…

The Blues Project w „Cafe Au Go Go” (1966)

Rok później, po tym jak lider, Danny Kalb oświadczył „(…) nie wskrzeszamy bluesa, staramy się interpretować to, co dzieje się dzisiaj”, zespół wyszedł poza gatunek i nagrał swoje studyjne arcydzieło. Longplay „Projections” zawiera wachlarz utworów od folk rocka do soulu, od rock 'n’ rolla i bluesa po jazz. Zmyślnie połączone, tworzą niezwykle szerokie spektrum muzyki. Tym albumem udowodnili, że nie ma takiej muzyki, której by nie zagrali, a każdemu stylowi nadali własne, wyjątkowe brzmienie.

Front okładki „Projections”

Na płycie znajduje się 11-minutowa wersja „Two Trains Running” Muddy Watersa w nowej aranżacji Kalba.  Kalb darzył go wielkim szacunkiem, a utwór był nieodłącznym elementem ich występów. W 1965 roku jednego wieczoru Waters i The Blues Project zagrali w „Cafe Au Go Go”. Po występie przejęty spytał legendarnego bluesmana, co sądzi o ich wersji, którą zagrali  na zakończenie. „Synu, naprawdę mnie poruszyłeś” – odparł Waters po czym klepnął go po ranieniu i odszedł. Wspominając ten krótki epizod, Kalb żartował: „Gdybym wtedy umarł, moje życie uważałbym za spełnione”.

Jest tu też utwór Chucka Berry’ego, „You Can’t Catch Me”. Berry, podobnie jak Muddy Waters, miał duży wpływ na Kalba i Koopera, tak jak i na wielu artystów tamtej epoki. The Blues Project miał szczęście towarzyszyć mu w nowojorskim Town Hall. Berry rzadko podróżował ze swoim zespołem, więc lokalni promotorzy musieli zapewnić muzyków towarzyszących jego występom. Raz zaszczyt ten przypadł The Blues Project. Al Kooper: „Było to stresujące. Trudno się z nim współpracowało. Był twardy, nieugięty, czasem kapryśny. Ale nie było chyba tak źle skoro potem zabrał nas ze sobą w trasę.”

Chuck Berry i The Blues Project. w Village Theatre (listopad 1965).

„Wake Me Shake Me” to piosenka gospel pierwotnie nagrana przez The Golden Chords. Kooper, miłośnik gospel usłyszał ją kiedyś na żywo i bardzo mu się spodobał. Zdał sobie sprawę, że wykonanie jej przez Blues Project wymagałoby zupełnie innej aranżacji. „Naprawdę się w nią wciągnęliśmy. Na koncertach dawała nam dużo miejsca na improwizację i to sprawiło, że postanowiliśmy zamykać nią występy.” To nie jedyny utwór gospel na płycie. „I Can’t Keep From Crying” pierwotnie nagrany przez Blind Willie Johnsona w 1928 roku największą sławę zyskał w wykonaniu Alvina Lee i Ten Years After zarówno w wersji na żywo, jak i studyjnej. Co prawda nie przebili Brytyjczyków, ale trzyma wysoki poziom. W instrumentalnym „Flue Thing słychać wpływy jazzu ze świetną partią fletu zagraną przez  Andy Kulberga, natomiast „Steve’s Song” zaśpiewany przez Steve’a Katza ma korzenie folkowe. Z jego tytułem wiąże się dość zabawna historia. Pierwotnie miał się nazywać „September Fifth”, ale z powodu nieporozumienia został nieopatrznie zmieniony. „Dużo wtedy koncertowaliśmy i nie było nas na miejscu” – wspominał Katz – „a jak wiemy w tamtych czasach nie było telefonów komórkowych. Ktoś z wytwórni zadzwonił do biura naszego menedżera i powiedziała: „Mamy okładkę i taśmy-matki, ale brakuje nam tytułu drugiego utworu na pierwszej stronie”. Więc nasz menedżer, który okazał się kompletnym idiotą, mówi: „Drugi utwór… pierwsza strona..? Hm… powiadasz drugi utwór, strona pierwsza… o! Już wiem! To piosenka Steve’a”. Tydzień później zjeżdżamy z trasy, przeglądam próbne odbitki okładek i krzyczę: „Do cholery, co to jest! Co to za „Steve’s Song”!?”

Tył okładki wzbudził zdziwienie muzyków.

Wkładki do albumu napisał nieżyjący już promotor Sid Bernstein (The Beatles, The Rolling Stones, Herman’s Hermits). W tym czasie miał on dwóch artystów na kontraktach menedżerskich: The Young Rascals i The Blues Project. Pod jego okiem zespół liczył na większy sukces komercyjny. W tamtych czasach jednym z warunków, by go osiągnąć był przebój radiowy, lub singiel, a tego płycie „Projections”  zabrakło. Co prawda wytwórnia wydała „I Can’t Keep From Crying” na singlu, ale nie był on zbyt często grany w radiu. Jedyny jaki trafił na listę „Hot 100” Billboardu to psychodeliczny „No Time Like The Right Time” Koopera, który uplasował się na 96 miejscu i szybko z niej zniknął. Kilka innych również sobie nie radziło. To pokazuje, że nie byli zespołem singlowym nastawionym na hity. Ich muzyka idealnie nadawała się do występów na żywo i radia AOR (rock zorientowany na albumy), które dopiero zyskiwało na popularności.  Druga sprawa, że wytwórnia prawdopodobnie nie wiedziała, lub nie miała pomysłu jak promować zespół. Nie miała też z chłopakami zbyt dobrych relacji. Przykład..? Nie usłyszeli finalnego miksu przed oddaniem płyty do tłoczenia, a okładkę zobaczyli, gdy trafiła do sklepów. Mało tego – firma usunęła ich nazwiska spod zdjęć, za to dużą czcionką wyeksponowała nazwisko producenta, Toma Wilsona. Utalentowany Wilson, który później zyskał sławę pracując między innymi z Bobem Dylanem, Velvet Underground i duetem Simon & Garfunkel był wtedy mało znaną postacią, ale Verve Folkways chciała mieć go pod ręką i pewnie stąd to „uhonorowanie”. 

Jednak to nie płyty, ani single, lecz występy na żywo były dla nich najważniejsze. Koncertowali po całej Ameryce Północnej. Kalifornia była miejscem, w którym trzeba było być, a San Francisco i Los Angeles to dwa epicentra nowej ery rock and rolla, Mekka do których ciągnęli artyści wszelkiej maści. Nowojorczycy grali tu i tam i szturmem podbili całe Zachodnie Wybrzeże. W Los Angeles, MGM potraktowała ich jak gwiazdy witając na czerwonym dywanie. Zostali zakwaterowani w ekskluzywnym „Beverly Hilton”, oprowadzeni po hollywoodzkich studiach filmowych i zaproszeni na prywatny pokaz nowego filmu Davida Leana, „Doktor Żywago”. W San Francisco, miejscu narodzin hipisowskiej kontrkultury i psychodelicznego rocka, zyskali podziw rówieśników. Nieznana jeszcze Grace Slick była zdumiona, że ktoś potrafi tak grać. Stwierdziła też, że ​​oglądanie ich występu w tamtejszym The Matrix obnażyło marność zespołu The Great Society, w którym śpiewała i było kluczowe w podjęciu decyzji o jego opuszczeniu. Ed Denson, menedżer Country Joe And The Fish był kolejnym, który stał się ich orędownikiem. Miejscowym dziennikarzom z entuzjazmem mówił, że wszystkie koncerty jakie widział utwierdziły go w przekonaniu, że są najlepszą grupą jaka pojawiła się dotychczas w San Francisco! I miał całkowitą rację. Patrząc z dzisiejszej pespektywy można powiedzieć, że mieli jedną małą wadę: brakowało im wyrazistego wokalisty/frontmana, który jeszcze bardziej podniósłby koncertową atrakcyjność zespołu.

Okładka trzeciego albumu, „Live At Town Hall”.

Trzeci album, „Live At Town Hall” z 1967 roku z niewyjaśnionych przyczyn zawierał tylko jedno nagranie na żywo z tytułowego Town Hall. Większość to koncertowe utwory z saksofonem, fletem i skrzypcami z innych miejsc, lub odrzuty studyjne z dogranymi oklaskami. Nie jest to co prawda skandal na miarę Milli Vanilli, ale jakiś niesmak pozostał. Byli wówczas u szczytu popularności, więc płyta sprzedawała się dobrze. Tuż po jej wydaniu pojawili się na legendarnym Monterey International Pop Festival, na którym między innymi wystąpili Otis Redding, The Byrds, Jimi Hendrix i wielu innych, którzy wkrótce stali się legendą.

Danny Kalb i Andy Kulberg.  (Monterey, 18 czerwca 1967 roku).

Kilka miesięcy później Kooper i Katz odeszli tworząc Blood, Sweat & Tears. Po sześciu miesiącach Kooper opuścił go, ale zdążył zostawić po sobie ślad w postaci debiutanckiego krążka „Child Is A Father To The Man”. Dwa utwory z tego albumu, „I Love You More Than You’ll Ever Know” i „I Can’t Quit Her” zostały napisane przez Ala i są klasykami… Kulberg i Blumenfeld zachowali nazwę Blues Project i kontynuowali działalność jeszcze przez rok wydając kolejny album, „Planned Obsolescence” (1968), a zaraz potem zmienili nazwę na Seatrain. 

The Blues Project byli jak dobre wino – z każdym kolejnym rokiem smakowało coraz bardziej. Występy na żywo, dla wielu wręcz kultowe, cieszyły się dużym uznaniem. Gdyby mieli większe wsparcie i byli lepiej promowani, być może staliby się tak wielcy jak Grateful Dead, czy Allman Brothers. Sukces muzyczny zazwyczaj jest wynikiem świetnych umiejętności zespołu, dobrego wyczucia czasu i mnóstwa szczęścia. Pierwsze dwa składniki mieli na bank. Zabrakło ostatniego, choć było blisko.

