W wielu karcianych grach As ma największą wartość i „bije” inne karty choć, dajmy na to w pokerze, może mieć najniższą i robić za „jedynkę” (mały strit: As-2-3-4-5) W mojej muzycznej talii wszystkie cztery mają dla mnie tę samą, największą wartość i tworzą pokerową „karetę”.
Pierwszy z nich to As Trefl, czyli…
BF Traik „BF Traik” (1971)
Początki pochodzącego z Kentucky BF Trike wywodzą się z psychodelicznego zespołu Hickory Wind, który w 1969 roku wydał całkiem udaną (nagraną w.. domu pogrzebowym!), jedyną płytę. Kiedy kwintet został zredukowany do trio zmienił nazwę na Troyka, ale że był już zespół o takiej nazwie zmienili na Trike, potem na Big Furry Trike, aż w końcu stanęło na BF Trike, po czym przenieśli się do Nashville. Tam rozpoczęli pracę nad albumem dla wytwórni RCA Records. Ojczyzna muzyki country nie była jeszcze gotowa na długowłosy zespół heavy rockowy i zostali wyrzuceni z Monument Studios zanim zdążyli się rozgrzać. Bardziej przychylne okazało się Cinderella Studios mieszczące się kilkanaście mil od Nashville, gdzie w styczniu 1971 roku zarejestrowali większość materiału na album. Unikając psychodelicznego stylu swojego poprzedniego zespołu, trio podkręciło gitarę fuzzem i stworzyło dziesięć świetnych numerów spod znaku ciężkiego rocka. Niestety, z niewiadomych przyczyn RCA wycofało się z umowy i materiał został odłożony na półkę, gdzie przeleżał ponad dekadę. Prawa do nagrań nabyła firma Rockadelic, która w 1989 roku wydała je na winylu w limitowanym nakładzie stu egzemplarzy, a siedem lat później na płycie CD.
Dziś mogę zaryzykować stwierdzeniem, że to jeden z najlepszych przywróconych do życia albumów ciężkiego rocka. Przynajmniej dla mnie. Power trio (z naciskiem na słowo „power”) z super ciężkim odurzającym brzmieniem, które faworyzuje obłędne, ogniste gitarowe riffy i solówki w połączeniu z psychodelicznymi dźwiękami i harmoniami, mocnym rasowym wokalem i znakomicie pracującą sekcją rytmiczną jest fantastyczny! Od początku mamy ogień i szaloną jazdę; dopiero w piątym kawałku („Sunshine”) zwolnili tempo. Uwielbiam jak hard rockowy zespół sięga po gitarę akustyczną i tworzy nie kolejną łzawą balladę, ale coś, co nazywam „akustyczną burzą”. Taki też jest ten psychodeliczny folk rockowy kawałek, który idealnie w tym miejscu się wpasował. Album zaczyna się od „Time And Changes” z repertuaru Hickory Wind wykonany w znacznie cięższym stylu z dobrymi partiami gitary. „For Sale Or Lease” jest nieco wolniejszy, ale nadal ciężki, a bardziej chwytliwy „Lovely Lady” atakuje oszałamiającym gitarowym fuzzem, dzięki czemu jest i surowy i potężny. W „Six O’Clock Sleeper” utrzymują styl i wrzucają kilka fajnych partii na gitarze. Całość kończy „Be Free”, który łączy wszechobecną gitarę fuzz z pomysłową perkusją i refrenem staccato, co stawia go ponad przeciętność. Odmawiając wydania tego albumu RCA strzeliła sobie w stopę. Szczęście, że dziś mamy go na wyciągnięcie ręki.
