Założony w 1969 roku w Göteborgu Älgarnas Trädgård odegrał aktywną rolę w szwedzkim progresywnym ruchu. Do czasu rozwiązania w 1976 roku występował na darmowych koncertach i festiwalach. Nie unikając dźwiękowych eksperymentów czerpał inspiracje z folku i muzyki średniowiecza. Na scenie improwizował, a intensywne trasy koncertowe sprawiły, że jego brzmienie stało się cięższe, bardziej rockowe, ale z zachowaniem złożonych aranżacji wykorzystując do tego szeroki wachlarz instrumentów. Do konwencjonalnego składu: bas, perkusja, gitary i klawisze, dodawali skrzypce, wiolonczelę, cytrę, sitar, tablę, flet i instrumenty domowej roboty.
W 1972 roku wydali zaledwie jeden, oficjalny album, ale to wystarczyło, by odcisnąć swoje piętno w muzyce nordyckiej dzięki wyjątkowemu i śmiałemu eksperymentowi. Jego niewymawialny, dziwny tytuł, „Framtiden ar ett Svavande Skepp, Forankrat I Forntiden” (Przyszłość to unoszący się statek zakotwiczony w przeszłości) to prawdziwe świadectwo błogich dni hipisów. Czasów, gdy dorośli mężczyźni, niczym dzieci bawiące się zakazanymi kolorami i halucynogennymi cukierkami eksperymentowali z psychodelicznym dźwiękiem w poszukiwaniu odmiennych stanów świadomości. Rodzaj krautrocka ze skandynawską duszą, a mówiąc bardziej dokładnie, odważna fuzja rocka progresywnego, muzyki indyjskiej i nordyckiego folku tworząca gęstą, mistyczną i absolutnie hipnotyczną atmosferę. Co istotne, zespół nigdy nie popada w narkotyczną głupotę, ani bezcelowe pitu pitu. Oparta na gitarach transowa muzyka przywodzi na myśl Ash Ra Tempel połączona z chaosem Gong i wczesnym, hipnotycznym Tangerine Dream. Innymi słowy jest głęboko psychodeliczna, progresywna i folkowa z elementami eksperymentalnego krautrocka. W Szwecji nazywali ich „nordyckim Pink Floyd”. Porównanie zrozumiałe, ale być może nieco na wyrost bo Älgarnas miał własną tożsamość, a dowodził nim niezwykle utalentowany multiinstrumentalista, Jan Ternald, odpowiedzialny również za piękną okładkę albumu. Przedstawia ona starego, siwowłosego mężczyznę siedzącego niczym Bóg w dziwnym krajobrazie, nad którym unoszą się ogromne kamienne bloki z krążącymi wokół planetami. Z tyłu były dwa obrazy Hieronima Boscha: „Ogród ziemskich rozkoszy” i „Święty Jan na Patmos”. Wyobrażam sobie jak efektownie musiało wyglądać to w oryginale. W wersji kompaktowej usunięto „Świętego Jana…”, ale za to w dołączonej książeczce dodano zdjęcia zespołu, co nieco rozwiewa tajemnicę twórców tego mitycznego dzieła. Fajnie, że w opisach znalazły się angielskie tłumaczenia tytułów utworów (brakowało ich na LP), które oddają poetyckość zawartej muzyki.

Ten niezwykły album to prawdziwa kosmiczna podróż w najdalsze zakątki Wszechświata. Jego brzmienie jest niemal niemożliwe do opisania słowami – czasem przytulne jak owieczka, innym razem złowrogie. Od czasu do czasu pojawiają się na nim dziwne partie wokalne, emanujące nutą niepokoju i oszołomienia.
