W kolorze klonowego liścia. MAX WEBSTER (1975-1980)

Niewtajemniczonym zawsze jestem zobowiązany wyjaśnić, że Max Webster to nazwa zespołu, a nie personalia artysty. Jeśli jednak mówić o jedynym, w miarę rozpoznawalnym osobnikiem, zdecydowanie wskazałbym wokalistę i gitarzystę, Kima Mitchella. Mając za sobą tę małą formalność dodam, że Max Webster był jednym z niewielu zespołów, który dorównywał popularnością grupie Rush. Przynajmniej w Kanadzie. Bliskość Rush (ta sama okolica, wspólne trasy koncertowe, a nawet wspólne nagranie) to jeden z wielu elementów, które pomogły mu zyskać popularność. Poza granicami kraju ich nazwa nie jest zbyt znana wśród masowego odbiorcy muzyki progresywnej. Większość lojalnych fanów grupy (szczególnie w Ontario) twierdzi, że to największa  porażka w historii kanadyjskiego przemysłu muzycznego. Po przesłuchaniu debiutanckiego albumu powód legendarnego statusu może niektórych mocno zdziwić. Max Webster fenomenalnie grał na żywo i wielu ludzi w tamtym czasie było rozczarowanych krążkiem, który nie do końca oddał spontaniczność i specyficzny humor zespołu. Mimo to dziś jest kanadyjskim klasykiem granym w domowym zaciszu i ogrodach podczas letnich przyjęć.

Zdjęcie promocyjne z 1976 roku.

W momencie założenia (Sarnia, rok 1973) skład zespołu oprócz wspomnianego, nieobliczalnego i zakręconego gitarzysty Kima Mitchella tworzyli: szalony naukowiec przyklejony do klawiszy Terry Watkinson, energiczny basista Mike Tilka i potężny perkusista Paul Kersey. Bardzo ważną dla nich postacią był Pye Dubois, autor tekstów współpracujący z Rush. Była to najdłużej istniejąca wersja zespołu w tym składzie dająca ponad dwieście koncertów rocznie!

Debiutancki album nagrany w 1975 roku był zwieńczeniem kilku lat solidnych występów kreując się w tym okresie na swego rodzaju parodię zespołu rockowego, a mówiąc bardziej kolokwialnie, zespołu anty rockowego. Złośliwi twierdzili, że w tym czasie lepiej radzili sobie w barach niż na scenie, ale kto by tam słuchał takich trolli…

Front okładki debiutanckiej płyty (1976)

Zastanawiam się ilu artystów zaczyna swoją dyskografię od gitarowego sprzężenia zwrotnego, prowadzącego do sugestywnego muzycznego i tekstowego opisu po wypiciu wielu drinków, a mimo to brzmiącego jak nikt inny? No ilu..? Otwierający tę płytę „Hangover” (tłum. kac) napisał Mitchell, a teksty Dubois dają do zrozumienia, że ​​nie będą tym, który brzmi tak samo przez kilka minut. I to im się naprawdę udało. Muzyka pozostaje interesująca tak przy dziesiątym jak i dwudziestym przesłuchaniu. Numer stał się ich „Stairway To Heaven,” którego publiczność domagała się podczas każdego koncertu… „Here Among The Cats” miał trzy różne aranżacje – ta jest najbardziej zgrana i podkreśla talent całej czwórki. Unikalne brzmienie zespołu jest już widoczne, a jego sekretnym składnikiem są klawisze Terry’ego Watkinsona. Najbardziej komercyjny „Blowing The Blues Away” z pięknymi chórkami wyszedł na singlu, za to „Summer Turning Blue” to pierwszy przejaw prawdziwego kunsztu lirycznego Pye’a Dubois. Jego geniusz był niemal zawsze subtelny; w tym przypadku jest to opowieść o nieodwzajemnionej miłości, która przekroczyła termin ważności. „Toronto Tontos” prezentuje ich dwuznaczny humor. Na płycie trwa niecałe cztery minuty, ale szybko stał się centralnym punktem ich występów z wydłużoną środkową częścią, podkreśloną akrobatyką Mitchella i wygłupami z basistą.

Tył okładki.

Strona druga zaczyna się od zabójczego riffu, równie świetnego, jak wszystko, co wymyślili Page i Iommi. „Coming Off The Moon”, bo o nim mowa, jest opowieścią o wyjściu z narkotykowego tripu i był jednym z ulubionych utworów granych na żywo, aż do rozpadu zespołu. Wpływ Franka Zappy słychać we wstępie do „Summer’s Up”, a Terry Watkinson jest jego gwiazdą. Nawet ze zmianami tonacji co osiem taktów utwór ani na chwilę nie traci swojej zwiewnej atmosfery. I naprawdę nie ma tu niczego, co brzmiałoby tak samo. Album zamyka „Lily”, pełen zwrotów akcji kanadyjski progresywny klasyk trwający osiem minut. Końcowe solo Mitchella pokazuje, jak nieszablonowym muzykiem był i nadal jest. Daleko mu do pentatonicznej pułapki i o lata świetlne wyprzedzał większość swoich rówieśników. Mając nieco ponad 20 lat, był bliższy Steve’owi Howe i muzykom jazz fusion, co stało się jeszcze bardziej widoczne na kolejnych albumach. „Nie, może nigdy nie będę bogaty” nuci Mitchell w „Lily”. W sprawiedliwym świecie byłby ponieważ trzy kolejne płyty zespołu były równie dobre, jak te najlepsze wydane w tych latach na Wyspach Brytyjskich.

Basista Mike Tilka, powiedział, że ich pierwszy album brzmi jak pierwszy, a drugi, „High Class In Borrowed Shoes” jak czwarty. Wynika to głównie z faktu, że perkusista Gary McCracken zastąpił Paula Kerseya, wynosząc ich brzmienie na zupełnie nowy poziom. McCracken nagrywał ten album w studiu dosłownie kilka dni po swoim pierwszym koncercie w zespole. O ile debiut położył podwaliny pod ich twórczość, tutaj pokazują jak pomysłowi i autentycznie oryginalni byli. Album ma prawie 50 lat, a wciąż brzmi świeżo i ekscytująco jakby został nagrany wczoraj. Nawiasem mówiąc ile trzeba mieć humoru i dystansu do samych siebie, by zdecydować się na tak oryginalną okładkę.

Absurdalne teksty w utworze tytułowym idealnie uzupełniają pełną energii niekonwencjonalną aranżację muzyczną. To prawdziwy kanadyjski klasyk, który Kim Mitchell wykonuje do dziś, podobnie jak przepiękną balladę „Diamonds Diamonds”, jedną z pierwszych jaką w ogóle napisał. W „Gravity” Mitchell naśladuje Alexa Harveya, a w refrenach pręży muskuły zachęcając nas do odrobiny dzikości i nieuginania się pod ciężarem przeciętności. „Words To Words” to całkowicie pozbawiona klisz piosenka miłosna, której kulminacją są organy i wznoszący się wokal. Podoba mi się jak Watkinson dodaje kilka wspaniałych kontrapunktowych partii. Z kolei „America’s Veins” to jeden z wielu utworów w kanonie zespołu opowiadających o ich doświadczeniach (jak to ujął Robin Williams) „na strychu laboratorium metamfetaminy”. Podobnie jest z „Oh War!”, które opowiada o kompleksie militarno-przemysłowym, w sposób tak dosadny w jaki nikt inny nie poruszał tego tematu w 1977 roku. Początek to odgłosy samolotów bojowych, perkusja i gitara imitują strzały z broni palnej, zaś klawisze syrenę alarmową. Absolutne mistrzostwo i jeden z najlepszych utworów protestacyjnych tamtych czasów. „On the Road” dorównuje najlepszym utworom muzyków-wojowników, jaką kiedykolwiek napisano, po którym następuje „Rain Child” z wokalem Watkinsona. „In Context Of The Moon” przekazuje w pięć minut więcej niż większość zespołów progresywnych w dwadzieścia pięć. Utwór opowiada o fellatio i zawiera zarówno liryczne, jak i muzyczne ilustracje seksu, prowadzące do wielu kulminacji. Nie próbujcie zamieszczać go na Facebooku – na bank dostaniecie bana!

Pod koniec 1977 roku kolejna zmiana personalna zapoczątkowała sesje nagraniowe trzeciego albumu, „Mutiny Up My Sleeve”. Dave Myles zastąpił Mike’a Tilkę, który ostatecznie dostał pracę w firmie menedżerskiej. Mało znanym faktem jest, że Billy Sheehan, amerykański wirtuoz gitary basowej był pierwszym wyborem Mitchella na następcę Tilki. Terry Brown (tak, ten od płyt Rush), który wyprodukował dwa poprzednie albumy odszedł w trakcie sesji, a jego miejsce zajął… Tilka.

Myles i McCracken znali się od lat więc od razu zgrali się z zespołem. Jednak droga do mety była wyboista, ponieważ początkowa lista utworów jeszcze z Brownem na pokładzie, do wersji finalnej poddanej drobiazgowej analizie przez Tilkę znacznie się różniła. Na szczęście jakoś sobie z tym poradzono. Otwierający „Lip Service” to kanadyjski odpowiednik „eat the rich” (dosłownie: zjedz bogatych), będący antykapitalistycznym sloganem oznaczający bunt przeciwko wyzyskowi klasowemu. Pierwotnie był to prześmiewczy utwór w stylu disco, pełen dziwacznych riffów i kąśliwego sarkazmu. Wersja płytowa jest bardziej zwięzła i efektowna. Melodyjna, jazzowa kompozycja „Astonish Me” Watkinsona kończy się gitarowym solo z powolnym wyciszeniem, zaś „Let Your Man Fly” brzmi jak odgrzewany kotlet z debiutanckiego albumu z tym, że nowatorskie solo na klawiszach w outro sprawia, że ​​jest on daleki od wtórności. Z kolei „Water Me Down” to piękna ballada i jedna z niewielu kompozycji Mitchella z tego okresu, zaś „Distressed” opisujący napięty związek damsko-męski zawiera partie gitarowe w stylu Roberta Frippa.