Al Kooper na scenie w Atlancie (lipiec 1973)

Gitarzysta Steve Katz pozostał w zespole BS&T przez pięć kolejnych lat. W 1974 roku wyprodukował dwa albumy Lou Reeda: „Sally Can’t Dance” i  „Rock 'n’ Roll Animal”. Później założył American Flyer, a następnie został członkiem zarządu w Mercury Records… Andy Kulberg i Roy Blumenfeld z własną grupą Seatrain wydali  bardzo udaną płytę „The Marblehead Messenger” wyprodukowaną przez George’a Martina. Największy sukces odniósł Al Kooper. W ciągu swojej niezwykle bogatej kariery nagrywał z Jimi Hendrixem, The Who, BB Kingiem, Cream, Alice Cooperem, George’em Harrisonem… Większość fanów muzyki wie, że w utworze Dylana, „Like A Rolling Stone” stworzył jeden z najbardziej pamiętnych riffów organowych na Hammondzie B3. Z kolei niewielu być może pamięta, że intro na waltorni w „You Can’t Always Get What You Want” znajdującym się na płycie „Let It Bled” The Rolling Stones to również jego dzieło. Pozycje takie jak „Al Kooper, Mike Bloomfield, Stephen Stills. Super Session” (1968), czy jego solowy debiut „I Stand Alone” (1969) to klasyka klasyki, o których uczą się dzieci w amerykańskich szkołach na lekcjach muzyki. Kooperowi przypisuje się również odkrycie Lynyrd Skynyrd i wyprodukowanie trzech pierwszych ich albumów, w tym przebojów „Sweet Home Alabama”, „Saturday Night Special” i „Free Bird”. Aby dowiedzieć się więcej o tym niezwykłym artyście, poznać wiele fantastycznych historii i barwne przygody z jego udziałem proponuję sięgnąć po książkę „Backstage Passes & Backstabbing Bastards: Memoirs Of A Rock 'N’ Roll Survivor” napisaną przez samego Koopera. Jej lektura w połączeniu z muzyką The Blues Project zapewni mile spędzony czas z szaloną epoką lat 60-tych, hipisami  i LSD, która już nie wróci. 

Muzyka (nie)tylko dla wybrańców: ALAN TRAJAN; STRIFE; GOLDENROD; DEJA-VU.

Alan Trajan (wł. Alan Robertson), stały bywalec szkockich pubów i edynburskiej sceny końca lat 60-tych był wulkanem nieustannej erupcji. Słuchając go można przysiąc, że był kwintesencją artysty niepokornego. Jego dźwiękowa magma przenikała spelunki i bary nieokreśloną mieszanką jazzu, bluesa, folku, soulu i popu. Innymi słowy, wczesne przebłyski progresywnego rocka, albo pijacki bełkot neurotycznego pianisty beznadziejnie chorego na afektywną dwubiegunowość. Muzyk i „gawędziarz nieszczęść” z undergroundową esencją tamtych czasów pachnący cydrowym piwem zmieszanym z tanim winem z pubowych piwniczek. Problemy z alkoholem nie raz kończyły się pobytem na policji, lub w izbie wytrzeźwień. Nie przeszkodziło to jednak całemu MCA w zauważeniu jego osobliwej aury. Alan, promyk światła jaśniejący na tle panującej szarości posiadał charyzmę. W październiku 1969 roku ukazał się jego jedyny, obecnie legendarny album „Firm Roots”. I powiem wprost – łatwiej wygrać dziś na loterii, niż znaleźć oryginał. Temu, któremu to się uda będzie bogaty. W moim przypadku „legalnie inaczej” wydany kompakt nie powoduje wyrzutów sumienia. Takie płyty rozświetlają każdą półkę, nadając jej odpowiedni, uświęcony rodowód, a w tym przypadku jej posiadanie zostaje rozgrzeszone.

Na tym albumie Trajan-kompozytor, śpiewa i gra na pianinie. Towarzyszą mu David McNiven (organy) i legenda brytyjskiego folku, Davy Graham (gitara akustyczna). Jest też godna pochwały sekcja rytmiczna, o której w moim egzemplarzu na jej temat nie ma wzmianki… Z przymglonym głosem przypominającym Steve’a Winwooda i Garry Brookera artysta prezentuje przygnębiające, ponure piosenki z dobrze wykonanymi aranżacjami rockowymi tak charakterystycznymi dla  końca lat 60-tych. Chociaż większość utworów była oryginalnymi kompozycjami, muzyk przełamał nastrój trzema piosenkami z pierwszych albumów Boba Dylana i coverem Davida Acklesa.

„Speak To Me, Clarissa” to przejmujący, dramatyczny monolog skierowanym do dziewczyny, która przedawkowała. Oto jak bardzo „optymistyczny” jest ten facet. Utwór emanuje mroczną aurą, przywodzącą na myśl Atomic Rooster i The Norman Haines Band. Zarówno Crane jak i Haines przypominają Trajana. Są cholernie szaleni i niezrównoważeni. I wszyscy genialni. Partie basu i perkusji stanowią potężne wsparcie dla mocnej sekcji organów, która zajmuje centralne miejsce obok fortepianu grającego motyw przewodni. Niesamowite otwarcie. Elektryzującą kwasowość przynosi „One Tends To Get Bitter Now And Again” w stylu Arthura Browna. Proroczy, porywczy i definitywny proto-hard rockowy numer… Delikatna gitara na początku „Thoughts” należy do Davy’ego Grahama. Ten utwór z charakterystycznym głosem Trajana, to złowieszczy, cmentarny progresywny folk podszyty psychodelią. Charyzmatyczny i niesamowicie przejmujący… „Highway 51 Blues” to pierwszy z trzech coverów Dylana. Brzmi szorstko i chropawo jak obskurny bar. To dlatego go uwielbiam! Akustyczne, hipisowskie tekstury w „This’ll Drive You Off Your Head” brzmią jak Roy Harper w Small Faces. Niemożliwy sojusz, prawda? A tu proszę – działa! Pod rozpadającym się dachem organów i gitary, kolejny psychodeliczny i neurotyczny dramat rozgrywa się w „Mental Destruction”. Donośny utwór o hipisowskim fatalizmie, przesiąknięty brutalnym samospaleniem to klasyczny, psycho -progresywny underground. Perła!

Kolejną pesymistyczną refleksję oferuje „Time” otwierający drugą stronę oryginalnego longplaya, po którym pojawia się wersja „Down River” Davida Acklesa w stylu Procol Harum nie będąca jednak hymnem domowych prywatek i szkolnych potańcówek. Mimo to ani na sekundę nie traci blasku. Kolejna piosenka Dylana, „Corrina, Corrina” zyskała blues rockową oprawę stając się w świecie bohemy i jej nocnego życia bardzo popularna. Mroczny progres powraca w „This Might Be My Last Number” z tajemniczymi organami i uroczym fortepianem elektryczną  będący niczym dźwiękowy prototyp generatora Van Der Graafa…Trzecia piosenka Dylana, „Girl From The North Country” mimo, że żywiołowa brzmi smutno. No cóż, z Alanem Trajanem nie da się tego uniknąć. I na koniec utwór o dziwnym tytule „Charles Russell, Gtr, Vcl And Harmonica”, czyli kolejne żałobne ćwiczenie w stylu Rare Bird spotyka Procol Harum, w którym tak bardzo gustował artysta.

„Firm Roots” to definitywny symbol undergroundowej bohemy. Jej rozpaczy i samobójczego, autodestrukcyjnego hedonizmu. Od początku do końca jest tak samo dobry jak smutny. Mówiąc krótko carpe diem tamtych dni.

Podczas gdy kanadyjskie trio Rush snuło swoje progresywne fantazje o „By-Tor And The Snow Dog” i „Necromancer”, w tym samym niemal czasie po drugiej stronie Atlantyku angielska trójka muzyków przekopywała się przez pozostałości hard i glam rocka, a także rocka progresywnego szukając odpowiedniego kierunku. Pochodzili z Liverpoolu i nazywali się Strife. To był naprawdę dobry zespół! Porównywano ich do Hawkwind i wczesnego Budgie, więc łatwo zrozumieć dlaczego go polubiłem. Ich debiut z 1975 roku, nomen omen zatytułowany „Rush” odsłuchałem z płyty winylowej, którą pod koniec lat 80-tych przywiózł brat mojego szkolnego kolegi pływający wtedy na statku handlowym. Znacznie później kupiłem ją i ich drugą, „Back To Thunder”, na płycie CD. 

Trio powstało w 1969 roku i na początku grało rock and rolla płacąc składki w pubach Merseyside, ale nie wzbudzili zainteresowania żadnej wytwórni płytowej. W 1972 roku grali w Los Angeles, gdzie dziwnym trafem spotkali muzyka soulowego, Edwina Starra, który widział ich wcześniej  w klubie Mardi Gras w Liverpoolu. Starr zorganizował im sesję w studiach w L.A. i San Francisco, gdzie nagrali taśmę demo. Jeden z utworów, „Better Man Than I”, pojawił się potem na albumie „Rush”. Pełnometrażowy debiut został wydany przez Chrysalis w 1975 roku, a więc w czasie, gdy punk rock czaił się w ciemnej uliczce gotowy do ataku. Od samego początku płyta zapowiada się niesamowicie dzięki mocnemu atakowi hard rocka w „Back Street Of Heaven” i nieoczekiwaną wisienką na torcie w postaci chórku girls bandu w stylu glam rocka. Panie powróciły wykonując parę turbo-motownowych kawałków w dedykowanym Starr’owi „Magic Of The Dawn” i w „Life Is Easy” z udziałem sekcji dętej, zaś w porywającym „Better Man Than I” bluesowa zagrywka Johna Lee Hookera została wciśnięta w błyszczący rockowy kombinezon. Reszta materiału zawiera bardziej przewidywalne brzmienia. Jest tu post psychodeliczna zaduma, apokaliptyczny punkt kulminacyjny w „Indian Dream”, oraz kipiący proto metal Budgie w „Man Of The Wilderness”. Płytę zamyka dwunastominutowy, heavy progresywny killer „Rush” – kosmiczny jam w stylu Hawkwind, o ironio zbliżający się do „2112” tria Rush!

Całość sprawia, że ​​album idealnie wpisuje się w mój ulubiony styl retro rocka lat 70-tych. Niestety,  tuż po tym, jak Johnny Rotten i jego grupa anarchistów uważanych za twardzieli zaczęli siać spustoszenie na Wyspach Brytyjskich, Strife został wciśnięty w kategorię „dinozaurów rocka”. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że jego członkowie, John Reid (wokal, gitara), Gordon Rowley (bas, wokal) i David Williams (perkusja) wyglądali jak z innej epoki (panowie, męskie afro-fryzury wyszły z mody już w 1969 roku!), a ich twarze mogły podobać się tylko w radiu. Kłopot w tym, że nawet radio nie było nimi zainteresowane.

Strife mimo wszystko brnął dalej, wydając w 1977 roku EP „School”,  a rok później „Back To Thunder”. Zespół rozpadł się w 1979 roku, a Rowley poszedł grać w okropnym Nightwing nagrywając z nim rok później „Something In The Air” – prawdopodobnie NAJGORSZY album jaki słyszałem w nowo powstającym wówczas nurcie zwanym Nowa Fala Brytyjskiego Heavy Metalu (NWOBHM). Jedyne co mieli dobrego to okładka.

Prezentowany poniżej fragment koncertu Strife to ich jedyne zachowane nagranie „na żywo”. Proszę nie zwracać uwagi na fatalną jakość obrazu – tu liczy się muzyka. A ta jest rewelacyjna!

