Mistrzowie jednej płyty: THE FORT MUDGE MEMORIAL DUMP; HAYSTACKS BALBOA.

Pochodzili z Walpole w stanie Massachusetts i zaczęli grać w 1969 roku, gromadząc sporą rzeszę fanów. Zostali zaliczeni do „Boston Sound”, obok takich zespołów jak Ultimate Spinach, Beacon Street Union, Orpheus, Tangerine Zoo… O kim mowa? To Fort Mudge Memorial Dump, moje niedawne odkrycie. Muszę przyznać, że ich jedyny album to coś, na co warto było mi czekać. Świetne połączenie najcięższej psychodelii jaką mogę sobie wymarzyć z wokalem Caroline Stratton przypominającym Grace Slick i zabójczymi partiami gitarowymi Deana Keady’ego momentami grającego jak Hendrix.

W tamtych radosnych czasach nie było ograniczeń i gatunkowych oczekiwań, stąd w ich muzyce słychać radosne mieszanie się bluesa, folku, country i hard rocka, z żeńsko-męskimi wokalami. Oprócz wspomnianej Caroline i Deana ekipę uzupełniali David Amaral (gb), Jim Deptula (dr) i Rick Clerici (g, voc). Liderem zespołu był Dean, który będąc jeszcze w szkole podstawowej założył zespół muzyczny. Miał wtedy 14 lat. Składający się z dzieciaków z sąsiedztwa zespół grał instrumentalną muzykę gitarową w stylu The Shadows, The Ventures i grup surfingowych. Wszystko się zmieniło, gdy pojawili się Beatlesi i musieli nauczyć się śpiewać, z opłakanym zresztą skutkiem. Kilka lat później Dean trafił do kapeli, w której grał jego starszy brat. Tam poznał Caroline, folkową wokalistkę, która od czasu do czasu dołączała się do nich gdy grali długie jamy. Przez ponad rok nowa formacja grała i szlifowała własny materiał pod nazwą Fort Muge. Nazwa pochodzi z komiksu Walta Kelly’ego „Pogo”, którego akcja rozgrywa się w Georgii, w części bagien Okefenokee. Bohaterowie mieszkają na odludziu w dziuplach drzew, pośród bujnych krajobrazów północnoamerykańskich mokradeł i lagun. To tu pojawia się też miejsce zwane „Fort Mudge Memorial Dump”.

W każdy letni weekend 1968 roku grali darmowe koncerty dla studentów z Cambridge i przyciągali coraz większą publiczność. Menadżer zespołu pojechał z kasetą demo do Nowego Jorku chodząc od wytwórni do wytwórni prezentując ją każdemu kto chciał jej posłuchać. Pewnej niedzieli kilku przedstawicieli z różnych firm pojawiło się na jednym z ich letnich występów, na którym zgromadziło się ponad tysiąc osób. Najbardziej korzystną ofertę przedstawił gość z Mercury, z którym podpisali kontrakt.

Jeden z letnich koncertów na stadionie w Walpole (1969)

Płytę nagrywano w Bostonie, w miejscu które później stało się studiem grupy The Cars. Producentem nagrań był Michael Tschudin natarczywie próbujący zmienić im brzmienie, co prowadziło do sporów i spięć z obu stron. Kompromis jaki osiągnęli okazał się znakomity – jak na tak skromne studio album brzmi naprawdę świetnie. Gotowy produkt ukazał się w marcu 1970 roku. W plebiscycie na „najgorszą okładkę albumów wszech czasów” bez wahania oddałbym na nią swój głos. Na szczęście nie szata zdobi kobietę.

