JADE WARRIOR „Eclips & Fifth Element” (1973); PETER BARDENS „Long Ago, Far Away” (1969-1971).

Zaginione nagrania wciąż są rzadkością, a ich pochodzenie często bywa niejasne. Często zachodzę w głowę jak to możliwe, że album jest nagrywany, a potem odkładany na półkę i nigdy niewydany, a nawet skasowany… Albo, że nagrane i nieodsłuchane taśmy leżą pokryte grubą warstwą kurzu w jakiejś piwnicy, lub starym strychu, o których zapomniał cały świat. Gdzie sens i logika? Ogrom pracy, w którą zaangażowanych było wiele osób poszedł na marne. Patrząc wstecz podobna sytuacja przydarzyła się pomysłowemu i dość oryginalnemu Jade Warrior. Pomimo nagrania wystarczającej ilości materiału na dwa nowe albumy studyjne Vertigo bezceremonialnie porzuciło ich, co spowodowało wewnętrzne nieporozumienia w zespole i doprowadziły do ​​jego rozpadu.

Przypomnę, że pierwsze trzy albumy nagrane dla tej wytwórni były tyglem ciężkiej psychodelii, folku, muzyki świata i jazz fusion. Bardziej marzycielski, egzotyczny styl, w który weszli po przejściu do Island Records, stał się ich znakiem rozpoznawczym, a albumy takie jak „Floating World”, „Waves” i „Kites” charakteryzowały się znacznie bardziej zrelaksowanym brzmieniem muzycznych krajobrazów przesiąkniętych Dalekim Wschodem. Kiedy Vertigo zrezygnowała z zespołu wspomniane nagrania z 1973 roku zatytułowane „Eclips” i „Fifth Element” odstawiono na półkę, gdzie przeleżały przez cztery dekady. Najbardziej dopracowany „Eclips” miał próbne tłoczenie na winylu, zaś „Fifth Element” istniał wyłącznie na taśmie. Zremasterowane utwory z oryginalnych taśm matek zostały zebrane w podwójnym pakiecie „Eclipse & Fifth Element: The 1973 Recordings”, który Esoteric Recordings wydało 27 stycznia 2023 roku.

Najwięcej korzyści z tych zaginionych nagrań odniosą zapewne fani wczesnych produkcji zespołu. Instrumentalny i ciekawie zatytułowany „On The Mountain Of Fruit And Flowers” ​​Jona Fielda z jazzowym zacięciem zdaje się balansować na granicy między erą Vertigo, a Island. Delikatny, refleksyjny „We Are The One” zaczyna się uroczym fletem i naiwnym tekstem. Dziś wydaje mi się „tylko” czarujący, ale wtedy przewracałbym z zachwytu oczami. Akustyczne ballady, jak leniwy, melancholijny „English Morning” i śliczne „Annie” (list do wyimaginowanej osoby) lśnią pełnym ciepła blaskiem, ale już radosny „Yam Jam” w stylu Santany nie do końca pasuje mi do tych wczesnych albumów. Ciężki rock również nie jest im obcy, czego przykładem „Too Many Heroes” balansujący między ostrymi riffami i piskliwymi solówkami, czy „Holy Roller” z wokalem emanującym potężnymi wibracjami w stylu Daevida Allena z Gong. Nietypowa aranżacja „Soldier Song” ma hipnotyczną perkusję z dziwacznym śpiewem, zaś instrumentalny „Sanga” i „Discotechnique” to kolejne faworyty, które mogą pochwalić się smakowitą perkusją w  niepowtarzalnym stylu Jade. Centralnymi punktami kolekcji są z pewnością dwa ośmiominutowe mini eposy. Afrykański „Mwenga Sketch” prezentuje ogniste bębny i szaloną gitarę, a nieustępliwy „House Of Dreams” eksploduje jak dźwiękowe zderzenie Fiata 126p z ciężarówką marki „Kamaz”.

Bądźmy szczerzy – archiwalne wydawnictwa wypełnione nagraniami poniżej standardu i niedbałym przywiązaniem do szczegółów często cuchną chwytem na kasę. Zapewniam, że w tym przypadku materiał jest równie mocny jak to, co było bezpośrednio przed i po. Szczerze mówiąc, wszystko to powinno zostać wydane pięćdziesiąt lat temu – szkoda, że ​​tak się nie stało. Mam ogromną nadzieję, że zmieni się to teraz, gdy trafiły one z powrotem do obiegu i będą gratką dla nowej grupy słuchaczy. Jako fan obu er zespołu mogę szczerze powiedzieć, że ta kolekcja warta jest posiadania.