Rok 1969. Wojna w Wietnamie, bolesne motto „włącz się, dostrój, odpuść” – wszyscy znaleźli się nagle w erze politycznego zamętu. To wtedy ukazał się album amerykańskiego tria Goldenrod wydany przez małą niezależną wytwórnię Chartmaker w niewielkim nakładzie zawierający cztery instrumentalne utwory (6-12 minut) pozbawione jakiegokolwiek komercyjnego potencjału. Teraz, ponad pięćdziesiąt lat później, możemy tylko drapać się po brodzie i zastanawiać co sprawiło, że ktoś skłonny był wyłożyć trochę pieniędzy, wynająć studio, nagrać muzykę na plastik, włożyć ją do kolorowej tekturowej koszulki, a następnie wysłać do sklepów mając świadomość, że produkt nie przyniesie zysku. Kim był ów filantrop tego już się chyba nie dowiemy…

Płyta została nagrana przez gitarzystę Bena Benaya, basistę Jerry’ego Scheffa i perkusistę Toxey’a French’a, którzy poznali się gdy zostali zaangażowani jako muzycy sesyjni do wspierania w studio grupy The Fifth Dimension. Jak już wspomniałem, album zawiera cztery utwory o magicznym, ciężkim jamowym acid rockowym brzmieniu z intensywnymi, ogłuszającymi gitarowymi efektami, bezkompromisowym basem i potężną perkusją. To był zwiastun narodzin heavy metalu na rok przed pojawieniem się Black Sabbath. Mistyczny „Open Descent Of Cyclopeans” z porywającym riffem i mocną linią basu od początku robi wrażenie, „Karmic Dream Sequence” to temat, od którego trudno się oderwać, a jego niesamowita atmosfera przenosi nas w zupełnie inny wymiar. W „The Gator Society” Benay, atakuje „galaktycznym” gitarowym solo w towarzystwie doskonałej sekcji rytmicznej. I choć zarówno „Karmic Dream…” jak i „The Gator Society” nie posiadają żadnej formalnej struktury, a są jedynie szkicami dziesięciominutowych improwizacji gdzie cała trójka może grać swoje solo do woli, to każdy z nas może z nich wyciągnąć coś dla siebie. Album kończy „Standing Ovulation” z głębokim nieokrzesanym dźwiękiem, miejscami przybrudzonym, ale nadzwyczaj klarownym. Nie mam wątpliwości, że spełni oczekiwania nawet wybrednych fanów gatunku. Polecam!

Norweski zespół Deja-Vu jak wiele innych z tamtego okresu nagrał tylko jeden album. W zasadzie projekt albumu. Nie dość, że był on samofinansowany, to jeszcze wyprodukowany jako promocyjne testowe tłoczenia bez okładki. Wspomina się o stu kopiach, z których większość została przypadkowo zniszczona, gdyż przechowywano je blisko grzejnika. Tak więc mówimy tu o jednym z najrzadszych norweskich artefaktów, które zostało po raz pierwszy wydane na płycie kompaktowej w 1996 roku. To, co jego twórcy kiedyś uznali za kompletną porażkę, teraz traktuje się jako odzyskane po latach dzieło sztuki oddane do renowacji i dogłębnie analizowane.

Wiele wskazywało na to, że zespół odniesie sukces, ponieważ dwóch jego członków, Svein Rønning (gitary) i Knut Lie (perkusja) grali wcześniej w popularnym popularnym i znakomitym Høst. Pozostali to Kai Grønlie  (wokal), Harald Otterstad (klawisze) i Per Amundsen (gitara basowa). Jeśli mamy cieszyć się skandynawskim brzmieniem ciężkiego progresywnego rocka lat 70-tych to „Between The Leaves” ma absolutnie wszystko, czego do szczęścia potrzeba. Bardzo mocną stroną jest wykorzystanie wielu instrumentów klawiszowych w tym melotronu, organów Hammonda, czy fortepianu, które podkreślają pejzaże malowane dźwiękiem.  Dziesięciominutowy „Burning Bridges” prezentuje brzmienie z fantastycznym basem przeplatany zawiłymi dialogami syntezatorów i gitar. Utwór tytułowy zaczyna się klawesynem, a zaraz potem cały zespół wykazuje się wspaniałą formą prezentując smakowity kąsek ciężkiego progresywnego rocka. Hendrixowska gitara prowadzi nas do „Free Man” przechodząc w floydowski klimat „Wish You Were Here”, w którym Svein Rønning wykonuje „gilmourowskie” solo wspierane przez znakomitą sekcję rytmiczną. Z kolei „Flaming” ze względu na instrumentalną delikatność i melodyjną naturalność to jeden z najwspanialszych utworów mogący z powodzeniem znaleźć się w repertuarze Kaipy z Roine Stoltem, a proste starannie dopracowane chórki tworzą idealną harmonię. Jedenastominutowy „Somebody Cares” z długim intro przywodzi na myśl gwiazdy niemieckiej sceny rockowej jak Hölderlin, Novalis, czy Jane. Idealnie dopracowana struktura kompozycji pokazuje, że muzycy ewidentnie byli niewolnikami perfekcjonizmu. Daj Boże, by takich niewolników w muzyce było więcej! Na zakończenie „Visions Of Nirvana”, czyli coś, co zachowuje hipisowski romantyzm z poruszającym prog rockiem tamtych lat. Cudo!

Płyty takie jak „Between The Lines” są doskonałym przykładem artystycznego triumfu i sekretem wieczności. Szkoda, że kiedy została wznowiona Kai Grønlie już nie żył… Jedyną rzeczą  do jakiej mogę się przyczepić to kiepska,  zupełnie nietrafiona okładka pasująca bardziej do death metalowej kapeli lat 90-tych. Na szczęście to nie ona decyduje o jej muzycznej wartości.

ANTONIUS REX „Neque semper arcum tendit rex” (1974)

Śmierdzący ogniem i siarką bałagan z atmosferą tak gęstą, że można by ją pokroić. Wylęgarnia fobii, demonów i pożerające dusze robactwa. Krystalicznie czysta produkcja, rytmy kotłów i gitara zniekształcona w sposób, który prawdopodobnie nie mógł pochodzić z tego świata. Formuła, z której mogłaby czerpać cała dzisiejsza scena black metalowa, z Master’s Hammer na czele. Jednym słowem (a raczej dwoma) „diaboliczna orkiestra”, a mówiąc dokładnie, Antonius Rex z 1974 roku. Roku demonów. Tylko czy ktoś  w to jeszcze wierzy..?