To album spod znaku ciężkiego psychodelicznego rocka. Album ambitny i różnorodny. Nie ma tu dwóch identycznych piosenek. W utworze takim jak „The Seventh Is Death” sporo jest ciężkiej, zabójczej gitary fuzz z progresywnymi zapędami. Jest blues w „Blue’s Tune” i łagodne orkiestracje w „Actions Of A Man” i „What Good Is Spring”. Hipnotyczne melodie w „Tomorrow” napędzają przyjemny psychodeliczny klimat – dużo pracy włożono w jego tło żeby to osiągnąć. Z kolei w moim ulubionym „The Singer” na pierwszy plan wysuwa się acid rockowy doom z jeszcze bardziej zabójczą partią gitar i fajnym, emocjonalnym męskim wokalem. Świetne zakończenie albumu. Ta płyta to dowód na to, że Bóg wiedział co robi dając nam marihuanę i słuchawki.

Niektórzy sugerują, że Fort Mudge byli odpowiedzią Wschodniego Wybrzeża na Grace Slick i Jormę Kaukonena z Jefferson Airplane. I jest w tym pewnie część prawdy, chociaż wątpię, by tezę tę poparli sami muzycy. Mam przeczucie, że gdyby nagrali więcej płyt i byli odpowiednio promowani mogliby dorównać sławie Airplane. Przez jakiś czas jeździli jeszcze w trasy koncertowe, ale nic więcej nie nagrali. Rozwiązali się w 1973 roku i jak zażartował Dean Keady „(…) dobrze, że tak się stało, bo za używanie nazwy zespołu bez zgody twórcy komiksu mielibyśmy cholerne kłopoty.” 

Zostając na amerykańskiej ziemi przenieśmy się do Nowego Jorku, gdzie w 1969 roku, w dzielnicy Queens, powstał kwintet Haystacks Balboa. Jak głosi legenda nazwa była inspirowana postacią znanego w tym czasie  wrestlera, Haystaksa Calhouna, człowieka o wielkim wzroście ważącym ponad 180 kilogramów. W jego składzie znaleźli się klawiszowiec Lloyd Landesman, gitarzysta Mark Mayo, basista Mark Pollot, wokalista Bruce Scott i perkusista Mark Babani, którego piwnica w Forest Hills stała się miejscem prób przez pięć dni w tygodniu. Opiekę nad nimi przejął Shelly Finkel, menadżer grupy Mountain.

Zespół grający hard rocka, pełen ciężkich brzmień organów i gitar z progresywnymi elementami  i surowym bluesowym wokalem od początku zrobił ogromne wrażenie nie tylko na publiczności. Te progresywne momenty to całkiem przyjemne, długie utwory, bazujące na organach Hammonda i gitarze z rozbudowanymi partiami instrumentalnymi. Pełni zachwytu dziennikarze piali z zachwytu pisząc m.in.: „Hard rock na najwyższym poziomie!”„Prawdziwi faceci z wrednym charakterem i zaje… gitarą.” Faktycznie, byli tak ciężcy jak to tylko możliwe, a biorąc pod uwagę, że większość z nich miała zaledwie dziewiętnaście lat profesjonalny poziom ich występów przekraczał najśmielsze oczekiwania. We wrześniu otwierali koncerty Paula Butterfielda, Savoy Brown, Ten Years After, a potem nagrali demo w Charles Lane Studios w West Village i podpisali kontrakt płytowy z Polydor Records. Wiosną 1970 roku chłopaki nagrali debiutancki album, którego produkcją zajął się legendarny Shadow Morton, znany ze  współpracy z Vanilla Fudge, Iron Buttefly, New York Dolls….  Płyta sygnowana nazwą zespołu ukazał się w styczniu następnego roku.

To co mnie zafascynowało już przy pierwszym słuchaniu to dzikie poczucie humoru i mnóstwo dziwactw. Muzyka, wokal i teksty są po prostu nie do podrobienia. Mroczny, ponury, zabawny, ciężki, progresywny, akustyczny, ciekawy, inny – ten album ma wszystko. Ciekawy wokalista ze swym chropowatym głosem brzmi jak skrzyżowanie Larry Westa z Robem Tynerem z MC5, co najlepiej słychać w „The Children Of Heaven”, w którym Bruce Scott niczym jaskiniowiec wykrzykuje swoje pokręcone „Dzieci niebios wyrzucają swoje lalki!”, po czym następuje przerażający, psychotyczny śmiech. Może nie jest to najlepszy utwór na albumie, ale wyjątkowy i mający własny styl. Teksty, podobnie jak i muzyka, również są pokręcone i dziwaczne. W „Riverland”, który na pierwszy rzut oka wydaje się pięknym folkowym utworem ery Wodnika, ma (skądinąd świetny) tekst będący cyniczną i zjadliwą krytyką kultury hipisowskiej.