Zdjęcie promocyjne z1978 roku

Choć pierwsza strona jest nierówna, druga może być najlepszą w ich dorobku. Zaczyna się od „The Party”, opowieści o dwóch groupies z nietuzinkową aranżacją muzyczną, która wymyka się wszelkim konwencjonalnym opisom. Nie ma niczego, co brzmiałoby podobnie w ich dorobku, a finałowy riff budzi podziw…„Waterline” to utwór najbardziej zbliżony do 12-taktowego bluesa jaki kiedykolwiek stworzyli. Wykonali go w sposób, w jaki tylko oni potrafili to zagrać zaskakując przy tym smakowitą solówką basową… Odchodząc od wszystkiego, co robili wcześniej, „Hawaii” zdecydowanie ma coś więcej niż tylko nutę Zappy z ich niepowtarzalnym charakterem. To, czy trafi w gust słuchacza to jedno, ale absolutnie nic innego na świecie nie brzmi tak dobrze. Ludzie nie byli obojętni wobec tego zespołu – albo go rozumieli i kochali, albo nie mieli pojęcia jak go ugryźć i go nienawidzili. Innych opcji nie było.

Zaczynając od greckiego tańca, którego Kim nauczył się, gdy przez sześć miesięcy mieszkał na Rodos tuż przed założeniem zespołu w 1972 roku, „Beyond The Moon” to majstersztyk futurystycznych tekstów i płynnego przeplatania się różnych złożonych sekcji. Kulminacją jest gitarowe solo – monolog Hamleta w wykonaniu Mitchella granym na tle opadającej progresji przy akompaniamencie organów i pedałów basowych Watkinsona. Oszczędne partie perkusyjne McCrackena dodają tu kolorytu czyniąc go najbardziej poruszającym momentem na płycie. Nawiasem mówiąc solówką tą Kim Mitchell (obecnie po siedemdziesiątce) do dziś kończy swoje koncerty…

Te cztery schizofreniczne utwory tylko na tej jednej stronie mają większą różnorodność, niż wielu artystów w całym swoim dorobku. Fakt, że nie zdobyły one należnej im sławy, to zbrodnia przeciwko ludzkości.

Max Webster osiągnął szczyt swoich możliwości w 1979 roku. Trudno wybrać między „High Class In Borrowed Shoes” a „A Million Vacations” i wskazać, który z nich jest mocniejszym albumem. Zwykło się mówić o pierwszym jako o tym, który najlepiej prezentuje się w windzie ze względu na jego przystępność, ale to w drugim wszystko się pięknie krystalizuje. Choć wkład muzyczny wszystkich muzyków na obu jest porównywalny wydaje się, że Terry Watkinson najbardziej rozwinął swój talent, co jest kluczowym wyróżnikiem dając „A Million Vacations” niewielką przewagę.

„Paradise Skies”, najweselszy kawałek w katalogu Maxa, był ich największym hitem sprzedającym się całkiem dobrze zarówno w Kanadzie, jak i w Wielkiej Brytanii… Mocny „Charmonium” to nie tylko życiowe dzieło Terry’ego Watkinsona, ale też najmocniejszy utwór w historii grupy, za który większość muzyków poważnie traktujących swój fach oddałaby wszystko… O „Night Flights” można napisać, że to trzy minuty popowej perfekcji. I tyle. A może aż tyle. W przeciwieństwie do lirycznych tematów z „Mutiny Up My Sleeve”, które były w dużej mierze mroczne, ale realistyczne, motywem przewodnim tego albumu był eskapizm czego przykładem instrumentalny „Moon Voices”, który z łatwością mógłby znaleźć się na albumie Weather Report.

Utwór tytułowy to pierwsza kompozycja perkusisty Gary’ego McCrackena stworzona dla zespołu. Ten robotniczy song, który potwierdza, że ​​„ulicą Main Street można jeździć tylko ograniczoną liczbę razy”, pozostaje kanadyjskim klasykiem. Muzyczna odyseja zupełnie inna niż wszystkie, „Look Out”, to jeden z najodważniejszych utworów w ich dyskografii, z partią samby, która wcale nie wydaje się wciśnięta na siłę. Tuż za nim komercyjny klejnot, „Let Go The Line”. Pierwotne, niedopracowane demo z sekcją jazzową w stylu fusion zostało przerobione przez autora (Watkinson) i producenta (John de Nottbeck) w utwór o poddaniu się „nieuniknionemu” i „ponadczasowemu”. Pojawia się też Orkiestra Symfoniczna z Toronto, przez co cała aranżacja nabiera innego wymiaru będąca przykładem, jak coś miernego może przeistoczyć się w coś fascynującego. Częściowo inspirowany ruchem new wave „Rascal Houdi” (wokal Mitchella i klawisze Watkinsona przywodzą na myśl Elvisa Costello) to opowieść o nastolatku na haju. Muzycznie jest zbyt interesujący, by uznać go za idiotyczny – bardziej za przykład nieklasyfikowalności Maxa Webstera. Żaden inny zespół nie miałby śmiałości nawet pomyśleć o napisaniu takiego utworu. Keith Richards go polubił, co jest czymś, co niewiele kanadyjskich zespołów może powiedzieć o swoich kompozycjach, a co dopiero o tak zwariowanych jak ta. „Research (At Beach Resorts)”, czyli letnia igraszka w wiejskim Ontario, w której zespół gra na pełnych obrotach nawiązuje do  lat spędzonych w barze. Swawolny tekst w oryginale został na potrzeby płyty lekko zmodyfikowany. Wspaniała wersja koncertowa z oryginalnym tekstem ukazała się prawie cztery dekady później w zestawie „The Party”.

 Na tym albumie nie ma ani jednej złej nuty, nietrafionego pomysłu. Świadomie starano się nadać mu nieco bardziej komercyjny charakter, zatrudniając nowego producenta. Ktoś miał nosa, bo wszystko zadziałało idealnie.

Kolejny krążek, „Universal Juveniles”, to album zespołu, który się rozpadał. Pomimo tego zainspirował on niezliczonych gitarzystów, w tym Paula Gilberta z Mr. Big. Zawiera też utwór nagrany wspólnie z Rush. To jedyny takich przypadek w historii Rush gdzie cała trójka zaangażowała się w projekt innego zespołu.

Terry Watkinson opuścił już wtedy zespół. Powstałą po nim lukę uzupełnili dwaj muzycy sesyjni. Zarówno Doug Riley, jak i David Stone grają świetne role, ale to Watkinson był spoiwem, które spajało zespół. Odczuwa się to w wielu, nawet w tych najlepszych utworach na tym albumie.

„In the World of Giants” najlepiej opisać jako shredder boogie rock. Gra Mitchella wciąż jest porywająca, a jego frazowanie nie przypomina niczego innego w świecie rocka – karygodnie niedoceniany muzyk i kompozytor… „Check” to trzy minuty energetycznego piękna, wypełnionego partiami gitary, których nikt z normalnie funkcjonującym mózgiem by nie stworzył. Jeśli uznać go za doskonały, to „April In Toledo” jest arcydziełem. Liryczny klejnot stworzony przez Duboisa w połączeniu z zachwycającą muzyką brzmi zupełnie inaczej niż cokolwiek innego przedtem i potem. „Juveniles Don’t Stop” jest jednym z niewielu kawałków, w którym melodie nie są najważniejsze i wcale mi to nie przeszkadza, bo zaraz potem mamy monumentalny „Battle Scar”. To pierwszy raz, kiedy dwa zespoły zostały nagrane jednocześnie w tym samym pomieszczeniu, a producent Jack Richardson (ten od The Guess Who) stał między nimi i dyrygował. To była jedna z ich wczesnych kompozycji, która z czasem się rozrosła, a zaproszenie Rush tworzy wrażenie bombastycznego brzmienia. Co ciekawe, dziewięćdziesiąt procent fanów Rush nigdy go nie słyszało! Nawiasem mówiąc, nagranie Maxa Webstera, które fani Rush słyszeli najczęściej to odgłosy tłumu w „The Spirit Of Radio” pochodzące z koncertu… Maxa z 1979 roku nagrany na potrzeby albumu „Live Magnetic Air”. 

Koperta, w której mieściła się płyta winylowa.

Napisany przez basistę Davida Mylesa i Pye’a Dubois „Chalkers” opowiada o wyścigach konnych i pełni funkcję autobiografii, a jego ukoronowaniem jest świetne solo na klawiszach. Tuż po nim „Drive And Desire”, który w formie piosenki tak jak tylko Dubois potrafił to wyczarować, staje się poradnikiem. Piękna kompozycja w każdym calu i jedna z najważniejszych w ich dyskografii… Niewiele zespołów (no, może poza punkowymi) potrafiło stworzyć zwrotkę z jednym akordem tak dobrze jak oni, a tak jest w „Blue River Liquor Shine”. Na papierze brzmi to jak katastrofa na miarę Titanica, ale końcowy efekt jest spektakularny. Ciekawostką w „What Do You Do With The Urge” jest to, że nastąpiła w nim pewna zamiana ról i miejsc. Kim McCracken zagrał tu na gitarze, a jego miejsce za bębnami zajął Mitchell. Gitarowy break Kima w środku nagrania daleki jest od banału, co mnie mile zaskoczyło… „Cry Out For Your Life” ze znakomitą gitarową solówką kończy album. Wyjątkowo genialne zakończenie nie tylko płyty, ale całego ich dorobku.

Głównie z powodu braku wsparcia ze strony branży, Kim Mitchell rozwiązał zespół w 1981 roku. To, że nie przetrwali dłużej miało też swój pozytywny wydźwięk – ich płyty nigdy nie były przeciętne. Pozostawili po sobie niezrównane dziedzictwo muzyczne i bez wątpienia byli jednym z najlepszych zespołów, jakie kiedykolwiek powstały w Kanadzie i jednym z najlepszych w historii rocka. Koniec. Kropka. 

Rzecz o reedycjach, czyli świńskie uszy nigdy nie zamienią się w jedwabną torebkę.

