Szwajcarski generator. ISLAND „Pictures” (1977)

Płytowe antyki owiane mgłą zapomnienia po odkryciu mienią się dziś blaskiem klasyki. Tak jest w przypadku albumu „Pictures” krótko istniejącego szwajcarskiego zespołu Island. To jedna z moich ulubionych progresywnych płyt, którą odkryłem w czasach, gdy była znana jedynie wąskiej grupie miłośników progresywnego rocka. Długo wahałem się, czy jest sens pisać o niej w tym miejscu, gdzie z założenia przedstawiam płyty wykonawców, o których muzyczny świat poza samymi zainteresowanymi i ich rodzinami nie miał kompletnego pojęcia o ich istnieniu. Z drugiej jednak strony myśl, że to wydawnictwo do tej pory nie pojawiło się w tym miejscu długo odbijało mi się czkawką. Czas to naprawić. 

Szwajcaria raczej nie jest kojarzona z rockiem progresywnym, ale ten album, obok „Movin’ On” zespołu Circus z tego samego roku, dowodzi, że Szwajcarzy nie są neutralni jeśli chodzi o niesamowitą muzykę. Niestety, jak wielu wykonawców z tamtej epoki, Island był zespołem, który szybko przeminął. Za szybko. Informacji o nim też nie było wtedy za wiele, a jeśli chciało się do nich dokopać po wpisaniu słowa island w raczkującym wtedy Internecie wyskakiwały obrazki egzotycznych wysp. 

Grupę tworzyło czterech bardzo utalentowanych muzyków o szerokiej muzycznej wyobraźni: Benjamin Jäger (wokal prowadzący, instrumenty perkusyjne), Güge Jürg Meier (perkusja), Peter Scherer (klawisze, bas pedałowy) i René Fisch (saksofon, flet, klarnet). Jak widać nie ma tu gitary i basu (tę ostatnią rolę pełnią pedały basowe), a nacisk położony jest na instrumenty perkusyjne, klawisze, wokale i dęte. Brzmi to tłoczno, ale jest dużo przestrzeni. Każdy instrument brzmi jakby był na osobnej wyspie, a jednak współgra z resztą zespołu. W pięciu utworach jakie znalazły się na albumie wyczuwalna jest mroczna atmosfera, którą potęguje niepokojąca okładka H.R. Gigera idealnie wpasowując się w klimat muzyki. A ta przemieszcza się między równoległymi światami przechodząc od rocka progresywnego, przez zeuhl, po muzykę kameralną i jazz. Wszystko to łączy się w całość tworząc pięknego, a zarazem osobliwego potwora jakim jest ten album.

Front okładki.

Niesamowite, półtoraminutowe „Introduction” rozpoczyna się śpiewami mnichów, po których do głosu dochodzi klarnet tworząc upiorną, a zarazem melancholijną atmosferę. Niezrozumiałe szepty wkradają się, budując szaleństwo wraz z perkusją, by w finale stworzyć czysty chaos. To otwarcie doskonale oddaje grozę i zapowiada progresywny klimat, który tu na nas czeka i przenosi prosto do „Zero”, sześciominutowego pokazu niesamowitego talentu całego zespołu. Poza fenomenalnymi umiejętnościami gry na instrumentach, członkowie grupy wypracowali niezwykłą synchronizację. Ich najbardziej unikalną i potężną umiejętnością jest możliwość jednoczesnej zmiany tempa zachowując przy tym synchronizację. Tworzy to oszałamiający efekt, który sprawia, że zastanawiamy się jak oni to zrobili? Łapię się na tym, że mniej szalona środkowa część – delikatny taniec między perkusją Güge Meiera, a klawiszami i basowymi pedałami Petera Scherera –  zachwyca mnie za każdym razem. Ten schemat jest tak złożony, że aż trudno uwierzyć, że grają tu tylko dwie osoby! Wielowymiarowy, szesnastominutowy „Pictures” jest moim ulubionym utworem łączącym wszystkie wymienione wyżej gatunki muzyczne. Po raz pierwszy słyszymy tu śpiewającego Benjamina Jägera. Jego linie wokalne  przeplatają się i wykraczają poza poziom złożoności Gentle Giant, do którego tak chętnie niektórzy porównują Island. Angielski ewidentnie nie jest jego językiem ojczystym, ale co zaskakujące, dobrze to współgra ze złowieszczym tonem muzyki. Jeśli ktoś ma problem ze zrozumieniem tekstu dołączona do płyty książeczka szybko to wyjaśni. Najbardziej zapadającym w pamięć fragmentem tego utworu jest fraza „Gastric juices…” powtarzana w szybko zmieniającym się tempie. To dowodzi, że chłopaki mieli poczucie humoru i nie jestem pewien, czy kiedykolwiek po usłyszeniu tej frazy zdołam opanować chichot. Ale kiedy zaczynam analizować ten skomplikowany numer, po raz kolejny zdaję sobie sprawę, że ci muzycy byli naprawdę niesamowici.

Tył okładki.

Druga strona oryginalnej płyty zaczyna się od „Herold And King/Dloreh”. Osoby spostrzegawcze zauważą, że „Dloreh” to „Herold” czytane wspak dając wskazówkę, co będzie dalej. Po melancholijnym fortepianowym wstępie zostajemy przeniesieni do mrocznego lochu atonalnych dźwięków z Jägerem mamroczącym coś, co brzmi jak bełkot. Broszura dołączona do płyty CD po raz kolejny udziela podpowiedzi: to teksty czytany od tyłu. Co więcej, robi to z taką werwą, że brzmi naprawdę niesamowicie i zapada w pamięć. Ta cała sekcja a cappella jest jak nie z tego świata, po której następuje porywająca, instrumentalna część, w której czynnik upiorności wciąż jest obecny i wywołuje dreszcze. Przynajmniej u mnie. Ostatnie nagranie, „Here And Now”, ma dokładnie tę samą długość jak „Herold And King / Dloreh”, ale pod względem dynamiki ma odwrotną strukturę. Tym razem pojawia się spokojniejsza, wolniejsza część środkowa zatytułowana „The Stillbirth Of A Harvest” zamknięta dwoma frenetycznymi fragmentami. Nie jest zaskoczeniem, które fragmenty lubię bardziej, ale w centrum utworu pojawiają się dobrze wykonane eksperymenty muzyczne Jägera. Końcówka utworu, mimo wzmianki o „słońcu Ibizy”, jest nie mniej gotycka i stanowi ekscytujące zakończenie niezwykłej płyty.

Jeśli komuś mało tej muzyki podpowiadam, że kompaktową wersję albumu kończy bonus, 23-minutowy jam zatytułowany „Empty Bottles”. Różni się on od całej reszty i wpisuje się bardziej w canterburyjską scenę eksplorując wiele różnych stylów, co tylko potwierdza, że ci zdolni muzycy mogli grać w każdym gatunku.   „Pictures” to gęsty, mroczny, wymagający album, który wymaga wielu ponownych przesłuchań, ale wyjątkowy talent muzyczny zespołu i kreatywna wizja sprawiają, że każde kolejne odsłuchanie od początku do końca jest czystą przyjemnością.

AMANDA – tryptyk austriacki, czyli powrót do przeszłości.

Wiele osób często pyta mnie, dlaczego tak konsekwentnie tropię zapomniane albumy, w tym te z rockiem progresywnym z lat 70-tych  (a są ich setki, jeśli nie tysiące)..? Odpowiadam krótko: bo tęsknię za tym retro brzmieniem. Tymczasem pochodząca z Austrii grupa Amanda uświadomiła mi, że nie muszę ciągle grzebać w przeszłości, skoro współcześnie istnieją zespoły tworzące dokładnie taką muzykę, jaką chcę słuchać. Choć nie można określić ich mianem oryginalnych, składają one fantastyczny hołd progresywnemu rockowi tamtych lat i to jest jeden z tych czynników, który zachęca mnie do ich poznawania.

