Muzyka aniołów. MARK-ALMOND „Rising” (1972).

Na zdrowy rozum w tym historycznym dla muzyki rockowej okresie ten zespół nie miał prawa istnieć. To była epoka dla najgłośniejszych brytyjskich gwiazd jakich świat nigdy wcześniej nie słyszał. Niektóre z nich, jak The Who, istniały już jakiś czas, Inne, jak Led Zeppelin, dopiero zaczynały. I oto pod ich nosem pojawia się ktoś, kto był inny, znacznie cichszy, grający melancholijne piosenki z ważnymi, do bólu szczerymi tekstami, w których dominowały delikatne dźwięki fletów, wibrafonu, gitar akustycznych i flügelhornu. Ktoś, kto na początku nie miał w składzie nawet perkusisty, przetrwał prawie dwie dekady, wydał pięć albumów nie licząc sporo wspaniałego, niewydanego w epoce materiału, który ukazał się po jego rozpadzie. I nazywali się tak jakoś inaczej niż cała reszta: Mark-Almond.

Pierwsze wcielenie zespołu Mark-Almond (1971)

Połączenie dwóch nazwisk założycieli był początkiem wspólnego sojuszu i dał zespołowi nazwę. Gitarzysta Jon Mark i grający na saksofonie Johnny Almond zanim spotkali się u Johna Mayalla nagrywając z nim dwie płyty („The Turning Point” i „Empty Rooms”) karierę rozpoczynali w różnych kręgach. Jon Mark zaczął muzyczną przygodę w 1963 roku, kiedy to razem ze swoim szkolnym kolegą Alunem Davisem (później w zespole Cata Stevensa) wydali folkową płytę „Relaxing Your Mind”.  W 1965 roku Jon akompaniował Marianne Faithfull na koncertach i napisał dla niej kilka piosenek. Trzy lata później, ponownie z Davisem, założył zespół Sweet Thursday. Wytwórnia Fontana wydała im singla „Getting It Together” i album sygnowany nazwą zespołu. Niestety wkrótce firma ogłosiła bankructwo i zespół się rozwiązał…

Johnny Almond zaczynał od grania w małych, nic nie znaczących zespołach. Tak było do 1969 roku kiedy to postanowił założyć własne combo, Johnny Almond’s Music Machine i nagrał dwie płyty. To, co wydarzyło się później przeszło do historii.

Jon Mark i Johnny Almond

Do tej dwójki wkrótce dołączyli: basista Roger Sutton i klawiszowiec Tommy Eyre, ale na przestrzeni lat zespół przeszedł kilka zmian personalnych – w pewnym momencie grało w nim siedmiu muzyków. Dobre relacje między Markiem, a Almondem szybko przyniosły owoce. Podpisali kontrakt z małą wytwórnią Blue Thumb Records, z którą w 1971 roku wydali dwa albumy, z czego drugi, do którego zaprosili wspaniałego perkusistę Danniego Richmonda, człowieka grającego u Charlesa Mingusa, wzbudził spore zainteresowanie, zwłaszcza w USA. To skłoniło ich do podpisania kontraktu z Columbia Records, ważnym graczem na amerykańskim rynku. To właśnie tam, w 1972 roku, nagrali „Rising” – płytowe arcydzieło z cudowną okładką!

Front okładki płyty „Rising” (1972)

Ten delikatny album ze swoją stonowaną muzyką stworzoną przez anioły to mieszanka otwartych brzmień folku, rocka i smooth jazzu. Przyciąga różnorodnością nastrojów płynnie przemieszczających się od pierwszych do ostatnich sekund. W ciągu wielu lat słuchania płyt, a było ich tysiące, cenię sobie te, które wywołują u mnie różne, czasem skrajne emocje jak radość, ekscytację, głęboki smutek. Które przywołują wspomnienia i obrazy z przeszłości, powodują dreszcze i mrowienie kręgosłupa. Nie zdarza mi się to zbyt często. Raczej są to wyjątkowe przypadki, a ten był i jest jednym z nich. I tu tkwi mój problem – jak opisać uczucia, które towarzyszą mi podczas słuchania tej muzyki? Nie po raz pierwszy brak mi słów, które by to wyraziły, a uporządkowane zazwyczaj myśli kotłują się w głowie. Czuję za to coś, co określiłbym jako potok dziwnej energii, impuls przenoszący mnie do miejsc, o istnieniu których nie miałem pojęcia. Prawdziwy rollercoaster uczuć.