Nadchodzi ten czas, w którym oczy wszystkich zwrócone są na listy najlepszych nowych albumów roku – i nie bez powodu, bo przecież nowa muzyka to siła napędowa branży. Rzadziej można zobaczyć retrospektywy najlepszych pozycji na coraz bardziej imponującym i pomysłowym rynku „reedycji”. Podobnie jak płyty CD ewoluowały przez lata od leniwych i makabrycznych opakowań 4-stronicowej książeczki, topornego pudełka i srebrnej płyty, których wytwórnie płytowe używały w latach 80-tych, do digipaków i multifoldów, które dziś są normą, tak i reedycje przeszły podobną drogę. Tak na marginesie – jak słyszę, że ktoś woli plastikowe pudełka, bo można je wymienić jeśli pękły, podczas gdy tekturowych nie, ogarnia mnie śmiech. No halo! Okładki winylowych płyt ZAWSZE były papierowe i są „złotym standardem”. Ale odbiegłem od tematu. Jestem pewien, że wciąż pamiętamy te rzekomo „tanie” (czyt. paskudne) wydania pod nazwą „Classic Album Collection” z czterema, lub pięcioma płytami upchniętymi w tekturowym pudełku. Co prawda każda posiadała reprodukcję oryginalnej okładki, ale konia z rzędem temu, kto potrafił odczytać z nich jakikolwiek tekst wydrukowany drobnym maczkiem (nawet lupa nie dała rady), nie wspominając o braku rozkładówek. Ta naciągana praktyka wyszła z łask gdy wznowienia zaczęły być pakowane bardziej pomysłowo, z dołączonymi książeczkami, czytelnymi tytułami i informacjami o poszczególnych utworach. Nagle reedycje stały się pożądanymi przedmiotami i przestały być „cegłami” na półkach. Po części wynikało to też z konkurencji – rosnącej łatwości pobierania, lub zgrywania muzyki na elektroniczne nośniki. Nie mniej wielu z nas potrzebowało bardziej wartościowego, namacalnego produktu, a nie bezdusznego pliku MP3 na twardym dysku. Nowa muzyka toczyła tę samą walkę, a realny wysiłek włożony w jej opakowanie stał się priorytetem. Według znawców tematu taka sytuacja zaistniała po raz pierwszy od „złotej ery” płyt winylowych w latach 70-tych i jest to prawdopodobnie jedna z niewielu korzyści dla konsumentów ery cyfrowego słuchania muzyki.

Zbaczając na chwilę z tematu, w tym miejscu chciałbym zadać pytanie: „Kiedy reedycja przestaje być reedycją?” Gdy minęła  pierwsza fala popytu na płyty CD wydawcy zastanawiali się jak wykorzystać sporo wolnego miejsca na srebrnym dysku. Wszak „stare” longplaya trwały po trzydzieści, czterdzieści minut, a pojemność srebrnego krążka była dwa razy większa. Trzeba było dodać coś, co nadało by im większą wartość postrzegalną. Oprócz książeczek i nieco ładniejszej szaty graficznej, pojawił się utwór bonusowy. Reedycje klasycznych albumów ukazywały się więc z dołączonym singlem spoza albumu, lub jego stroną „B”, co było bardzo mile widzianym dodatkiem, a także (ale to odrobinę później) z różnymi wersjami demo. Co prawda wartość artystyczna tych ostatnich nie zawsze zachwycała, ale darowanemu koniowi nikt w zęby nie zagląda. Takim sposobem nowe reedycje miały nową, ekscytującą pojemność 80-minut dając klientowi satysfakcję kupna unikalnego dodatku za niewielką dopłatą. Była to złudna satysfakcja, ale to inny temat. Obecnie zatoczyliśmy niemal pełne koło, a pakiety reedycji albumów stały się edycjami „deluxe” lub „expanded”, z dodatkowym srebrnym krążkiem (czasami kilkoma) wypełnionym niepublikowaną zawartością. Weźmy na przykład reedycję jedynego albumu Bedlam z lat 70-tych, na którym na perkusji grał Cozy Powell sprzed czasów Rainbow. Pojedyncze wydanie winylowe ukazało się w edycji „deluxe” i składało się z…sześciu(!) płyt CD, przy czym okropnie słaby, oryginalny miks został przeniesiony na drugą płytę, a znacznie lepszy remiks zajął pierwsze miejsce jako płyta prowadząca. Ot, takie małe „oszustwo”. Pozostałe cztery zawierały koncerty i niepublikowane nagrania studyjne. Może to skrajny przykład, ale nierzadko zdarza się, że pierwotnemu albumowi towarzyszą na przykład dwie dodatkowe płyty z niepublikowanym materiałem koncertowym, co w przeszłości byłoby wydane jako osobny dwupłytowy album „live”. Nasuwa się więc pytanie, czy wydanie, które zawiera więcej nowego materiału od oryginału nadal jest reedycją..? Nie lepiej wydać go jako premierę..? W każdym bądź razie uważam, że termin „reedycja” w stosunku do wydania Bedlam wydaje się nieadekwatny. Z pewnością jest to ciekawy trend, o którym można dyskutować przy porannej kawie i słodkim rogaliku.

Wracając do tematu, na rynku reedycji prym wiedzie płodna wytwórnia Cherry Red skupiająca wokół siebie takie wydawnictwa jak Esoteric, Grapefruit, HNE, 7Ts, Captain Oi!, Doctor Bird itd. obejmująca tak różnorodne obszary jak rock progresywny, metal, pop, folk, reggae… Żadna inna nie jest tak zorganizowana pod względem organizacji, specjalizacji w gatunkach reedycji i tak prężna. Na przestrzeni kilku ostatnich lat ukazało się mnóstwo wspaniałych rzeczy spod znaku „czerwonej wisienki”. Pamiętam, że jedną z najbardziej oczekiwanych premier 2023 roku był klasyczny, koncertowy album Hawkwind, „Space Ritual” celebrujący 50-tą rocznicę jego wydania dostępny w dwóch bardzo różnych wersjach w zależności od zasobności portfela. Wersja tańsza, to dwupłytowy CD zawierający zremasterowany oryginalny album z bisem przywróconym do pierwotnej kolejności, plus dwa edytowane utwory w pełnym ich czasie trwania. Remaster okazał się jednym z najbardziej imponujących, jaki kiedykolwiek słyszałem, ponieważ jako wielki fan oryginału wątpiłem, czy jego brzmienie da się w ogóle oczyścić bez kastracji. Okazało się, że nie było powodów do obaw. Z kolei dla bardziej obsesyjnych koneserów zafundowano luksusowy, 11-płytowy box (10 płyt CD plus Blue-ray z niesamowity miksem przestrzennego dźwięku 5.1) będący klasycznym przykładem balansowania na granicy „reedycja, czy nie reedycja”. Mimo, że jestem fanem zespołu zachowując zdrowy rozsądek wybrałem skromniejszą opcję. Oczywiście w koszyku Cherry Records było dużo więcej smakowitych owoców jak choćby reedycje Toyah (3CD/DVD/2LP), wszystkie dzieła radośnie ekscentrycznego, folk rockowego Stackridge, neo-progresywnego Pallas  z lat 1981-1986 (6CD/Blue-ray), klasyczne „Once Again” Barclay James Harvest  i „Remember The Future” Nektar, pakiety Trapeze, Frijid Pink, Foghat, Girlschool, pełne kolekcje od High Tide, Hard Meat, włoskiego Circus 2000… Był też ogromny 20-płytowy box z solowymi nagraniami Keitha Emersona, dla naprawdę zakręconych fanów! Nieco mniej imponującego zestawu składającego się „tylko” z 14 płyt (13 CD plus DVD) doczekał się Van Der Graaf Generation. Ten zestaw to prawdziwy skarb – przypomnienie, a nawet uświadomienie sobie, jak wiele wspaniałego materiału zespół stworzył w schyłkowym okresie swojej kariery. Znajdują się w nim utwory stworzone w erze po reaktywacji zespołu, czyli po millennium, które dorównują imponującemu dorobkowi ze słusznie chwalonego okresu jego świetności. Pod względem edytorskim bez zarzutu. Jest wspaniała, bogata w informacje i pięknie ilustrowana 98-stronicowa książka (trudno nazwać ją „broszurą”) zawierająca wywiady z zespołem opowiadającym historię tamtych lat, a także teksty wszystkich piosenek. Płyty prezentują się w eleganckich replikach okładek, z rozkładanymi wkładkami. Dla każdego fana klasycznej ery, który jeszcze nie w pełni poznał, lub nie zgłębił ostatniej serii rozdziałów, ten zestaw to prawdziwy dar niebios.

BMG to kolejna wytwórnia, która oprócz nowości produkuje wysokiej jakości reedycje. Z godną podziwu konsekwencją od lat wznawia płyty Slade z debiutem „Beginnings” jeszcze pod nazwą Ambrose Slade, niedocenianymi w epoce albumami „Nobody’s Fools” i „The Amazing Kamikaze Syndrome”, oraz zebranymi w pięciopłytowym boxie „All The World Is A Stage” koncertowymi nagraniami z lat 1971-1981 na czele (pisałem o nim wcześniej). Gary Moore to kolejny, który cieszył się doskonałym traktowaniem z ich strony, a jeden z jego mniej znanych okresów został znakomicie przepakowany w zestawie „The Sanctuary Years 1999-2004”. Z okazji 40-rocznicy wydania albumu „Feline” zespołu The Stranglers, którego łagodny charakter zraził do siebie część ich starej gwardii, doczekał się wspaniałego remasteru, podobnie jak reaktywacyjny krążek Asii, „Phoenix” wydany na podwójnym winylu. Znakomitymi reedycjami od lat cieszą się płyty Marillion. Mimo, że okres ze Steve’em Hoghartem to nie moja bajka obiektywnie przyznam, że taki „Season’s End” doczekał się odpowiednio pięknego wydania w twardej oprawie, z tak dużą ilością nowego i wcześniej niepublikowanego materiału, że zespół mocno puka do drzwi z pytaniem „czy to aby reedycja?!” Robin Trower również włączył się do akcji, a jego niesłusznie niedoceniany debiut „Twice Removed From Yesterday” przyćmiony przez późniejszy „Bridge Of Sighs” doczekał się szczególnie imponującego podwójnego wydania winylowego, w komplecie z płytą  z niepublikowanymi utworami i sesją radiową z tamtego okresu.

Oczywiście, pojawiło się wiele innych ciekawych reedycji (w tym momencie przypomniał mi się box – 4 CD i DVD – mojego ulubionego Steamhammer zawierający niepublikowane nagrania koncertowe z lat 1969-1972). To, co tu przedstawiłem to jedynie ułamek wielkiej całości. Jak widać rynek „nagrań vintage” – co mogłoby być lepszym określeniem niż „reedycje” – wciąż cieszy się powodzeniem. Ci, którzy chcą ulepszyć swoje stare egzemplarze ukochanych płyt, lub wypełnić luki w dyskografii niepublikowanymi nagraniami oferta jest tak bogata, że bez problemu można kupić to na czym nam zależy. Tylko błagam, nie podniecajcie się „pojedynczymi edycjami” – to jeden z tych konkretnych rodzajów świńskich uszu, które nigdy nie zamienią się w jedwabną torebkę!

