Black Spirit to zespół, którym wielu kojarzy się z teutońskim krautrockiem. Niesłusznie. Salvatore Curto (wokal, instrumenty klawiszowe), Nicola Ceravolo (gitara), Giovanni Granato (gitara basowa) i Gianni Piras (perkusja) byli włoskimi muzykami pracującymi w Volksburgu w Niemczech, gdy założyli go w 1970 roku. Historia grupy jest tak krótka, że w wielu encyklopedycznych opracowaniach poświęca się jej kilka linijek tekstu. W 1973 roku kwartet nagrał demo noszące wszystkie znamiona brzmienia wczesnego heavy metalu, czyli mieszaninę Black Sabbath, Deep Purple i Led Zeppelin. Rok później, po odbyciu kilku tras koncertowych, zniknął z muzycznego horyzontu. W 1978 roku nagrania z taśm demo ujrzały światło dzienne na winylu w limitowanym nakładzie 1500 kopii. Jak się łatwo domyślić żaden z muzyków nie miał o tym pojęcia.
Pierwszy utwór z tego zestawu, „Crazy Times”, szybko spełnia oczekiwania, jakie dawał tytuł – długa, delikatna kołysanka i hipnotyczne, otaczające partie gitary i organów przypominają Uriah Heep wciśnięte pomiędzy mocne wybuchy akordów mocy neandertalczyka walczącego o przetrwanie! W przeciwieństwie do niego, myląco nazwany „Punk Rock 'n’ Roll” wprowadza nas w ostry blues doprawiony dźwiękami z generatora tonów włoskiej marki Farsify, Z kolei „Nicolino” przywodzi na myśl progresywny rock z końca lat 60-tych grany przez zespół Art (pre-Spooky Tooth), a „Who Are You” mogło być idealnym garażowym singlem… dziesięć lat wcześniej! I tak dochodzimy do kolejnego giganta, „Old Times”, który przechodzi w maniakalny galop, a następnie w psychodeliczny fragment prezentując imponujące umiejętności instrumentalne kwartetu. Miłym kontrastem dla tego ciężkiego blues rocka jest delikatny wokal Curto, który pewnie dziś raziłby nie jedno ucho fana mocnych brzmień, ale mnie się podoba. Szkoda, że tej undergroundowej grupie nie udało się wydostać z „podziemia”, bo ten doskonały, nieco surowy materiał pokazał, że muzycy mieli duży potencjał.
Jeden zespół, dwa albumy, każdy wydany pod inną nazwą: oto w skrócie historia zespołu Demian – a raczej Demian, oraz Bubble Puppy, jak nazywano ich wcześniej. Postaram się w dużym skrócie rozwikłać ich osobliwą historię.
The Bubble Puppy, będący w 1966 roku instytucją z Teksasu, powstał w San Antonio, ale wkrótce przeniósł się do Austin, niecałą godzinę drogi na północ autostradą międzystanową 35, a następnie, nieco później, do Houston, po podpisaniu kontraktu z wytwórnią International Artists, która była także domem dla 13th Floor Elevators. Nawiasem mówiąc pominięcie Bubble Puppy w zestawie Nuggets opóźniło o wiele lat moje odkrycie ich garażowego rocka przesiąkniętego kwasem. Trzy lata później Puppy osiągnęło światowy sukces, plasując się w pierwszej dwudziestce listy przebojów utworem „”Hot Smoke And Sasafrass” (sic!) jednak wydany w tym samym roku debiutancki album „ A Gathering Of Promises” nie odniósł już takiego sukcesu, pomimo wspólnych występów z The Who, Janis Joplin, Johnny Winterem i innymi. Tak oto Rod Prince (gitara prowadząca, wokal), Todd Potter (gitara prowadząca, wokal), Roy Cox (bas) i David Fore (perkusja) znaleźli się z powrotem w Austin bez pieniędzy i realnych perspektyw. Na ich drodze szczęśliwie pojawił się basista Steppenwolf, Nick St. Nicholas, który został ich menadżerem. Na wniosek żony Nicholasa, Bubble Puppy przemianowali się na Demian zarówno ze względów kontraktowych, jak i estetycznych. Chcieli bowiem zdystansować się od szybko zanikającej sceny psychodelicznej po podpisaniu nowej umowy z ABC Records na swój drugi album, a w zasadzie pierwszy pod nowym szyldem.