Jon i Johnny w środku rozkładanej okładki

Już pierwszy utwór, „Monday Bluesong”, otula melancholijnym klimatem z paletą barw podkreśloną trąbką Geoffa Condona w towarzystwie kontrabasu i molowych akordów. Idealny numer do słuchania w deszczowy dzień. Czuję, jak zaczynam lewitować za nic mając ziemską grawitację osiągając błogi stan umysłu i całkowite ukojenie. Chciałbym, aby trwało  to nieskończenie, ale po czterech minutach z sekundami wszystko się niestety kończy. Osobliwy „Song For A Sad Musician” z gitarą podążającą za śpiewem Jona Marka idzie tą samą oniryczną ścieżką, w której czas zdaje się zwalniać, a wszystko poza nim staje się kruche i nieistotne. I gdy tak zatapiam się w tych osobliwych dźwiękach kolejny numer, „Organ Dinger”, przenosi mnie w inną epokę. Ta kompozycja brzmi jak baśń ze szczęśliwego dzieciństwa. Czuję tu tę rzadką, niewinną świeżość pełną dobrych intencji, oraz melancholijną nostalgię za minionymi czasami w aureoli czystości. Akustyczna gitara wspomagana prostymi, miękkimi i delikatnymi dźwiękami fletu, klawesynu i oboju wciągają, nabierają tempa, a potem przenikają w głąb mojej duszy docierając do samego serca. W smutnej historii „I’ll Be Leaving Soon” ponownie napotykamy delikatne struktury z gitarą i saksofonem, które prowadzą ten krótki utwór. Dopiero w „What Am I Living For”, jednej z najbardziej dopracowanych kompozycji, widzimy zespół grający i współpracujący ze sobą jak jeden żywy organizm. Akustyczny wstęp ustępuje miejsca organom, gitarze elektrycznej i perkusji. Emocje z przytłumionym szczęściem w końcu wzięły górę!

Jest i reszta zespołu.

Na drugiej stronie oryginalnej płyty znajdują się dłuższe, bardziej rozbudowane instrumentalnie utwory. „Riding Free”, z żywszym kreolskim rytmem. zdaje się zaszczepiać w nas wolność sugerowaną przez sam tytuł. Rozwijająca się potężna, galopująca sekcja rytmiczna z wirtuozerską grą Dannie Richmonda na perkusji zajmuje tu centralne miejsce. Eksplozja dętych tworząc skomplikowane aranżacje powoduje, że perkusja jest bogatsza i bardziej zróżnicowana. Kolejny mniej oczywisty, ale wciąż doskonały numer, obok którego trudno przejść obojętnie. Po tym ośmiominutowym żywiołowym wstrząsie wracamy do punktu wyjścia. Spokojne „The Little Prince”, to kolejna opowieść o dzieciństwie osadzona w kruchej i delikatnej atmosferze. Zespół radzi sobie z tym pięknie, nasycając przestrzeń miękkim światłem, emocjami i melancholią. Na koniec zostawili najpiękniejszą perełkę, „The Phoenix”. Fortepian niosąc wątek przewodni przekazuje emocje zawarte w smutnym, nieco udręczonym tekście eksplorując różne stany emocjonalne, którego kulminacją jest błagalny chóralny śpiew. To jest moment kiedy przez moje ciało przebiega zimny dreszcz… Wykwintna elegancja, delikatność i subtelność to nie jedyne słowa, które cisną mi się na usta. Ale to nie one, a muzyka jest tu najważniejsza. Muzyka, którą trzeba po prostu posłuchać i na swój sposób przeżyć.

Johnny Almond, Tommy Eyre, Roger Sutton, Ken Craddock i Dannie Richmond w różnych latach odeszli grać do Największej Orkiestry Świata. Jon Mark przeszedł na emeryturę i osiedlił się w Nowej Zelandii. Zanim to zrobił nagrał sporo solowych płyt. Nawiasem mówiąc dwie z nich, „The Standing Stones Of Callanish” (1988) i „Land Of Merlin” (1992) zostały przeze mnie opisane (patrz Archiwa, marzec 2024). Inni, którzy przewinęli się przez zespół zniknęli bez śladu, ale to, co pozostało, to wierni odbiorcy, którzy pomimo upływu lat i zmieniających się mód wciąż fascynują się rzadkim połączeniem liryzmu, energii, wirtuozerii i wszystkiego co definiuje ich muzykę. Fanem zespołu jestem od lat, w zasadzie od czasu, gdy słowa takie jak Internet, czy płyta kompaktowa jeszcze nie istniały. Próżno było szukać jego winylowych płyt na bazarach (warszawski „bazar Różyckiego” oferował klientom wszystko, od zakrzywionego zardzewiałego gwoździa, po Kałasznikowa, ale nie Mark-Almonda!), czy na płytowych giełdach. Po raz pierwszy usłyszałem go w radiowej „Trójce” z koncertowej płyty „The Last & Live” i zakochałem się w ich eterycznym jazzie. Tak po prostu. Bez żadnej rekomendacji. Wszystkie studyjne albumy są świetne, ale to na koncertach Mark-Almond dawał nowe życie swoim starym utworom i udoskonalał je do perfekcji. Po wielu latach udało mi się w końcu zebrać niemal wszystko, co się do tej pory ukazało i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Smuci mnie jednak, że to wciąż jeden z najbardziej NIEDOCENIONYCH zespołów tamtych lat jaki znam… posłuchajcie „The City”, a zrozumiecie o czym mówię.

