Jak co roku w pierwszych dniach listopada wspominamy tych, co odeszli na „drugą stronę tęczy”. W pierwszej kolejności są to nasi najbliżsi, potem wspominamy innych, także artystów i muzyków. Może zaskoczę wielu, ale w tym roku moje myśli powędrowały do Jonathana Davida Samuela Jonesa, lepiej znanego jako Jo Jones. Kojarzycie..? Jones, który zmarł w 1985 roku, był perkusistą w legendarnej grupie jazzowej All-American Rhythm Section wspólnie z Walterem Page’em na basie, Freddie Greenem na gitarze i z Count Basie na fortepianie.
Jones urodził się w Chicago w 1911 roku i od najmłodszych lat wyróżniał się szeroką gamą artystycznych talentów. Oprócz perkusji grał na saksofonie, pianinie, świetnie stepował (wygrywał konkursy i stepował na pokazach karnawałowych), a poza muzyką zachwycał akrobatycznymi umiejętnościami. Pod koniec lat dwudziestych przeprowadził się do Alabamy, gdzie zaczął grać w Blue Devils z Walterem Page’em, Freddie Greenem i Lesterem Youngiem tworząc najlepszą sekcję rytmiczną w historii przedwojennego jazzu! Jego osobliwa gra na perkusji nabrała kształtów, gdy w 1936 roku przybył do Nowego Jorku z Countem Basie i jego grupą Baron’s Of Swing będącą trzonem późniejszej Orkiestry Counta Basiego. W ciągu kilku następnych lat Jones stał się idolem setek perkusistów w całym kraju, którzy naśladowali jego styl. Jak pokaże historia miał on wpływ na późniejszych wielkich perkusistów jak Buddy Rich, Roy Haynes, czy Louie Belson. Jedna z największych legend jazzowego bee bopu, Max Roach, który współpracował z Dizzy Gilespi, Charlie Parkerem, Duke’em Elllingtonem, czy Sonny Rollinsem chodził na jego występy do West End Jazz Club w Nowym Jorku, aby go podpatrywać i uczyć się całej gamy jego technicznych zagrywek. Znakomity dziennikarz i historyk jazzu Bruce’a H. Klaub podsumował w jednej ze swoich publikacji znaczenie Jonesa i jego wpływ na jazzową perkusję słowami, które do dziś są cytowane: „Jeśli Maxa Roacha i Kenny’ego Clarke’a uważa się za ojców współczesnych perkusistów, to Jonathan „Jo” Jones jest ich ojcem chrzestnym.”
Wiele rzeczy w grze na perkusji (jak choćby talerz ride) dzięki Jonesowi i jego innowacyjnemu podejściu dziś uznawane są za oczywiste. Był jednym z pierwszych, który w swoim zestawie używał miotełek i zadbał, aby hi-hat nie tylko utrzymywał rytm, ale także oferował szeroki wachlarz wariacji tonalnych przyczyniając się do harmonii, ale jej nie zakłócając. Był też jedyny w tych czasach, który uważał, że zestaw perkusyjny ma być melodyjny. Swoim adeptom do znudzenia powtarzał: „Grając na perkusji nie wal w bębny jak idiota, tylko na nich graj.” Jego styl był organiczny, ciepły, a płynność, precyzja i puls nadawały jego nagraniom indywidualny charakter. W przeciwieństwie do dominującego wtedy przez perkusistów ciężkiego stylu gry, którzy uporczywie uderzali w bęben basowy, Jones całkowicie go pomijał. Elegancja była cechą definiującą jego grę, a on sam, ze względu na swoją dogłębną technikę, zdawał się nie wkładać żadnego wysiłku w improwizację. Przypominając sobie szalone wyczyny Keitha Moona, którego po występie techniczni wynosili ze sceny omdlałego i skrajnie wyczerpanego, szyk, wdzięk i elegancja Jo Jonesa była jak z innej planety.
Pomimo promiennego uśmiechu i ekstrawertycznej showmańskiej postawy, którą możemy zobaczyć w nagraniach z tamtych lat, Jones miał silny charakter. Jedna z najsłynniejszych anegdot w historii jazzu dotyczy pewnej nocy z 1937 roku, kiedy to rzucił talerzem perkusyjnym w młodego Charliego Parkera rozwalając mu głowę tylko za to, że ten nie nadążał za akordami granego przez nich utworu. Parker przyznał po latach, że to wydarzenie w pewnym sensie przyczyniło się do rozwoju jego talentu i stania się gwiazdą jazzu. Tę anegdotę wykorzystano w 2014 roku w filmie „Whiplash” Damiena Chazzelle’a opowiadającym historię młodego perkusisty dążącego do perfekcyjnego opanowania gry i jego bezwzględnego, srogiego nauczyciela stosującego niekonwencjonalne metody (w tym rzucanie bębnami), który, jak się potem okazało, robił to dla jego dobra.

Mimo uznania wszelkich zasług, w latach 70-tych Jo zaczyna być postacią nieco zapomnianą, kimś z dawno przebrzmiałej epoki, co skłoniło go do emigracji do Europy. Osiadł we Francji i w 1973 roku, nagrał album „The Drums”. Rozpoczyna się słowami: „Panie i panowie, to nagranie eksperymentalne. Jest eksperymentalne dla mnie i mam nadzieję, że będzie takie dla was. Perkusja jest ojcem sekcji rytmicznej i zawsze będzie otaczać się tajemnicą. Jej cząstkę uchylę wam tutaj.” Faktycznie, to bardziej zapis kursu dla początkujących perkusistów w formacie LP, niż płyta stricte muzyczna. Jak można było się spodziewać nie odniosła komercyjnego sukcesu.

W 2018 roku ukazała sią jej rozszerzona, dwupłytowa reedycja, którą wydawcy tak ją zarekomendowali: „To jedna z najbardziej „kultowych” płyt eksperymentalnych w całej historii jazzu. Jo Jones, znakomity perkusista, pionierski reformator o niezrównanej technice daje nam tutaj pełną demonstrację swojej sztuki. Płyta CD 1 poświęcona jest technice gry na perkusji, podczas gdy płyta nr. 2 koncentruje się na wielkich historycznych perkusistach klasycznego jazzu.” Nagrania zostały zdigitalizowane, odrestaurowane i ponownie złożone przez Laurenta Verdeaux, który zaproponował również rozszerzone wersje zwiększając ich historyczną wartość. To zestaw nie tylko dla perkusistów, niezależnie od tego, czy są amatorami, czy ekspertami, ale również dla muzyków, fanów jazzu, historyków muzyki i twórców wszelkiego rodzaju beatów. Do dziś nie mogę uwierzyć, że wygrzebałem ją z wielkiego kosza z płytami stojącego przy wejściu do jednego z londyńskich supermarketów na Oxford Street płacąc za nią… 1.99 funta!
Jo Jones był rozchwytywanym perkusistą, który dzielił scenę z legendami jazzu i grał na ich płytach. Jako, że lista jest długa ograniczę się jedynie do nazwisk kilku wybitnych artystów jak Billie Holiday, Art Tatum, Duke Ellington, Count Basie, Coleman Hawkins, Roy Eldridge, Lester Young… W późniejszych latach nazywano go „Papa” Jo Jones i uważano za mądrego, do bólu szczerego starszego pana z manierami arystokraty. I przyznam, że takich postaci w dzisiejszej muzyce bardzo mi brakuje.