Niby znam tę grupę od dawna, ale im więcej próbuję się o niej dowiedzieć, tym bardziej jestem zdezorientowany. To jeden z najbardziej tajemniczych zespołów włoskiej sceny rockowej, a okoliczności powstania ich nieoficjalnego debiutu „Neque semper arcum tendit rex niosą ze sobą mnóstwo sprzecznych informacji. Grupa jest bezpośrednim następcą równie tajemniczego projektu Jacula (1969-73). To firma rodzinna, kierowana przez gitarzystę i kompozytora Antonio Bartoccettiego, oraz jego partnerkę życiową Doris Norton. Łączyła ich nie tylko miłość i muzyka, ale także wspólne zainteresowania filozofią, ezoteryką i spirytualizmem. Pierwsze kroki zespołu wiązały się z wieloma trudnościami. Bartoccetti miał pomysły, ale brakowało mu środków na ich realizację, więc los zgotował mu niespodziankę – spotkanie z nieco ekscentrycznym okultystą, lordem angielskich wrzosowisk, Albertem Goodmanem. Zamożny Goodman był właścicielem kilku posiadłości, w tym średniowiecznego zamku z małym studiem nagraniowym. Muzyką interesował się amatorsko (grał na perkusji), był również właścicielem niezależnej wytwórni płytowej Darkness Records. Spodobały mu się plany tej dwójki, zaoferował wsparcie finansowe, wpływy i kontakty. W zamian dostał miejsce w zespole.
Materiał na debiutancki album został nagrany w Mondial Sound Studios w Mediolanie pod nadzorem inżyniera dźwięku Colina Coldweise’a, a produkcją zajął się sam Goodman. Praca w studiu trwała trzydzieści osiem dni, a mastering wykonano w Londynie, co nie było wówczas powszechną praktyką. Najwyższej klasy czyste, a jednocześnie wystarczająco przenikliwe brzmienie będzie się bronić nawet po latach. Goodman obiecał dopilnować wydania albumu (wstępnie wytłoczono czterysta próbnych egzemplarzy) i mieć piecze nad promocją w Vertigo, ale zwrócił się do niewłaściwej osoby. Gdy tylko zrozumieli znaczenie tekstu „Devil Letter” zażądali jego usunięcia i zmiany okładki albumu. Bartoccetti zdecydowanie odmówił, więc projekt został zamrożony, a zespół zakończył działalność. Rok później pojawili się mecenasi gotowi sfinansować nowe sesje. Chociaż małżonkowie mieli w tym czasie rodzinne problemy, trudności finansowe zmusiły ich do pracy w studio, czego efektem był album „Zora”, którego część materiału została zapożyczona z repertuaru Jaculi. I to on (nawiasem mówiąc w bardzo kiczowatej okładce) uważany jest za płytowy debiut zespołu.
Taśmy z „Neque semper arcum…”  na szczęście pozostały i trafiły do ​​szerszej dystrybucji dopiero dzięki włoskiej niezależnej wytwórni Black Widow w 2002 roku, która wypuściła je w świat w dwóch wersjach: winylowej  (edycja limitowana) i kompaktowej. 
Zdecydowanie mroczny, niepokojący i biorąc pod uwagę ówczesny krajobraz muzyczny album jest przerażający. Plotka głosi, że jest  przeklęty, owiany tajemnicą i otoczony mrocznymi wydarzeniami. Tu podaje się przykład Alberta Goodmana, który zmarł w bardzo tajemniczych okolicznościach zaraz po wydaniu płyty „Zora”. Z kolei medium z Rumunii, Giulio Tasnad, twierdzi, że słuchając go ułożył na stole osiem magicznych symboli z okładki albumu, przeczytał od tyłu tekst „Devil’s Letter” i wyszło, że odkrył fragment listu okultysty Asmodeusza z 1624 roku. Budowanie takich „legend” uważam za szkodliwe nie tylko dla zespołu, ale i dla samej muzyki, która w takich przypadkach schodzi na dalszy plan. Na szczęście oprócz rzekomo magicznych właściwości „Neque Semper Arcum…” może pochwalić się doskonałą zawartością muzyczną. I to właśnie muzyka stanowi prawdziwą magię tego albumu i wspaniały przejaw kunsztu tego zespołu. 
Potężny gitarowy talent Bartoccetti’ego, który nigdy nie był tak płodny w riffy jak w tych sześciu numerach zdominował ten album. Solidne jak skała błyskawiczne solówki czynią go czarnym klejnotem ezoterycznego progresywnego brzmienia. Lodowate organy Doris Norton groźnie wspierają i akompaniują jej partnerowi. Wreszcie, oszczędna perkusja Goodman podkreśla nieprzewidywalne ewolucje w większości utworach, które jawią się jak prawdziwy misteryjny rytuał. Zaskakująca jest jednak nie biegłość techniczna, ani inteligencja prezentowanych tu konstrukcji, ale wyjątkowa umiejętność całej trójki do dystansowania się od nastrojów tamtej epoki. Można powiedzieć, że to dzieło niepasującego do swoich czasów. Dzieło, które niezaprzeczalnie brzmi jak z lat 70-tych i które zadziwia oryginalnością, umiejętnością przewidywania i stawiania się poza wszelkimi porównaniami. Tego ostatniego nie da się  porównać nawet z samym Black Sabbath, ojcami proto-doom metalu, a także z halucynogenną poetyką Van Der Graaf Generator.
Antonio Bartoccetti.
Utwór otwierający, „Neque Semper Arcum”, rozpoczyna się majestatycznymi organami rozwijając się wraz z sugestywną recytacją Magusa Antonia skierowaną do współczesnego świata, który odrzucił wszelką duchową głębię. To ognista tyrada przeciwko tym, którzy „są przeznaczeni do kultu złota i seksu”, którzy „posiadają wille z kości słoniowej bez drzwi, ale ze służbą”, którzy „chcą zrozumieć głębię jeziora, nie zanurzając nóg”. Emocje osiągają punkt kulminacyjny w połowie utworu, gdy cisza zalega jedynie nad wiatrem, a przepastny głos Bartoccettiego recytuje: „Duch wiatru wędruje, ostrze losu przecięło języki tych, którzy przemówili; teraz ich ciała kołyszą się na strunach cyprysów…” To co wstrząsa, to gitara. Potężny riff przenosi nas z cieni złowrogiego gotyckiego świata w duszący kurz sabatu. Tak rozpoczyna się porywająca jazda, w której rockowe riffy łączą się z dysonansowymi tematami organowymi.  Magiczna spirala dźwięku brzmi jak nieomylna inwokacja, ale nie dziwmy się –  Bartoccetti ukończył filozofię pisząc pracę zatytułowaną (dosłownie) „Ewokacyjna moc gitary”. Serio!
Organy w „Pactus” stanowią godną kontynuację mrocznego utworu otwierającego: krucjata przeciwko nowoczesności, wpływom i zgubnej władzy mediów. W finale, któremu towarzyszy spokojna perkusja, możemy poczuć melodyjną gitarę z eleganckim solo z delikatnymi, jazzowymi akcentami… „In Hoc Signo Vinces” i „Non Fiat Voluntas Tua” z paranoiczną obsesją opowiadają o przemocy. Pierwszy to instrumentalny utwór, który wiernie nawiązuje do „Triumphatus Sad”, jednego z pierwszych przykładów heavy metalu, który znajdziemy na debiutanckim albumie Jaculi z 1969 roku. Drugi, pod sztandarem groźnych, hipnotycznych gitarowych ataków pozbawionych elementu rytmicznego wspomagają kolejne oskarżenia rzucane światu przez Bartoccettiego. No i w końcu dochodzimy do (nie)sławnego „Devil’s Letter”, przerażającej wyprawy w pozamuzyczną sferę, gdzie gitara milknie, a dominującą rolę odgrywają cisza, skrzypienie, kroki, mroczne gregoriańskie kontrapunkty i inwokacja Goodmana. Album kończy się najbardziej brutalnym, a jednocześnie imponującym „Aquila Non Capit Muscas” – ostatecznym ostrzeżeniem dla „małego nieudacznika”, bezlitośnie atakowanego przez cały album. Przesiąknięty sadystycznymi nastrojami zespół prowadzi nas do najgłębszych zamkowych lochów z atmosferą wiecznych tortur, a kończy potężnym gotyckim marszem, który można określić mianem thrash metal ante litteram. Nieprzypadkowo na myśl przychodzi fragment z „Raining Blood” Slayera podkreślający moc gitarowej techniki Bartoxa, a jednocześnie niezwykłą gwałtowność, z jaką gitarzysta potrafił spalić uszy nieszczęśnikom tamtych czasów.
Jest jeszcze jeden aspekt, który chciałbym poruszyć. Na różnych forach internetowych wielu wątpi w autentyczność powstania tego materiału w 1974 roku. O ile organy i monologi (bo trudno nazwać je wokalami) brzmią jak z lat 70-tych, o tyle gitara i perkusja wydają się im bardziej współczesne. Parę razy głos w tej kwestii zabrał sam Bartoccetti. W wywiadzie z Augusto Croce wyjaśnia mówiąc, że Goodmana nauczono pracy z taśmami i pętlami stąd rytmiczna perfekcja. W innym wywiadzie, tym razem z Francesco Fabbrim opisuje jak pracowali z oryginalnym masterem podczas przygotowywania reedycji podkreślając, że skupili się jedynie na korekcji dźwięku, kompresji, dynamiki i redukcją szumów. Nie mnie to oceniać, tym bardziej, że geniusz (król) remasterów jest jeden – Steven Wilson. I pewnie on mógłby to rozstrzygnąć. Tak czy inaczej, pod względem merytorycznym jest to produkt wyjątkowy i nie ma znaczenia, czy pochodzi z 1974, czy 2002 roku. Ignorowanie zespołu Antonius Rex i talentu Antonia Bartoccettiego  to największy grzech, jaki może popełnić każdy, kto uważa się za prawdziwego konesera muzyki. Wszak mówimy tu o prawdziwej muzyce, a nie produkcji stworzonej przez sztuczną inteligencję.
Gdyby „Neque semper arcum tendit rex” został wydany w 1974 roku w formie, jaką znamy dzisiaj, byłby bombą. Antonius Rex wyprzedziłby całą metalową scenę o dobre dziesięć lat i dziś byłby uważany za jednego z pionierów heavy metalu. Tak się jednak nie stało. Zdaję sobie też sprawę, że album nie przypadnie do gustu każdemu. Jeśli już to prawdopodobnie wąskiemu gronu, którzy mają pozytywne nastawienie do tego typu płyt. Lubię taką muzykę, ale nie chcę przekonywać i polecać jej komukolwiek. Będzie lepiej, jeśli każdy odnajdzie ją sam.

CATHERINE’S HORSE – historia jednej płyty.

Życie i granie muzyki garażowych zespołów w Nowej Anglii w połowie lat 60-tych miało ten sam scenariusz: zabawa, dziewczyny, jointy palone w ukryciu, trochę alkoholu… Niemal wszystkie zaczynały od grania coverów w lokalnych klubach, prywatnych imprezach, szkolnych zabawach. Czasami nie miały oficjalnej nazwy, często zmieniały skład. Zespół Rogera Goodspeeda założony w 1965 roku nazywał się The Inside Out i co tydzień pojawiał się na potańcówkach. Oczywiście grali „Glorię” i to wcale nie dlatego, że ma tylko trzy akordy. Jesienią 1966 roku Roger rozpoczął naukę w Taft, prywatnej szkole z internatem w Waterbury, podmiejskim miasteczku 80 kilometrów od Nowego Jorku w stanie Connecticut. To właśnie tu, w październiku 1968 roku powstał zespół Catherine’s Horse, którego nazwa żartobliwe nawiązywała do carycy Katarzyny Wielkiej i jej rzekomo nieokiełznanego temperamentu seksualnego. Obok Rogera grającego na perkusji w jego składzie znaleźli się John Hyland (bas), Putman Smith (gitara prowadząca), Jay Geary (gitara, pianino) i Jay Brown (organy). Od czasu do czasu dołączał do nich grający na saksofonie David Bodine, ale nigdy nie był formalnym członkiem zespołu.

Początkowo repertuar opierali na popularnych przebojach. Jay Gear: „Nasze brzmienie było surowe. Grywaliśmy mnóstwo okropnych popowych coverów zanim przeszliśmy w stronę rock’n’rolla z wpływami bluesa. Słuchaliśmy wtedy dużo The Steve Miller Band, Electric Flag, Paula Butterfielda, The Blues Project”. Zaś Roger dodaje: „Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas mógł to wszystko wtedy poskładać. No, może poza Putem Smithem. Jedynie on to jakoś ogarniał.” Zaczęli pojawiać się na potańcówkach i imprezach organizowanych w pobliskich szkołach dla dziewcząt. Mieli również dość regularne występy w Waterbury, grali koncerty w różnych miejscach, od Pittsfield w stanie Massachusetts, po liczne kluby plażowe na wybrzeżu Connecticut. „Podczas jednego z koncertów David Bodine wdał się w bójkę z kimś kto skrytykował naszą muzykę” – wspomina Jay – „Ale ogólnie byliśmy dość popularni w lokalnej społeczności, mieliśmy  stałych fanów, a nawet groupies.” Potrafili dać świetny rockowy set, zbierali mnóstwo komplementów i byli uważani za najlepszy zespół w okolicy.  Chociaż preferowali bluesa musieli również spełniać prośby publiczności i grać aktualne przeboje szczególnie gdy grali w tamtejszych tancbudach. Czy trudno było połączyć szkołę i ciężką muzykę pod jednym dachem? „Nie!” – mówi Roger – „W tym czasie wszyscy mieszkaliśmy na terenie kampusa i nie mieliśmy problemów ani z dyrekcją ani z nauczycielami. Trzymaliśmy instrumenty w szafkach w pobliżu sali prób, mogliśmy ćwiczyć po lekcjach i w weekendy.” Jedyne czego nie mogli robić, to przyjmować pracy poza uczelnią bez zgody dyrekcji. dopóki szkolne władze nie wyrażą zgody. A ta i tak podejrzewała, że ​​grając poza kampusem nie byli aniołkami skoro w grudniu 1968 roku usunęli  Rogera z Taft za „lekceważące podejście do obowiązującego regulaminu”. Na szczęście przyjęto go do lokalnego, publicznego liceum i wciąż grał z zespołem.