Artefakty minionej epoki, czyli jęki tamy, damska toaleta, lokomotywa i krwawa mery.

Przez całe lata zbierania płyt cenię sobie te, które po upływie czasu wciąż do mnie przemawiają, wywołują wspomnienia, obrazy, dają ukojenie, lub pobudzają energię. Mam nadzieję, że część tego znajdziecie w muzyce zespołów, które być może nie do końca mają poważne nazwy, ale traktują siebie i odbiorcę całkiem serio.

LEVEE CAMP MOAN „Levee Camp Moan” (1969)

Brytyjski zespół blues rockowy z końca lat 60-tych, Levee Camp Moan, powstał w Windsor w hrabstwie Berkshire. W jego skład wchodzili Frank Woodward (harmonijka, wokal), Sally Bristow (wokal, fortepian), Ian Campbell (gitara), Dave Stubbs ( bas) i Malcom Ashmore (perkusja). Swą nazwę wziął od numeru amerykańskiego bluesmana, Edwarda Jamesa „Son” House’a opowiadającego historię budowy tamy na rzece Missisipi w latach 30-tych XX wieku. Muzycy zamieszkali w domu zwanym Peacock Farm, w którym ćwiczyli zarówno standardy bluesowe Otisa Rusha, Buddy Guya, Juniora Wellsa, Muddy Watersa, Skipa Jamesa, jak i własne kompozycje. Źródłem inspiracji byli również  wykonawcy pokroju Canned Heat, Savoy Brown i Paula Butterfielda. Trzeba przyznać, że występami w Marquee, Crawdaddy, Klooks Kleek i Rikki Tik szybko zbudowali popularność wśród entuzjastów białego bluesa. Były one na tyle ciekawe, że wzbudziły zainteresowanie jednej z czołowych wytwórni płytowych, która w ostatniej chwili niestety wycofała się z podpisania kontraktu. Nie załamując się zespół wziął sprawę w swoje ręce, wynajął studio i na początku 1969 roku zarejestrował osiem utworów. Tym samym, bez jakiejkolwiek ingerencji z zewnątrz udało im się uchwycić spontaniczność, radość i ekscytację z grania bluesa. Założyli wytwórnię County Recording Services, wytłoczyli niewielki nakład płyt, które zostały sprzedane na lokalnych koncertach i rozdane znajomym. Nie muszę mówić, że dziś „Levee Camp Moan” stał się jednym z najbardziej poszukiwanych prywatnych albumów z kręgu brytyjskiego bluesa tamtych czasów. Być może pod względem produkcyjnym jest on surowy i prymitywny, ale moim skromnym zdaniem w tym oryginalnym artefakcie czuć ducha tamtej epoki. Spośród wszystkich nagrań są tu dwa tradycyjne kawałki, w tym (znakomicie zagrany) „Flood In Houston”, dwa covery („Sweet Little Angel” B.B. Kinga spowodował u mnie gęsią skórkę) i cztery bardzo udane autorskie kompozycje. Z tych ostatnich wyróżniłbym akustyczny „Disgusted Of North Acton” i fantastyczny „Walking By Myself”, w których główne partie wokalne wykonała panna Sally Bristow swoim głosem idealnie wpasowując się w bluesową stylistykę, oraz pełen improwizacji „Dump”. W 2002 roku Audio Archives wydało ten materiał na płycie CD uzupełniając go o nagrania koncertowe z Peacock Farm wiernie oddające energię zespołu. Tę wersję mam na półce i szczerze ją polecam.

LADIES W.C. „Ladies W.C.” (1969).