Mistrzowie jednej płyty: THE FORT MUDGE MEMORIAL DUMP; HAYSTACKS BALBOA.

Pochodzili z Walpole w stanie Massachusetts i zaczęli grać w 1969 roku, gromadząc sporą rzeszę fanów. Zostali zaliczeni do „Boston Sound”, obok takich zespołów jak Ultimate Spinach, Beacon Street Union, Orpheus, Tangerine Zoo… O kim mowa? To Fort Mudge Memorial Dump, moje niedawne odkrycie. Muszę przyznać, że ich jedyny album to coś, na co warto było mi czekać. Świetne połączenie najcięższej psychodelii jaką mogę sobie wymarzyć z wokalem Caroline Stratton przypominającym Grace Slick i zabójczymi partiami gitarowymi Deana Keady’ego momentami grającego jak Hendrix.

W tamtych radosnych czasach nie było ograniczeń i gatunkowych oczekiwań, stąd w ich muzyce słychać radosne mieszanie się bluesa, folku, country i hard rocka, z żeńsko-męskimi wokalami. Oprócz wspomnianej Caroline i Deana ekipę uzupełniali David Amaral (gb), Jim Deptula (dr) i Rick Clerici (g, voc). Liderem zespołu był Dean, który będąc jeszcze w szkole podstawowej założył zespół muzyczny. Miał wtedy 14 lat. Składający się z dzieciaków z sąsiedztwa zespół grał instrumentalną muzykę gitarową w stylu The Shadows, The Ventures i grup surfingowych. Wszystko się zmieniło, gdy pojawili się Beatlesi i musieli nauczyć się śpiewać, z opłakanym zresztą skutkiem. Kilka lat później Dean trafił do kapeli, w której grał jego starszy brat. Tam poznał Caroline, folkową wokalistkę, która od czasu do czasu dołączała się do nich gdy grali długie jamy. Przez ponad rok nowa formacja grała i szlifowała własny materiał pod nazwą Fort Muge. Nazwa pochodzi z komiksu Walta Kelly’ego „Pogo”, którego akcja rozgrywa się w Georgii, w części bagien Okefenokee. Bohaterowie mieszkają na odludziu w dziuplach drzew, pośród bujnych krajobrazów północnoamerykańskich mokradeł i lagun. To tu pojawia się też miejsce zwane „Fort Mudge Memorial Dump”.

W każdy letni weekend 1968 roku grali darmowe koncerty dla studentów z Cambridge i przyciągali coraz większą publiczność. Menadżer zespołu pojechał z kasetą demo do Nowego Jorku chodząc od wytwórni do wytwórni prezentując ją każdemu kto chciał jej posłuchać. Pewnej niedzieli kilku przedstawicieli z różnych firm pojawiło się na jednym z ich letnich występów, na którym zgromadziło się ponad tysiąc osób. Najbardziej korzystną ofertę przedstawił gość z Mercury, z którym podpisali kontrakt.

Jeden z letnich koncertów na stadionie w Walpole (1969)

Płytę nagrywano w Bostonie, w miejscu które później stało się studiem grupy The Cars. Producentem nagrań był Michael Tschudin natarczywie próbujący zmienić im brzmienie, co prowadziło do sporów i spięć z obu stron. Kompromis jaki osiągnęli okazał się znakomity – jak na tak skromne studio album brzmi naprawdę świetnie. Gotowy produkt ukazał się w marcu 1970 roku. W plebiscycie na „najgorszą okładkę albumów wszech czasów” bez wahania oddałbym na nią swój głos. Na szczęście nie szata zdobi kobietę.

To album spod znaku ciężkiego psychodelicznego rocka. Album ambitny i różnorodny. Nie ma tu dwóch identycznych piosenek. W utworze takim jak „The Seventh Is Death” sporo jest ciężkiej, zabójczej gitary fuzz z progresywnymi zapędami. Jest blues w „Blue’s Tune” i łagodne orkiestracje w „Actions Of A Man” i „What Good Is Spring”. Hipnotyczne melodie w „Tomorrow” napędzają przyjemny psychodeliczny klimat – dużo pracy włożono w jego tło żeby to osiągnąć. Z kolei w moim ulubionym „The Singer” na pierwszy plan wysuwa się acid rockowy doom z jeszcze bardziej zabójczą partią gitar i fajnym, emocjonalnym męskim wokalem. Świetne zakończenie albumu. Ta płyta to dowód na to, że Bóg wiedział co robi dając nam marihuanę i słuchawki.

Niektórzy sugerują, że Fort Mudge byli odpowiedzią Wschodniego Wybrzeża na Grace Slick i Jormę Kaukonena z Jefferson Airplane. I jest w tym pewnie część prawdy, chociaż wątpię, by tezę tę poparli sami muzycy. Mam przeczucie, że gdyby nagrali więcej płyt i byli odpowiednio promowani mogliby dorównać sławie Airplane. Przez jakiś czas jeździli jeszcze w trasy koncertowe, ale nic więcej nie nagrali. Rozwiązali się w 1973 roku i jak zażartował Dean Keady „(…) dobrze, że tak się stało, bo za używanie nazwy zespołu bez zgody twórcy komiksu mielibyśmy cholerne kłopoty.” 

Zostając na amerykańskiej ziemi przenieśmy się do Nowego Jorku, gdzie w 1969 roku, w dzielnicy Queens, powstał kwintet Haystacks Balboa. Jak głosi legenda nazwa była inspirowana postacią znanego w tym czasie  wrestlera, Haystaksa Calhouna, człowieka o wielkim wzroście ważącym ponad 180 kilogramów. W jego składzie znaleźli się klawiszowiec Lloyd Landesman, gitarzysta Mark Mayo, basista Mark Pollot, wokalista Bruce Scott i perkusista Mark Babani, którego piwnica w Forest Hills stała się miejscem prób przez pięć dni w tygodniu. Opiekę nad nimi przejął Shelly Finkel, menadżer grupy Mountain.

Zespół grający hard rocka, pełen ciężkich brzmień organów i gitar z progresywnymi elementami  i surowym bluesowym wokalem od początku zrobił ogromne wrażenie nie tylko na publiczności. Te progresywne momenty to całkiem przyjemne, długie utwory, bazujące na organach Hammonda i gitarze z rozbudowanymi partiami instrumentalnymi. Pełni zachwytu dziennikarze piali z zachwytu pisząc m.in.: „Hard rock na najwyższym poziomie!”„Prawdziwi faceci z wrednym charakterem i zaje… gitarą.” Faktycznie, byli tak ciężcy jak to tylko możliwe, a biorąc pod uwagę, że większość z nich miała zaledwie dziewiętnaście lat profesjonalny poziom ich występów przekraczał najśmielsze oczekiwania. We wrześniu otwierali koncerty Paula Butterfielda, Savoy Brown, Ten Years After, a potem nagrali demo w Charles Lane Studios w West Village i podpisali kontrakt płytowy z Polydor Records. Wiosną 1970 roku chłopaki nagrali debiutancki album, którego produkcją zajął się legendarny Shadow Morton, znany ze  współpracy z Vanilla Fudge, Iron Buttefly, New York Dolls….  Płyta sygnowana nazwą zespołu ukazał się w styczniu następnego roku.

To co mnie zafascynowało już przy pierwszym słuchaniu to dzikie poczucie humoru i mnóstwo dziwactw. Muzyka, wokal i teksty są po prostu nie do podrobienia. Mroczny, ponury, zabawny, ciężki, progresywny, akustyczny, ciekawy, inny – ten album ma wszystko. Ciekawy wokalista ze swym chropowatym głosem brzmi jak skrzyżowanie Larry Westa z Robem Tynerem z MC5, co najlepiej słychać w „The Children Of Heaven”, w którym Bruce Scott niczym jaskiniowiec wykrzykuje swoje pokręcone „Dzieci niebios wyrzucają swoje lalki!”, po czym następuje przerażający, psychotyczny śmiech. Może nie jest to najlepszy utwór na albumie, ale wyjątkowy i mający własny styl. Teksty, podobnie jak i muzyka, również są pokręcone i dziwaczne. W „Riverland”, który na pierwszy rzut oka wydaje się pięknym folkowym utworem ery Wodnika, ma (skądinąd świetny) tekst będący cyniczną i zjadliwą krytyką kultury hipisowskiej.

Porywający „Spoiler” z Mayo wypruwającym riffy ze swej gitary brzmi jak wściekła mieszanka blues rockowego ataku  Free i opartego na klawiszach Vanilla Fudge. I to jest otwarcie na jakie ja zawsze czekam! Utwór pojawił się potem na singlu w Stanach i Wielkiej Brytanii, co doprowadziło do zabawnego nieporozumienia, gdyż wielu było święcie przekonanych, że zespół pochodził z UK… W podobny stylu i jednym z najlepszych, w którym Mayo błyszczy jak Najjaśniejsza z Gwiazd na Niebie jest „Bruce’s Twist”, któremu towarzyszą skoczne brzmienia klawiszy Landesmana. Tutaj Scott zachwycił mnie swym najbardziej zmysłowym wokalem – szkoda, że więcej już tego nie powtórzył. Najbardziej progresywny utwór na płycie, „Auburn Queen”, to łagodny, a jednak dość mroczny numer z pięknym, lirycznym wstępem granym na fortepianie. Można się zasłuchać i rozmarzyć. Ta folkowa piosenka gwałtownie zmienia tempo i nastrój dzięki duetowi gitara/klawisze w stylu Wishbone Ash/Allman Brothers z zabójczym solo na Hammondzie. Jest pięknie! Kompozycja „Sticky Finger” Larry Westa (tak, tak – brat Leslie Westa z Mountain) ma klimat kojarzący się z Iron Butterfly i Cream z lekką domieszką Led Zeppelin, tylko bardziej energetyczny. Zwracam uwagę na ciekawe gitarowe solo i niecodzienny marszowy charakter. A tuż potem dostajemy dwuczęściową suitę „Ode To The Silken Men”. Pierwsza część, „Tell Me A Story” jest fantastyczną piosenką ze świetną melodią i ładnymi organami rozwijająca się w bardziej energetycznym kierunku z bombastycznymi klawiszami w stylu The Nice. Część druga, „What Would Happen”, to boleśnie szczera ballada z gitarą akustyczną i wokalem. Późny klimat lat 60-tych jaki się tu przewija dodaje całości pewnej subtelności, której nie zakłóciły mocniejsze fragmenty. Album zamyka kolejne folkowe cudeńko, „Riverland”, z delikatną gitarą akustyczną i zwiewnym wokalem w stylu Simone And Garfunkel. Cholera, jakie to piękne! Pal lich ten cyniczny tekst – udam, że go nie rozumiem. Oj musieli ci młodzieńcy dużo słuchać brytyjskiego folk rocka. Może więcej niż nam się wydaje…

Zespół rozpadł się niedługo po wydaniu płyty. Mimo, że miał swoje pięć minut sławy i jak żaden inny w krótkim okresie swej działalności mógł poszczycić się wspólnymi koncertami z Black Sabbath, Queen, The Who, Smal Faces i wieloma innymi brytyjskimi zespołami, dziś jest zapomnianym reliktem tamtej epoki. Zaszufladkowany do przegródki „one and done” powinien dostać drugie życie.

