Życie i granie muzyki garażowych zespołów w Nowej Anglii w połowie lat 60-tych miało ten sam scenariusz: zabawa, dziewczyny, jointy palone w ukryciu, trochę alkoholu… Niemal wszystkie zaczynały od grania coverów w lokalnych klubach, prywatnych imprezach, szkolnych zabawach. Czasami nie miały oficjalnej nazwy, często zmieniały skład. Zespół Rogera Goodspeeda założony w 1965 roku nazywał się The Inside Out i co tydzień pojawiał się na potańcówkach. Oczywiście grali „Glorię” i to wcale nie dlatego, że ma tylko trzy akordy. Jesienią 1966 roku Roger rozpoczął naukę w Taft, prywatnej szkole z internatem w Waterbury, podmiejskim miasteczku 80 kilometrów od Nowego Jorku w stanie Connecticut. To właśnie tu, w październiku 1968 roku powstał zespół Catherine’s Horse, którego nazwa żartobliwe nawiązywała do carycy Katarzyny Wielkiej i jej rzekomo nieokiełznanego temperamentu seksualnego. Obok Rogera grającego na perkusji w jego składzie znaleźli się John Hyland (bas), Putman Smith (gitara prowadząca), Jay Geary (gitara, pianino) i Jay Brown (organy). Od czasu do czasu dołączał do nich grający na saksofonie David Bodine, ale nigdy nie był formalnym członkiem zespołu.
Początkowo repertuar opierali na popularnych przebojach. Jay Gear: „Nasze brzmienie było surowe. Grywaliśmy mnóstwo okropnych popowych coverów zanim przeszliśmy w stronę rock’n’rolla z wpływami bluesa. Słuchaliśmy wtedy dużo The Steve Miller Band, Electric Flag, Paula Butterfielda, The Blues Project”. Zaś Roger dodaje: „Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas mógł to wszystko wtedy poskładać. No, może poza Putem Smithem. Jedynie on to jakoś ogarniał.” Zaczęli pojawiać się na potańcówkach i imprezach organizowanych w pobliskich szkołach dla dziewcząt. Mieli również dość regularne występy w Waterbury, grali koncerty w różnych miejscach, od Pittsfield w stanie Massachusetts, po liczne kluby plażowe na wybrzeżu Connecticut. „Podczas jednego z koncertów David Bodine wdał się w bójkę z kimś kto skrytykował naszą muzykę” – wspomina Jay – „Ale ogólnie byliśmy dość popularni w lokalnej społeczności, mieliśmy stałych fanów, a nawet groupies.” Potrafili dać świetny rockowy set, zbierali mnóstwo komplementów i byli uważani za najlepszy zespół w okolicy. Chociaż preferowali bluesa musieli również spełniać prośby publiczności i grać aktualne przeboje szczególnie gdy grali w tamtejszych tancbudach. Czy trudno było połączyć szkołę i ciężką muzykę pod jednym dachem? „Nie!” – mówi Roger – „W tym czasie wszyscy mieszkaliśmy na terenie kampusa i nie mieliśmy problemów ani z dyrekcją ani z nauczycielami. Trzymaliśmy instrumenty w szafkach w pobliżu sali prób, mogliśmy ćwiczyć po lekcjach i w weekendy.” Jedyne czego nie mogli robić, to przyjmować pracy poza uczelnią bez zgody dyrekcji. dopóki szkolne władze nie wyrażą zgody. A ta i tak podejrzewała, że grając poza kampusem nie byli aniołkami skoro w grudniu 1968 roku usunęli Rogera z Taft za „lekceważące podejście do obowiązującego regulaminu”. Na szczęście przyjęto go do lokalnego, publicznego liceum i wciąż grał z zespołem.

W ostatnim roku nauki Put Smith i Jay Geary zaproponowali swoim nauczycielom projekt zatytułowany „Blues jako wyraz kultury Afroamerykanów” w dużej mierze oparty na zainteresowaniu Puta chicagowskim bluesem i jego korzeniami z delty Missisipi. Miało to być studium historyczne podparte fragmentami muzyki, w domyśle nagraniami Catherine’s Horse. Sprytny plan dzięki któremu szkoła zapewniła im pokrycie kosztów nagrania. Znalezienie studia, realizatora dźwięku, oraz odpowiednich narzędzi do realizacji było kwestią dni. Put Smith: „Pomysł był genialny. Jedyne, czego teraz żałuję, to to, że nie nagraliśmy więcej naszych numerów.” Album został nagrany w nowojorskim studio Sound Ideas Recording przez George’a Klabina, później znanego i cenionego producenta jazzowego. Jego wybór nie był przypadkowy. Klabin ukończył Taft w 1964 roku, potem studiował na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, gdzie pracował jako radiowy DJ, ale wciąż miał dobre kontakty ze starą szkołą. Studio działające od 1969 roku było jednym z miejsc, które Columbia wykorzystywała do jazzowych nagrań. Można więc przyjąć, że nagranie płyty w marcu tego roku być może było jedną z pierwszych sesji. Wszyscy byli podekscytowani; żaden z nich nigdy wcześniej nie był i nie nagrywał w profesjonalnym studiu. Chcieli zrobić dużo więcej, ale budżet był ograniczony. Płytę nagrali w siedem godzin i została wytłoczona w nakładzie 500 egzemplarzy bez okładki, rozprowadzana w brązowych papierowych kopertach z odręcznie napisaną nazwą zespołu. Późniejsze reedycje opatrzone tytułem „Garage Blues From Connecticut” miały taką samą okładkę różniące się jedynie kolorem.