Choć nazwa Ladies W.C. może wydawać się prowokacyjna, śmieszna, lub niestosowna (niepotrzebne skreślić) nie ma nic wspólnego z punkową kapelą. W 1969 roku słowo punk było jeszcze nieznane, w przeciwieństwie do zespołu, który w rodzimej Wenezueli ma dziś status kultowy. Nawiasem mówiąc płytę kupiłem parę lat temu w niewielkim sklepie w artystycznej części londyńskiej dzielnicy Croydon, który oferował głównie punkowe wydawnictwa. Właściciel przybytku, wyglądający jak emerytowany członek hardcorowej kapeli z lat 80-tych (trochę podobny do Rogera Mreta z Agnostic Front, ale to na pewno nie on) nie kumał pewnie, że posiada prawdziwy rarytas i to wcale nie punk rockowy. Liderem zespołu był Adiba Casta (gitara, organy, wokal), którego wspomagali: Amerykanin Stephen Scott (wokal, bas, harmonijka ustna), Jaime Seijas (gitara) i jego brat Mario (perkusja). Styl muzyczny kwartetu oscylował między bluesem i psychodelicznym hard rockiem epoki flower power. Ich jedyny album wydany przez wenezuelski Souvenir został nagrany w dziesięć dni. Adib i Stephen opracowali aranżacje i napisali angielskie teksty. Wszystkie utwory są ich własnymi kompozycjami, co było wtedy nietypowe jak na wenezuelskie standardy, gdyż repertuar tamtejszych wykonawców zazwyczaj składał się z coverów. Również okładka była przełomowa – klasyczne zdjęcie z wizerunkiem zespołu zastąpiono zaskakującą, ale jakże trafną do nazwy zespołu ilustracją. Nowinką było też zniekształcone brzmienie gitar ze świetnym wykorzystaniem efektu wah-wah, rozbudowaną grą na harmonijce i efektami dźwiękowymi, co nadało albumowi jednolity charakter. Po raz pierwszy z muzyką Ladies W.C. zetknąłem się na kompilacji „Love, Peace & Poetry: Latin American Psychedelic Music”, na której znajdował się utwór „People”. Zapadł mi on w pamięć, gdyż zaczynał się efektem… spuszczanej wody w toalecie. Zresztą charakterystycznym elementem albumu jest seria takich mini efektów jak odgłosy straży pożarnej, oklaski, płacz niemowlaka, dzwonki, które wypełniają przerwę między utworami. I co ważne – nie są irytujące. Żywiołowość tej muzyki sprawia, że album zaskakuje kilkoma nieoczekiwanymi zwrotami akcji i słucha się go z wielką przyjemnością. Szczególne wrażenia robią na mnie te momenty, w których pojawia się gitara z fuzzem najbardziej słyszalna w nagraniu „And Everywhere I See The Shadow Of That Life” i niewiele od niego odbiegającym „Heaven’s Coming Up”. Sporadyczne ballady w delikatnym, unoszącym się psychodelicznym stylu, jak „To Walk On Water” z fletem i harmonijką ustną, oraz  utrzymana w podobnym stylu „The Time Of Hope Is Gone” z eterycznym wokalem, są urocze. Tytuł kolejnego numer, „WC Blues”, wyjaśnia wszystko, zaś finałowy i żywiołowy „I’m Gonna Be” przykuwa uwagę do tego stopnia, że boję się mrugnąć, by czegoś nie przegapić. Po wydaniu płyty zespół przestał istnieć, a album stał się cennym obiektem kolekcjonerskim ze względu na ograniczoną liczbę nakładu. Był też jednym z pierwszych wytłoczony na przezroczystym  winylu.

LOCOMOTIV GT „Locomotiv GT” (1971)

Zaskoczeni?! Nie mogłem się powstrzymać, by nie napisać o nim w tym miejscu kilku zdań. Nie ukrywam, że debiutancki album tego znakomitego zespołu od wielu lat jest w ścisłej czołówce moich ulubionych pozycji z dawnego Bloku Wschodniego. Przypomnę, że grupa powstała w 1970 roku z inicjatywy  węgierskiego czasopisma „Youyh Magazine”, aby zgromadzić w jednym zespole najlepszych muzyków kraju. Ten skład, w którym znaleźli się muzycy z Omegi, Metró i Hungária nie przetrwał długo. W 1971 roku sukces utworu „Summer Silver” dał im możliwość występu w Japonii. W grudniu tego samego roku wydali debiutancki album „Locomotiv GT”. Na Węgrzech przeszedł bez echa, ale odniósł pewien sukces w części Europy Zachodniej, zwłaszcza na Wyspach, gdzie grał z nimi Jack Bruce! W 1972 roku zostali zaproszeni na festiwal „Great Western Express” odbywający się w angielskim Lincoln występując u boku Genesis, Faces i Joe Cockera. W następnym roku nagrali drugi album „Ringasd el magad” i skomponowali muzykę do musicalu. W 1973 ukazała się ich trzecia płyta „Bummm” – zakazana na Węgrzech z powodu dezercji jednego z członków, który po występach w Stanach nie wrócił do kraju. Debiut zawiera dziesięć utworów utrzymanych w progresywnym, hard rockowym stylu. Problemem dla wielu  było to, że zespół śpiewał po węgiersku, a ja uważam to za duży plus. Album otwiera kapitalna rockowa ballada „Egy Dal Azorkért, Akik Nincsenek itt” (Piosenka dla tych, których tu nie ma), po której następuje świetny „Napba Oltozott Lany” (Dziewczyna muśnięta słońcem) z fantastycznym solo na klawiszach i świetnym riffem gitarowym. Równie znakomite „A Kötéltáncos Álma” (Marzenia rockowego tancerza) to kolejna ballada, która przechodzi w hard rockowy „A Tengelykezű Félember” w stylu Led Zeppelin. Cóż, nie będę się dalej rozwodził, bo pewnie wielu zna i pamięta tę płytę choćby z „Trójkowych” audycji redaktora Dariusza Michalskiego, a ci którzy jej nie słyszeli mają okazję, by posłuchać ją tutaj. Polecam!