Austriacki kwartet Amanda

Zespół został założony w górach środkowej Austrii, konkretnie w Graz w 2018 roku w składzie  Maximilian Mitterwallner (kbd), Klaus Messnitzer (g, voc), Michael Meissnitzer (bg) i Herbert Adelwöhrer (dr). Styl i brzmienie nawiązuje do ich ulubionych wykonawców spod znaku progresywnego rocka lat 70-tych w tym między innymi Pink Floyd, Pulsar i niemieckojęzycznego Novalis. Jest taki trend,  że wiele zespołów w dzisiejszych czasach stara się brzmieć jak najbardziej retro, tyle, że większość oprócz staromodnego dźwięku nie wnosi praktycznie żadnej innowacji. W tym przypadku jest inaczej. Oni wypracowali swój indywidualny styl, który plasuje się gdzieś między psychodelicznym space rockiem, a austriacką tradycją eksplorując jednocześnie inne terytoria muzyczne. Nie mogę sobie darować, że przegapiłem ich w 2020 roku, gdy wydali debiutancki album „Durch die Ewigkeit” (Przez wieczność). Album, będący oszałamiającą mieszanką psychodelicznego space rocka z długimi i płynnymi pasażami klasycznych, folkowo-chóralnych brzmień. To tak, jakby Pink Floyd spotkał Petera Corneliusa* gdzieś pomiędzy średniowiecznym klasztorem mnichów, a kosmiczną przestrzenią.

Okładka debiutanckiej płyty (2020)

Amanda zabiera nas tu w podróż po Wszechświecie, w trakcie której mierzy się z odwiecznymi pytaniami o byt, sens istnienia, harmonię… Metaforycznie Wszechświat symbolizuje wieczność, piękno, mistycyzm i tęsknotę. Po harmonijnym wstępie gitary akustycznej w „Luna” niezwykła sekwencja taktów (dwa 4/4 i jeden 5/4) jest symbolem wewnętrznej walki związanej z wyruszeniem w nieznane, podróż przez bezkresną wieczność. Doskonale ilustruje to oficjalny teledysk, drugi po „Aus ewigem Liacht”, które najlepiej obejrzeć jeden po drugim. Oprócz transcendentalnych doświadczeń w „Aus ewigem Liacht” (Zrobiony z wiecznego światła), „Wenus” i w „Astra” tekst w „Malevada” krąży tym razem wokół relacji międzyludzkich i nieokreślonego uczucia ponadczasowej miłości. Długie wstępy w nagraniach wprowadzając nas w emocjonalny świat, poszerzają dźwiękową przestrzeń zagłębiając się w jego mroczną otchłań, a gościnnie występujące wokalistki, Annalena Trummer i Julia Bukettis swoimi anielskimi wokalizami potęgują podniosłość całej muzyki. Mimo to Amanda w pewnym sensie pozostaje zespołem rock and rollowym. Z jednej strony wpływy Pink Floyd, Camel, czy scena Canterbury, z drugiej austriaccy kompozytorzy tacy jak Hubert von Goisern** łączą się w wyjątkową formę sztuki, w której (i to jest moim zdaniem ciekawe) nastrojowe aranżacje spotykają się z czysto popowym urokiem. Podsumowując, „Durch die Ewigkeit” to koncepcyjne dzieło z dużym polem do własnych interpretacji, które porusza duszę i ma w sobie to „coś” od czego trudno się oderwać. Ponowne odkrywanie magii Kosmosu, natury i samego siebie przy jego dźwiękach to prawdziwe katharsis.

Moja przygoda z zespołem zaczęła się nie od debiutu, ale od drugiej, wydanej dwa lata później płyty „Weltenraum” (Przestrzeń). Płyty, na której znalazły się dwa długie epickie nagrania: „Apoll” (23:11) i „Abraxas” (19:27).

Okładka płyty „Weltenraum (2022)

Pierwsza myśl jaka zaświtała mi w trakcie pierwszego słuchania była mniej więcej taka: „Ot, grupa austriackich muzyków, która usiadła, posłuchała „Shine On You Crazy Diamond” i poszła nagrać coś podobnego”. W miarę rozwoju stało się dla mnie jasne, że Amanda na tym albumie osadza swoje brzmienie w klimacie space rocka. To, co uderzyło mnie przy słuchaniu „Apoll” to fakt, że zespół nie ma zamiłowania do epatowania techniką, którą popisuje się większość współczesnych zespołów progresywnych. Zapewne zauważyliście jakże kusząca jest w nich chęć pójścia na całość i zagrania swojej muzyki jak najszybciej, prawda? Amanda wykazuje godną podziwu powściągliwość w swoich kompozycjach, stawiając na klasyczne brzmienie. Płynność obu utworów wydaje się z góry przesądzona, niemal przewidywalna, a mimo to bezgranicznie wciąga.

Choć większość muzyki, jak w „Shine On You Crazy Diamond” jest spokojna zespół znajduje czas na pokazanie różnych stron swojej osobowości w rozbudowanych instrumentalnych partiach. Szkoda tylko, że są krótkie i jest ich tak mało. W połowie „Apoll” następuje popis syntezatorów przed floydowską porcją muzyki konkretnej, a w „Abraxas” otrzymujemy bardzo klasyczne, progresywne solo organów Hammonda. Oba utwory wykorzystując powtarzające się motywy nadają całości jednolitą strukturę w formie suity. Tak też trzeba tę płytę odbierać. I jeśli czegoś mi tu brakuje, to tylko chórku niebiańskich głosów Annaleny i Juli. A teraz przymykam oczy i daję się ponieść wspaniałym dźwiękom skróconej wersji pierwszego utworu…

Po tak dwóch fantastycznych albumach z niecierpliwością czekałem na kolejne wydawnictwo. I zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami ukazało się ono w czerwcu 2025 roku pod tytułem „Perpetuum”.

Okładka trzeciego albumu „Perpetuum” (2025)

Trzecia płyta kontynuuje podróż przez bezkres wszechświata Amandy. Podróż ta odsłania również nieznane dotąd muzyczne oblicza zespołu. Niemniej „Perpetuum” można postrzegać jako ostatni album trylogii. Łacińskie perpetuum oznaczy „na zawsze” i dokładnie tak jest. Zabiera on nas w długą podróż przez przestrzeń i czas, z której być może nie ma powrotu, choć ostatecznie nie do końca wiadomo, czy wciąż będziemy unosić się w kosmicznej próżni, czy może wrócimy na Ziemię. W muzyce w zasadzie nic się nie zmieniło – nadal jest to ekspansywny psychodeliczny prog rock inspirowany gigantami muzyki lat 70-tych. Teksty śpiewane styryjskim dialektem spokrewnionym z językiem słoweńskim, ale z silnymi niemieckimi wpływami zespół wykorzystuje do malowania abstrakcyjnych obrazów. Mimo, że kompletnie ich nie rozumiem są magiczne. Krążek rozpoczyna się dramatycznym, mocnym intro. Dźwięki organów i chór prowadzą do „Morgenlandfahrt” (Podróż do Orientu) zanim kontrolę przejmą ekspansywne gitary. Żywe, nigdy niespieszne rytmy perkusyjne tworzą rytmiczny fundament. Pomiędzy utworami występują płynne przejścia, które sprawiają, że całość wydaje się jeszcze bardziej spójna. W kolejnych utworach, „Sunmaschin” i „Mondfieber” (Gorączka Księżyca) powstają rozległe pejzaże dźwiękowe nadając każdej nucie własną przestrzeń.

Centralnym punktem albumu jest tytułowa kompozycja. Jak to zwykle bywa w tego rodzaju muzyce, Amanda wykorzystuje modus frygijski, który brzmi egzotycznie szczególnie dla zachodniego słuchacza. Zaczyna się spokojnie, ale stopniowo nabiera intensywności osiągając punkt kulminacyjny w muzycznym przeciążeniu nie naruszając struktury utworu. Podobnie jak w poprzednich nagraniach również tu następuje płynne przejście do „Zeitsprung” (Przeskok w czasie). Jego samplowany finał tworzy wrażenie spadania w przestrzeni i czasie. Cała podróż ostatecznie kończy się utworem „Radio Solis” z powracającymi w finale organami i ksylofonem. Krąg zamyka się głębokim, stłumionym trzaskiem, po którym następuje bezwzględna cisza…

Stworzone przez zespół Amanda „Perpetuum” to dzieło, które w pełni zasługuje na swoją nazwę. Urzeka i trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej nuty. Dzieło, w którym zespół eksploruje różnorodne pejzaże dźwiękowe pozostając jednocześnie wierny swoim ideałom. I co ważne – brzmi ponadczasowo i współcześnie. Żeby nie uronić z tego żadnego dźwięku, ani jednej nuty koniecznie słuchać  (jak i poprzednie) na słuchawkach – najlepiej późną nocą.