PS. Po raz pierwszy na kompakcie płyta ukazała się w 1998 roku wydana przez Audio Archives w zmienionej (nie wiedzieć czemu) okładce. W 2007 Hiszpanie z Retro Disc International wydali ją w wersji zremasterowanej w oryginalnej szacie. Mam obie, ale tę drugą polecam bardziej.

Facet z jajami w ustach i mur wcale nie berliński, czyli słów kilka o dwóch niezwykłych okładkach płyt.

Nagranie albumu „Exile On Main Street” zespołu Rolling Stones od początku było szemraną sprawą. Proces nagrywania odbywał się między innymi w piwnicy rezydencji Nellcôte na Lazurowym Wybrzeżu we Francji niedaleko Nicei (własność Keitha Richardsa) i, co dziś już nie jest tajemnicą, wspomagany sporą ilością heroiny i szeregiem  różnej maści pasożytniczych typów uzależnionych od opiatów przewijających się non stop przez lokal. Ten klasyczny krążek z 1972 roku uchwycił ich w najlepszym, hedonistycznym wydaniu. Nic więc dziwnego, że jego okładka poruszała podobne tematy. „Ogólny ton tamtych czasów był anarchiczny” – wyjaśnił projektant John Van Hamersveld. „Dilerzy narkotyków, dziwacy i szaleńcy, którzy pozostali z lat 60-tych – wszyscy buntowniczy i zdeformowani”. Można śmiało powiedzieć, że z tą płytą Stonesi żegnali się z epoką „flower power” kierując się w stronę następnej dekady eksponując bardziej rockowe brzmienie. 

Hamersveld spędził poprzednią dekadę ciesząc się ogromnym powodzeniem jako artysta pop, a jego najsłynniejszym dziełem jest bez wątpienia plakat, który stworzył do dokumentu o surfingu ” The Endless Summer” z 1966 roku. Był również twórcą plakatu z uśmiechniętą twarzą zwaną Grinning Johnny. Dla fanów The Rolling Stones było to o tyle istotne, że rysunek zainspirował Johna Pasche, twórcę kultowego logo Stonesów w kształcie języka. 

Do współpracy nad projektem okładki zaprosił szwajcarskiego fotografa Roberta Franka. Choć powszechnie uważa się że to kolaż, główne ujęcie było w rzeczywistości fotografią ściany salonu tatuażu przy Route 66, zrobioną przez Franka w 1950 roku. Mamy tu całą galerię przeróżnych postaci: tancerek i akrobatów, kuglarzy i magów, karłów i ludzkich potworów, łotrów i banitów. Jej brzydota kłuła w oczy. Trudno było o bardziej odrażającą w tym czasie. Aby podkreślić kluczową kwestię – że niesławni, uzależnieni od narkotyków i skazani na wygnanie z powodu podatków Stonesi byli takimi samymi outsiderami jak cyrkowe dziwolągi – na odwrocie umieszczono ich zdjęcia tworząc podobny kolaż. Kiedy ówczesny menedżer Stonesów, Marshall Chess, poprosił Van Hamersvelda o wybranie zdjęcia z tego kolażu w celach promocyjnych, wybór był oczywisty. „Powiedziałem: Dlaczego nie weźmiemy gościa z jajami w ustach?” To najbardziej niesamowite zdjęcie, jakie kiedykolwiek widziałem”.

Wygląda na to, że sami Stonesi byli z niej zadowoleni ponieważ zatrudnili Franka do sfilmowania ich trasy koncertowej po USA w 1972 roku. Według Micka Jaggera odzwierciedlała zespół w roli banitów używających bluesa jako broni przeciwko światu, ale też ukazywała poczucie radosnej izolacji i uśmiech wobec przerażającej, nieznanej przyszłości. Jak czas pokazał okładka miała wpływ na kolejne pokolenie anarchistów. W 1984 roku były frontman Sex Pistols, John Lydon, który współpracował ł z Van Hamersveldem nad okładką longplaya „This Is What You Want… This Is What You Get” zespołu PIL, przyznał, że ukształtowała ona wizerunek punku. 

Podsumowując krótko ten album zacytuję Davida Hutcheona, który w swej książce o 1001 muzycznych albumach napisał: „Jeśli lubisz rock, całe jego DNA jest tutaj. Nie wszystko, co słyszy się o tej płycie jest prawdą, ale trzeba uwierzyć w legendy. Stonesi już nigdy tak dobrze się nie toczyli.”

Zupełnie inaczej toczyła się historia okładki innego wiekopomnego dzieła końca lat 70-tych, która budzi zachwyt do dziś. A zaczęła się dość przypadkowo. Pewnego wieczoru Roger Waters zasiadł przed telewizorem i po obejrzeniu animowanego filmu „Long Drawn-Out Trip” o amerykańskim społeczeństwie autorstwa brytyjskiego rysownika Geralda Scarfe’a z entuzjazmem krzyknął do siedzącego obok niego Nicka Masona: „Musimy mieć tego gościa na pokładzie. On jest kurewsko dobry!”

Był rok 1971. Pink Floyd dopiero mieli stać się powszechnie znaną marką. Kultowe okładki albumów, łączące ich nazwę z elementami wizualnymi, takimi jak pryzmat, mężczyzna w płomieniach ściskający dłoń i unosząca się różowa świnka były kwestią przyszłości. Więź z rysownikiem nawiązała się właśnie wtedy, a osiem lat później osiągnęła apogeum tworząc jeden z najwspanialszych efektów wizualnych  w historii rocka –  „The Wall”.

Scarfe dorastał jako chorowite dziecko, cierpiąc na przewlekłą astmę: „Spędzałem dużo czasu w szpitalu, a w łóżku nie miałem nic do roboty poza rysowaniem i czytaniem. Rysowanie stało się moim sposobem wyrażania siebie, przelewania myśli i lęków na papier. I przypuszczam, że nadal to robię: rysuję rzeczy, których się boję”. Jego pogląd na świat i ludzi, którzy go zamieszkiwali, ukształtowały doświadczenia z surowym personelem medycznym tamtych czasów: „Nie ufam autorytetom, zawiodłem się na lekarzach. Miałem kilka wątpliwych metod leczenia. Był taki jeden, osteopata, który bił mnie po karku, bo uważał, że mam przesunięte kręgi.” Inny incydent dotyczył pielęgniarza, który lał go zimną wodą, „…czułem jakby kroił mnie żyletką, przecinał mi plecy i pośladki”. Nic dziwnego, że rozwinął w sobie nieufność do ludzi w ogóle, a dorastając, skupił ją na politykach.

Swoją karierę rozpoczął jako karykaturzysta polityczny w latach 60-tych pracując dla magazynów satyrycznych, takich jak „Private Eye” i „Punch”, a później publikując karykatury w bardziej uznanych „Daily Mail”, „Sunday Times”, „Time Magazine”… Jednym z jego słynnych rysunków był starzejący się Winston Churchill, niegdyś symbolu angielskiej siły i wytrwałości. „Usiadłem ze szkicownikiem w Izbie Reprezentantów. To, co zobaczyłem, to zgrzybiały i chwiejny wrak człowieka, a nie buldog polityczny”. Niestosowny rysunek został odrzucony przez „Sunday Times” – gazeta obawiała się, że żona Churchilla, Clemmie, poczuje się urażona. „Private Eye” nie miał takich obaw i umieścił go na swej okładce.

W 1966 roku został wysłany przez „Daily Mail” do Wietnamu. Gazeta, nie mając pojęcia, co z nim zrobić, pomyślała: „Skoro jest okrutnym, groteskowym artystą, wyślijmy go w okrutną, groteskową sytuację.” Scarfe do tej pory oglądał wojnę tylko w telewizji i było to jego pierwsze życiowe doświadczenie. Nawet dla tego niezwykle dosadnego rysownika Wietnam był bardziej groteskowy, niż którykolwiek z jego rysunków: „Naprawdę miałem wielkie trudności z rysowaniem. To było trudne i nie do zniesienia. Krew i martwe ciała, niekompetencja i głupota…”

„Słyszałem o jakimś specjalnym związku, ale to jest śmieszne”

Scarfe przyznaje, że gdy Mason i Waters skontaktowali się z nim nie miał pojęcia ani o Pink Floyd, ani o ich muzyce. Właśnie pracowali nad nowym albumem, początkowo zatytułowanym „Eclipse”. Zaprosili go na koncert, z którego wyszedł całkowicie odmieniony: „Byłem zachwycony ich muzyką. Zaprosili mnie do „The Rainbow” w Finsbury Park. Pod względem teatralnym było to ekscytujące.” Potencjał wizualny był dla niego równie uderzający jak muzyka, która wkrótce miała ukazać się jako „The Dark Side Of The Moon”. Zespół najpierw zatrudnił go, aby dodał swoje rysunki do fanzinowego komiksu z trasy koncertowej 1974 roku. Niewielu gwiazdom rocka spodobałby się groteskowy portret z książeczki, ale w tamtym czasie Pink Floyd, a zwłaszcza Waters, zaczęli wyrabiać sobie cyniczny pogląd na świat.

Po wydaniu płyty „Animals” stworzył kilka klipów, które towarzyszyły niektórym utworom wykonywanym podczas trasy. „Powiedziałem Rogerowi: »Nie możemy po prostu wplatać filmu w cokolwiek zechcesz. To musi pasować do utworu«. Ale on miał taką teorię, że jeśli zestawisz utwór z obrazem, mózg znajdzie sposób na nawiązanie połączenia”. Oto klip, który stworzył jako tło do koncertowego wykonania „Welcome To The Machine”.