BLOODY MARY „Bloody Mary” (1974)

Przez lata krążyła legenda, że ​​jedyny album Bloody Mary był trzecią płytą zespołu Sir Lord Baltimore. Wszystko to pojawiło się jakiś czas temu napędzane przez Internet za pośrednictwem blogów i stron związanych z muzyką. Oczywiście była to bzdura, o czym zapewniał perkusista Sir Lorda, John Garner. Członkowie Bloody Mary, a przynajmniej niektórzy, pochodzili z bardziej mainstreamowego zespołu Alive N’ Kickin’. Prawdopodobnie Bloody Mary był ich pobocznym projektem studyjnym mającym na celu zaspokojenie swoich rockowych ciągotek. Ze względu na ciężkie gitary, organy Hammonda i wpływy proto progowego hard rocka dla mnie Krwawa Mery brzmi jak wiele ciężkich zespołów z początku lat 70-tych. Już początek płyty zaczynający się od „Dragon Lady” z brzmieniem Deep Purple i przytłaczającą perkusją à la Captain Beyond pokazują, że nie jest to amatorskie granie. „Highway” nawiązuje do wczesnego Uriah Heep. W wykwintnej balladzie „Riddle Of The Sea” spodziewałem się nawet usłyszeć Davida Byrona(!); dźwiękowa eksplozja i emocjonalne harmonie wokalne do samego końca idealnie ją otulają. Ci faceci grali z rockowym profesjonalizmem i na pewno nie przypominają zespołu-widma… Agresywny „Free And Easy” zachowuje progresywną nutę, w którym Hammond i gitara odgrywają główną rolę. Jednym zdaniem – ciężki prog rock w swojej absolutnej chwale lat 70-tych. Ale prawdziwa uczta czeka nas dalej, albowiem siedmiominutowy „You Only Got Yourself” z potężnym organowym solo, agresywną latynoską perkusją i wokalem typu samiec alfa eksploduje niczym bomba neutronowa. Jackal, Dionysos, Birthcontrol, Murphy Blend, 2066 And Then…  jeśli wiecie, o czym mówię, to właśnie Bloody Mary. I wiele więcej! To nieustanny pokaz surowej mocy płynącej w ich żyłach uzależnionych od najlepszego hard rocka… Z kolei „Can You Feel It (Fire)” jest mutacją Titanica, Demon Fuzz i wczesnego Santany, a więc perkusyjny karabin maszynowy i mocny latynoski rock pod wysokim napięciem. Jak widać gorączka nie ustępuje i pali jak cholera! W końcu przyszedł czas na chwilę wytchnienia. „I Hear The Music Playing” z klasycznym fortepianem, intymnymi organami z nawiązaniem do Rare Bird i Procol Harum demonstruje zespołową umiejętność tworzenia wykwintnych, barokowych kawałków. A żeby nie było tak cacy, w połowie utworu wywracają go do góry nogami przywodząc na myśl Murasakiego. Kolejne mistrzostwo świata! 

Wytwórnia Guerssen znów trafiła w dziesiątkę wprowadzając na rynek kolejny łatwopalny środek wybuchowy. Album „Blood Mary” absolutnie zasługuje na honorowe miejsce pośród zapomnianych płyt z lat 70-tych.

CHARLEE – kanadyjski wirtuoz gitary i jego power trio. (1972).

„Ciągle słyszałem te same bzdury. Że powinienem pisać komercyjne piosenki.  Że wyglądam jak Anioł Piekieł.” Walter Rossi jak mówił, tak grał na gitarze. Był zuchwały, szczery do bólu, pewny siebie i nie znosił szajsu. Gdyby nie kilka pechowych momentów w jego drodze artystycznej i parę spalonych mostów jakie za sobą zostawił, jego dziedzictwo, poza entuzjastami klasycznego rocka w Quebecu gdzie czczą go jak boga gitary, mogłoby być bardziej znane. Nazywano go „kanadyjskim Jimi Hendrixem”, ale on dystansował się od tego stwierdzenia.