Bicie zegara, z którego wyłania się gitara akustyczna zaczyna ponad 13-minutowy utwór o najdłuższym tytule, który w tłumaczeniu brzmi tak: „Dwie godziny nad dwiema błękitnymi górami z kukułką po każdej stronie godzin”. Po krótkim wstępie gitary elektryczne, organy, skrzypce, oraz senny zestaw perkusyjny rozpoczynają długą i swobodną improwizację. Wraz ze wzrostem intensywności dwie elektryczne gitary toczą ze sobą ognisty pojedynek, a potem zmienia się nastrój. Do gry wchodzą starożytne skrzypce (rebec) i wiolonczela robiąc podkład pod mroczną średniowieczną pieśń żałobną. Nagranie płynnie przechodzi w „„Det Finns En Tid För Allt, Det Finns En Tid Då Även Tiden Möts” (Na wszystko jest czas, jest czas, kiedy nawet czas się spotka) z tablą, sitarem, cytrą; pojawiają się też skrzypce i harmonijka ustna. Folkowe klimaty z radosnym fletem ustępują awangardowym dźwiękom muzyki klasycznej łącząc się z elektroniczną wirtuozerią. W tym miejscu zadaję sobie pytanie jak oni to ogarnęli, że wszystko ze sobą tak doskonale współgra? Chapeau bas!

Początkowe dźwięki fortepianu w „Möjligheternas Barn” (Dzieci możliwości) przechodzą w folkową balladę zaśpiewaną boskim głosem przez szwedzką piosenkarkę Margaret Söderberg. Starożytne rogi zapowiadają kolejne nagranie, „Tristans klagan” (Lament Tristana). Klaskanie w dłonie i proste rytmy bębnów tworzą unisono smyczkowej melodii ludowej na tle basowego brzęczenia, przy które wyimaginowani wieśniacy tańczą na leśnej polanie przy wielkim ognisku. Nagłe zakończenie przenosi nas do „Viriditas”, innego, onirycznego świata z dziwnym zsynchronizowanym miksem fortepianu, smyczkami, harmonijką ustną i spowolnionym tempem. Ten numer, który wyprzedzał inne o dwie dekady to jeden z tych trudnych do opisania słowami. Trzeba w niego się wsłuchać, by to zrozumieć. Finałowy „Saturnus Ringar” to jak dla mnie szczyt wszystkich szczytów tego albumu. Ciche akordy organów i delikatny fortepian połączone z płynnymi dźwiękami gitary przenoszą nas po tych wszystkich ziemskich przygodach na odległą planetarną orbitę. Perkusja, wiolonczela, skrzypce i rebec improwizują, podczas gdy podwójne gitary z fuzzem wirują wokół siebie jak kosmiczne statki nurkujące ponad echem kolorów. Może mi się wydaje, ale mam nieodparte wrażenie jakbym pędził przez pierścienie Saturna jak zresztą sugeruje tytuł nagrania. To jest jeden z tych najwspanialszych momentów w progresywnej muzyce jakie kocham.
Jakby tego szczęścia było mało mamy tu dwa klejnoty nagrane na żywo w Muzeum Sztuki w Göteborgu jesienią 1972 roku dostępne tylko na płycie CD. Ich jakość nie jest krystaliczna, ale idealnie pasują do klimatu muzyki i w żaden sposób nie psują przyjemności jej słuchania. Pierwszy, zatytułowany „5/4”, wyłania się z mroku krautrockowego groove’u z hipnotyzującymi repetycjami, na których płynna gitara prowadząca i mieniące się syntezatory malują jaśniejsze tło. Pobudzona przez perkusję gitara gra namiętną solówkę rozpływającą się we mgle pod jej koniec, by ostatecznie powrócić do początkowego riffu i zabrzmieć ponownie, tym razem z basem na pierwszym planie. Drugi, „The Mirrors Of Gabriel”, rozpoczyna się delikatnymi, pulsującymi gitarami i kosmicznymi potokami migoczących organów. Pojawia się wiolonczela i flet; kołyszący basowy motyw nabierając kształtu przyciąga nasz wzrok do anielskich zwierciadeł. Organowe akordy towarzyszą nam do samego końca ostatecznie ginąc w odległej pustce… Miło było znów znaleźć się w kosmicznej przestrzeni, a nie w mrocznym, podziemnym świecie, który zamykał oryginalną płytę i który zawsze sprawiał, że czułem się nieswojo, słuchając go samotnie późną nocą.