Kompaktowa reedycja płyty wytwórni Break-A-Way-Records (2012)

W ostatnim roku nauki Put Smith i Jay Geary zaproponowali swoim nauczycielom projekt zatytułowany „Blues jako wyraz kultury Afroamerykanów” w dużej mierze oparty na zainteresowaniu Puta chicagowskim bluesem i jego korzeniami z delty Missisipi. Miało to być studium historyczne podparte fragmentami muzyki, w domyśle nagraniami Catherine’s Horse. Sprytny plan dzięki któremu szkoła zapewniła im pokrycie kosztów nagrania. Znalezienie studia, realizatora dźwięku, oraz odpowiednich narzędzi do realizacji było kwestią dni. Put Smith: „Pomysł był genialny. Jedyne, czego teraz żałuję, to to, że nie nagraliśmy więcej naszych numerów.” Album został nagrany w nowojorskim studio Sound Ideas Recording przez George’a Klabina, później znanego i cenionego producenta jazzowego. Jego wybór nie był przypadkowy. Klabin ukończył Taft w 1964 roku, potem studiował na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, gdzie pracował jako radiowy DJ, ale wciąż miał dobre kontakty ze starą szkołą. Studio działające od 1969 roku było jednym z miejsc, które Columbia wykorzystywała do jazzowych nagrań. Można więc przyjąć, że nagranie płyty w marcu tego roku być może było jedną z pierwszych sesji. Wszyscy byli podekscytowani; żaden z nich nigdy wcześniej nie był i nie nagrywał w profesjonalnym studiu. Chcieli zrobić dużo więcej, ale budżet był ograniczony. Płytę nagrali w siedem godzin i została wytłoczona w nakładzie 500 egzemplarzy bez okładki, rozprowadzana w brązowych papierowych kopertach z odręcznie napisaną nazwą zespołu. Późniejsze reedycje opatrzone tytułem „Garage Blues From Connecticut” miały taką samą okładkę różniące się jedynie kolorem.

Oryginalna płyta bez okładki i tytułu (1969)

Ze względu na jej rzadkość jest to wciąż mało znane wydawnictwo nawet wśród dzisiejszych kolekcjonerów płyt i uhonorowane pięcioma gwiazdkami w książce Hansa Pokory „1001 Record Collectors Dream Book”. Ci, którzy znają ten album, doceniają go za świeże brzmienie i przejrzystą produkcję. To album z białym blues rockiem z silnym garażowym brzmieniem stworzony przez młodych licealistów, którzy nigdy nie grali zawodowo. W mojej skromnej ocenie jest on niesamowity. Utwory, poza jednym wyjątkiem, to klasyczne, często nastrojowe bluesowe covery z przyjemnymi aranżacjami niekiedy przechodzące w lekkie rockowe motywy stylem nawiązujące do wczesnego Paul Butterfield Blues Band i do The Blues Project.

Reedycja winylowa.

Tak więc mamy tu takie standardy jak „Get Out Of My Love” Allena Toussainta po raz pierwszy nagrany przez Lee Dorseya w 1966 roku, klasyk klasyków, czyli „Good Morning Little School Girl” Sonny Boy Williamsona znakomicie zaśpiewany głosem o niskich dołach. Chłopaki nie ukrywali, że w szkole namiętnie słuchali płyt Stones’ów, więc nie mogło zabraknąć tu kompozycji „Good Times, Bad Times” napisanej przez Jaggera i Richards, po której słyszymy numer Johna Lee Hookera, „Think Twice”. Pierwszą stronę zamykają własnym kawałkiem, „Sun Going Down”. Utrzymany w mrocznej, onirycznej atmosferze pokazuje talent i potencjał jaki w nich drzemał. Faktycznie, należy żałować, że nie nagrali więcej swoich numerów – ten tylko zaostrzył mi apetyt.

Druga strona winylowej reedycji.

Drugą stronę otwiera „Rocket 88” Ike’a Turnera i Jackie Brenstona z 1951 roku kiedy termin „rock and roll” nie był jeszcze powszechnie stosowany. Był to tytułowy utwór z płyty „Rocket 88” zespołu Delta Cats prowadzonego przez Brenstona. Jak ja się ucieszyłem, że ktoś go przypomniał! Okoliczność w jakich powstał obrósł legendą. Muzycy Delta Cats w przedziale wiekowym 17-20 lat, podróżowali do Memphis, aby nagrać singla. Podczas jazdy Autostradą 61 z bagażnika samochodu wypadł wzmacniacz z głośnikiem i, delikatnie mówiąc, „trochę” się poturbował. Właściciel studia, Sam Phillips zakleił uszkodzone membrany papierem, co zmieniło jego brzmienie. Wielu historyków uważa, że ​​dzięki temu zniekształcony dźwięk gitary, oraz surowa, młodzieńcza energia i porywający rytm boogie czynią go pierwszym przykładem rock and rolla. Wersja Catherine’s Horse nieco odbiega od pierwowzoru; zabrakło mi tu znakomitej partii saksofonu, który w oryginale kradnie show, ale zastąpienie pianina organami to już kapitalny pomysł. Jay Brown popisał się na nich fantastycznymi solówkami! Dalej mamy jeden z moich ulubionych bluesowych klasyków, „Can’t Keep From Cryin’ ” Blind Willie Johnsona, tym razem z gitarową solówką Puta Smitha, a tuż potem „One More Mile” Muddy Watersa. Płytę kończy „Mind To Give Up Livin’ „, jeden z najbardziej lirycznych bluesów BB Kinga od lat coverowany przez wielu artystów z Fleetwood Mac i Paulem Butterfieldem na czele. Liryczny tytuł odzwierciedla temat rozpaczy i przekonania, że ​​po straconej miłości lepiej umrzeć, niż żyć ze złamanym sercem. Jak więc widać „Garage Blues From Connecticut” to w stu procentach autentyczne wydawnictwo i godna pozycja dla wielbicieli bluesa i kolekcjonerów płyt końca lat 60-tych.

Dzisiaj Put Smith i Jay Geary są prawnikami – pierwszy w Georgii, drugi na Florydzie. John Hyland jest chiropraktykiem w Kolorado, a Jay Brown prowadzi sklep w New Hampshire. Roger Goodspeed pracował w kancelarii prawniczej. W 2006 roku kupił dom, sam go wyremontował i obecnie jest na emeryturze. Mimo, że instrumenty dawno im zamilkły, ich muzyka nie przestaje grać.

Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z kilkustronicowej wkładki dołączonej do płyty. A, i  jeszcze jedno – gdyby nie jeden z moich wiernych Czytelników, który uświadomił mi, że jest taki zespół i taka płyta, pewnie tej historii tutaj dziś by nie było. Janusz – dziękuję.

Muzyczne wspominki, czyli opowieść o człowieku, który zmienił oblicze perkusji.

Jak co roku w pierwszych dniach listopada wspominamy tych, co odeszli na „drugą stronę tęczy”. W pierwszej kolejności są to nasi najbliżsi, potem wspominamy innych, także artystów i muzyków. Może zaskoczę wielu, ale w tym roku moje myśli powędrowały do Jonathana Davida Samuela Jonesa, lepiej znanego jako Jo Jones. Kojarzycie..? Jones, który zmarł w 1985 roku, był perkusistą w legendarnej grupie jazzowej  All-American Rhythm Section wspólnie z Walterem Page’em na basie, Freddie Greenem na gitarze i z Count Basie na fortepianie.

Jones urodził się w Chicago w 1911 roku i od najmłodszych lat wyróżniał się szeroką gamą artystycznych talentów. Oprócz perkusji grał na saksofonie, pianinie, świetnie stepował (wygrywał konkursy i stepował na pokazach karnawałowych), a poza muzyką zachwycał akrobatycznymi umiejętnościami. Pod koniec lat dwudziestych przeprowadził się do Alabamy, gdzie zaczął grać w Blue Devils z Walterem Page’em, Freddie Greenem i Lesterem Youngiem tworząc najlepszą sekcję rytmiczną w historii przedwojennego jazzu! Jego osobliwa gra na perkusji nabrała kształtów, gdy w 1936 roku przybył do Nowego Jorku z Countem Basie i jego grupą Baron’s  Of Swing będącą trzonem późniejszej Orkiestry Counta Basiego. W ciągu kilku następnych lat Jones stał się idolem setek perkusistów w całym kraju, którzy naśladowali jego styl. Jak pokaże historia miał on wpływ na późniejszych wielkich perkusistów jak Buddy Rich, Roy Haynes, czy Louie Belson. Jedna z największych legend jazzowego bee bopu, Max Roach, który współpracował z Dizzy Gilespi, Charlie Parkerem, Duke’em Elllingtonem, czy Sonny Rollinsem chodził na jego występy do West End Jazz Club w Nowym Jorku, aby go podpatrywać i uczyć się całej gamy jego technicznych zagrywek. Znakomity dziennikarz i historyk jazzu Bruce’a H. Klaub podsumował w jednej ze swoich publikacji znaczenie Jonesa i jego wpływ na jazzową perkusję słowami, które do dziś są cytowane: „Jeśli Maxa Roacha i Kenny’ego Clarke’a uważa się za ojców współczesnych perkusistów, to Jonathan „Jo” Jones jest ich ojcem chrzestnym.”

Wiele rzeczy w grze na perkusji (jak choćby talerz ride) dzięki Jonesowi i jego innowacyjnemu podejściu dziś uznawane są za oczywiste. Był jednym z pierwszych, który w swoim zestawie używał miotełek i zadbał, aby hi-hat nie tylko utrzymywał rytm, ale także oferował szeroki wachlarz wariacji tonalnych przyczyniając się do harmonii, ale jej nie zakłócając. Był też jedyny w tych czasach, który uważał, że zestaw perkusyjny ma być melodyjny. Swoim adeptom do znudzenia powtarzał: „Grając na perkusji nie wal w bębny jak idiota, tylko na nich graj.” Jego styl był organiczny, ciepły, a płynność, precyzja i puls nadawały jego nagraniom indywidualny charakter. W przeciwieństwie do dominującego wtedy przez perkusistów ciężkiego stylu gry, którzy uporczywie uderzali w bęben basowy, Jones całkowicie go pomijał. Elegancja była cechą definiującą jego grę, a on sam, ze względu na swoją dogłębną technikę, zdawał się nie wkładać żadnego wysiłku w improwizację. Przypominając sobie szalone wyczyny Keitha Moona, którego po występie techniczni wynosili ze sceny omdlałego i skrajnie wyczerpanego, szyk, wdzięk i elegancja Jo Jonesa była jak z innej planety.

Pomimo promiennego uśmiechu i ekstrawertycznej showmańskiej postawy, którą możemy zobaczyć w nagraniach z tamtych lat, Jones miał silny charakter. Jedna z najsłynniejszych anegdot w historii jazzu dotyczy pewnej nocy z 1937 roku, kiedy to rzucił talerzem perkusyjnym w młodego Charliego Parkera rozwalając mu głowę tylko za to, że ten nie nadążał za akordami granego przez nich utworu. Parker przyznał po latach, że to wydarzenie w pewnym sensie przyczyniło się do rozwoju jego talentu i stania się gwiazdą jazzu. Tę anegdotę wykorzystano w 2014 roku w filmie „Whiplash” Damiena Chazzelle’a opowiadającym historię młodego perkusisty dążącego do perfekcyjnego opanowania gry i jego bezwzględnego, srogiego nauczyciela stosującego niekonwencjonalne metody (w tym rzucanie bębnami), który, jak się potem okazało, robił to dla jego dobra.