Tak więc pionierski duet gitarzystów prowadzących Prince/Porter dał czadu z proto-metalową intensywnością w takich chrupiących riffach jak „Face The Crowd”, „Coming”, „Todd’s Tune” i „Only A Loner” (wszystkie wyprzedzające swoje czasy), mimo że nie mogli się oprzeć szybkiemu spojrzeniu w lusterko wsteczne przy „Love People”. Utalentowany kwartet pokazał również swoją wszechstronność (oraz fantastyczne chórki) w „Windy City” z latynoskim posmakiem, w jazzującym „No More Terderness”, we wzniosłym bluesie „Are You With Me Baby”. Niestety, konsumenci nie zgodzili się z moją pozytywną oceną. Kwartet rozpadł się i wrócił do rodzinnego Teksasu, by lizać rany pozostawiając nam tę 50-letnią pamiątkę dzięki której możemy ich tu wspominać.
Patrząc w sklepie na okładkę płyty „Tiger Rock” niemieckiego zespołu Tiger B. Smith byłem przekonany, że mam do czynienia z glam rockową kapelą. Dopiero w domu przekonałem się, że wpadło mi w ręce potężne trio składające się z wokalisty i gitarzysty Holgera Schmidta (to ten z mega afro-fryzurą), basisty Klausa Meinhardta i perkusisty Karla-Heinza Trauta, które odrodziło się w 1972 roku z popiołów wcześniejszego projektu, Second Life.
Choć ich kolorowe stroje krzyczały glam rockiem jego korzenie było nie w T. Rex, czy Bowiem, lecz w bohaterach takich jak The Jimi Hendrix Experience, Hawkwind, Black Sabbath i The Edgar Broughton Band. Styl tria charakteryzował się ciężką gitarą fuzz, długimi instrumentalnymi jamami i progresywnym brzmieniem. Łączyli blues rocka z wczesnym heavy metalem i kosmicznymi elementami podszytymi psychodelią. Ta eklektyczna mieszanka w połączeniu z dynamicznymi występami pomogła im wyrzeźbić unikalne brzmienie. Innymi słowy, była to ściema, co udowadnia utwór tytułowy, który niczym walec wyjeżdża z rykiem ze swojej klatki. Następujący po nim „These Days” podkręca stoner doomową dewastację, a następny, „Everything I Need” wciska zębaty groove w czaszkę. Na drugiej stronie Tiger B. Smith uwalnia dwa futrzane koty w przepełnionym efektami wah-wah psychodelicznym „To Hell”, oraz w dość oczywistym „Tiger Blues”. Mam wrażenie, że Karl-Heinz uparcie dąży do zniszczenia swojego zestawu perkusyjnego, brzmienie gitary Holgera jest mięsożerne, a bas Klausa dudni mocno jak żaden inny w tym czasie. Dlaczego więc wcześniej nie słyszeliśmy o proto-metalowej propozycji Tiger B. Smitha? Prawdopodobnie dlatego, że „Tiger Rock” został wydany wyłącznie w Niemczech. Co prawda wzbudził wystarczające zainteresowanie, aby sfinansować im lokalne trasy z Deep Purple i Scorpions, oraz kilka występów w telewizji zachowane na YouTube, ale poza tym nic więcej. Szkoda.
Na kiczowaty drugi album „We Are The Tiger Bunch” wydany w 1974 roku ogół społeczeństwa nie dało się nabrać. Jego opóźnione wydanie w USA okazało się jeszcze większą klapą, gdyż zawierało zmiksowane utwory z obu płyt. W niedługim czasie kości zespołu zostały wyczyszczone i rzucone na rosnącą stertę nieudanych karier pionierów ciężkiego rocka, a następnie zapomniane – z wyjątkiem rzecz jasna kolekcjonerów płacących skandalicznie wysokie ceny za oryginalne winyle. Na szczęście dużo tańsze i wciąż dostępne są kompaktowe reedycje.
