Rzecz o reedycjach, czyli świńskie uszy nigdy nie zamienią się w jedwabną torebkę.

Nadchodzi ten czas, w którym oczy wszystkich zwrócone są na listy najlepszych nowych albumów roku – i nie bez powodu, bo przecież nowa muzyka to siła napędowa branży. Rzadziej można zobaczyć retrospektywy najlepszych pozycji na coraz bardziej imponującym i pomysłowym rynku „reedycji”. Podobnie jak płyty CD ewoluowały przez lata od leniwych i makabrycznych opakowań 4-stronicowej książeczki, topornego pudełka i srebrnej płyty, których wytwórnie płytowe używały w latach 80-tych, do digipaków i multifoldów, które dziś są normą, tak i reedycje przeszły podobną drogę. Tak na marginesie – jak słyszę, że ktoś woli plastikowe pudełka, bo można je wymienić jeśli pękły, podczas gdy tekturowych nie, ogarnia mnie śmiech. No halo! Okładki winylowych płyt ZAWSZE były papierowe i są „złotym standardem”. Ale odbiegłem od tematu. Jestem pewien, że wciąż pamiętamy te rzekomo „tanie” (czyt. paskudne) wydania pod nazwą „Classic Album Collection” z czterema, lub pięcioma płytami upchniętymi w tekturowym pudełku. Co prawda każda posiadała reprodukcję oryginalnej okładki, ale konia z rzędem temu, kto potrafił odczytać z nich jakikolwiek tekst wydrukowany drobnym maczkiem (nawet lupa nie dała rady), nie wspominając o braku rozkładówek. Ta naciągana praktyka wyszła z łask gdy wznowienia zaczęły być pakowane bardziej pomysłowo, z dołączonymi książeczkami, czytelnymi tytułami i informacjami o poszczególnych utworach. Nagle reedycje stały się pożądanymi przedmiotami i przestały być „cegłami” na półkach. Po części wynikało to też z konkurencji – rosnącej łatwości pobierania, lub zgrywania muzyki na elektroniczne nośniki. Nie mniej wielu z nas potrzebowało bardziej wartościowego, namacalnego produktu, a nie bezdusznego pliku MP3 na twardym dysku. Nowa muzyka toczyła tę samą walkę, a realny wysiłek włożony w jej opakowanie stał się priorytetem. Według znawców tematu taka sytuacja zaistniała po raz pierwszy od „złotej ery” płyt winylowych w latach 70-tych i jest to prawdopodobnie jedna z niewielu korzyści dla konsumentów ery cyfrowego słuchania muzyki.