Okładka oryginalnej solowej płyty Jo Jonesa (1973).

Mimo uznania wszelkich zasług, w latach 70-tych Jo zaczyna być postacią nieco zapomnianą, kimś z dawno przebrzmiałej epoki, co skłoniło go do emigracji do Europy. Osiadł we Francji i w 1973 roku, nagrał album „The Drums”. Rozpoczyna się słowami: „Panie i panowie, to nagranie eksperymentalne. Jest eksperymentalne dla mnie i mam nadzieję, że będzie takie dla was. Perkusja jest ojcem sekcji rytmicznej i zawsze będzie otaczać się tajemnicą. Jej cząstkę uchylę wam tutaj.” Faktycznie, to bardziej zapis kursu dla początkujących perkusistów w formacie LP, niż płyta stricte muzyczna. Jak można było się spodziewać nie odniosła komercyjnego sukcesu.

Kompaktowa reedycja wytwórni  Frémeaux & Associés (2018)

W 2018 roku ukazała sią jej rozszerzona, dwupłytowa reedycja, którą wydawcy tak ją zarekomendowali: „To jedna z najbardziej „kultowych” płyt eksperymentalnych w całej historii jazzu. Jo Jones, znakomity perkusista, pionierski reformator o niezrównanej technice daje nam tutaj pełną demonstrację swojej sztuki. Płyta CD 1 poświęcona jest technice gry na perkusji, podczas gdy płyta nr. 2 koncentruje się na wielkich historycznych perkusistach klasycznego jazzu.” Nagrania zostały zdigitalizowane, odrestaurowane i ponownie złożone  przez Laurenta Verdeaux, który zaproponował również rozszerzone wersje zwiększając ich historyczną wartość. To zestaw nie tylko dla perkusistów, niezależnie od tego, czy są amatorami, czy ekspertami, ale również dla muzyków, fanów jazzu, historyków muzyki i twórców wszelkiego rodzaju beatów. Do dziś nie mogę uwierzyć, że wygrzebałem ją z wielkiego kosza z płytami stojącego przy wejściu do jednego z londyńskich supermarketów na Oxford Street płacąc za nią… 1.99 funta!

Jo Jones był rozchwytywanym perkusistą, który dzielił scenę z legendami jazzu i grał na ich płytach. Jako, że lista jest długa ograniczę się jedynie do nazwisk kilku wybitnych artystów jak Billie Holiday, Art Tatum, Duke Ellington, Count Basie, Coleman Hawkins, Roy Eldridge, Lester Young… W późniejszych latach nazywano go „Papa” Jo Jones i uważano za mądrego, do bólu szczerego starszego pana z manierami arystokraty. I przyznam, że takich postaci w dzisiejszej muzyce bardzo mi brakuje.

Rockowe barwy jesieni: Kopperfield; Atlantide; Castanarc; Sfinx, Vytas Brenner; Crack.

Za oknami jesień i jej niepowtarzalny klimat z krótkim co prawda dniem, ale z coraz dłuższymi wieczorami. To idealny czas, by późną porą, gdy krople deszczu spływają po szybach, a wiatr kołysze świat do snu można wygodnie zasiąść w fotelu, przymknąć oczy i oddać się muzyce. Muzyce tak kolorowej jak dywan utkany ze złotych liści w parkowych alejkach. Oto kilka moich propozycji na ten właśnie czas.

KOPPERFIELDTales Untold” (1974)

Gdyby nie dość naiwna ilustracja frontowej okładki przypominająca rysunki moich (dziś już dorosłych) dzieci z okresu fascynacji opowieściami o walecznych rycerzach i złych smokach pewnie nigdy nie wpadłbym na pomysł kupienia tej płyty. Jeszcze się wahałem, ale wystarczył rzut oka na jej tył i zaryzykowałem. Czy było warto..?

Kopperfield powstał z popiołów kilku szkolnych zespołów w Edwardsberg, w amerykańskim stanie Michigan. Dwójka dobrych przyjaciół, klawiszowiec Keith Robinson i basista Jerry Opdycke grali w konkurujących ze sobą combach, ale często wspólnie jamowali i omawiali możliwość połączenia się w jednym zespole. Okazja nadarzyła się, gdy ich kapele zaczęły się rozpadać. Jesienią 1971 roku zgromadzili wokół siebie kilku zaprzyjaźnionych muzyków i dość szybko się zgrali. Rok później pojechali do Chicago, gdzie zarejestrowali kilka własnych, nie do końca dopracowanych kompozycji. Był to zalążek nagrań, które potem doszlifowane znalazły się na płycie „Tales Untold” wydanej w 1974 roku. Pod wieloma względami zawiera ona dość typowy dla połowy lat 70-tych amalgamat hard rocka i rocka progresywnego, ale byłoby błędem sugerować, że może to popsuć przyjemność jej słuchania. Silna dominacja klawiszy, wijące się gitary, przesadny rockowy wokal to dla wielu wykonawców typowa konwencja gatunku tamtego okresu. Z instrumentalnego punktu widzenia Kopperfield miał wiele zaoferowania. Byli doskonałymi muzykami, szczególnie perkusista, Tim Curtis, oraz dwaj klawiszowcy, Paul Decker i Keith Robinson, którzy nie bali się wejść na terytorium Raya Manzarka. Jedenaście utworów składających się na muzyczną opowieść rozciągają się od lekkiego blues rocka przywodzącego na myśl Free, po uroczy utwór tytułowy, który łączy akustyczne faktury folkowe i harmoniczne partie z psychodelicznymi i klasycznymi motywami klawiszowymi. Utwory takie jak „Anatomy” i „Nothing Left To Give” również zdradzają silny wpływ hard rocka z Detroit, choć pod wieloma względami jest on znacznie bliższy Grand Funk Railroad, niż MC5, a w „Brain Rot” wyczuwam lekką obsesję na punkcie Bloodrock.

Rozszerzone wydanie Gear Fab Records zawiera dodatkowo dziewięć utworów. Pierwsze sześć pochodzą z zaginionych taśm. Wprawdzie są surowe i nieoszlifowane, ale równie intrygujące jak oficjalne. Trzy ostatnie, w tym koncertowy „Katie Love”, zostały zaplanowane na obiecujący, niestety niedokończony drugi album i różnią się od wszystkiego, co znalazło się na „Tales Untold”. Nawet jak na standardy rocka progresywnego, przy prawie osiemdziesięciu minutach muzyki trudno będzie niektórym reedycję tę ogarnąć za jednym posiedzeniem. Ale warto spróbować, bo jest tu naprawdę wystarczająco dużo mocnej i dobrej muzyki, która zadowoli nie tylko wybrednego fana ciężkiego progresywnego rocka lat 70-tych. A na postawione pytanie, czy warto było ją kupić odpowiem krótko: TAK!

ATLANTIDE „Francesco Ti Ricordi” (1976).

Pod kilkoma względami Atlantide  założona w 1972 roku w starożytnej wiosce Cirigliano liczącej dziś niewiele ponad trzystu mieszkańców w regionie Basilicata na południu Włoch była dość nietypową grupą. Po pierwsze, tworzyli ją czterej bracia Sanseverino: Mimmo (g, voc), Mario (bg), Leonardo (org) i Matteo (dr). Po drugie, w 1973 roku przenieśli się do Rottweil w Niemczech, gdzie grali z takimi zespołami jak Message, Atlantis i Scorpions zdobywając przychylne recenzje i zainteresowanie tamtejszych fanów. Po trzech latach występów i sporadycznych kontaktach z wytwórniami bracia postanowili samodzielnie wyprodukować płytę. Wydali ją dopiero w 1976 roku w nakładzie pięciuset sztuk pod tytułem „Francesco Ti Ricordi” nakładem wytwórni „S” (od nazwiska Sanseverino). Album zawierał sześć nagrań brzmiących jak wczesny proto-heavy psych rock z przewagą ciężkich rockowych kompozycji z organami i progresywnymi elementami, który bardziej pasuje do roku 1972 niż 1976. Złośliwi twierdzą, że ogólny groove albumu nie należy do zbyt oryginalnych. No, ale kochani, nie oszukujmy się – prochu dwa razy nie da się wymyślić. Osobiście uważam go za jeden z najlepszych ciężkich włoskich albumów tamtych lat,  który wcale, ale to wcale nie kojarzy się z włoskim ruchem progresywnym . Marzenie braci Atlantydów ( w szerokim tego słowa znaczeniu) jest doprawdy niezwykłe. Można uznać je za ich arcydzieło. Osobiste zwycięstwo młodzieńców, którzy z marzeniami wyruszyli z malutkiej górskiej wioski. Wraz z nimi odżyło znaczenie mitycznego snu o Atlantydzie, które w tym przypadku przebiło się przez izolację, wyłaniając się ze śnieżnych zim i mgieł prastarych lasów Lukani. Marzeniami, które stały się zespołem, nagraniem, długo oczekiwanym albumem…  Trudno nie docenić go jako kamienia milowego osiągniętego i spełnionego wśród tysiąca i jeden zespołów tamtych lat. Biorąc pod uwagę wszystkie trudności i niedostatki to niemal cud, że to epickie przedsięwzięcie im się udało. Pragnienie, by przywołać Włochy za pomocą ich własnego dumnego języka, bez popadania w typową retorykę emigrantów budzi mój szacunek, a przede wszystkim zdrowy zachwyt połączony ze szczerym podziwem dla ich odwagi.

Historię braci Sanseverino odkryłem przypadkiem w 2023 roku i zapamiętam na długo. Pewnie dlatego tak osobiście odbieram tę płytę. Jednak bez względu na tło jej powstania polecam ją wszystkim kochającym zespoły pokroju Deep Purple, Atomic Rooster, Satin Whale…

CASTANARC „Journey To The East” (1984).,

Rock progresywny ma swoje anioły i demony. Są zespoły depresyjne i świetliste. Castanarc był jednym z tych niewinnych, świetlistych, które, podobnie jak Solstice, czy Yes poszukiwały pełnych wyobraźni ścieżek muzycznych. Oczywiście, wszystko, co piękne i przyjemne może być uznane za śmieszne, lub banalne, ale jaką inną alternatywną drogę poza medycyną ma ludzkość, by uciec od bólu i szaleństwa..?