Nieco trudniej miałem w przypadku albumu zespołu Space Farm. To nowozelandzkie psychodeliczne trio odkryłem jakieś pół roku temu i nic nie mogło mnie powstrzymać od jego zdobycia.
Zainspirowani Hendrixem, muzyką indyjską i wieloma innymi składnikami psychodelicznej dźwiękowej mieszanki tamtych czasów, Space Farm tworzył muzykę, która rozszerzała granice rocka w stronę czegoś, co sięgało poza granice gatunku. Fenomenalny gitarzysta Harvey Mann był najpilniejszym uczniem Jimiego Hendrixa, a basista Billy Williams i perkusista Glen Absolum z przyjemnością oddawali się jego obsesji. W okresie przemian społecznych i politycznych jakie miały miejsce pod koniec lat 60-tych dziwił brak jawnych komentarzy ze strony kontrkulturowych muzyków choćby w sprawie konfliktu w Wietnamie. Tu panowała wyjątkowo ogłuszająca cisza (Nową Zelandię reprezentowali jedynie wolontariusze) – jakby wszyscy zajęci byli swoją własną podróżą. Album „Space Farm” wydany przez wytwórnię Zodiac w 1972 roku jest tego przykładem: teksty piosenek opowiadają o Cyganach, ideach wolności, lataniu, przestrzeni, nieskończoności, życiu chwilą… W „Wheel” podkreślają „łaskę wszystkiego, co się porusza”, zaś w „On The Loose” Harvey Mann śpiewa: „Jestem jak toczący się kamień nieba”. Muzyka, w jakiś sposób związana z wolnością i poczuciem wyzwolenia, pozwala oderwać się od ograniczeń związanych z codzienną rutyną. Już sama nazwa, Space Farm, sugeruje o jej nieskończonej głębi i zasięgu. Nie ma w niej nic dziwacznego – brzmienie jest mocne, melodyjne i pełne wdzięku. Utwór tytułowy otwierający płytę wciągnął mnie swoim chwiejnym, unoszącym się, ultra przesterem. Jednak nie jest to ich dominująca cecha, o nie… Dzięki przenikliwym dźwiękom gitary, wysokiemu basowi Williamsa i ujmującemu wokalowi album prezentuje mieszankę ponurych ballad („Homeward Bound”), ostrego funk rocka („Infinity Way”), melodyjnego acid popu („Waking Dream”) i space rocka („Gypsy Queen”). Większość materiału odzwierciedla łagodniejszy okres jaki Hendrix zawarł na „Axis: Bold As Love”. Ale właśnie wtedy, gdy myślimy, że każda piosenka będzie jakąś jego kopią, pojawia się odstępstwo jak w „On The Loose”. A gdy komuś znudzi się szybkie tempo wzmocnione fajerwerkami niech posłucha „Lover Not A Dancer”, który w piękny sposób zamyka płytę, a wtedy zrozumie o czym mówię.
Może ten album nie jest aż tak nowatorski jak niektórzy mogliby się spodziewać, ale uchwyca ducha swoich czasów. Muzyka Space Farm jest tak pozytywna jak muzyka sfer – nie da się jej opisać, trzeba nadstawić ucha i posłuchać.
Moja najnowsza obsesja, zespół Murasaki (zamówiłem to cacko bezpośrednio z Kraju Kwitnącej Wiśni) powstał z miłości do Deep Purple. Zresztą „murasaki” po japońsku znaczy „fioletowy”. Nie dysponuję żadnymi dowodami statystycznymi, ale śmiem twierdzić, że wśród japońskich fanów hard rocka w latach 70-tych Deep Purple cieszył się większą popularnością niż Led Zeppelin i Black Sabbath. I nie znajdziemy bardziej wylewnego poparcia dla tego stwierdzenia niż ten wysokiej jakości debiutancki album wydany w 1975 roku.