* Peter Cornelius – znakomity austriacki gitarzysta znany ze współpracy z Michaelem Cretu, twórcą projektu Enigma.

** Hubert von Goisern – kultowa postać austriackiej folk rockowej sceny, twórca stylu New Volksmusik and Alpine Rock z gatunku World Music.

Wikingowie z TITANICA (1970-1973).

W odróżnieniu od brytyjskiego liniowca, który zatonął wczesnym rankiem 15 kwietnia 1912 roku dużo skromniejszy norweski Titanic „pływał” po muzycznych wodach znacznie dłużej i nie dał się zatopić. W historii rocka niewiele zespołów przeszło tak dramatyczną i rozległą transformację jak oni. Jego historia to nie tylko ewolucja zespołu; to opowieść o przekraczaniu granic i barier, które pozwoliły mu stworzyć unikalne muzyczne dziedzictwo. „Zwodowany” przez pięciu muzyków z Oslo w 1969 roku swój ostatni rejs zakończył dziesięć lat później wydając w tym czasie sześć albumów nie licząc singli. Ale zacznijmy od początku.

Jego historia zaczęła się w 1965 roku, gdy kilku młodych licealistów z Oslo założyło zespół Beatnicks. Grając przeróbki beatowych hitów zyskali sporą popularność także poza granicami rodzinnego miasta. Przełom nastąpił kilka lat później. Kiedy w marcu 1969 roku Led Zeppelin odbywał swą  pierwszą skandynawską trasę ominął Norwegię. Byli tam jednak sześć miesięcy wcześniej jako New Yardbirds szerząc nowy gatunek muzyczny, który, jak się wkrótce okaże, zalał cały świat. To wtedy zespół przeszedł znaczącą transformację. Beatnicks przyjęli nazwę Titanic, co symbolizować miało niezwykłą podróż, w którą mieli się udać. Początkowy skład to gitarzysty Janne Løseth, klawiszowiec i basista Kenny Aas, perkusisty John Lorck i grający na instrumentach perkusyjnych, Kjell Asperud. Szybko zdali sobie sprawę, że zatrudnienie wokalisty śpiewającego po angielsku poprawi ich postrzeganie także poza Skandynawią. Podążając za przykładem innych zespołów takich jak niemiecki Lucifer’s Friend i Blackwater Park, fiński Tasavallan Presidentti i Wigwam, czy duński  Culpeper’s Orchard zatrudnili Brytyjczyka z Manchesteru, Roya Robinsona. Jego potężny wokal (trochę podobny do Steve’a Goulda z Rare Bird) nadał brzmieniu nowy wymiar. Zapoczątkował też głęboką metamorfozę zespołu i stał się jego „okrętową śrubą napędową”. Titanic zaczął rozwijać swoje unikalne brzmienie z misternymi kompozycjami, złożonymi aranżacjami i refleksyjnymi tekstami Robinsona.

Wraz z rozwojem muzyki ewoluowały również ich aspiracje. Zrozumieli, że aby zdobyć większe uznanie i sukces, muszą wyjść poza granice Norwegii. W 1970 roku podjęli ryzyko przenosząc się na południe Francji. Decyzja była symbolem ich zaangażowania w sztukę i chęcią odkrywania nowych horyzontów. Francja, ze swą zróżnicowaną sceną muzyczną, oferowała Titanicowi znacznie szerszą współpracę i możliwości zaistnienia na dużo większym rynku. Wypracowane przez nich charakterystyczne brzmienie szybko znalazło uznanie w oczach tamtejszych fanów rozlewając się powoli na inne kraje Starego Kontynentu. Rosnąca popularność nie uszła uwadze francuskiego oddziałowi Columbia Records, która pod koniec roku wydała im debiutancki album, w których gitara i organy Hammonda walczyły o dominację à la Deep Purple bardziej niż Led Zeppelin.

Front okładki debiutanckiej płyty (1970)

„Titanic” łączy w sobie brutalnie ciężkie współgranie gitar i organów, pulsującą perkusję i tęskne melodie tworząc miksturę hard rocka, z ciężkim blues rockiem. W proto-metalowych utworach takich „Searchin'”, „Love Is Love” i „Something On My Mind” słychać młot. Nie „Młot bogów”, ale młot parowy, zdolny zmiażdżyć Corvette Stingray 427 z 1970 roku w puszkę wielkości naszego „Paprykarza szczecińskiego” (właściciele koncernu Chevrolete niech mi wybaczą to porównanie). Jednak w brzmieniu Titanica było o wiele więcej niż tylko rozwalający czaszki, krwawiący z uszu hard rock. Urocza, fortepianowa, pół ballada „Mary Jane” z orkiestrowym podkładem i sentymentalnym tonem stanowi prawdziwą odmianę, podczas gdy „Schizmatic Mind” i „Cry For A Beatle” (hołd dla Beatlesów) emanują mglistym, psychodelicznym popowym klimatem. Najbardziej osobliwy jest jednak „Firewater” w stylu jazzowego big bandu z lekkim chicagowskim akcentem, oraz delikatny i wytworny „I See No Reason” inspirowany symfonicznym rockiem. Dla mnie ten znakomity było nie było album to hołd złożony ulubionym zespołom bez grania ich coverów. I choćby za to czapki z głów!

Po jego wydaniu szefowie Columbii zaprosili muzyków na galę pokazową filmu „Woodstock” podczas Festiwalu Filmowego w Cannes. Sprytny chwyt marketingowy pomógł wypromować zespół poza granicami Francji. Zespół ruszył w trasę, a dwa lata później do sklepów trafił drugi, bardziej dojrzalszy album, „Sea Wolf”.

Okładka płyty „Sea Wolf” (1972)

Już po samym tytułowym utworze rozpoczynającym tę płytę można spodziewać się kontynuacji ciężkiego progresywnego brzmienia z mocną grą na klawiszach. To jeden z moich ulubionych utworów z dominującymi organami, po którym następuje dziewięć kolejnych, autorskich kompozycji pokazując, że Titanic był jednym z gorętszych zespołów początku lat 70-tych. Album ukazał się tuż po sukcesie singla „Sing Fool Sing”. Ale to nie strona A stała się przebojem, a „Sultana” ze strony drugiej. Teledysk sugeruje, że pod względem wizualnym skazani byli na porażkę, tymczasem numer grany był przez stacje radiowe niemal w całej Europie Zachodniej (w Wielkiej Brytanii dotarł do piątego miejsca na liście przebojów), w Stanach, a także w Afryce i Indonezji! Brzmi jak numer zespołu Santana, ale tym co różni „Sultanę” od Santany to brak gitary. Ciężkie klawisze, znakomite partie perkusyjne i latynoskie rytmy okazały się receptą na przebój. Wielu fachowców do dziś zadaje sobie pytanie jak zespół z zimnej Norwegii mógł stworzyć tak ciepły, latynoski utwór?! I chyba na zawsze pozostanie to zagadką.

Oprócz wspomnianego „Sea Wolf” i „Sultany” moimi faworytami są tu też inne nagrania jak wpadający w ucho „Covered In Dust”, utrzymany w stylu Dylana „Confusion” (sorry, ale mam słabość do tego pana) i „Underbird”, w którym na powierzchnię po raz kolejny wypływają latynoskie rytmy. Jest tu także całkiem przyjemna akustyczna ballada „Scarlet”. Kompaktowe reedycje uzupełniono singlem. I całe szczęście, bo tytułowy „Sing Fool Sing” to kapitalny rocker, którego nie było na oryginalnej płycie.

Wkrótce po wydaniu „Sea Wolf” Kenny Aas opuścił kolegów, a jego miejsce zajął Helge Groslie, który bardziej komfortowo czuł się w świecie progresywnego rocka. Gdy nadszedł czas na trzeci album zespół był już świadom swoich twórczych możliwości. Wydany w 1973 roku „Eagle Rock” pokazuje kompetencje i dojrzałość, których mogliby pozazdrościć mu koledzy z krajów będących pionierami progresywnego grania.

Front okładki  „Eagle Rock” (1973).