Urodził się w muzykalnej rodzinie włoskich imigrantów jako Walter Rossignulo. „Moja matka była neapolitańską Cyganką, która uwielbiała śpiewać, a ojciec, skromny cieśla, po pracy grał na gitarze” – i dodaje „Zawsze, gdy spotykali się z przyjaciółmi, wino lało się strumieniami, a dom wypełniał się muzyką.” Jeszcze w liceum młody Montrealczyk jeździł autobusem do centrum, aby występować z zespołem Soulmates w popularnych klubach, takich jak „Grand National” i „Esquire Show Bar”. To była jego pierwsza wielka szansa. Któregoś razu zapowiedziano, że w tym ostatnim wystąpić ma bluesowa kapela TV Mama. „Nigdy o niej nie słyszałem i to mnie zainteresowało.” – mówił w jednym z wywiadów. „Kiedy tam dotarłem, na korytarzu przedstawił mi się potężny czarnoskóry mężczyzna z gigantycznym afro. Powiedział, że nazywa się Buddy Miles i jest perkusistą w TV Mama, i zapytał na czym gram”. Nieznany wówczas Miles miał wyruszyć w trasę koncertową z Wilsonem Pickettem, który kompletował swój zespół. Buddy został więc w Montrealu i zaprzyjaźnił się z Walterem. Kiedy pod koniec pobytu zadzwonił do Picketta pytając kiedy ruszają z koncertami i dowiedział się, że ten wciąż szuka gitarzysty. Miles spojrzał na Rossiego i zanim się zorientował, młody gitarzysta był już w pociągu jadąc na przesłuchanie do Toronto. Pickett w połowie jednego z utworów przerwał mu i powiedział: „Chłopcze, witaj w moim zespole! Widzimy się w Nowym Jorku za dwa tygodnie.” Te dwa zdania odmieniły jego życie.

Rossi spędził z Pickettem większą część roku na trasie koncertowej. Byłby w niej dłużej, ale wezwały go rodzinne obowiązki. Jego ojciec bardzo podupadał na zdrowiu i nie mając nikogo, kto mógłby się nim zaopiekować wrócił do Montrealu. Gdy ojcu się polepszyło dołączył do zespołu Influence, z którym nagrał całkiem niezłą płytę, a nawet odbył trasę ze Steppenwolf i The Doors. Mimo pozytywnego odbioru grupa nie przetrwała długo. Gitarzysta ponownie nawiązał kontakt z Milesem, zaangażował się w jego projekt pod nazwą The Buddy Miles Express i miał swój udział w nagraniu singla „Them Changes”, który był radiowym hitem. Sielanka nie trwała długo – Miles razem z Jimi Hendrixem, i Billy Coxem założyli Band Of Gypsys i ruszyli w trasę, a Rossi znów wylądował w Montrealu. Po czasie spędzonym w blasku reflektorów była to gorzka pigułka do przełknięcia. „Powrót do Kanady był bolesny” – żalił się później dziennikarzom. „Chciałem grać i wrócić do świata, do którego byłem już przyzwyczajony. Jedynym sposobem dla mnie było założenie rockowego tria, podpisanie kontraktu płytowego i powrót do USA”. Jak powiedział, tak zrobił. Zaangażował perkusistę Mike’a Driscolla („grał ostro, a jego wyczucie czasu było nienaganne”) i swojego starego kumpla z Influence, basistę Jacka Geisingera. Trio nazwał Charlee na cześć swojego pupila, owczarka niemieckiego.

Nie trzeba było długo czekać, by ktoś ich odkrył. Najszybciej zareagowała RCA, która zarezerwowała im miejsce w swoich starych studiach na Mutual Street w Toronto, z utalentowanym inżynierem dźwięku Markiem Smithem. „ Mark był wspaniały i wiedział, jak nagrywać głośne gitary… niewielu realizatorów dźwięku w Kanadzie miało taki talent. Wcześniej byłem na wielu sesjach Jimiego Hendrixa w nowojorskich Electric Lady Studios i widziałem Eddy’ego Kramera w akcji, więc wiedziałem, że będzie dobrze.”

Niestety RCA wstrzymała się z wydaniem materiału cały rok. „Jack Feeney, ówczesny prezes wytwórni, nie rozumiał jaką muzykę tworzę” – żartował Rossi. „Kiedy po raz pierwszy usłyszał nasz album dostał biegunki. Serio!” Warto było czekać. Płyta „Charlee” to marzenie każdego miłośnika gitary, a kunszt Rossiego – surowy amalgamat Hendrixa, Robina Trowera, Leslie Westa i Jima McCarty’ego z Cactus – w pełni widoczny jest we wszystkich ośmiu utworach.

Okładka oryginalnego wydania LP „Charlee” (1972).