Porywający „Spoiler” z Mayo wypruwającym riffy ze swej gitary brzmi jak wściekła mieszanka blues rockowego ataku  Free i opartego na klawiszach Vanilla Fudge. I to jest otwarcie na jakie ja zawsze czekam! Utwór pojawił się potem na singlu w Stanach i Wielkiej Brytanii, co doprowadziło do zabawnego nieporozumienia, gdyż wielu było święcie przekonanych, że zespół pochodził z UK… W podobny stylu i jednym z najlepszych, w którym Mayo błyszczy jak Najjaśniejsza z Gwiazd na Niebie jest „Bruce’s Twist”, któremu towarzyszą skoczne brzmienia klawiszy Landesmana. Tutaj Scott zachwycił mnie swym najbardziej zmysłowym wokalem – szkoda, że więcej już tego nie powtórzył. Najbardziej progresywny utwór na płycie, „Auburn Queen”, to łagodny, a jednak dość mroczny numer z pięknym, lirycznym wstępem granym na fortepianie. Można się zasłuchać i rozmarzyć. Ta folkowa piosenka gwałtownie zmienia tempo i nastrój dzięki duetowi gitara/klawisze w stylu Wishbone Ash/Allman Brothers z zabójczym solo na Hammondzie. Jest pięknie! Kompozycja „Sticky Finger” Larry Westa (tak, tak – brat Leslie Westa z Mountain) ma klimat kojarzący się z Iron Butterfly i Cream z lekką domieszką Led Zeppelin, tylko bardziej energetyczny. Zwracam uwagę na ciekawe gitarowe solo i niecodzienny marszowy charakter. A tuż potem dostajemy dwuczęściową suitę „Ode To The Silken Men”. Pierwsza część, „Tell Me A Story” jest fantastyczną piosenką ze świetną melodią i ładnymi organami rozwijająca się w bardziej energetycznym kierunku z bombastycznymi klawiszami w stylu The Nice. Część druga, „What Would Happen”, to boleśnie szczera ballada z gitarą akustyczną i wokalem. Późny klimat lat 60-tych jaki się tu przewija dodaje całości pewnej subtelności, której nie zakłóciły mocniejsze fragmenty. Album zamyka kolejne folkowe cudeńko, „Riverland”, z delikatną gitarą akustyczną i zwiewnym wokalem w stylu Simone And Garfunkel. Cholera, jakie to piękne! Pal lich ten cyniczny tekst – udam, że go nie rozumiem. Oj musieli ci młodzieńcy dużo słuchać brytyjskiego folk rocka. Może więcej niż nam się wydaje…

Zespół rozpadł się niedługo po wydaniu płyty. Mimo, że miał swoje pięć minut sławy i jak żaden inny w krótkim okresie swej działalności mógł poszczycić się wspólnymi koncertami z Black Sabbath, Queen, The Who, Smal Faces i wieloma innymi brytyjskimi zespołami, dziś jest zapomnianym reliktem tamtej epoki. Zaszufladkowany do przegródki „one and done” powinien dostać drugie życie.

PS. Po raz pierwszy na kompakcie płyta ukazała się w 1998 roku wydana przez Audio Archives w zmienionej (nie wiedzieć czemu) okładce. W 2007 Hiszpanie z Retro Disc International wydali ją w wersji zremasterowanej w oryginalnej szacie. Mam obie, ale tę drugą polecam bardziej.