„Dogadywaliśmy się  całkiem dobrze.” – ciągnie dalej- „Mieliśmy ten sam ironiczny/sardoniczny pogląd na świat. Myślę, że mi ufał i w żaden sposób nie próbował narzucać mi cokolwiek. Wyznawał filozofię, że jeśli zatrudniasz artystę, nie próbuj zmieniać tego, co robi.” Stworzenie ceglanego tła było dość proste dla artysty o takich umiejętnościach jak Scarfe. Chociaż… „To prosta siatka i jej zrobienie nie zajęło dużo czasu, ale…” – śmieje się i dodaje –„próbowaliśmy ją na różne sposoby; były ciemne czarne linie, były miękkie szare, duże cegły, małe cegły…” I kontynuuje: „Napis na okładce został napisany przeze mnie bardzo szybko. Myślę, że w dzisiejszych czasach zrobiłbym to z większym rozmachem. Martwiliśmy się bardziej o to, czy okładka nie ucierpi na czystości i prawie chcieliśmy zrezygnować z logo na froncie, ale wtedy ​​nikt nie wiedziałby, co to za album, więc logo zostało umieszczone na osobnym kawałku celofanu wewnątrz folii termokurczliwej. Po otwarciu logo odpadało i otrzymywaliśmy album w czystej bieli”.

Choć głównym celem była okładka od początku wiedział, że będzie musiał zmierzyć się z projektem multimedialnym, który zajmie mu kilka lat. „Roger powiedział wtedy: »Zrobimy film, nagramy płytę i zrobimy z tego show«. I, trzeba przyznać, wszystkie trzy się spełniły”. Znalezienie odpowiednich wizualizacji, które przedstawiłyby głównych bohaterów fabuły okazało się największym wyzwaniem. Prawa strona wewnętrznej rozkładówki albumu przedstawia ich wszystkich narysowanych w dobrze znanym stylu groteskowych karykatur matki, nauczycielki, dziewczyny i sędziego.

Ta ostatnia postać znalazła się na samym dole nieprzypadkowo. „Z moich doświadczeń z sędziami wynika, że ​​służba prawa to chytra sprawa i zawsze popełniają błędy, więc dla mnie prawo było dupkiem i tyle”. Postacie te miały żywotność znacznie przekraczającą oczekiwania twórcy ze względu na ich wieloletnie wykorzystywanie jako 9-metrowych kukieł w koncertach zespołu i solowych Watersa. Kolejnym kultowym elementem wizualnym, który pojawił się w wewnętrznej rozkładówce albumu, były maszerujące młoty. Młot to siła ucisku, siła faszystowska, kontrolująca i bardzo, bardzo twarda.

Nauczyciel, podobnie jak sędzia, nie radził sobie ani w szkole, ani w domu, co Scarfe fenomenalnie oddał to piórem i atramentem. Jego pogarda dla edukacji publicznej przewyższa nawet pogardę Watersa. „W tamtych czasach – wspomina Scarfe – szkoły miały na celu wychowanie obywatela pasującego do określonej grupy społecznej. Nienawidziłem tego systemu!”

Na potrzeby koncertów „The Wall”, w 1980 roku Gerald Scarfe stworzył klipy animacyjne, które były wyświetlane każdej nocy na świeżo wybudowanej ścianie. Ten, który stworzył na potrzeby fragmentu „The Trial”, uosabia wszystkie główne postacie, które narysował wcześniej na okładkę, w jednym, genialnym klipie. Doskonale komponuje się on z kabaretowym zakończeniem albumu, zaaranżowanym przez Michaela Kamena.

Może to się wydawać dziwne, ale wśród wszystkich wspaniałych rysunków wewnątrz albumu, to właśnie teksty piosenek wydały mi się najbardziej fascynujące i spędziłem nad nimi godziny posiłkując się lupą (odczytać je trudniej niż recepty). Częściowo wynikało to z potrzeby zrozumienia, o czym jest cała historia, ale w przeciwieństwie do większości albumów, ich wygląd wywiera bardzo silny wpływ wizualny. Scrafe napisał je ręcznie, używając tej samej techniki, zanurzając stalówkę w czarnym atramencie i pozwalając, by płyn zdziałał swoją magię na papierze. Dodaje to emocji tekstom, gdy czytasz je w czasie słuchania muzyki. Tak właśnie wyglądają na znakomitej trzeciej stronie, zakończonej utworami „Hey You” i „Comfortably Numb”.

Zapytany o to, co w połączeniu muzyki i obrazu z „The Wall” podoba mu się najbardziej, Scarfe wskazał na początek drugiej strony albumu: „Mój ulubiony utwór to „Goodbye Blue Sky”, liryczny, poetycki utwór, w którym rysunki – gołąb eksplodujący w niemieckiego orła, który z kolei zmienia się w coś w rodzaju wodza – w dużej mierze zaczerpnięte są z moich własnych wspomnień i uczuć”. Obraz kawałków spadających z brytyjskiej flagi, odsłaniających krzyż, jest genialny. Przyznam, że oglądając po raz pierwszy cały film, ten fragment wstrząsnął mną najbardziej.

Współpraca obu artystów trwała długo po zakończeniu prac nad albumem. Kolejnymi krokami były animacje,  gigantyczne kukły do ​​występów na żywo, a w końcu film wyreżyserowany przez Alana Parkera. „To były trzy najbardziej pracowite dla mnie lata. Okładka to bułka z masłem.” – żartował Gerard Scarfe. Ta „bułka z masłem” to arcydzieło sztuki użytkowej. Jej minimalizm jest genialny, a jej siła tkwi w prostocie i głębokiej spójności z ambitnym, dwupłytowym dziełem Pink Floyd.

Greard Scarfe i Roger Waters.

Mało znane, mało grane: FLEUR DE LIS (1972); RAMATAM (1972-1973)

To, co kiedyś było zapomnianym, starym i nieznanym albumem dziś okazuje się białym krukiem osiągającym na aukcjach wysokie ceny. Ba! Nawet kopie, niezależnie od tego, czy pochodzą z oryginału, czy ze wznowień też nie są tanie. Jednym z takich artefaktów jest płyta „Facing Morning” zespołu Fleur de Lis wydana w 1972 roku przez małą wytwórnię Qualisound z Aalborgu w ilości 500 egzemplarzy. Dziś oryginał jest prawie niemożliwy do dostania, a jeśli już to za potężną kwotę..

Fleur de Lis został założony w małym miasteczku Skive na Półwyspie Jutlandzkim wiosną 1970 roku przez perkusistę Kaia Olesena i gitarzystę/wokalistę Leifa Nielsena. Wcześniej grali w lokalnych zespołach wykonując covery Beatlesów, Stonesów, The Who. Wraz z rozkwitem rocka progresywnego postanowili założyć własną grupę. Do tej dwójki dołączyli bracia Pedersen: gitarzysta Bjarne i basista Peder, oraz grający na organach Svend Thomsen. Nazwali się Fleur de Lys. Gdy okazało się, że na Wyspach istnieje zespół o takiej nazwie (pisałem o nim w lipcu 2024 roku) w słowie lys zamienili literę „y” na „i” i nikt już się nie czepiał. Wierząc w swój talent i słuszność obranej drogi rozpoczęli próby mając gotowe szkice, które potem mogły stać się potencjonalnymi utworami na wymarzoną płytę. Podekscytowani świetnym przyjęciem na lokalnych koncertach skontaktowali się z Palle Juulem, właścicielem Quali Sound, który w Nibe miał małe studio. Leif Nielsen pożyczył samochód od rodziców, załadował sprzęt i instrumenty i wyruszyli do studia, gdzie nagrali demo, a wkrótce album.

Od razu powiem – płyta jest naprawdę świetna. Co prawda daleko jej do elit ówczesnych wydawnictw progresywnego rocka, ale biorąc pod uwagę warunki w jakich została nagrana budzi mój podziw i szacunek. Królują na niej fuzz i gitarowa improwizacja podparta organami. Pełna jest wyluzowanych utworów, z których czuć zapach palonej trawki. Mieszają style, czego przykładem utwór tytułowy będący folkową balladą z hipisowskimi akcentami, w którym pojawia się cudowny wokal niejakiej Pat Funell podobny do Annie Haslam. A propos wokalu, 20-letni wówczas Nielsen jest naprawdę dobry i doskonale pasuje do mrocznego, depresyjnego rocka przewijającego się przez większość nagrań. Palący trawkę muzycy musieli naprawdę mieć dużego doła… Udręczony wokal (angielski i duński), płacząca gitara, samobójcze bębny, żałobny bas, jęczące organy… wszystkie te przymiotniki na ogół nie są pozytywne, ale występując razem pobudzają wyobraźnię i są jak mieszanka Van Der Graaf Generator z wczesnym Pink Floyd.

Oryginalne wydanie składa się z ośmiu nagrań. Pełen onirycznych organów „Bad Looser” był jednym z pierwszych utworów nagranych przez zespół, więc nie mogło go tu zabraknąć. Ten, jak i pozostałe nagrywane były w sali gimnastycznej liceum w Skive, do którego uczęszczał i Nielsen i Olesen. Oczywiście zmodyfikowali ją na tyle, na ile mogli wykorzystując wszelkie możliwe środki takie jak dywan, zasłony, kotary, by uzyskać jak najlepsze brzmienie. Całość nagrywali na „setkę” bez możliwości późniejszych poprawek. Jeśli ktoś coś zepsuł, popełnił błąd zaczynali od nowa… Album otwiera się świetnym „Home Of Mind” z oszałamiającym wokalem i płynną warstwą psychodelicznych partii klawiszowych, które w miarę rozwoju są coraz cięższe osiągając punkt kulminacyjny w postaci prostego, lizergicznego gitarowego solo. Szczerze? Wbiło mnie w ziemię! „Har I Set” podąża tą samą ścieżką, ale z bardziej akustycznym, introspektywnym i melancholijnym brzmieniem. Jest piękny. Najlepiej posłuchać go późną nocą, przy zgaszonym świetle… Agresywne gitarowe riffy nadają „In Love” acid rockowego brzmienia ze zwartą, bezpośrednią i surową sekcją rytmiczną; piękny (kolejny!) instrumentalny utwór… „Why” to doskonała ballada zaczynająca się kościelnymi organami  z wędrującą psychodeliczną gitarą. I znów muszę to powiedzieć – cudo! Pewnym zaskoczeniem jest „Sympathetic Attitude” w klimacie komercyjnego popu lat sześćdziesiątych z tanecznym rytmem, a płytę zamyka wykonany a capella „Sneen” potwierdzający jakość jak i dramatyzm albumu.