Drugi w „karecie”, As Karo i jest nim…
A FOOT IN COLDWATER „A Foot In Coldwater” (1972)
Uwielbiam tę płytę. I niech nie zmyli Was okładka z tęczą i błyszczącym logo zespołu wyrysowane patykiem na plaży. To nie jest nieznana płyta The Beach Boys, a stworzony przez kanadyjską grupę A Foot In Coldwater rock z domieszką bluesa. Prosty i szczery jak rock and roll, czyli dokładnie taki jaki powinien być. Klasyczny, różnorodny, toczący się jak pociąg towarowy – tu z grzmiącym Stratocasterem nieżyjącego już Paula Naumanna i jego solówkami, oraz ryczącym Hammondem Boba Horne’a. W zasadzie już po pierwszym akordzie każdego numeru można rozpoznać, że to ich styl. Pierwsze trzy utwory „On The Wind”, „Yalla Yae” i „Deep Freeze” to całkiem poważne rockowe kawałki z ciężką gitarą i Hammondem robiące już na początku wrażenie. Dzięki dość mrocznej muzyce, „Yalla Yae” wkracza na terytorium metalu podkreślony odpowiednim tekstem: „Zróbcie miejsce diabłu pukającemu do waszych drzwi / Poddajcie się jego złu, które przechodzi przez podłogę…” „Deep Freeze”, choć mniej mroczny wbija się w głowę dzięki mocnym gitarowym atakom. Na uwagę zasługuje wokal Alexa Machina, który wyróżnia się gruboziarnistym papierem ściernym w gardle. Balladę „(Make Me Do) Anything You Want” z gitarą akustyczną i smyczkami cudownie brzmiącymi miałem nagraną na taśmie szpulowej. Musiało minąć kilka dekad nim wróciła do mnie na płycie. Wydana na singlu trafiła na szczyt kanadyjskiej listy przebojów, zaś po sąsiedzku, w USA, osiągnęła 26 pozycję na liście Billboardu. Kolejne dwa utwory, „Who Can Stop Us Now” i „Alone Together” bez śladu mrocznej i ciężkiej muzyki są bardziej optymistyczne, ale to nadal dobry rock. Akustyczne intro w „Fallen Man” wprowadza nas w opowieść o facecie, który nie ma szczęścia. Pomimo stereotypowego tematu lubię ten utwór. Ma w sobie nutę Led Zeppelin, a poza tym chylę czoło przed wokalistą, który nie próbuje brzmieć jak Robert Plant… Dwa kolejne nagrania kończą płytę. W „In Heat” wracamy do ciężkich gitar z miażdżącą solówką i jest to świetny powrót. Z kolei „Lady True” to bardziej melodyjny kawałek w stylu April Wine, ale wciąż jesteśmy w klimacie hard rocka. Na następnych płytach zespół próbował grać bardziej progresywnie, ale jeśli ktoś tak jak ja kocha stare ciężkie brzmienie warto ten debiut mieć w swojej kolekcji.
I następny tuz – As Kier…
WARPIG „Warpig” (1970)
Ten zespół, którego nazwa może kojarzyć się z utworem Black Sabbath (zapewniam – nie ma z nim nic wspólnego), powstał w 1966 roku, w kanadyjskim miasteczku Woodstock leżącym około 130 kilometrów od Toronto. Gitarzysta i wokalista Rick Donmoyer skupił wokół siebie muzyków grających w różnych miejscowych kapelach. Byli to Terry Brett (bas), Dan Snitch (klawisze/gitary) i Terry Hook (perkusja). Niekończące się próby w piwnicy domu rodziców Hooka doprowadziły do powstania Warpig. Wkrótce stali się stałym elementem niezależnej sceny Toronto zdobywając liczną rzeszę fanów, co zaowocowało podpisaniem w 1968 roku kontraktu z wytwórnią Fonthill Records. Tournée Led Zeppelin, który szturmem podbił Kanadę w 1969 roku napełniły młode zespoły takie jak Warpig nową energią i witalnością. Rok później Donmoyer z kolegami weszli do studia nagrywając materiał będący unikalną mieszanką współczesnego brzmienia organowego (Uriah Heep), ciężkiego blues rocka (Led Zeppelin) i psychodeli. Dzięki produkcji i pomocy ze strony Roberta Thomsona krążek w ujrzał światło dzienne wiosną 1970 roku. Zespół dostarczył nam album pełen surowej mocy, z inspirującymi reliktami wszystkiego, co działo się w ostatnim czasie: od British Invasion po surfowe brzmienie, od Cheta Atkinsa po Black Sabbath. Utwory takie jak „Flaggit” i „Tough Nuts” inspirowane Deep Purple to rockery dające poczucie nieokiełznanej pasji młodego zespołu grającego po swojemu, podczas gdy „Advance In A Minor” (mile widziana odmiana) zdominowany przez fortepian próbuje być progresywny… Z kolei trochę wolniejsze „Melody With Balls” i enigmatycznie zatytułowany „UXIB” mają ducha Black Sabbath. Moim ulubionym jest „Sunflight”, poetycki utwór ocierający się o Wishbone Ash i Uriah Heep. Podobnie jak muzyka, teksty są dosadne, na ogół poruszające aktualne tematy i (co sobie cenię) pozbawione zbędnymi metaforami i kwiecistymi obrazami.