Zespół dorastał razem ze swoimi brytyjskimi neo-progresywnymi rówieśnikami na początku lat 80-tych, ale prawie nikt nie zwracał na nich uwagi. Bycie łagodnym w czasach, gdy punkowcy obrażali, pluli, wymiotowali i tłukli się na ulicach, nie było dobrym pomysłem. Tworzenie przyjemnej, pięknej muzyki prawie nigdy nie jest dobrym pomysłem – wszyscy będą ją krytykować. Bo to, co jest fajne, odnoszące sukcesy i popularne w naszych czasach, to bycie złym, bycie skurwielem. Strach to dobry interes. Życzliwość jest dla przegranych… W 1983 roku ukazał się ich debiut, „Journey To The East”, prawdziwy klasyk z zapadającymi w pamięć przepięknymi utworami – każdy zagrany z wykwintną delikatnością i czułością. Pod względem jakości Castanarc porównywano do debiutantów odrodzonego prog rocka takich jak Pallas i Pendragon. Brzmienie bardzo przypomina wczesny Marillion z wyraźnymi wpływami Yes, szczególnie w wokalu Marka Holidaya. Jego głos, w którym zakochałem się od pierwszego dźwięku, to jeden z najbardziej szlachetnych jaki pojawił się wówczas w neo-progu. Jest tak delikatny jak krem na odparzenia dla niemowlaka. Paul Ineson dorównuje Steve’owi Rothery jeśli chodzi o długie solówki gitarowe inspirowane Davidem Gilmourem, a klawisze Davida Powella to stały element albumu i naprawdę są urocze. Nie przesadzają z głośnością, ani nie wymykają się spod kontroli. Koncentrują się na budowaniu harmonii wokalnych i pięknej architekturze brzmienia.

Zawsze jest czas na czułość i każdy z nas ją ma. Nie ma powodu by się jej wstydzić, lub ukrywać. I ta muzyka jest właśnie taka: czuła, wrażliwa, ciepła. Dla nas wszystkich.

SFINX „Zalmoxe” (1979).

Rumunia nie jest krajem, który od razu przychodzi na myśl, gdy myślimy o rocku progresywnym, a nawet o muzyce w ogóle. Jednak w 1979 roku rumuński zespół wydał jeden z najlepszych albumów rocka progresywnego końca lat 70-tych przełamując oczekiwania i prezentując ukryty talent muzyczny Europy zza żelaznej kurtyny. „Zalmoxe” to album koncepcyjny, który zgłębia rumuńską historię i mitologię, z tekstami autorstwa poety Alexandru Basaraba, opartymi na folklorystycznej postaci boskiego przywódcy religijnego Zalmoxe z czasów panowania króla Burebisty. Początki Sfinx sięgają 1963 roku, kiedy to trzech uczniów bukaresztańskiego liceum: Corneliu „Bibi” Ionescu, Octav Zemlička i Cristian Valic założyło beatowy zespół. Ze względu na egzaminy, sytuację szkolną, sprzeciw rodziców i dobór repertuaru jego skład często się zmieniał. Przełom nastąpił w 1967 roku, gdy do zespołu dołączyli młody perkusista Marian Toroimac, oraz 17-letni uczeń muzycznego liceum, gitarzysta i skrzypek Dan Andrei Aldea uznany już wtedy za geniusza. Ich debiutancki album „Lume albă” (Biały świat) ukazał się w 1975 roku i odniósł ogromny sukces wśród publiczności i (o dziwo) doceniony przez tamtejszych krytyków wrogo nastawionych do „zgniłej zachodniej muzyki”. Cztery lata później  wydali „Zalmoxe” – swoje progresywne dzieło.

Tym razem zespół, jak i sam album, napotkał trudności politycznych urzędników. Został ocenzurowany, wstrzymany i wydany dopiero trzy lata po nagraniu. Pamiętam jego pierwszy odsłuch kiedy to usadowiony w fotelu włączyłem płytę i… zastygłem w bezruchu na całe czterdzieści pięć minut. Znaczącą rolę odgrywają tu klawisze tworząc bogate i złożone brzmienie, które chwilami przypominają „stary” Genesis. Całość rozpoczyna się imponującym „Ursitoarele” (Wróżki), z barokowym, niemal gregoriańskim wstępem. Jednak po kilku sekundach wstęp ten przekształca się w symfoniczny rytm z intensywnym progresywnym beatem, licznymi zmianami i doskonałymi riffami gitarowymi. Po tym mocnym otwarciu „Blana de Urs” (Futro niedźwiedzia) ewoluuje w zdominowany przez organy fragment przywodzący na myśl Yes. Perkusja i bas doskonale uzupełniają kreatywną pracę gitary, klawiszy i wokalu, tworząc zachwycająco spójne brzmienie. „Mierea” (Miód) to łagodna ballada z zaskakującymi ozdobnikami klawiszy utrzymująca słuchacza w skupieniu. Wyszukany utwór, a brzmi tak prosto. Niesamowite! Tuż po nim „Pastera” (Jaskinia), jeden z najbardziej poruszających numerów na albumie. Chociaż nie znam rumuńskiego, piękno i jego złożoność sprawiają, że język nie stanowi bariery. „Epifania” (Objawienie Pańskie) to kolejne spokojne nagranie, która wydaje się płynąć. Ale, jak to bywa w rocku progresywnym, zespół zaskakuje dramatyczną zmianą kierunku, w którym prym wiodą klawisze. Z kolei „Furtuna Cu Trup de Balour” (Burza w kształcie smoka) to punkt zwrotny albumu. Brzmienie staje się frenetyczne, a nawet ciężkie, z nietypowymi strukturami i mocnymi partiami organów. Muzycy pokazują w nim swoją odważniejszą, bardziej eksperymentalną stronę. Warto też wspomnieć o „Cãlãtorul Prin Nori” (Podróżnik w chmurach), w którym Sfinx zapuszcza się w etniczny folk tworząc ciepły klimat z nutą pewnej tajemniczości, oraz „Kogainon” – najbardziej zapadający w pamięć. Całość zamyka trzyminutowy „Epilog”. Zaczyna się bardzo spokojnie, a potem nabierający pasji.

Aldea planował wystawić całą muzykę na teatralnej scenie w formie rock opery, ale reżim nigdy nie dał na to zgody ponieważ podejrzewano go o polityczną wywrotowość. Takich ludzi władza nie tolerowała. Z tego samego powodu jego solowy singiel z 1979 roku został wycofany ze sprzedaży i zakaz grania w radio. Obawiając się o swoje życie muzyk uciekł do Niemiec, gdzie uzyskał status politycznego uchodźcy. Po upadku komunizmu nie skorzystał z okazji, by wrócić do kraju i połączyć siły ze swymi byłymi kolegami. Sfinx, jak się niedawno dowiedziałem, nadal istnieje, okazjonalnie koncertuje, ale od ponad dwóch dekad niczego nie nagrał.

VYTAS BRENNER  „La Ofrenda de Vytas” (1973).

Na początku lat 70-tych, gdy rock progresywny osiągał kosmiczne rozmiary w Europie i w Stanach Zjednoczonych, w Ameryce Łacińskiej narastała inna rewolucja dźwiękowa, która nie skupiała się na gwiazdach muzycznych, lecz na górach, rzekach i rytmach ziemi. W Wenezueli alchemik dźwięku, Vytas Brenner zaoferował swój muzyczny świat: metyską symfonię, w której nowoczesność prowadzi dialog z przodkami, syntezator Mooga i mandolina rozmawia z harfą i cuatro, a wszystko to w towarzystwie niezwykłych rytmów

Brenner był Niemcem, ale jego przeznaczeniem nie były europejskie sale koncertowe, ale Wenezuela, z jej bujną geografią i nieokiełznanym folklorem. Swoim pierwszym dźwiękowym dziełem jakim jest „La Ofrenda de Vytas” nie tylko przeciwstawił się konwencjom rocka progresywnego – on wynalazł muzyczny wenezuelski język o symfonicznej elegancji nie tracąc przy tym jego istoty. Mało tego – utworom nadał tytuły nawiązujące do symboli narodowych związanych z florą, fauną i geografią. Ale „La Ofrenda..” to nie tylko płyta. To portal. W jej rytmach kryje się bryza Andów, frenetyczny puls Caracas, mądrość przodków i delirium szamanów. To most między dwoma światami: popularnym i akademickim, elektrycznym i akustycznym, ziemskim i duchowym. Manifest tożsamości. Płyta, której się nie słucha: ją się przeżywa. Jej odbiór to intensywne i wciągające doświadczenie. Już od pierwszej nuty Vytas konstruuje majestatyczny wszechświat dźwiękowy, pełen rytmicznych zmian, świetlistych faktur i dopracowanych aranżacji, a częste pojawianie się skrzypcowego melotronu nadaje niektórym utworom nieco nastrojowego bluesa.. Oczywiście Vytas nie robi tego sam. Towarzyszą mu  wieloletni współpracownicy: Pablo Manavello na gitarach, Carlos Acosta na basie i Frank Rojas na perkusji, plus zaproszeni muzycy. Ta synergia między tradycją a awangardą, między mistycyzmem a przyziemnością jest fascynująca, a zdolność do przekształcania rodzimych brzmień w nową wizję progresywnego folku zdumiewająca. Na całym albumie kompozycje (wszystkie instrumentalne) płyną z organiczną naturalnością, bez popadania w akademicką sztywność i pretensjonalność. Wszystkie piękne, ale gdybym miał wskazać tę jedną jedyną, która skradła mi serce byłaby to „Ofrenda de Miguel”. Połączenie folkowych faktur i rockowych zawirowań z wykorzystaniem orkiestrowych interludiów i blues rockowej frazy. Prawdziwa progresywna perełka.

„La Ofrenda de Vytas” to doskonałe znalezisko awangardowego folku i latynoamerykańskiego prog rocka, a także dzieło godne polecenia wszystkim kochającym dobrą muzykę.

CRACK „Si Todo Hiciera Crack” (1979).

Pochodzący z Gijón (północna część Półwyspu Iberyjskiego) kwintet Crack powstał pod koniec 1978 roku kończąc swój żywot trzy lata później. Biorąc pod uwagę, że nagrali jeden z najpiękniejszych albumów progresywnego rocka jaki pojawił się w Hiszpanii serce z żalu pęka mi do dziś.