Chociaż „Facing Morning” nie odniósł wielkiego sukcesu, szóstka przyjaciół kontynuowała wspólne granie. Ale jak to w życiu, sielanka nie trwa wiecznie. Wiele sporów, od muzycznych po polityczne, doprowadziło do odejścia Kaia Olesena, którego zastąpił Per Schou. To z nim, w małym domku na obrzeżach Skive, w sielskiej oazie spokoju udało im się nagrać kilka utworów na nowy album. Jednak rozpad Fleur de Lis był nieunikniony. Niektórzy kończyli liceum i wybierali się na studia, inni chcieli szukać szczęścia w większym mieście. Niedokończony drugi album nigdy się nie ukazał. Surowe nie do końca oszlifowane nagrania dołączone do kompaktowej reedycji z 2004 roku pokazały, że muzycy wciąż mieli potencjał i pomysł na swoją muzykę.

April Lawton, oszałamiająco piękna kobieta z długimi, ciemnobrązowymi włosami grająca na bogato zdobionym Les Paul Custom była cudownym dzieckiem gitary w epoce rock and rollowego szowinizmu. Legenda głosi, że pobierała lekcje gry u samego Hendrixa. Chwała wytwórni Atlantic Records, że doceniła jej talent otaczając ją takimi gwiazdami jak perkusista Mitch Mitchell, który przeżył przygodę życia w The Jimi Hendrix Experience, gitarzysta Mike Pinera z Blues Image i Iron Butterfly, a także legendarny producent Tom Dowd, który przyczynił się do powstania debiutanckiego albumu zespołu Ramatam wydanego w 1972 roku.

Ten album, zazwyczaj klasyfikowany do gatunku hard rocka (z czym nie do końca się zgadzam) może niejednego przyprawić o zawrót głowy. Prawdopodobnie dlatego, że otwierający go „Ask Brother Ask” z gościnnym udziałem saksofonisty Tommy’ego Sulivana (były członek Brooklin Bridge) to mięsisty kawałek ciężkiego rocka robiący wrażenie pół wieku temu i dziś. Podoba mi się, że trio nie zamyka się w jednym gatunku. W „Whiskey Place” i „Wayso” można usłyszeć potężny funk rock z domieszką instrumentów dętych, w „Heart Song” acid rock z uroczym fletem, a „What Dream I Am” to czysty soft rock z gitarą akustyczną i delikatnie pojawiającym się fletem. „Changing Days” to kolejny łatwo przyswajalny, balladowy kawałek, zaś „Strange Place” śmiało można umieścić w jazz rokowych rejonach Zappy. Finałowy utwór „Can’t Sit Still” brzmi jak zapętlone taśmy Ornette’a Colemana i Alman Brothers i pewnie gdyby nie wykonywali go na koncertach ktoś mógłby pomyśleć, że to właśnie to. Ten eklektyzm nie wszystkim przypadł do gustu. Płyta okazała się komercyjną klapą. Z jednej strony trzeba uszanować czasy po Beatlesach, kiedy zespoły takie jak Ramatam nie chciały ograniczać swojego brzmienia do jednego stylu; z drugiej, trzeba zdać sobie sprawę, że nie każdy może być Led Zeppelinem. Osobiście uważam, że to przyzwoity album, ale żeby zaiskrzyło trzeba posłuchać go kilka razy.

Mitch Mitchel i Mike Pinera zniknęli z horyzontu, a ich miejsce zajął Jimmy Walker na perkusji i Tommy Sulivan, który tym razem dorzucił wokal, pianino, gitarę, bas i wszystko inne, co było potrzebne, by nowa płyta brzmiała tak schizofrenicznie jak absurdalny był jej tytuł.

Nowy producent, Geoffrey Haslam plus ciężka orkiestracja (jedenaście instrumentów smyczkowych i osiem dętych) pod dyrekcją Charlesa Gouse’a wniosła do brzmienia Ramatam pewną elegancję, który na żywo wciąż był totalnym wulkanem energii. Na szczęście nie zaszkodziło to samej muzyce. „In April Came The Dawning Of The Red Sun” to wciąż ciekawy, lekko koncepcyjny album rockowy łączący różne style i gatunki. Znajdziemy tu hipisowski rock („The Land/Rainy Sunday Evening”), rockabilly z lat 50-tych („Betty Lou”), miniaturę na gitarze klasycznej („Excerpt From Guitar Concerto #1”), czy interludia melotronowe („Free Fall”). Oczywiście znalazło się też parę hard rockowych kawałków jak wzmocnione dętymi „Downrange Party”, czy „Push A Little” i popisowy numer tej płyty, mocarny „I Can Only You Love”.

Gdy i ten album nie odniósł oczekiwanego sukcesu, zainteresowanie Atlantic osłabło, a Lawton przejęła rolę liderki nowej formacji, April Lawton Band, którą prowadziła do końca lat 70-tych, po czym całkowicie porzuciła muzykę i zajęła się projektowaniem graficznym. Niezwykle skryta rzadko udzielała wywiadów, częściowo z powodu powtarzających się plotek na temat jej tożsamości seksualnej. Zmarła w listopadzie 2006 roku na zawał serca. Miała 58 lat.

Jeśli chcecie nazwijcie mnie neandertalczykiem uzależnionym od ciężkich brzmień i zniekształconych dźwięków, ale nikt w dzisiejszych czasach nie goni już za albumami Ramatam tak jak ja i kilku innych pozytywnie zakręconych maniaków muzycznych. Maniaków, którzy podziwiali grę April na sześciu strunach mając wtedy po jedenaście, góra piętnaście lat…

W studio i na żywo – STONE THE CROWS (1969-1972)

3 maja 1972 roku na Uniwersytecie w Swansea w Walii panował ogromny entuzjazm wobec długo oczekiwanego koncertu Stone The Crows, jednego z najwybitniejszych brytyjskich zespołów blues rockowych tamtych czasów. Oczekiwania były ogromne, a skoro do koncertu pozostało zaledwie kilka godzin wszystko było robione w pośpiechu, bałaganie i z dużą dozą improwizacji wciąż nie mając gwarancji, że wszystko i tak pójdzie zgodnie z planem. W mniej dramatycznych okolicznościach inne zespoły odmówiłyby występu. Ale nie Stone The Crows. Zespół pochodzący z Glasgow żył marzeniami. To najlepszy moment w ich karierze i chcą się nim cieszyć w pełni nie zapominając o trudnych chwilach. Jego członkowie nie udają diw, ani nie uważają się za gwiazdy rocka. Przede wszystkim kochają grać muzykę. To nie przypadek, że pośród tłumu wypełniającego scenę, lider zespołu, gitarzysta Les Harvey, jest nie do odróżnienia od techników i robotników. Wyciąga pomocną dłoń, a nawet przyjmuje improwizowaną pomoc od kilku fanów, którzy mają pewną wiedzę techniczną jak połączyć kable. Kilka lutów tu, parę skrętek tam, tymczasowy mostek i system nagłośnieniowy przestaje szwankować i wydawać akceptowalny dźwięk. Wszystko wydaje się być w porządku. Kontrola jest prawie ukończona. Pozostaje jeszcze test mikrofonu. Les Harvey podchodzi do środkowego stojaka, zaciska dłonie na mikrofonie i nagle… upada na ziemię porażony prądem. Powstaje zamieszania, słychać krzyki, wołania o pomoc… ta przybywa szybko.

Nieprzytomnego medyczni ratownicy transportują w „korytarzu życia” uformowanym przez zszokowanych fanów. Gitarzysta został natychmiast przyjęty na oddział intensywnej terapii; jego stan był poważny. Krytycznie poważny. Podjęto wszelkie możliwe próby reanimacji; wszystkie okazały się daremne. Kilka godzin po wypadku ze szpitala nadszedł oficjalny komunikat: „Les Harvey, lider Stone The Crows, nie żyje.” W międzyczasie rozeszły się alarmujące wieści dotyczące stanu zdrowia Maggie Bell, wokalistki zespołu i partnerki życiowej gitarzysty. Zdruzgotana strasznym wydarzeniem, straciła przytomność i została pilnie przyjęta do tego samego szpitala, w którym zmarł Harvey. Na miejscu tragedii pojawiły się lampiony i znicze. Po północy wszyscy, którzy przyszli na występ opuszczali je w absolutnej ciszy…

Stone The Crows. Pierwszy z lewej Les Harvey, po prawej Maggie Bell.

Historia Stone The Crows wydawała się być zakończona. Przynajmniej tak się wydawało. Po powrocie do zdrowia i jako takiej równowagi psychicznej Maggie przekonała swoich kolegów, aby kontynuowali działalność. Na miejsce Lesa zaangażowano gitarzystę Jimmy’ego McCullocha, przyszłego członka Wings, który pomógł ukończyć album „Ontinuous Performance” w dużej mierze nagrany z Harveyem. „Sunset Cowboy”, który go zamyka, napisał Colin Allen. Piosenka będąca hołdem dla zmarłego przyjaciela w emocjonalny sposób zaśpiewana przez Maggie rozdziera serce. Śmierć lidera spowodowała, że zespół stracił wiele ze swego ducha i rozwiązał się w czerwcu następnego roku.

Stone The Crows to jeden z tych zespołów, który choć wciąż obecny w czołówce światowego rocka niesprawiedliwie popada w pół zapomnienie. To samo można powiedzieć o Maggie Bell, co jest parodią, gdyż była jedną z najlepszych blues rockowych wokalistek jakie wydały Wyspy Brytyjskie. Ale tak kręci się karuzela rock and rolla. Jedni są na szczycie, inni na dole. Często gwiazdy jednego przeboju o ironio pamiętani są dłużej, niż bardziej wartościowi artyści. Stone The Crows nie mieli przeboju, ale wydali cztery znakomite albumy, które, wierzcie lub nie, w tamtych czasach sprzedawały się całkiem przyzwoicie.