Ten nieco zapomniany album jest niesamowity. Heavy rock w najlepszym wydaniu z domieszką ciężkiego bluesa podlany do tego psychedelicznym sosem zadowoli każdego, nawet najbardziej wybrednego konesera gatunku. To jeden z najcięższych kanadyjskich albumów z początku lat 70-tych.

Trio od razu przechodzi do sedna w otwierającym płytę zwięzłym, ciężkim instrumentalnym „Wizard”, w którym nasz gitarowy bohater pozwala, by solówki swobodnie przelatywały nam nad głową. W „Lord Knows I’ve Won” Rossi dorzuca trochę boogie i gitarowe fajerwerki łącznie z jednym z najbardziej potężnych riffów w historii rocka. Trzeba go usłyszeć, żeby go pojąć… a ja zacieram ręce! „Just You And Me” ma speeda hard rockowego  Deep Purple… „A Way To Die” to blues rockowa ballada, która wyje w swoim egzystencjalnym bólu. Szkoda, że obniża ją dość płaski niestety wokal Rossiego do czego sam się zresztą przyznał. „Nigdy wcześniej nie śpiewałem… kiedy słyszałem swój głos w studio już na taśmie kręciło mi się w głowie.” No cóż – Hendrix też nie był najlepszym wokalistą… Kolejne kawałki, jak pomysłowe „Just You And Me”, jak ” Wheel Of Fortune”, czy „Let’s Keep Silent” w stylu „idziemy na całość” z dużą ilością gitarowego fuzzu nie odbiegają od normy i do końca trzymają  wysoki poziom rockowej adrenaliny. Muzycznie płyta bez wad, tylko… trochę krótka. Oj, chciałoby się więcej, dużo więcej!

W prasie muzycznej album o dziwo otrzymał doskonałe recenzje. Jednak z zarządem, który Rossi określił jako „żałosny” i stacjami radiowymi, które uważały, że „jeśli artysta, lub zespół pochodzi z Anglii, lub Stanów Zjednoczonych musi być lepszy niż kanadyjski”, Charlee nie miał żadnych szans. Myślę, że po części zawiniła też kiepska okładka niezbyt zachęcająca do jej kupna. Na nic zdały się też wspólne koncerty z New York Dolls i Joe Walshem. Dziwnym trafem płyta była bardziej znana w… Australii; na tamtejszych listach przebojów „A Way To Die” przez dwa tygodnie był nawet numerem jeden! Ale to nie wszystko. W sąsiednich Stanach album został promowany przez radiowego didżeja z Dayton w stanie Ohio, który usłyszał go podczas wakacji w Montrealu i nieustannie puszczał w swoich audycjach. W małym sklepiku, który prowadził sprzedał siedem tysięcy egzemplarzy w ciągu tygodnia! To była poważna sprzedaż zważywszy, że Dayton nie było wielką aglomeracją – jak na amerykańskie standardy miało „tylko” sto tysięcy mieszkańców. Cztery lata później amerykańska wytwórnia Mind Dust wznowiła go w zmienionej i chyba bardziej kojarzonej okładce.

Po rozpadzie zespołu, który nastąpił tego samego, 1972 roku, Walter Rossi dzielił swój czas pomiędzy opieką nad ojcem, a pracą muzyka sesyjnego. Odrzucił granie z kilkoma wykonawcami, w tym u Davida Bowie i w Three Dog Night. Po śmierci ojca, którą mocno przeżył, wydał kilka całkiem fajnych solowych płyt. Polecam debiut z 1976 roku „Walter Rossi”, na którym znalazł się instrumentalny, bardzo emocjonalny „Ripdad” (Spoczywaj w pokoju tato) – utwór poświęcony ojcu i wydany dwa lata później „Six Strings Nine Lives”. W latach 90-tych i później nagrywał z wieloma artystami i zespołami. W jednym z ostatnich wywiadów pytany o plany na przyszłość powiedział: „Szczerze mówiąc nie wiem… Nadal potrafię świetnie grać i pisać dobre piosenki… moje serce, moja pasja nigdy nie umrze. Zawsze mam szansę zrobić coś nowego.” Niestety w kwietniu 2022 roku Rossi przegrał walkę z rakiem. Z całym szacunkiem dla całej jego artystycznej spuścizny w mojej pamięci pozostanie jako twórca fantastycznego power tria Charlee, z którym nagrał jedną, ale za to kapitalną płytę.

David Gilmour w Circus Maximus – balsam dla rockowej duszy.