Ten album to przede wszystkim szczery hard rock z tendencją do progresywnego grania. Gdy pierwszy raz go usłyszałem krzyknąłem tylko „Wow!” i podniosłem szczękę z podłogi. Jak to zwykle bywa w przypadku Titanica pierwszy numer, „One Night In Eagle Rock”, to prawdziwy GIGANT! Przez prawie osiem fantastycznych minut czuć moc ciężkiego Hammonda, który niczym pędząca lawina zmiata wszystko, co stoi mu na drodze. W znakomicie zaaranżowanym „One Of Your Kind” ciężkie dźwięki płynnie przechodzą w miękkie i z powrotem. Robią to z taką pewnością siebie jak czynią to jedynie wybitne zespoły. Energetyczny „Richmond Express” to kolejny zabójczy rockowy numer z solidnym kopem. Helge Groslie na organach naprawdę świetnie sobie radzi, a perkusja (kolejny mocny atut Titanica) znakomicie go zamyka. Dowody eklektycznej mocy  dostarcza nam luźny „All Around You”, mocno progresywny „Dying Sun”, stosunkowo prosta, jakże miła piosenka o miłości „Maureen”, czy świetna rockowa ballada „And It’s Music” – tak na przełamanie ciężkiego nastroju.

Reedycja CD Repertoire zawiera bonusy. Są to dwa single, ale żaden nie jest powiązany z albumem, a w przypadku pierwszego nawet z tym składem. Pierwszy pochodzi z 1972 roku, gdy w zespole grał jeszcze Kenny Aas. „Rain 2000” ma pewne podobieństwa do „Sultany” (głównie perkusja) i można powiedzieć, że jest norweską sambą, w której Uriah Heep spotyka Santanę. Z kolei „Blond” to całkiem fajna ballada w stylu Procol Harum ze świetnymi organami (żadna nowość) i poruszającym wokalem. Singiel „Macumba” został wydany po płycie „Eagle Rock” i był bardzo popularny w… Brazylii. Nic dziwnego. W tym kraju „macumba” znaczy to samo, co „voodoo” w innych rejonach obejmując szeroki i fascynujący wachlarz tradycji, wierzeń i rytuałów. Taneczne funkowe brzmienia, odpowiednia imitacja rytmów samby i skandowanie całego zespołu są w opozycji do ich porywającego ciężkiego rocka. Piosenka nie powtórzyła sukcesu „Sultana” i słusznie – na odległość czuć ją kiczem, ale jak widać innym się podobała. Z kolei „Midnight Sadness” z orkiestrową aranżacją jest zupełnie odmienny i pokazuje gładsze oblicze zespołu.

Jak wspomniałem na początku, ten niezatapialny Titanic swój ostatni rejs wykonał w 1979 roku wydając trzy kolejne, niezbyt udane albumy. Co prawda z nową załogą, ale pod dowództwem oryginalnego członka, Janne Løsetha, wyruszał czasem w krótkie rejsy skąd wracał z płytami „Lower The Atlantic” (1993) i „Ashes And Diamonds” (2009). Od tamtej pory słuch o nim zaginął, ale pamięć o nim wciąż jest żywa.

MAGGIE BELL na żywo (1974-1975).

Maggie Bell była (i pozostaje) posiadaczką jednego z najlepszych brytyjskich głosów bluesowo-rockowych, jakie pojawiły się w latach 70-tych, a fakt, że nie zrobiła kariery w późniejszych latach jak jej przyjaciółka Elkie Brooks (ex-Vinegar Joe) jest jeśli nie parodią, to jakimś chichotem losu. Gdyby kiedykolwiek pojawiła się kandydatka, która mogłaby zostać uznana za „brytyjską odpowiedź na Janis Joplin” bardzo trudno byłoby ją na tej liście pominąć. Kojarzona jest głównie z zespołem Stone The Crows, z którym nagrała cztery świetne płyty, a po jego rozwiązaniu na przestrzeni lat 1974-1988 wydała zaledwie trzy solowe krążki. Jej wielka osobowość objawiała się podczas występów. Scena to było jej naturalne środowisko o czym możemy przekonać się choćby z omawianego tu wcześniej znakomitego zestawu Stone The Crows, „Live At The BBC” (2023). Za czasów swojej kariery nie nagrała płyty „na żywo”. Na początku tego wieku ukazały się dwa koncertowe wydawnictwa z materiałem z połowy lat 70-tych, ale przepadły w natłoku innych płyt i od dawna były niedostępne. Na szczęście po dwóch dekadach pojawiły się ponownie. Obie są mile widziane nie tylko wśród fanów Maggie, choć z drugiej strony są frustrujące (przynajmniej dla mnie). Ale zanim przejdziemy do części „frustrującej” przyjrzyjmy się im po kolei.

Trzeba to jasno i bezwzględnie powiedzieć, że „Live At The Rainbow 1974” jest jednym z najlepszych jakościowo nagrań na żywo jakich dawno nie słyszałem. Zwłaszcza, że w tamtych czasach nagrania vintage brzmiały jakby były nagrywane przez kilka par skarpet. W tym przypadku, już od momentu gdy zespół rozpoczyna niesamowity „Coming On Strong”, pod względem separacji instrumentów i równowagi dźwięku jest to krystalicznie czyste. Bas jest tak mocny, że napędza muzykę jak precyzyjnie dostrojony silnik Rolls-Royce’a.

Towarzyszący Maggie zespół muzyków z Pete’em Wingfieldem na klawiszach, w niesamowitej salwie pięciu utworów przerabia wersję „Wishing Well” grupy Free, znakomity „As The Years Go Passing By”, namiętne „I Was In Chains” ze świetnymi partiami gitarowymi nieznanego mi Briana Breeze’a, oraz  „Suicide Sal” – tytułowy numer z jej drugiego solowego albumu. Przekręcając zaimki, cover Beatlesów „I Saw Him Standing There” przekształca się z prostej piosenki w porywającą sześciominutową bestię, w której Maggie wplata ulubioną przez publiczność przeładowaną aluzjami  wersję „Penicillin Blues”. Jak dotąd, przez około 40 minut nie było minuty przerwy! A na koniec pozostaje jeszcze znakomity „The Ghetto” i kulminacyjny, długi „Shout” zamykając imprezę w luźnej atmosferze. Jedynym niewypałem w tym zestawie (przynajmniej moim skromnym zdaniem) jest „Soul Medley”, w którym Pete Wingfield akompaniując Maggie na fortepianie gra fragmenty starych standardów, takich jak „Ain’t Misbehavin”, „Blueberry Hill”, „I Get A Kick Out Of You”, „The Way You Look Tonight”… Biorąc pod uwagę solowe albumy Maggie i doskonały katalog Stone The Crows dziwi mnie tak duża liczba coverów, ale cóż – set lista jest jaka jest i kropka.

W marcu 1975 roku wokalistka supportowała Bad Company na koncercie w Music Hall w Bostonie. Kilka dni później wystąpiła w jednym z tamtejszych klubów z nowym, jeszcze lepszym zespołem na pokładzie. Występ uwieczniono na płycie „Live In Boston 1975”. 

Koncert jest absolutnie porywający, rockowy i ma jeszcze więcej energii w porównaniu z „Rainbow”. Ale jest haczyk. Jakość nagrania jest ewidentnie gorsza. Źródło nie jest określone (poza tym, że znaleziono je w kolekcji samej Maggie) i brzmi jak ponadprzeciętny bootleg nagrany przez kogoś z widowni. Wielka szkoda, bo pomimo niedoskonałości widać, że muzyka jest absolutnie REWELACYJNA i zdecydowanie zasługuje na wysłuchanie. Różni się też set listą. Nie ma tu na przykład takich pewniaków jak „As The Years Go Passing By”, „Suicide Sal”, czy „The Preacher”, w zamian dostajemy „What You’ve Got Is So Good”, „Goin’ Down” i „If You Don’t Know, I Can Tell You”. Biorąc pod uwagę słabszy dźwięk siłą rzeczy należałoby doradzić fanom, aby kupili „Rainbow”, a unikali „Boston” – ale tu właśnie pojawia się owa frustracja. Oznaczałoby to odradzanie słuchania genialnej muzyki i szczerze mówiąc, nie potrafię tego zrobić. Dziennikarz muzyczny Charles Shaar Murray, który tam był i widział jej występ napisał: „Po Mao Tse-Tungu nikt nie przyćmi wspaniałej i niepowtarzalnej Maggie Bell! Zobaczyć ją w pełnej krasie jak wykonuje ulubione przez fanów utwory z czasów Crows, takie jak „Going Down” Dona Nixa i potężny „Penicillin Blues”, a także klasyki z „Suicide Sal” na żywo to jak sięgnąć Nieba!” Nie jestem też skłonny namawiać kogoś na wydanie pieniędzy na coś, co jest poniżej przyjętej jakości. Rozwiązać tę kwestię można w prosty sposób – wydać oba koncerty na podwójnym albumie w stylu „Alive 1974-1975”. Pozwoliłoby to zainteresowanym zapoznać się z obydwoma występami bez konieczności zakupu osobnych płyt, co uważam za słuszne i praktyczne. Jednak w obliczu jego braku (przynajmniej na razie) musimy cieszyć się tym, co mamy. I dlatego, biorąc pod uwagę niedobór nagrań koncertowych Maggie, polecam oba albumy jako pozycje obowiązkowe. Bądźcie jednak świadomi różnic w ich jakości. Jeśli to zrobicie i odpowiednio dostroicie swoje uszy i oczekiwania, czeka Was najprawdziwsza uczta!