Zbaczając na chwilę z tematu, w tym miejscu chciałbym zadać pytanie: „Kiedy reedycja przestaje być reedycją?” Gdy minęła  pierwsza fala popytu na płyty CD wydawcy zastanawiali się jak wykorzystać sporo wolnego miejsca na srebrnym dysku. Wszak „stare” longplaya trwały po trzydzieści, czterdzieści minut, a pojemność srebrnego krążka była dwa razy większa. Trzeba było dodać coś, co nadało by im większą wartość postrzegalną. Oprócz książeczek i nieco ładniejszej szaty graficznej, pojawił się utwór bonusowy. Reedycje klasycznych albumów ukazywały się więc z dołączonym singlem spoza albumu, lub jego stroną „B”, co było bardzo mile widzianym dodatkiem, a także (ale to odrobinę później) z różnymi wersjami demo. Co prawda wartość artystyczna tych ostatnich nie zawsze zachwycała, ale darowanemu koniowi nikt w zęby nie zagląda. Takim sposobem nowe reedycje miały nową, ekscytującą pojemność 80-minut dając klientowi satysfakcję kupna unikalnego dodatku za niewielką dopłatą. Była to złudna satysfakcja, ale to inny temat. Obecnie zatoczyliśmy niemal pełne koło, a pakiety reedycji albumów stały się edycjami „deluxe” lub „expanded”, z dodatkowym srebrnym krążkiem (czasami kilkoma) wypełnionym niepublikowaną zawartością. Weźmy na przykład reedycję jedynego albumu Bedlam z lat 70-tych, na którym na perkusji grał Cozy Powell sprzed czasów Rainbow. Pojedyncze wydanie winylowe ukazało się w edycji „deluxe” i składało się z…sześciu(!) płyt CD, przy czym okropnie słaby, oryginalny miks został przeniesiony na drugą płytę, a znacznie lepszy remiks zajął pierwsze miejsce jako płyta prowadząca. Ot, takie małe „oszustwo”. Pozostałe cztery zawierały koncerty i niepublikowane nagrania studyjne. Może to skrajny przykład, ale nierzadko zdarza się, że pierwotnemu albumowi towarzyszą na przykład dwie dodatkowe płyty z niepublikowanym materiałem koncertowym, co w przeszłości byłoby wydane jako osobny dwupłytowy album „live”. Nasuwa się więc pytanie, czy wydanie, które zawiera więcej nowego materiału od oryginału nadal jest reedycją..? Nie lepiej wydać go jako premierę..? W każdym bądź razie uważam, że termin „reedycja” w stosunku do wydania Bedlam wydaje się nieadekwatny. Z pewnością jest to ciekawy trend, o którym można dyskutować przy porannej kawie i słodkim rogaliku.

Wracając do tematu, na rynku reedycji prym wiedzie płodna wytwórnia Cherry Red skupiająca wokół siebie takie wydawnictwa jak Esoteric, Grapefruit, HNE, 7Ts, Captain Oi!, Doctor Bird itd. obejmująca tak różnorodne obszary jak rock progresywny, metal, pop, folk, reggae… Żadna inna nie jest tak zorganizowana pod względem organizacji, specjalizacji w gatunkach reedycji i tak prężna. Na przestrzeni kilku ostatnich lat ukazało się mnóstwo wspaniałych rzeczy spod znaku „czerwonej wisienki”. Pamiętam, że jedną z najbardziej oczekiwanych premier 2023 roku był klasyczny, koncertowy album Hawkwind, „Space Ritual” celebrujący 50-tą rocznicę jego wydania dostępny w dwóch bardzo różnych wersjach w zależności od zasobności portfela. Wersja tańsza, to dwupłytowy CD zawierający zremasterowany oryginalny album z bisem przywróconym do pierwotnej kolejności, plus dwa edytowane utwory w pełnym ich czasie trwania. Remaster okazał się jednym z najbardziej imponujących, jaki kiedykolwiek słyszałem, ponieważ jako wielki fan oryginału wątpiłem, czy jego brzmienie da się w ogóle oczyścić bez kastracji. Okazało się, że nie było powodów do obaw. Z kolei dla bardziej obsesyjnych koneserów zafundowano luksusowy, 11-płytowy box (10 płyt CD plus Blue-ray z niesamowity miksem przestrzennego dźwięku 5.1) będący klasycznym przykładem balansowania na granicy „reedycja, czy nie reedycja”. Mimo, że jestem fanem zespołu zachowując zdrowy rozsądek wybrałem skromniejszą opcję. Oczywiście w koszyku Cherry Records było dużo więcej smakowitych owoców jak choćby reedycje Toyah (3CD/DVD/2LP), wszystkie dzieła radośnie ekscentrycznego, folk rockowego Stackridge, neo-progresywnego Pallas  z lat 1981-1986 (6CD/Blue-ray), klasyczne „Once Again” Barclay James Harvest  i „Remember The Future” Nektar, pakiety Trapeze, Frijid Pink, Foghat, Girlschool, pełne kolekcje od High Tide, Hard Meat, włoskiego Circus 2000… Był też ogromny 20-płytowy box z solowymi nagraniami Keitha Emersona, dla naprawdę zakręconych fanów! Nieco mniej imponującego zestawu składającego się „tylko” z 14 płyt (13 CD plus DVD) doczekał się Van Der Graaf Generation. Ten zestaw to prawdziwy skarb – przypomnienie, a nawet uświadomienie sobie, jak wiele wspaniałego materiału zespół stworzył w schyłkowym okresie swojej kariery. Znajdują się w nim utwory stworzone w erze po reaktywacji zespołu, czyli po millennium, które dorównują imponującemu dorobkowi ze słusznie chwalonego okresu jego świetności. Pod względem edytorskim bez zarzutu. Jest wspaniała, bogata w informacje i pięknie ilustrowana 98-stronicowa książka (trudno nazwać ją „broszurą”) zawierająca wywiady z zespołem opowiadającym historię tamtych lat, a także teksty wszystkich piosenek. Płyty prezentują się w eleganckich replikach okładek, z rozkładanymi wkładkami. Dla każdego fana klasycznej ery, który jeszcze nie w pełni poznał, lub nie zgłębił ostatniej serii rozdziałów, ten zestaw to prawdziwy dar niebios.