Zespół powstał na Okinawie w 1971 roku z inicjatywy grającego na klawiszach George’a Murasaki, absolwenta Uniwersytetu w Kalifornii, który po powrocie do ojczystego kraju zwerbował kilku muzyków, w tym dwóch braci Shiroma: Toshio (bas) i Masao (wokal). Na samym początku zyskali popularność grając covery dla amerykańskich żołnierzy stacjonujących na Okinawie. Przełom nastąpił w sierpniu 1972 roku kiedy do Japonii przyjechał Deep Purple. Wtedy postanowili grać tak jak oni. W kwietniu 1976 roku wydali album „Murasaki” będący wielkim hołdem dla Blackmore’a i spółki z naciskiem na potężne organy, rozrywające gitary, unikalne melodie z tekstami śpiewanymi po angielsku z jakże egzotycznym japońskim akcentem. Już dynamiczny początek w postaci porywającego „Double Dealing Woman” zadziwiająco spójnego pod względem żarliwej melodyjności dobitnie pokazuje czego możemy się spodziewać. Formacja spisała się na medal także w niełatwym do zagrania „Devil Woman”, przebojowym „Rock And Roll Nightmare”, czy zaskakująco swingującym „Far Away”. Hołdem dla Deep Purple było wiernie odtworzone „Lazy”, z kolei „Do What You Want” pokazał świetną współpracę między gitarzystami (Yukio Shimoji i Kiyomasa Higa), a samym Murasakim szalejącym na Hammondzie. W „Maze” cały sekstet pokazał ostry rockowy pazur z solówką perkusyjną Eichi Mijanagi’ego na czele – w sumie ponad dziewięć minut znakomitego grania. Jedynym elementem różniącym Murasaki od Deep Purple był wokal. No, ale cóż – Gillan był tylko jeden.
Wydany rok później „Impact” swoim poziomem wcale nie odstawał od debiutu. Porywający hard rock utrzymany w stylu Głębokiej Purpury z ich najlepszego okresu wypełniony był znakomitymi kawałkami mogącymi zadowolić najwybredniejszych fanów gatunku.
„Doomsday” to prawdziwy killer-otwieracz ze świetną rozbujaną sekcją rytmiczną i kapitalną współpracą Hammonda z dwiema gitarami prowadzącymi – największa cecha wyróżniająca ich od swych idoli to właśnie atak dwóch gitar. Przebojowy „Fly Me Away” nasuwał wspomnienie nie tak znów odległego w czasie „Fireball” – także ten kawałek okraszono fantastycznymi solówkami gitarowymi i organowymi. Nie zawodziły „Let Me Go”, oraz „Wings Of Love”. W dziewięciominutowym „Mother Nature’s Plight” tym razem było jakby mnie Purplii, a więcej Murasaki, za to główny riff z „Just A Rock’n’Roll Band” przypominał ten ze „Smoke On The Water”. I choć nie było to nic odkrywczego był na tyle zbliżony do Deep Purple, że mnie osobiście zafascynował. Słabo natomiast zaprezentował się bezpłciowy „Take You For A Ride”, ale każdemu zdarzyć się może kiks w pracy.
Pod koniec roku zespół uszczęśliwił swoich fanów podwójnym albumem koncertowym „Doin’ Our Thing At The Live House Murasaki”.
Można powiedzieć, że był to taki ichni „Made In Japan”. Zespół był w fantastycznej formie i szczerze powiem, że wznowiony na płycie CD ten 80-minutowy występ powalił mnie na kolana. Na tym albumie znalazły się koncertowe wersje utworów znane z płyt studyjnych, ale tu zagrane w sposób fenomenalny! W tamtych latach albumy koncertowe były normą i niemal każdy zespół dążył, by taki mieć w swojej dyskografii. Dziś takie wydawnictwa (o zgrozo w połowie tworzone w studiach) na ogół traktowane są jako wypełniacze kontraktów i nie budzą tak wielkich emocji, co przyjmuję z ogromnym smutkiem.
Z perspektywy czasu wszystkie trzy płyty Murasaki traktuję jako nostalgiczną podróż zanurzając się w hard rocku lat 70-tych w nietypowej dalekowschodniej pespektywie w odcieniu purpury. Polecam te jak i wszystkie wyżej opisane!