Idąc tym tropem kolejna moja propozycja zainteresować powinna nie tylko wielbicieli zespołu Camel. Tym razem Esoteric prezentuje wczesne solowe albumy jej legendarnego klawiszowca, Petera Bardensa. Te stare skomplikowane i wypolerowane nagrania podane są na srebrnej tacy (dosłownie) w dwupłytowej antologii  „Long Ago, Far Away: The Recordings 1969 – 1971″ wraz ze smaczkami  z tego okresu, w tym singlami i odrestaurowanymi okładkami. Oczywiście, zagorzali fani Camelheadów znają tę część muzyki, ale są tacy, którzy nigdy nie słyszeli z nich ani jednej nuty.

Zanim Bardens założył z Latimerem Camel wcześniej grał na klawiszach w kilku zespołach, w tym The Cheynes, we własnym Pete B’s Looners z Mickiem Fleetwoodem, Village z Brucem Thomasem, późniejszym basistą The Attractions Elvisa Costello i epizodycznie z Them Vana Morrisona. Zagłębiając się w szczegóły odkrywamy zaskakujący wachlarz stylów, od bluesowego hard rocka po psychodeliczny pop, od kosmicznych stonerowych piosenek po brutalne instrumentalne popisy. Pod koniec lat 60-tych Bardens zaczął dryfować w stronę rozwijającej się sceny progresywno psychodelicznej. Dwa albumy, które zaznaczyły ten przejściowy okres miały niewiele wspólnego z poprzednimi zespołami. Nie zapowiadały też późniejszych pięknych dzieł Camela. Klimat, z pewną dawką głupoty dorzuconą dla dobrej miny, był raczej „odjechany”, ale granie jest często spektakularne, zwłaszcza gdy Bardens i spółka zabierają się na serio za improwizowanie. Ta „wesoła” spółka to między innymi Peter Green, Bruce Thomas i Reg Isidore. Mówiąc humorystycznie, żadnych zbędnych dodatków.

„Muszę znowu być naćpany, by oczyścić umysł” – intonuje Bardens w epickim, pachnącym marihuaną utworze „I Can’t Remember”, w którym połączone partie organów i gitary rozchodzą się, by zatańczyć bitwę. Bardziej soulowy „Feeling High” powraca do tego tematu, a „The Answer” stawia byłego kolegę z zespołu, Petera Greena na czele z jego płynną i elektryzującą gitarą. Słoneczny „I Don’t Want To Go Home” podkreślony figlarnym fletem i perkusją radośnie podskakuje, a „Write My Name In The Dust” to utrzymany w średnim tempie utwór z organami i spokojną atmosferą. Blues rockowa hybryda „Don’t Goof With A Spook” jest akcentowana trzaskającymi kongami i przesiąknięta piskliwą gitarą, a podwójne uderzenie Bardensa w postaci organów i szyderczego wokalu nadaje utworowi nutę grozy.

Uroczo pretensjonalny tytuł „Homage To The God Of Light” zdobi trzynastominutowy psychodeliczny festiwal dziwactw zamykający oryginalną płytę „The Answer”. W rzeczywistości został on przeniesiony z ostatniego zespołu Bardensa, Village, gdzie był podstawą występów tria na żywo. Ten wir energii to ogromny atut. Numer zbudowany na przesterowanych organach Hammonda i olśniewający wszechstronną magią miał długą żywotność. Wystarczy powiedzieć, że Camel grał go na swych pierwszych koncertach, a podzielony na dwie części został wydany we Francji na singlu w 1971 roku. I ta wersja jako bonus ma tu swoje miejsce.

W epoce Village zdołał nagrać jeden singiel zanim zespół zakończył działalność. „Man In The Moon” z domieszką Pink Floyd ery Syda Barretta, został wydany latem 1969 roku przez wytwórnię Head. Na na stronie „B” wspierał go pełen energii instrumentalny „Long Time Coming” inspirowany twórczością Gustava Holsta emanując przebłyskami wczesnego Yes i Deep Purple. Oba brzmią bardzo autentycznie i wciąż przyjemnie się ich słucha. Tak na marginesie jestem ciekawy, ile utworów wydanych w tym roku będzie nadawało się do słuchania w roku 2075..?

Choć nie ma tu żadnego „gniota” nie każdy numer jest hitem. Oparty na fortepianie „Sweet Honey Wine” balansuje między radosnym, a marzycielskim klimatem i choć go uwielbiam za to, że jest taki urokliwy przyćmiewają go mocniejsze utwory. „Simple Song” ma dobry, klasyczny charakter nadający się do wspólnego śpiewania, ale brzmi bardziej jak strona „B” przeciętnego singla. Instrumentalny „My House”, choć zawiera kilka fajnych fragmentów sugerujących przyszły zespół Bardensa pomimo swojej długości ostatecznie prowadzi donikąd. No cóż… każde dwie godziny muzyki mają swoje wzloty i upadki. Na szczęście te pierwsze zdecydowanie górują!