Ze względu na jej rzadkość jest to wciąż mało znane wydawnictwo nawet wśród dzisiejszych kolekcjonerów płyt i uhonorowane pięcioma gwiazdkami w książce Hansa Pokory „1001 Record Collectors Dream Book”. Ci, którzy znają ten album, doceniają go za świeże brzmienie i przejrzystą produkcję. To album z białym blues rockiem z silnym garażowym brzmieniem stworzony przez młodych licealistów, którzy nigdy nie grali zawodowo. W mojej skromnej ocenie jest on niesamowity. Utwory, poza jednym wyjątkiem, to klasyczne, często nastrojowe bluesowe covery z przyjemnymi aranżacjami niekiedy przechodzące w lekkie rockowe motywy stylem nawiązujące do wczesnego Paul Butterfield Blues Band i do The Blues Project.

Tak więc mamy tu takie standardy jak „Get Out Of My Love” Allena Toussainta po raz pierwszy nagrany przez Lee Dorseya w 1966 roku, klasyk klasyków, czyli „Good Morning Little School Girl” Sonny Boy Williamsona znakomicie zaśpiewany głosem o niskich dołach. Chłopaki nie ukrywali, że w szkole namiętnie słuchali płyt Stones’ów, więc nie mogło zabraknąć tu kompozycji „Good Times, Bad Times” napisanej przez Jaggera i Richards, po której słyszymy numer Johna Lee Hookera, „Think Twice”. Pierwszą stronę zamykają własnym kawałkiem, „Sun Going Down”. Utrzymany w mrocznej, onirycznej atmosferze pokazuje talent i potencjał jaki w nich drzemał. Faktycznie, należy żałować, że nie nagrali więcej swoich numerów – ten tylko zaostrzył mi apetyt.

Drugą stronę otwiera „Rocket 88” Ike’a Turnera i Jackie Brenstona z 1951 roku kiedy termin „rock and roll” nie był jeszcze powszechnie stosowany. Był to tytułowy utwór z płyty „Rocket 88” zespołu Delta Cats prowadzonego przez Brenstona. Jak ja się ucieszyłem, że ktoś go przypomniał! Okoliczność w jakich powstał obrósł legendą. Muzycy Delta Cats w przedziale wiekowym 17-20 lat, podróżowali do Memphis, aby nagrać singla. Podczas jazdy Autostradą 61 z bagażnika samochodu wypadł wzmacniacz z głośnikiem i, delikatnie mówiąc, „trochę” się poturbował. Właściciel studia, Sam Phillips zakleił uszkodzone membrany papierem, co zmieniło jego brzmienie. Wielu historyków uważa, że dzięki temu zniekształcony dźwięk gitary, oraz surowa, młodzieńcza energia i porywający rytm boogie czynią go pierwszym przykładem rock and rolla. Wersja Catherine’s Horse nieco odbiega od pierwowzoru; zabrakło mi tu znakomitej partii saksofonu, który w oryginale kradnie show, ale zastąpienie pianina organami to już kapitalny pomysł. Jay Brown popisał się na nich fantastycznymi solówkami! Dalej mamy jeden z moich ulubionych bluesowych klasyków, „Can’t Keep From Cryin’ ” Blind Willie Johnsona, tym razem z gitarową solówką Puta Smitha, a tuż potem „One More Mile” Muddy Watersa. Płytę kończy „Mind To Give Up Livin’ „, jeden z najbardziej lirycznych bluesów BB Kinga od lat coverowany przez wielu artystów z Fleetwood Mac i Paulem Butterfieldem na czele. Liryczny tytuł odzwierciedla temat rozpaczy i przekonania, że po straconej miłości lepiej umrzeć, niż żyć ze złamanym sercem. Jak więc widać „Garage Blues From Connecticut” to w stu procentach autentyczne wydawnictwo i godna pozycja dla wielbicieli bluesa i kolekcjonerów płyt końca lat 60-tych.
Dzisiaj Put Smith i Jay Geary są prawnikami – pierwszy w Georgii, drugi na Florydzie. John Hyland jest chiropraktykiem w Kolorado, a Jay Brown prowadzi sklep w New Hampshire. Roger Goodspeed pracował w kancelarii prawniczej. W 2006 roku kupił dom, sam go wyremontował i obecnie jest na emeryturze. Mimo, że instrumenty dawno im zamilkły, ich muzyka nie przestaje grać.
Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z kilkustronicowej wkładki dołączonej do płyty. A, i jeszcze jedno – gdyby nie jeden z moich wiernych Czytelników, który uświadomił mi, że jest taki zespół i taka płyta, pewnie tej historii tutaj dziś by nie było. Janusz – dziękuję.