Mało znane, około progresywne granie – COLLUSION; SUPERSISTER; PEGGY’S LEG.

Przesiewając piasek i przepłukując rzeczne potoki do sita wpadły mi trzy świecące krążki będące dla mnie cenniejsze niż samorodek złota. Pochodziły z różnych, choć nie tak odległych od siebie stron: Anglii, Irlandii i Holandii. Dwie z nich zostały oczyszczone z błota i szlamu lśniąc swym muzycznym blaskiem. Trzecia, nieco „przybrudzona”, czeka na cyfrową odnowę, ale wcale nie jest „brzydsza”. Znacie powiedzenie, że „najpiękniejsze dzieci to te umorusane”? No właśnie. Szanowni Państwo, kurtyna w górę – czas na ich prezentację!

COLLUSION „Collusion” (1971).

Informacje o sekstecie Collusion są bardzo skąpe. Powstali w 1969 roku w londyńskiej dzielnicy Dagenham, kojarzonej głównie z fabryki będącą filią koncernu Forda. To, co wyróżniało ich spośród innych podobnych kapel to  dwie gitary prowadzące i żeńsko-męski duet wokalny. Liderem zespołu był Mick West, świetny gitarzysta, główny autor materiału. Oprócz niego grupę tworzyli: Steve Webb (drugi gitarzysta), Chris Simons (bas), Colin „Loz” Victory (perkusja), oraz śpiewający duet, czyli znakomita Sandy Baker i Tony Davison potrząsający od czasu do czasu tamburynem. Od początku dużo koncertowali zdobywając wcale nie tak małą rzeszę wiernych fanów. Kiedy w 1971 roku w studiach wytwórni S.R.T. nadarzyła się okazja nagrania demo zrobili to w ciągu jednego dnia. Materiał nie zachwycił Westa i odłożono go do ewentualnej poprawki. Tyle, że kilka miesięcy później Collusion się rozpadł i nic z tego nie wyszło. Nie mniej surowe demo zostało wydane na winylu w nakładzie 99 sztuk w białej kopercie, z czego część była ręcznie numerowana. Ten rarytas dziś jest niezwykle trudny do zdobycia. Z tego co wiem jeden z ocalałych egzemplarzy został w 2019 roku sprzedany za 4480 funtów! Na szczęście płyta doczekała się reedycji dzięki Audio Archives i przy odrobinie szczęścia jest osiągalna. Jedyne czego mogę się czepiać to kompletnie nietrafiona, kiczowata okładka kojarząca mi się z tymi wydawanymi przez neo-progresywne grupy w późnych latach 90-tych. Zdecydowanie wolałbym w tym miejscu zdjęcie takie jak to, z wkładki do albumu.

Wracając do meritum, okazuje się, że była to świetna grupa grająca progresywnego i melodyjnego hard rocka z elementami folku i jazzu. Czasami brzmią jak natchnieni amatorzy, ale to demo z finezyjnymi, czasem zawiłymi partiami gitarowymi i porywającą energią bije na głowę wielu ich rówieśników z Vertigo, czy Harvest. Ten zespół nie próżnuje. Od początku do końca mknie bez wytchnienia zmieniając tempo i klimat. Jakość nagrań faktycznie nie jest doskonała, ale to mi kompletnie nie przeszkadza. Skupiam się na muzyce, a ta sprawia mi wielką radość. Wszystkie utwory są znakomite. Zaczyna się fenomenalnie od (tylko proszę nie śmiać się z tytułu) „I’ve Got That Cold Porridge” (Mam ochotę na zimną owsiankę) z wpadającym w ucho gitarowym groove’em i fantastyczną grą na basie. Absolutny majstersztyk. Gdyby wtedy zainteresowała się nim jakakolwiek wytwórnia zespół miałby murowany hit, a wydawca zarobiłby krocie… Wokalne harmonie w „Might As Well Be Dead” i folkowy klimat snujący się jak mgła przed wschodem słońca wzbudziły mój zachwyt tak samo jak gitarowe intro w kolejnym utworze, „Song Of Pity”. Może nie jest to jakiś super numer, ale ma kilka naprawdę świetnych momentów. Klasą samą w sobie jest za to progresywny „The Way It Used To Be”, a melancholijny „Saturday Morning (Down The Dead Highway)” z dialogiem dwóch gitar prowadzących brzmi jak nieznany kawałek wczesnych Wishbone Ash. Sandy Baker ze swoim ciepłym głosem doskonale wpasowała się w ten rockowy klimat; jestem nią oczarowany. „Sweetbread Line” to kolejny wielki numer, w którym gitarowy duet poraża ognistymi dialogami. Wierzcie lub nie, ale podczas jego trwania głowę wsadziłem między kolumny, by w pełni napawać się tym pojedynkiem. Godne podkreślenia są tu też znakomite partie wokalne i szczerze powiem: nie wyobrażam sobie, by ktoś inny mógłby zrobić to lepiej niż Sandy i Tony Davison. Trwający ponad siedem minut „Bluebirds” to najdłuższy utwór na płycie i piękne jej zakończenie. Gitary, początkowo akustyczne, przechodzą w hard rockową sekcję z przesterowanym fuzzem. W połowie kurz nieco opada, zmienia się tempo, bas gra porywający riff, a perkusja i solo na dwie gitary nabierają jazzowego kolorytu. Ten środkowy fragment jest jego najlepszą częścią, ale tak naprawdę to całe „Collusion” ma wiele fantastycznych momentów – trzeba je tylko odkryć.

Założony w Holandii w 1970 roku przez genialnego klawiszowca Roberta Jana Stipsa zespół Supersister to jeden z tych, który pomimo stosunkowo krótkiej kariery zdobył uznanie na europejskiej scenie rocka progresywnego. Jego brzmienie nawiązywało do sceny Canterbury, głównie do wczesnych nagrań Caravan i Soft Machine, a melodyjny głos Stipsa z barwą podobną do Pye’a Hastingsa urzekł fanów nie tylko w rodzinnym kraju.

SUPERSISTER „21 Juni1970. Session 69, Dordrecht” (1970).

W oficjalnej dyskografii tej płyty nie znajdziecie. To bootleg wydany w limitowanym nakładzie, ale tak doskonały, że nie mogłem odmówić sobie przyjemności, by o nim nie wspomnieć. Zawiera 75% repertuaru z doskonałego debiutanckiego albumu „Present From Nancy” wydanego w tym samym roku. W przeciwieństwie do późniejszych wydawnictw zespołowi bliżej tu do symfonicznego rocka progresywnego otulonego psychodeliczną liryką. Nagrania przeplatają niezwykle inspirujące solówki Hammonda przywołujące brzmienie Soft Machine, w której jazz, psychodelia i progresywny rock szły ramię w ramię bez żadnych ograniczeń. Kolejny atut tej płyty to bogactwo instrumentów dętych przeplatających się z gitarowymi partiami wspieranymi przez solidny i imponujący fundament klawiszy, głównie organów Hammonda. Warto też zwrócić uwagę na wzorcowe solówki fletowe. Są eleganckie, precyzyjne i zawsze pojawiają się w odpowiednim momencie. Absolutnym hitem tego koncertu jest utwór o wszystko mówiącym tytule „Unknow Instrumental „, który nigdy wcześniej nie ukazał się na oficjalnych albumach. Mistrzowska improwizacja trwająca prawie 20 minut, która potrafi całkowicie oczarować nawet najbardziej krytycznych i wymagających fanów prog rocka; prawdziwy spektakl interakcji, kreatywności i muzycznej wolności. Jeśli chodzi o jakość dźwięku, nie ma na co narzekać. Jak na nieoficjalne nagranie z tamtej epoki jest czysty, dobrze zdefiniowany i zaskakująco profesjonalny. W pełni zadowoli nawet najbardziej wymagających słuchaczy – tych, dla których jakość dźwięku jest niemal obsesją. Błagam, niech w końcu ktoś to oficjalnie wyda! Jeśli nie osobno, to może w jakimś boxie jako bonus!