Płytę promował singiel „Rock Star”, który obiegł stacje radiowe, a wraz z występami na żywo liczba fanów rosła w geometrycznym tempie. Pomiędzy koncertami muzycy wślizgiwali się do studia i rejestrowali nowe kawałki. W 1971 roku Fonthill została przejęta przez London Records, co postawiło zespół w dziwnej sytuacji – muzycy uświadomili sobie, że nie mają wytwórni. W 1973 roku London wznowił im debiutancki album tyle, że mało kto po niego sięgnął. Świat, a z nim muzyka, zmieniał się i pędził jak szalony do przodu. Charakterystyczne brzmienie nagrań, które jeszcze tak niedawno zachwycało wyszło z mody. Co gorsze, próba wydania drugiego albumu została udaremniona przez brak odpowiedniego zarządzania i całkowitego zaniedbanie ze strony wytwórni. To był główny powód rozwiązania zespołu. Mam nadzieję, że doczekamy się w końcu oficjalnej publikacji tych nagrań. Taśmy-matki są, trzeba tylko wyciągnąć po nie ręce.
Ostatni z czterech to As Pik…
SHUTTAAH „The Image Maker Vols 1 & 2”
„The Image Maker Vol 1 & 2” jest zagadką swoich czasów nierozwiązaną do dnia dzisiejszego. Po części dlatego, że ten ultra rzadki podwójny album to jeden wielki kryptogram dla miłośników winyli. Chociaż został nagrany we flagowej dla rocka progresywnego wytwórni Vertigo utwory nigdy nie doczekały się oficjalnego wydania i, co ciekawsze, nikt nie jest pewien, kto na nim grał. Brytyjskie rejestry praw autorskich nie ujawniają tożsamości autorów piosenek, a wszystkie informacje o sesjach nagraniowych zaginęły. Pewna jest tylko jedna rzecz: utwory zostały nagrane na acetacie w 1971 roku i podobno (informacja nie jest dokładnie sprawdzona) są w posiadaniu anonimowego kolekcjonera płyt, który udostępnił je firmie Shadocks Music. Ta wydała je na winylu i kompakcie w 2002 roku. To, czy jego sprawcy to anonimowi muzycy, czy też artyści zaangażowani w znane projekty są li tylko rozważaniem czysto akademickim i możemy sobie je odpuścić. Ja na pewno nie będę zgadywał kim byli – po prostu nie mam ani sił ani ochoty przedzierać się przez moje stare płyty i genealogiczne drzewa w poszukiwaniu wskazówek. Zresztą robili to już profesjonaliści i nic nie odkryli. Zastanawiam się za to nad jednym: jak to się stało, że tak wysoki poziom produkcji i kunszt kompozytorski został przeoczony i nie wydany?! Skandal!
Termin shuttah odnosi się do Biblii i w języku hebrajskim oznacza drzewo (prawdopodobnie akacjowe), z którego powstała Arka Przymierza. „The Image Maker” to złożone i różnorodne dzieło oddające hołd swojej epoce. Muzycy stworzyli undergroundowy album koncepcyjny, gdy ta koncepcja była jeszcze nowa, albo przynajmniej ciepła i koncentruje się na angielskich stuletnich doświadczeniach wojennych w połączeniu z Biblią. To barwna, pięknie wyprodukowana mieszanka ciężkich riffów organowych, gitary fuzz, basu, perkusji, dziwnych dęciaków i miażdżąca ściana przeróżnych dźwięków. Jest tu miejsce na rock progresywny, blues, jazz, awangardę. Czasem zespół skręca w stronę bar rocka szczególnie gdy próbuje grać bardziej przystępnie, ale nawet i tu partie instrumentalne są najwyższej klasy. „Run Bull” z pierwszej płyty to utwór, z którym zawsze ciężko mi się rozstać. Riffy wielkości czołgów, fuzz organowy niczym chmury burzowe, halucynogenne fragmenty wojskowych efektów dźwiękowych i odlotowy saksofon, który mógłby pochodzić od Sony Rollinsa, albo gościa z „Angel’s Egg” grupy Gong. Niesamowite! Nie będę opowiadał o innych, by nie psuć zabawy w wielowarstwowym odkrywaniu tej podwójnej płyty, gdzie utwór goni utwór i nie ma czasu na mrugnięcie okiem. Wszystkie są autentycznie pomysłowe, eksperymentalne i dowodzą, że rock progresywny to objawienie na miarę Biblijnego cudu. Kimkolwiek byli muzycy stojący za tym projektem mieli olbrzymią wyobraźnię i talent. Szkoda, że nie udało się ich zidentyfikować. Zresztą pal licho personalia… chodzi o to, by podziękować im za tak genialną pracę.










