Przyznaję, nie jest to płyta łatwa w odbiorze i nie każdemu przypadnie do gustu. Jeden ze szwedzkich recenzentów napisał o niej: „Przypomina „Ummagummę” Pink Floyd, z tą różnicą, że tym razem Syzyf wtacza śnieżną kulę pod górę w skandynawskim lesie sosnowym zamieszkanym przez trolle.” Gdy przenikniecie do wnętrza tej dziwnej i galaretowatej muzyki, być może usłyszycie tak jak ja psychodeliczne arcydzieło. Zachęcam do słuchania w skupieniu, koniecznie na słuchawkach. Jest tam cała masa ukrytych dźwięków iskrzących się jak kryształki lodu w słońcu, które mogą umknąć uwadze przy słuchaniu z głośników.
Materiał na drugą płytę zespół nagrywał w przerwach dwuletniego tournée jakie odbył w latach 1973-74, ale w epoce nie doczekał się wydania, aż do roku 2001. Dzięki temu album, trafnie zatytułowany „Delayed”, dostał nowe życie, a my możemy cieszyć się nie tylko jego produkcją i masteringiem godnym XXI wieku, ale też piękną okładką autorstwa (a jakże) Jana Ternalda i jego grafiką w stylu Rogera Deana zamieszczoną w środku dołączonej książeczki.
Różnica między debiutem, a nowym albumem jest znacząca; „Delayed” jest bardziej przystępny. Zespół gra momentami rockowo i z pazurem, choć z drugiej strony brakuje mi w „nowej” muzyce tej wyjątkowej, nadprzyrodzonej niesamowitości poprzednika. Na repertuar złożyły się głównie instrumentalne utwory (od bardzo krótkich po długie) z mglistą, kosmiczną psychodelią à la Pink Floyd z drugiej płyty, awangardą King Crimson i przewijającym się skandynawskim folkiem. Otwierający płytę utwór „Takeoff” mający coś z klimatu ELP i cytatem z suity „Planet” Gustava Holsta płynnie przechodzi w „Interstellar Cruise” – długi, kosmiczny rejs z energetyczną atmosferą. Klawiszowiec Jan Ternald jest na tym albumie bardziej zauważalny jako instrumentalista, a nie tylko człowiek od efektów specjalnych z debiutu kreatywnie wykorzystując potężne zasoby swojego nowego modularnego syntezatora Mooga. Prosty rytm, który przechodzi do ciężkich międzygalaktycznych riffów nie powstydziliby się ani Can, ani Gong. Ten gorący materiał kończy się śliczną gitarą i wzruszającym fortepianem. Króciutki „Reflection” przechodzi w „Almond Raga” z pogłosową wiolonczelą i zaczyna temat o indyjskim brzmieniu – rockowa raga zagrana z nienaganną finezją przypominająca Popol Vuh. Obecne tu rytmy nawiązują do późnych lat 60-tych z chodzącym basem, energiczną perkusją i dźwiękami sitaru.
„Beetlewater”, który cytuje „Water” zespołu Third Ear Band to psychodeliczny funkowy numer, który moim zdaniem przywodzi na myśl „Spirit Of The Age” Hawkwind (mimo że ukazał się cztery lata wcześniej), a także epicki „Miss Fortune” niemieckiego Faust’a z 1971 roku. Spokojny gitarowo-syntezatorowy wstęp wkrótce zastąpiony niebiańskim mellotronem, fletem i wiolonczelą skąpanymi w melancholijnych brzmieniach gitar i syntezatorów zapowiada „The Arrival Autumn”. Wyłaniający się groove daje początek wznoszącym się gitarowym riffom przeplatanymi dźwiękami mellotronu… Delikatne solo na flecie prowadzi prosto do nastrojowego „My Childchood Trees”, jedynego utwór z cudownym wokalem. Oparty na wierszu Edith Södergran tekst, mający aurę pradawnej nordyckiej tajemnicy został zaśpiewany głosem spoza koła podbiegunowego unosząc się w długim, powolnym wyciszeniem płyty.

Niesamowite, że „Delayed” wydaje się dziś tak nieprawdopodobnie świeżym albumem zawierającym wystarczająco dużo uroku, by wywołać dreszcz psychodelicznego mrowienia na plecach u tak sympatycznego jak ja człowieka. I tylko szkoda, że był tak długo trzymany w tajemnicy.







