BMG to kolejna wytwórnia, która oprócz nowości produkuje wysokiej jakości reedycje. Z godną podziwu konsekwencją od lat wznawia płyty Slade z debiutem „Beginnings” jeszcze pod nazwą Ambrose Slade, niedocenianymi w epoce albumami „Nobody’s Fools” i „The Amazing Kamikaze Syndrome”, oraz zebranymi w pięciopłytowym boxie „All The World Is A Stage” koncertowymi nagraniami z lat 1971-1981 na czele (pisałem o nim wcześniej). Gary Moore to kolejny, który cieszył się doskonałym traktowaniem z ich strony, a jeden z jego mniej znanych okresów został znakomicie przepakowany w zestawie „The Sanctuary Years 1999-2004”. Z okazji 40-rocznicy wydania albumu „Feline” zespołu The Stranglers, którego łagodny charakter zraził do siebie część ich starej gwardii, doczekał się wspaniałego remasteru, podobnie jak reaktywacyjny krążek Asii, „Phoenix” wydany na podwójnym winylu. Znakomitymi reedycjami od lat cieszą się płyty Marillion. Mimo, że okres ze Steve’em Hoghartem to nie moja bajka obiektywnie przyznam, że taki „Season’s End” doczekał się odpowiednio pięknego wydania w twardej oprawie, z tak dużą ilością nowego i wcześniej niepublikowanego materiału, że zespół mocno puka do drzwi z pytaniem „czy to aby reedycja?!” Robin Trower również włączył się do akcji, a jego niesłusznie niedoceniany debiut „Twice Removed From Yesterday” przyćmiony przez późniejszy „Bridge Of Sighs” doczekał się szczególnie imponującego podwójnego wydania winylowego, w komplecie z płytą  z niepublikowanymi utworami i sesją radiową z tamtego okresu.

Oczywiście, pojawiło się wiele innych ciekawych reedycji (w tym momencie przypomniał mi się box – 4 CD i DVD – mojego ulubionego Steamhammer zawierający niepublikowane nagrania koncertowe z lat 1969-1972). To, co tu przedstawiłem to jedynie ułamek wielkiej całości. Jak widać rynek „nagrań vintage” – co mogłoby być lepszym określeniem niż „reedycje” – wciąż cieszy się powodzeniem. Ci, którzy chcą ulepszyć swoje stare egzemplarze ukochanych płyt, lub wypełnić luki w dyskografii niepublikowanymi nagraniami oferta jest tak bogata, że bez problemu można kupić to na czym nam zależy. Tylko błagam, nie podniecajcie się „pojedynczymi edycjami” – to jeden z tych konkretnych rodzajów świńskich uszu, które nigdy nie zamienią się w jedwabną torebkę!