PS. Z uwagi na to, że tego koncertu nie ma na YouTube (jeszcze) dla osłody  zamieszczam nagranie z ich debiutanckiej płyty, które także zostało wykonane w Dordrecht.

I kolejna rozkosz dla uszu – mega rarytas irlandzkiej grupy Peggy`s Leg, która działała krótko, ale zdążyła nagrać płytę z fantastycznym kawałkiem progresywnego rocka. Szkopuł w tym, że nigdy nie trafiła do sklepów.

PEGGY’S LEG „Grinilla” (1973)

Założona w Dublinie w 1972 roku przez Jimiego Slevina (g), Jimmy Gibsona (g), Vincenta Duffy’ego (bg) i nieżyjącego już Dona Harrisa (dr) popularność zyskała wykonując covery Yes, The Nice, Emerson Lake And Palmer, a także utwory muzyki klasycznej w rockowej aranżacji. Tak więc na koncertach obok współczesnych coverów można było usłyszeć kompozycje Bacha (porywające wykonanie „Symfonii” z „Kantaty” nr. 29″), Chaczaturiana („Taniec z szablami”), Rossiniego (uwertura do „Wilhelma Tella” wydana potem na singlu), Händla („Muzyka na wodzie”). Menadżerem zespołu był John Donohue, który zorganizował studio i nagranie płyty. Sesja, łącznie z minimalnymi dogrywkami trwała dwa dni. Album, wydany prywatnie we własnej wytwórni The Bunch Label, nosił tytuł „Grinilla” Charakterystyczną okładkę z gorylicą zaprojektował Tim Booth z Dr. Strangely Strange. Premierę płyty poprzedził koncert w Liberty Hall w Dublinie 24 października 1973 roku. Cały nakład, 500 kopii, rozprowadzany był wyłącznie na koncertach i jak łatwo się domyślić dziś to jeden z najrzadszych albumów lat 70-tych. Całość składa się z sześciu utworów i poza coverem „Sabre Dance” były to ich autorskie kompozycje, w których szalone, ciężkie partie przeplatały się z miękkimi, onirycznymi pasażami. Tak naprawdę trudno opisać tę muzykę. Utwór otwierający, „History Tells”, to ciekawa mieszanka jazz rocka z akustycznym folkiem, subtelnymi nutami rocka psychodelicznego i niezwykle pięknymi  progresywnymi melodiami. Jest absolutnie genialny. Może wydać się to niemożliwe, ale jeszcze lepiej jest z drugim, pełnym pasji nagraniem „Think For Yourself”. Komercyjnie atrakcyjnym i radośnie optymistycznym, w którym doszukać się możemy wpływów Beatlesów. Jak na dłoni widać tu kompozytorski talent do powolnych i kontemplacyjnych melodii z harmonicznymi chwytami. Brawo! Z kolei „Variations On Huxley” to uroczy, 10-minutowy folk rock skąpany w ciepłych strunach gitary akustycznej. Delikatny, instrumentalny wstęp powoli nabiera tempa wchodząc na wyższe obroty. W tym majestatycznym klimacie wokalista i gitarzysta dają występ życia, a jego finał jest tak wzniosły, że ręce same składają się do Niebios. Inspirowany klasyką w stylu Bacha „Into The Nightmare” rozpoczyna się jak jazz rockowy numer. Klucz do niego tkwi jednak w tytule, ponieważ utwór nagle i bez ostrzeżeni, zbacza z utartych szlaków i zabiera nas w szaleńczą podróż z dudniącą perkusją i dzikimi, psychodelicznymi gitarowymi riffami. W tym przypadku nie żałujcie decybeli. Tego trzeba słuchać głośno i dopiero wtedy odczujemy jego potęgę! Szalona podróż tym koszmarnym pociągiem kończy się równie nagle, jak się zaczęła – łagodnie i spokojnie, sennie i sielsko…  Po takim roller coasterze taki „Just Another Journey” okazuje się niebiańskim, spełnionym marzeniem o klasycznym rocku progresywnym w zachwycającym, pełnym energii i brzmienia muzycznym wirze. Zresztą cały album prezentuje różnorodność pomysłów osiągając punkt kulminacyjny w pełnym pasji, ognistym finale – prawdziwie szalonej, rockowej wersji klasycznego utworu Arama Chaczaturiana „Sabre Dance”. Jasne, można się spierać, czyja jest lepsza – ta z 1968 roku w wykonaniu Love Sculpture, czy Peggy’s Leg? Nie będę tego rozsądzał, ale daj Boże abyśmy tylko takie dylematy mieli. Jedno za to jest pewne – włochata Grinilla z okładki zasługuje na mnóstwo bananów.

VANILLA FUDGE „Where Is My Mind? The Atco Recordings 1967-1969”

Okres tej kolekcji (1967-1969) nie wygląda na zbyt imponującą, prawda? Trzy lata. Tyle mniej więcej czasu potrzebuje współczesny zespół, gdy po wydaniu płyty zaczyna myśleć o następnej. Jednak w latach 60-tych wyglądało to inaczej. Świat muzyki pędził o wiele szybciej, a w tym konkretnym przypadku ów stosunkowo krótki okres obejmuje DZIEWIĘĆ płyt CD, co jest wręcz niewiarygodne! No dobrze, dwie z nich co prawda zawierają ten sam materiał z czego jedna płyta ma miks mono, a druga stereo, ale każda z tych „duplikatów” zawiera mnóstwo bonusów w postaci materiału spoza albumu i co ważne, bardzo często wcześniej niepublikowanego. Warto zapiąć pasy i przygotować na szaloną jazdę, bo jeśli jesteście jedną z tych osób, które znają Vanilla Fudge tylko z przebojowego coveru „You Keep Me Hanging On”, albo z debiutanckiego albumu, to nic nie słyszeliście. Zebrane tu albumy to jak alternatywna historia końca lat 60-tych z stylami i formatami oscylującymi między wielkością, porażką i totalnie oszałamiającym dziwactwem! Jedno jest pewne – nigdy nie jest nudno. Tak więc zanurzmy się w punkcie, w którym wszystko się zaczęło.

Debiutancki album sygnowany nazwą zespołu, który ukazał się legendarnego lata 1967 roku, był niezwykle wpływowym wydarzeniem. Lista ówczesnych gwiazd rocka, które wskazały go jako swój ulubiony i, co warte podkreślenia, miał na nich wpływ była długa. Nawet Jimi Hendrix przyznał kiedyś, że kupił go więcej niż raz, ponieważ grał go tak często aż starły się rowki. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe, ponieważ patrząc wstecz była to na owe czasy wspaniała i nieszablonowa muzyka. Vanilla Fudge wziął kilka coverów, miejscami spowolnił je do szybkości kroczącego żółwia i przykrył gęstymi warstwami organów Hammonda, przesterowanej gitary i potężnych harmonijnych wokali. To był prawdziwy triumf wyobraźni i śmiałe wyjście poza oryginały.

Zespół tworzyli znakomici muzycy: Mark Stein na klawiszach i wokalu, Vince Martell na gitarze, oraz przyszła sekcja rytmiczna Cactus i Beck Bogert And Appice, czyli Tim Bogert na basie i Carmine Appice na perkusji. Wszyscy mieli duży wpływ na tworzoną muzykę, co nie często się zdarza. Stein wymienił Jona Lorda jako osobę, która miała ogromny wpływ na jego grę na Hammondzie, podczas gdy kryminalnie niedoceniany, przesiąknięty fuzzami styl Martella stanowił wzór dla wielu wczesnych gitarzystów „metalowych”. Niektóre części debiutu zestarzały się lepiej niż inne – na przykład próba naśladowania The Beatles w „Ticket To Ride” była porażką, ale już ośmiominutowe „Eleanor Rigby” wypada znacznie lepiej, zaś trudny do przebicia oryginał Curtisa Mayfielda „People Get Ready” zrobili znakomicie. Utwór The Zombies „She’s Not There”, często coverowany „Take Me For A Little While”, Trade’a Martina, a nawet okazjonalny „Bang Bang” Sonny And Cher to natchnione i pomysłowe wersje,  ale przerobienie „You Keep Me Hanging On” to był już szczyt wszystkich szczytów!