Okładka płytowego debiutu (1970)

Grupa powstała w 1969 roku  a w jej składzie oprócz Maggie i Lesa znalazły się dwa inne znaczące nazwiska. Basista i wokalista na dwóch pierwszych albumach, James Dewar, zyskał wielkie uznanie grając u boku Robina Trowera. Colin Allen dołączył później do Focus i pojawił się na ich klasycznej płycie „Hamburger Concerto”. To jednak była przyszłość… Rok później ta młoda wiekiem szkocka grupa nagrała debiutancki album zatytułowany po prostu „Stone The Crows”. Pomimo reputacji i zaszufladkowania go jako zespołu blues rockowego, debiut jest zaskakująco zróżnicowany i bardzo imponujący. Już pierwsze nagrania, a szczególnie „Raining In Your Heart”, pokazują jego siłę szczególnie w energetycznych popisach gitarowo klawiszowych. Wielkie wrażenie robi druga strona longplaya, którą wypełnia niezwykły, 17-minutowy epicki utwór „I Saw America”. Łącząc elementy folku, bluesa, ciężkiego rocka ze sporą dawkę stosunkowo nowego rocka progresywnego, który dopiero zaczynał rozkwitać, album naprawdę wyprzedzał swoje czasy. 

Okładka drugiej płyty.

Drugi krążek, „Ode To John Law”, ukazał się jeszcze w tym samym roku i jest o wiele mocniejszy. Tym razem nie ma tu epickiego utworu za to są kawałki czerpiąc z elementów rocka, bluesa, soulu i sporej dawki progresywnego brzmienia. Od wielowymiarowego „Sad Mary”, który go otwiera, po soulowy, zamykający całość „Danger Zone” to mocny materiał pod każdym względem. „Friend” jest porywającą balladą z domieszką rocka progresywnego; inspirowany soulem „Love 74” wzmocniony jest przez eksperymenty, podczas gdy hard rockowy „Mad Dogs & Englishmen” nawiązuje do tournée po USA z Joe Cockerem o tej samej nazwie. Z kolei w doskonałym „Thing Are Getting Better” fani Rush mogą być zaskoczeni melodią refrenu „Bastille Day” – pięć lat przed jego wydaniem! Tytułowy „Ode To John Law” opowiada o brutalności policji w Glasgow. „John Law” to potoczna nazwa policjanta, ale Colin Allen, który napisał tę piosenkę z Harveyem, upiera się, że opowiada ona o strzelaninie na Uniwersytecie Stanowym Kent, która w tym czasie miała miejsce; Neil Young inspirował się tym samym wydarzeniem w „Ohio”. Jakakolwiek jest prawda, są to zasadniczo dwa oblicza tego samego problemu, a siła jego przekazu wciąż jest aktualna. Jak dla mnie, „Ode…” to ich najlepszy album.

Po tej płycie Dewar i McGinn opuścili zespół, a ich miejsce zajęli Steve Thompson na basie i Ronnie Leahy na klawiszach – ten drugi później grał z innymi wspaniałym szkockim rockerem, Nazareth, a także pojawił się na kilku albumach Jona Andersona. Wniósł także prawdziwy talent do pisania piosenek, co było bonusem. Album „Teenage Licks”, który sami wyprodukowali, przyniósł im największą popularność. Odrobinę gorszy od swojego poprzednika, ale wciąż doskonały.

Trzecia płyta z dominującym już wokalem Maggie Bell.

Maggie Bell jest teraz główną wokalistką i, nie obrażając Dewara, jest od niego lepsza co najmniej o punkt. Taki głos nie pojawia się codziennie, to pewne! Wielu porównywało ją do Janis Joplin i chociaż istnieją oczywiste podobieństwa, to nie sięgają daleko. Podczas gdy geniusz Janis tkwił w jej zuchwałym amerykańskim sposobie atakowania utworu i wydobywania z niego maksymalnej siły i emocji, Maggie jest zdecydowanie bardziej brytyjska, a raczej szkocka w swoim szorstkim, przesiąkniętym whisky akcencie. Jej głos brzmi, jakby pochodził z nocy spędzonych na deszczowych, ciemnych ulicach Glasgow, niż ze słonecznych krain za Oceanem… Bujny, blues rockowy „Big Jim Salter” stanowi dobry  początek płyty, podczas gdy „Faces” i „I May Be Right I May Be Wrong” mogły być hitami w rękach na przykład The Faces… Progresywny i trzymający poziom „One Five Eight” McGinna to utwór z czasów gdy jeszcze grał w zespole, za to „Seven Lakes” z uroczą i swobodną partią fortepianu Leahy’ego okazuje się pięknym zakończeniem płyty. Ale jak dla mnie perłą jest tu przearanżowany, fantastyczny „Don’t Think Twice, It’s Alright” Boba Dylana, tutaj pod skróconym tytułem „Don’t Think Twice”. Spowolniona i zamieniona w pełen emocji wersja to popis Bell, która wydobyła z niej niuanse i głębie jakich próżno szukać w oryginale.

Potem przyszła tragedia. Byli w dwóch trzecich prac nad kolejnym albumem, więc postanowili kontynuować zatrudniając Jimmy’ego McCullougha. Powstały album o osobliwym tytule „Ontinuous Performance” ukazał się w 1972 roku i spotkał się z dobrym przyjęciem, oraz wysoką sprzedażą. Biorąc pod uwagę okoliczności, pozostaje bardzo ważnym elementem historii zespołu. Tytuł pochodzi od szyldu nad kinem; jadąc samochodem zobaczyli napis „Continuous Performance”, bez litery „C”, która odpadła. Jak mówi Maggie Bell w broszurze: „Nie wiem, co paliliśmy, ale wtedy rozbawiło to nas i wydawało się dobrym pomysłem!”

Ostatni album zespół wydał w 1972 roku

Album jest pięknym pomnikiem Harveya, który błyszczy tu w otwierającym, dumnym „On The Highway”, wybitnym „One More Chance” i lubieżnym bluesowym coverze Brownie McGee „Penicillin Blues”. Peter Green, reklamowany jako zastępca Lesa Harveya mimo wcześniejszych obietnic wycofał się i zostawił zespół na lodzie, czym rozwścieczył wokalistkę. Ta odpłaciła się mu kilkoma drwinami w „Good Time Girl” i całkiem zgryźliwym komentarzem w notatkach do płyty. Jak widać z kobietami lepiej nie zadzierać… Miła dla ucha „Niagara” to kolejna bluesowa wycieczka z kilkoma zwrotami w stronę progresywnych szczytów, po której następuje finał w postaci wspomnianego wcześniej „Sunset Cowboy”.

Piękny koniec kariery zespołu. Jedyne, czego brakowało w tych znakomitych wydawnictwach, to nagrań na żywo. Scena to było ich naturalne środowisko. Tę lukę wspaniale uzupełniła kolekcja złożona z czterech płyt CD jaką Repertoire Records wydał w 2023 roku pod tytułem „Live At The BBC”.

Pierwsze dwie płyty to nieskazitelne nagrania z archiwów BBC z sesji z lat 1969-1972. Występy są bezapelacyjnie doskonałe i tylko dwa utwory, „Raining In Your Heart” z debiutu, oraz znakomity „On The Highway” z ostatniego powtarzają się wśród dziewiętnastu zamieszczonych tu nagrań. Prawie wszystkie emanują większym ogniem, energią i mocą niż ich studyjne odpowiedniki, zwłaszcza w przypadku blues rockowego materiału, który naprawdę ożywa. Największym odkryciem jest wersja „The Ballad Of Hollis Brown” Dylana z 1964 roku przemianowana na „Hollis Brown”. Ta opowieść o dotkniętym ubóstwem farmerze, któremu zabrakło szczęścia i który ostatniego dolara wydaje na siedem naboi do strzelby, by odebrać życie sobie, swojej żonie i piątce dzieci doczekała się rozszerzonej wersji Nazareth. Mocna interpretacja zajęła im połowę drugiej strony albumu „Loud 'n’ Proud” z 1973 roku. Jednak trzy lata wcześniej Stone The Crows jako pierwsi rozszerzyli pięciominutowy oryginał do ponad trzynastu, w którym Maggie Bell śpiewa głosem przepełnionym głębokim bólem i cierpieniem, zaś instrumentalna część rozciąga się w długi, mocny jam. Trudno sobie wyobrazić, żeby Nazareth nie słyszał tego przed nagraniem własnej wersji, bo obie grupy spotykały się na scenie nie raz, nie mniej faktem jest, że ta w wykonaniu Stone The Crows oficjalnie pojawiła się dopiero tutaj i podnosi wartość tej kolekcji. Ale to nie wszystko! Na trzeciej płycie czeka cała masa magii – dwa występy z dwóch różnych audycji. Jedna z końca 1972 roku z Harveyem, druga z 1972 roku z McCullochem. I to jest to prawdziwy hit! Mam wrażenie, że muzycy czerpią radość i energię z reakcji publiczności, bo grają absolutnie fantastycznie serwując wersje takich hitów jak „Keep On Rollin’ „, „On The Highway”, „Big Jim Salter” i „Sunset Cowboy”. Nagrania, które oddają atmosferę w rock and rollowym klubie, z mokrymi ścianami od potu, lejącym się piwem i gryzącym papierosowym dymem.

Część najlepszego materiału zachowano na czwartym krążku, który zawiera nagrania z innych sesji BBC pozyskane z amatorskich nagrań radiowych. Dlaczego z amatorskich? Ano dlatego, że oryginalne taśmy zostały przypadkowo skasowane. Z tego powodu zebrane występy z trzech koncertów z 1970 roku są rodzajem „bonusowego dysku”, co usprawiedliwia niedoskonałości brzmienia. Mimo problemów z dźwiękiem jest tu co najmniej czterdzieści minut, które są tak dobre, a może nawet lepsze, niż cokolwiek innego zespół zrobił. „Freedom Road” o niebo przewyższa wersję z pierwszej płyty; „Blind Man” i wolny przejmujący blues „Danger Zone” w wersji live nie pojawiają się nigdzie indziej. Prawdziwym hitem jest kolejna wersja „Hollisa Browna”, która intensywnością przewyższa doskonałe przecież wykonanie z debiutu. Jest nawet ukłon w stronę bardziej progresywnej strony zespołu w postaci „I Saw America Part 1 & 3” i cudownie jest ją usłyszeć.

Zestaw absolutnie obligatoryjny dla fanów zespołu, a także dla tych, którzy zaczynają przygodę z ich muzyką. Trzydzieści dziewięć utworów najlepszych Crows jaki można sobie wymarzyć.