Rozpoczęli swoją działalność jako popowa grupa, ale pojawienie się klawiszowca Mento Hevii zmieniło ich styl. W 1978 roku przenieśli się na Formenterę, aby w spokoju przygotować materiał na płytę, którą nagrali w madryckim Audiofilm Studios. Album „Si Todo Hiciera Crack”, absolutny klejnot gatunku z wpływami Genesis, Camel i King Crimson, to świadectwo wielkiego talentu całego zespołu. Co ciekawe, jego okładka była wynikiem konkursu wśród słuchaczy radiowego programu muzycznego i kojarzy mi się trochę z okładką płyty „Spartakus” niemieckiej grupy Triumvirat. Pod każdym względem „Si Todo…” jest wyjątkowe. Tu każda minuta warta jest słuchania, każda jest inna, a każdy z siedmiu utworów opowiada inną historię. Oczywiście po hiszpańsku. Ale to nie ważne. Prawdziwa magia kryje się w aranżacjach, które są radosne, optymistyczne i urzekające. Podobnie jak inne andaluzyjskie zespoły, Crack łączy elementy inspirowane rockiem progresywnym z piękną hiszpańską gitarą klasyczną, elektryczną i klawiszami tworząc zachwycające brzmienie, które od razu wciąga. Alberto Fontaneda i Mento Hevia wykonują świetną robotę wokalną, a gitarowe popisy Rafaela Rodrígueza i Alberto zasługują na wielkie brawa. Album jest bardzo równy, bez wypełniaczy i słucha się go z wielką przyjemnością. Przy pierwszym odsłuch duże wrażenie wywarły na mnie instrumentalny  „Descenso En El Mahellstrong” w piękny sposób otwierający tę płytę i szczyt wszystkich szczytów, czyli tytułowy „Si Todo Hiciera Crack”. Ciekawy jest także epicki, dwuczęściowy „Marchado Una Del Cid” z genialnym solo na klawiszach, którego bohaterem jest El Cid, hiszpański bohater narodowy z XI wieku walczący o wyparcie Arabów (Maurów) z Półwyspu Iberyjskiego. Album zebrał bardzo pozytywne recenzje poza Hiszpanią; zaryzykowałbym nawet, że jest bardziej znany za granicą niż w swoim kraju. Przekonałem się o tym będąc w tym słonecznym kraju kilka lat temu.

JADE WARRIOR „Eclips & Fifth Element” (1973); PETER BARDENS „Long Ago, Far Away” (1969-1971).

Zaginione nagrania wciąż są rzadkością, a ich pochodzenie często bywa niejasne. Często zachodzę w głowę jak to możliwe, że album jest nagrywany, a potem odkładany na półkę i nigdy niewydany, a nawet skasowany… Albo, że nagrane i nieodsłuchane taśmy leżą pokryte grubą warstwą kurzu w jakiejś piwnicy, lub starym strychu, o których zapomniał cały świat. Gdzie sens i logika? Ogrom pracy, w którą zaangażowanych było wiele osób poszedł na marne. Patrząc wstecz podobna sytuacja przydarzyła się pomysłowemu i dość oryginalnemu Jade Warrior. Pomimo nagrania wystarczającej ilości materiału na dwa nowe albumy studyjne Vertigo bezceremonialnie porzuciło ich, co spowodowało wewnętrzne nieporozumienia w zespole i doprowadziły do ​​jego rozpadu.

Przypomnę, że pierwsze trzy albumy nagrane dla tej wytwórni były tyglem ciężkiej psychodelii, folku, muzyki świata i jazz fusion. Bardziej marzycielski, egzotyczny styl, w który weszli po przejściu do Island Records, stał się ich znakiem rozpoznawczym, a albumy takie jak „Floating World”, „Waves” i „Kites” charakteryzowały się znacznie bardziej zrelaksowanym brzmieniem muzycznych krajobrazów przesiąkniętych Dalekim Wschodem. Kiedy Vertigo zrezygnowała z zespołu wspomniane nagrania z 1973 roku zatytułowane „Eclips” i „Fifth Element” odstawiono na półkę, gdzie przeleżały przez cztery dekady. Najbardziej dopracowany „Eclips” miał próbne tłoczenie na winylu, zaś „Fifth Element” istniał wyłącznie na taśmie. Zremasterowane utwory z oryginalnych taśm matek zostały zebrane w podwójnym pakiecie „Eclipse & Fifth Element: The 1973 Recordings”, który Esoteric Recordings wydało 27 stycznia 2023 roku.

Najwięcej korzyści z tych zaginionych nagrań odniosą zapewne fani wczesnych produkcji zespołu. Instrumentalny i ciekawie zatytułowany „On The Mountain Of Fruit And Flowers” ​​Jona Fielda z jazzowym zacięciem zdaje się balansować na granicy między erą Vertigo, a Island. Delikatny, refleksyjny „We Are The One” zaczyna się uroczym fletem i naiwnym tekstem. Dziś wydaje mi się „tylko” czarujący, ale wtedy przewracałbym z zachwytu oczami. Akustyczne ballady, jak leniwy, melancholijny „English Morning” i śliczne „Annie” (list do wyimaginowanej osoby) lśnią pełnym ciepła blaskiem, ale już radosny „Yam Jam” w stylu Santany nie do końca pasuje mi do tych wczesnych albumów. Ciężki rock również nie jest im obcy, czego przykładem „Too Many Heroes” balansujący między ostrymi riffami i piskliwymi solówkami, czy „Holy Roller” z wokalem emanującym potężnymi wibracjami w stylu Daevida Allena z Gong. Nietypowa aranżacja „Soldier Song” ma hipnotyczną perkusję z dziwacznym śpiewem, zaś instrumentalny „Sanga” i „Discotechnique” to kolejne faworyty, które mogą pochwalić się smakowitą perkusją w  niepowtarzalnym stylu Jade. Centralnymi punktami kolekcji są z pewnością dwa ośmiominutowe mini eposy. Afrykański „Mwenga Sketch” prezentuje ogniste bębny i szaloną gitarę, a nieustępliwy „House Of Dreams” eksploduje jak dźwiękowe zderzenie Fiata 126p z ciężarówką marki „Kamaz”.

Bądźmy szczerzy – archiwalne wydawnictwa wypełnione nagraniami poniżej standardu i niedbałym przywiązaniem do szczegółów często cuchną chwytem na kasę. Zapewniam, że w tym przypadku materiał jest równie mocny jak to, co było bezpośrednio przed i po. Szczerze mówiąc, wszystko to powinno zostać wydane pięćdziesiąt lat temu – szkoda, że ​​tak się nie stało. Mam ogromną nadzieję, że zmieni się to teraz, gdy trafiły one z powrotem do obiegu i będą gratką dla nowej grupy słuchaczy. Jako fan obu er zespołu mogę szczerze powiedzieć, że ta kolekcja warta jest posiadania.

Idąc tym tropem kolejna moja propozycja zainteresować powinna nie tylko wielbicieli zespołu Camel. Tym razem Esoteric prezentuje wczesne solowe albumy jej legendarnego klawiszowca, Petera Bardensa. Te stare skomplikowane i wypolerowane nagrania podane są na srebrnej tacy (dosłownie) w dwupłytowej antologii  „Long Ago, Far Away: The Recordings 1969 – 1971″ wraz ze smaczkami  z tego okresu, w tym singlami i odrestaurowanymi okładkami. Oczywiście, zagorzali fani Camelheadów znają tę część muzyki, ale są tacy, którzy nigdy nie słyszeli z nich ani jednej nuty.

Zanim Bardens założył z Latimerem Camel wcześniej grał na klawiszach w kilku zespołach, w tym The Cheynes, we własnym Pete B’s Looners z Mickiem Fleetwoodem, Village z Brucem Thomasem, późniejszym basistą The Attractions Elvisa Costello i epizodycznie z Them Vana Morrisona. Zagłębiając się w szczegóły odkrywamy zaskakujący wachlarz stylów, od bluesowego hard rocka po psychodeliczny pop, od kosmicznych stonerowych piosenek po brutalne instrumentalne popisy. Pod koniec lat 60-tych Bardens zaczął dryfować w stronę rozwijającej się sceny progresywno psychodelicznej. Dwa albumy, które zaznaczyły ten przejściowy okres miały niewiele wspólnego z poprzednimi zespołami. Nie zapowiadały też późniejszych pięknych dzieł Camela. Klimat, z pewną dawką głupoty dorzuconą dla dobrej miny, był raczej „odjechany”, ale granie jest często spektakularne, zwłaszcza gdy Bardens i spółka zabierają się na serio za improwizowanie. Ta „wesoła” spółka to między innymi Peter Green, Bruce Thomas i Reg Isidore. Mówiąc humorystycznie, żadnych zbędnych dodatków.

„Muszę znowu być naćpany, by oczyścić umysł” – intonuje Bardens w epickim, pachnącym marihuaną utworze „I Can’t Remember”, w którym połączone partie organów i gitary rozchodzą się, by zatańczyć bitwę. Bardziej soulowy „Feeling High” powraca do tego tematu, a „The Answer” stawia byłego kolegę z zespołu, Petera Greena na czele z jego płynną i elektryzującą gitarą. Słoneczny „I Don’t Want To Go Home” podkreślony figlarnym fletem i perkusją radośnie podskakuje, a „Write My Name In The Dust” to utrzymany w średnim tempie utwór z organami i spokojną atmosferą. Blues rockowa hybryda „Don’t Goof With A Spook” jest akcentowana trzaskającymi kongami i przesiąknięta piskliwą gitarą, a podwójne uderzenie Bardensa w postaci organów i szyderczego wokalu nadaje utworowi nutę grozy.

Uroczo pretensjonalny tytuł „Homage To The God Of Light” zdobi trzynastominutowy psychodeliczny festiwal dziwactw zamykający oryginalną płytę „The Answer”. W rzeczywistości został on przeniesiony z ostatniego zespołu Bardensa, Village, gdzie był podstawą występów tria na żywo. Ten wir energii to ogromny atut. Numer zbudowany na przesterowanych organach Hammonda i olśniewający wszechstronną magią miał długą żywotność. Wystarczy powiedzieć, że Camel grał go na swych pierwszych koncertach, a podzielony na dwie części został wydany we Francji na singlu w 1971 roku. I ta wersja jako bonus ma tu swoje miejsce.

W epoce Village zdołał nagrać jeden singiel zanim zespół zakończył działalność. „Man In The Moon” z domieszką Pink Floyd ery Syda Barretta, został wydany latem 1969 roku przez wytwórnię Head. Na na stronie „B” wspierał go pełen energii instrumentalny „Long Time Coming” inspirowany twórczością Gustava Holsta emanując przebłyskami wczesnego Yes i Deep Purple. Oba brzmią bardzo autentycznie i wciąż przyjemnie się ich słucha. Tak na marginesie jestem ciekawy, ile utworów wydanych w tym roku będzie nadawało się do słuchania w roku 2075..?

Choć nie ma tu żadnego „gniota” nie każdy numer jest hitem. Oparty na fortepianie „Sweet Honey Wine” balansuje między radosnym, a marzycielskim klimatem i choć go uwielbiam za to, że jest taki urokliwy przyćmiewają go mocniejsze utwory. „Simple Song” ma dobry, klasyczny charakter nadający się do wspólnego śpiewania, ale brzmi bardziej jak strona „B” przeciętnego singla. Instrumentalny „My House”, choć zawiera kilka fajnych fragmentów sugerujących przyszły zespół Bardensa pomimo swojej długości ostatecznie prowadzi donikąd. No cóż… każde dwie godziny muzyki mają swoje wzloty i upadki. Na szczęście te pierwsze zdecydowanie górują!