Wersja singlowa jest znana i często grywana, ale ta albumowa, ponad siedmiominutowa, jest dziełem niezwykłym oddająca bolesny opis tęsknoty i frustracji, z symfonicznymi ozdobnikami organów i nieoczekiwanymi zmianami tempa. Nie zamierzam wysuwać absurdalnych twierdzeń, że to początek tego, co miało stać się „rockiem progresywnym”, lub „heavy metalem”, ale sygnał startowy został wysłany. Pierwsze dwie płyty  w zestawie zawierają miks mono i stereo całego albumu, choć moim zdaniem opcja stereo jest tą jedyną – w tamtym czasie było ono złotym standardem, a albumy wydawano w obu formatach głównie dlatego, że wiele domostw wciąż miało tylko sprzęt monofoniczny.

Tył oryginalnej okładki płyty – wersja stereo.

Powszechnie uważa się, że ten niezwykle udany debiutancki album był i pozostaje najlepszym w dorobku Vanilla Fudge i jedynym naprawdę znaczącym dziełem wartym uwagi. Powszechnie przyjęte przekonanie jest jednak błędne w obu kwestiach, ale do tego przejdę nieco dalej. Na razie zespół był w świetnej formie. Ich gwiazda świeciła jasno, mieli na koncie przeboje, byli uwielbiani przez ówczesne gwiazdy rocka i popu, a wszystko, co musieli zrobić, to umocnić swoją pozycję kolejnym albumem. Ich przyszłość była tak pewna jak śmierć i podatki. Niestety, zamiast tego podjęli decyzję, która była jedną z najbardziej dziwacznych i katastrofalnych decyzji artystycznych i komercyjnych jaką można sobie wyobrazić. Mówiąc dosadnie wykopali dół, z którego będą chcieli się wydostać do końca swych dni. To, co zrobili zaledwie sześć miesięcy później ( luty’68) to „The Beat Goes On” – awangardowy album koncepcyjny, który miał opowiedzieć historię muzyki od Mozarta do Beatlesów (i nie tylko), z nawiązaniem do II wojny światowej i społecznym komentarzem. A wszystko to na 40-minutowym winylu. Cóż, porwali się z motyką na Księżyc. Ten album wraz z takimi potworami jak podwójny LP Lou Reeda „Metal Machine Music” z elektronicznym noisem i/lub wspólna płyta Johna Lennona z Yoko Ono „Two Virgins” przeszedł do legendy w kategorii „najgorszy album wszech czasów”. Różnica jest taka, że ​​albumy Reeda i Lennona powstały odpowiednio z protestu i eksperymentalnej miłości do awangardy. Vanilla Fudge po prostu uważała to za dobry pomysł. I tyle.

Prawdę mówiąc każdy powinien posłuchać  go raz, choćby tylko po to, żeby usłyszeć co się tam dzieje. Jest on podzielony na cztery „fazy” z przewodnim tematem piosenki „The Beat Goes On” Sonny And Cher przerobioną na sześć krótkie, głównie elektroniczne, kawałki mające niewiele wspólnego ani ze sobą ani z oryginałem. Po otwierającym nagraniu „Sketch”, który przy trzech minutach jest tu prawie epicki, zostajemy zanurzeni w „Phase One” przez jedną z iteracji „Beat Goes On”  zanim przejdziemy do utworu „Eighteenth Century”, który składa się z 52-sekundowej wariacji na temat Mozarta. Prawdę powiedziawszy przeczytanie tytułu zajmuje więcej czasu niż muzyka. Z kolei dziewiętnasty wiek zredukowano do 44 sekund w postaci tradycyjnej piosenki o nazwie „Old Black Joe”. Następnie przechodzimy do wieku dwudziestego, który składa się z czterech… westernowych piosenek filmowych! Są to, „Don’t Fence Me In”, „12th Street Rag”, „In The Mood” i „Hound Dog”, trwające łącznie trzy minuty i dziewięć sekund. Każdy z tych fragmentów osiąga punkt kulminacyjny alarmującym crescendo, brzmiącym jak demoniczna agonia. Ktoś się jednak w porę opamiętał, bo na potwierdzenie, że w tym stuleciu wydarzyły się także inne rzeczy w ostatnie części tej „fazy” pojawiają się Beatlesi z miksem pięciu piosenek wciśniętych w niecałe dwie minuty. Wydawałoby się, że to koniec historii muzyki, choć donośny głos intonujący „Phase Two” wprowadza nas w trzy kolejne odsłony „Beat Goes On”, (Sonny Bono dostaje kolejną tantiemową transzę), oraz sześć i pół minuty Beethovena, który tu wypada zdecydowanie lepiej niż mój biedny Mozart. W rzeczywistości rockowa aranżacja „Dla Elizy” i „Sonata Księżycowa” jest całkiem znakomita i wyróżnia się na tle reszty albumu niczym 50-piętrowy wieżowiec wśród parterowych domków.

Po tym jednak robi się dziwnie. Tak – czegoś takiego jeszcze nie zrobili. „Faza trzecia” to ośmiominutowy dźwiękowy kolaż z przemówień różnych osób z okresu II wojny światowej i nie tylko, w tym Chamberlaina, Churchilla, Roosevelta, Trumana, Kennedy’ego… Poza samymi muzykami chyba nikt nie wie dlaczego tam się znalazły. I tu pojawia się wyższość płyty CD nad winylem – nie chcąc słuchać tego fragmentu  kolejny raz jednym naciśnięciem pilota mogę go pominąć nie wstając z fotela… „Faza czwarta” to kolejne dwie wypłaty dla Sonny’ego Bono i dziewięciominutowym „Merchant / The Game Is Over” przeplatany krótkimi wypowiedziami członków zespołu pasującymi tu jak kwiatek do kożucha. Martell recytuje kilka bełkotliwych wierszy, Bogert zostaje pytany o…  lody (!?), czarną siłę i wyjazd Beatlesów do Indii, a Appice stwierdza, że jest małomówny i woli grać na perkusji, co też czyni. W końcu przychodzi kolej na Steina, który ni z gruszki ni z pietruszki czyta fragment Starego Testamentu dotyczący Mojżesza. I to już koniec. Ponownie dostajemy wersje stereo i mono, choć ta druga całkowicie mnie nie przekonuje. Obie płyty ratują bonusy –  strony A i B ówczesnych singli, które naprawdę są bardzo dobre chociaż w zestawieniu z tym dziwacznym dziełem wydają się nie na miejscu. O czym jeszcze warto wspomnieć..? A, tak! Okładka albumu! No cóż, jest głównie po japońsku.

Dobra wiadomość jest taka, że ​​zespół zdał sobie sprawę, że musi wrócić do tego, co robił najlepiej. I udowodnił to kolejnym albumem zatytułowanym „Renaissance”. Moim skromnym zdaniem zdecydowanie najlepszym ze wszystkich jakie nagrał. 

Ta swego rodzaju podrasowana i dopracowana wersja stylu z debiutu zawiera głównie autorskie kompozycje, a każda z nich jest strzałem w dziesiątkę. Tu nikt nie bierze jeńców. To już ten bezpretensjonalny wczesny rock progresywny zagrany z pełnym rozmachem i dramaturgią. To tu znajduje się genialny „The Sky Cried – When I Was A Boy” Steina i Bogerta, znakomity „Thoughts”  Martella (oj, chłopaki z Uriah Heep byliby w siódmym niebie), oraz nie mniej fantastyczne „Paradise” i „Faceless People” Appice’a. Ale tak naprawdę prawdziwym hitem zarówno na tym albumie, jak i w całej karierze zespołu, okazała się przeróbka „Season Of The Witch” Donovana, która z niewątpliwie doskonałego oryginału przemienia go w klaustrofobiczną, pełną koszmarów podróż. Instrumentalne fragmenty i zwrotki przekazują grozę tym bardziej przerażającą, że bezimienną, z szepczącymi głosami wydobywającymi się z głośników i błagalnymi prośbami „Pomóż mi…” Refren nie pozostawia wątpliwości, że niezależnie od tego kiedy, gdzie i jaki jest Sezon Czarownic, nie chcemy tam być. Słuchanie go w ciemności może wywołać lęki, więc tym, którzy mają problemy z zasypianiem, lub z sercem radzę go sobie odpuścić. Pomimo wiejącej na końcu grozy jest to wspaniałe zakończenie triumfalnego albumu, który niestety w ogóle nie trafił na brytyjskie listy przebojów, a w USA dotarł jedynie do dwudziestego miejsca. Czyżby czkawka po poprzedniku?  Z pewnością to jeden z tych albumów, który czeka na ponowne odkrycie. Dla mnie bomba!

Następne dwie płyty to koncert z Fillmore West, ale wrócę do niego później, ponieważ nie został on wydany w tamtym czasie, co uważam za wielki skandal. Idąc chronologicznie kolejna pozycja to „Near The Beginning” – pierwsza z dwóch wydanych w 1969 roku.

Mamy tu tylko cztery nagrania blisko spokrewnione z „Renaissance”. Stronę pierwszą otwiera olśniewająca wersja „Shotgun” Juniora Walkera. Martell i Appice szaleją tu na swoich instrumentach, a znakomite aranżacje dały mu nowe życie. Jeszcze lepszą wersją jest „Some Velvet Morning” duetu Nancy Sinatra & Lee Hazelwood, w której zespół kontynuuje odejście od typowo ponurej interpretacji dodając kilka świetnych harmonii i kładąc nacisk na dynamikę cicho/głośno. Porywająca kompozycja Carmina Appice’a, „Where Is Happiness”, jest powrotem do brzmienia pierwszej płyty. Ta strona jest tak mocna, że ​​może być kandydatką na „najlepszą stronę winylu” tamtych lat. Strona B miała potencjał i w moim odczuciu powinna  utrzymać ten fantastyczny poziom. Tymczasem blisko 24-minutowy, koncertowy „Break Song” to raczej test wytrzymałości niż porywający jam. Pierwsze trzynaście minut składa się z solowych występów całej czwórki, po czym muzyka przechodzi w powolny blues. Zacieram ręce i czekam na kolejne minuty z kapitalnymi solówkami. Zespół jednak tego nie robi. ​​Zamiast nich usłyszymy drugie solo perkusyjne, tym razem trwające około ośmiu minut, po którym czuję się lekko znużony. W sumie nie jest to zły utwór, ale osłabia wizerunek całej płyty. Są jednak i dobre wieści. Bonusowe utwory, w tym studyjna wersja „Break Song”(!) naprawdę nabierają rozmachu, a kilka długich improwizacji dowodzi, że zespół potrafi robić to dobrze każdego dnia. Gdyby tak wybitne kawałki jak „Heartache Jam” i „Love Jam” mające bardziej wyrazisty bluesowy klimat znalazły się na drugiej stronie z pewnością płyta miałaby realną szanse na miano arcydzieła. 

Swój ostatni album z pozbawioną wyobraźni okładką składającą się ze słów „Rock & Roll” napisanych dużymi czerwonymi literami na białym tle wydali w październiku tego samego roku – 25 miesięcy po debiucie.

 Prawdę mówiąc nie był to zbyt dokładny tytuł (analogicznie jak album AC/DC „Jazz Funk”), ponieważ z pośród siedmiu stylistycznie różnych utworów tylko hałaśliwy „Need Love” ma jakiekolwiek powiązania z rock & rollem. To nie jest zła płyta. „The Windmills Of Your Mind” wykorzystuje, z dobrym skutkiem, charakterystyczny dla nich powolny dramatyczny trik, a „The Church Bells Of St Martins” jest kapsułą czasu, opowiadającą historię pokojowej demonstracji na Trafalgar Square w 1959 roku. Z kolei „Lord In The Country” Steina podejmuje się odrodzenia radosnej muzyki gospel, ale mnie on nie przekonał. Wydaje się, że skończył im się cukier, choć obecność kolejnego, wyjątkowo dobrego improwizowanego „Studio Jam”, oraz niewykorzystanego „Movin’ On”, który powinien się tu znaleźć jasno dawał do zrozumienia, że ​​trochę tego paliwa w baku zostało. W każdym bądź razie „Rock And Roll”, i „The Beat Goes On” to zdecydowanie najsłabsze ich albumy. I tu rodzi się pytanie: skoro jechali na oparach, dlaczego zespół nie dał sobie chwili wytchnienia i odpoczynku..? Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy.

Ta opowieść jeszcze się nie kończy ponieważ wciąż pozostaje kwestia wspomnianych dwóch płyt (w zestawie jako szósta i siódma) zatytułowane „Live At The Fillmore West”, które, o ile się nie mylę, doczekały się właśnie tutaj pierwszego oficjalnego wydania na CD. I są absolutnym objawieniem.

Front okładki koncertowego albumu

Ten absolutnie porywający koncert, który odbył się w sylwestrową noc na przełomie roku 1968/69 dostaliśmy w jakości lepszej niż można by sobie wyobrazić. Od otwierającego „She’s Not There”, który mocą ognia miażdży wersję studyjną z debiutu, zespół jest w natarciu atakując materiał z pewną dozą nonszalancji i swobodą, która w warunkach studyjnych nigdy by się nie zdarzyła. Cały debiutancki album (poza „Bang Bang”) jaki został tu zagrany jest zdecydowanie lepszy; niemal heavy metalowe wykonanie „Ticket To Ride” i niezwykle soulowe „People Get Ready” o niebo przewyższają studyjny oryginał. Jest też porażająca wersja „Season Of The Witch”, tym razem bliższa demonicznej inwokacji, która musiała pozostawić blizny na umysłach każdej pokręconej publiczności, ze wskazaniem na tę z San Francisco. Podobieństwo do późniejszych zagrywek perkusyjnych Billa Warda, który nagrał ją dwa lata później z Black Sabbath jest tu bardzo wyraźne i trzeba posłuchać, żeby uwierzyć, że i on był pod wrażeniem debiutu Fudge. Co ciekawe, jest nawet wycieczka do „The Beat Goes On”, gdzie można usłyszeć szaleńczo wykonaną wiązankę Beethovena, która z kolei prowadzi do intensywnej „Eleanor Rigby”. Ba! Nawet „Break Song” otrzymuje prawdziwego kopa i w tym kontekście jest znacznie mniej męczący. Na koniec, pomimo głośnych wołań publiczności o „The Sky Cried”, zespół ogłasza, że ​​zamiast tego spróbuje „niespodzianki” – czegoś, czego nigdy wcześniej nie grali na żywo i rozpoczyna typową dla siebie rekonstrukcję „Like A Rolling Stone” Dylana. Tak wyrafinowaną, powolną i rozważną, że w ciągu siedmiu minut udało mu się przebrnąć przez zaledwie dwie zwrotki po czym zostaje nagle przerwana. Powód? Był Sylwester, zapewne zbliżała się północ, pora powitania Nowego Roku. To rozczarowujące, że ta świetna i niestety niedokończona interpretacja została przerwana, ale to trafna ilustracja tamtych szalonych, cudownych czasów. W końcu, jak często widzi się bilet na koncert z napisem „Śniadanie w cenie”?

Tył okładki szóstej płyty CD z zestawu z koncertem w Fillmore West

Ogólnie rzecz biorąc, to obszerne pudełko ilustruje, jak wiele osób mogło do tej pory mieć zafałszowany obraz Vanilla Fudge i jak wiele wspaniałej muzyki wyprzedzającej swoje czasy mogło im umknąć.

Tył okładki siódmej płyty CD w zestawie z koncertem w Fillmore West.

Znajdujemy tu albumy niezwykle wpływowej i wyprzedzającej swoje czasy muzyki nagranej przez zespół, którzy wielu zepchnęło do historycznego przypisu „jednego przeboju” i który wydał „dobry debiut”. Oczywiście muzycy po części sami są temu winni i jak jasno wynika z zamieszczonej tu broszury, całkowicie ten fakt akceptują. Myślę, że fani zespołu kupią je choćby dla znakomitego występu w Fillmore West, a dla tych, którzy znają go słabo jest to pozycja godna największej uwagi choćby ze względu na „Renaissance”,  pierwszą połowę „Near The Beginning” i na ekscytujące studyjne jamy. Nawet szaleństwo „The Beat Goes On” naprawdę warto posłuchać, bo pomimo trudności w jego odbiorze pokazuje jak utalentowaną ekipą muzyków i wokalistów była Vanilla Fudge!

Tim Bogert zmarł 13 stycznia 2021 roku, ale pozostała trójka nadal koncertuje pod swoją nazwą i marzy mi się być na któryś z ich występów. Z nimi nigdy nie jest nudno!