Wspaniały Circus Maximus, lub jak mówią Włosi, Circo Massimo, w południowo-centralnym Rzymie, obok Koloseum jest celem każdej szanującej się wycieczki przybywającej do Wiecznego Miasta. Kiedyś ogromny podłużny stadion, na którym 250-tysięczne tłumy gromadziły się, by oglądać śmiertelne wyścigi rydwanów i ceremonie ku czci słońca i księżyca, wieczorem w pierwszych trzech dniach października 2024 roku stał się bardzo uporządkowanym miejscem wydarzenia dla nieco mniejszej, „ledwo” 18-tysięcznej widowni z perfekcyjnie przygotowaną ucztą dźwięku i obrazu. Na arenie żadnych przerażonych słoni. Tylko jedna, z daleka niepozorna, w rzeczywistości wielka postać i legenda rocka – David Gilmour ze swą gitarą.

Juliusz Cezar powiększył Circus Maximus, ze 150 do 250 tys. widzów.

Z Davidem Gilmourem jest tak, że po każdej trasie powraca pytanie: „Czy zrobi to jeszcze raz..?” Jego albumy studyjne wymagają czasu, a trasy koncertowe są zazwyczaj krótsze. Nie mniej optymistyczną i zauważalną zmianą jest to, że David wydaje się obecnie bardziej zrelaksowany i swobodniejszy. Być może spowodowane jest to tym, że jego odświeżony zespół składający się z dużo młodszych muzyków wnosi luźniejszy styl w stosunku do skoordynowanych i zsynchronizowanych wideo koncertów z jakich słynął Pink Floyd. Mówiąc „luźniejsze” mam na myśli to, że ci młodzi grają bardziej spontanicznie i nie odtwarzają nuta w nutę utworów z katalogu Holy Floyd. Zauważmy też, że podczas gdy Waters i Mason na swoich koncertach bazują na archiwaliach, Gilmour skupia się na swej ostatniej płycie. Możemy usłyszeć tu prawie wszystko z „Luck And Strange” i muszę przyznać, że wersje koncertowe mają więcej energii. Weźmy na przykład utwór tytułowy – na żywo ma w sobie więcej nonszalancji i swingu niż wersja albumowa, z imponującym, rozbudowanym podwójnym brzmieniem z drugim gitarzystą, Benem Worsleyem, który trafił do zespołu z polecenia producenta płyty, Charliego Andrew i chyba nigdy w życiu nie występował przed więcej niż setką osób. Wokal Gilmoura jest bardziej swobodny i spójny, a gra całego zespołu ze zwartą sekcją rytmiczną plus wspaniałe chórki są perfekcyjne.

Pamiętam, że podczas pierwszego odsłuchu płyty „Luck And Strange” pochodzący z niej numer „A Single Spark” przeszedł przeze mnie praktycznie niezauważony. Ot, wleciał jednym uchem, wyleciał drugim. Tymczasem na scenie (dodany wśród bonusów na DVD i Blue-ray) ma dodatkowego kopa, szybsze tempo i zaangażowany wokal. Z miejsca przykuł moją uwagę czego nie zrobił wcześniej. Można więc powiedzieć, że odkryłem go na nowo. Wspomniałem może o gitarowej solówce? Nie.?! Jest fenomenalna!

Dla mnie dwa najlepsze utwory na tym wydawnictwie to przede wszystkim „Scattered” zamykający pierwszy (główny) set, kandydat do tytułu najlepszego nowego utworu artysty i długiej, melancholijnej medytacji nad upływającym czasem, czego 80-letnia legenda jest doskonale świadoma. Swego czasu recenzenci albumu dyskutowali o jego hołdzie, o refleksyjnym brzmieniu wyjętym z serca „Dark Side Of The Moon” i fortepianowych nutach z „Echoes”. W tej wersji fortepian jest częściowo jazzowy, co w katalogu artysty jest czymś wyjątkowym. Wraz ze zmianą nastroju i tempa z floydowskim nawiązaniem do nylonowych strun, utwór staje się podstawą do popisowego solo. Czyste, łagodne intro prowadzi do klasycznej gry Davida, które intensywnie narasta i narasta, aż do punktu, w którym pytamy samych siebie, czy gitarzysta ma jeszcze coś do zaoferowania..? Ma! Tu powinienem wspomnieć o genialnych, refleksyjnych tekstach Polly Samson, „najbardziej błyskotliwej autorki tekstów wszech czasów” jak określił ją David. Zdolność do przekazywania myśli jej męża (tak przynajmniej zakładam) jest znakomita. I to właśnie te rodzinne więzi dają mi ów drugi punkt kulminacyjny. Mam na myśli „Between Two Points” w wykonaniu Romany Gilmour, który na Spotify jest najczęściej odtwarzanym utworem z albumu „Luck And Strange”!

Córeczka z tatą na jednej scenie.

Wyraźnie dumny ojciec od czasu do czasu rzuca czułe spojrzenie na swoją małą ukochaną, która nie tylko śpiewa, ale też gra na harfie. Kontrast, zarówno pod względem muzycznym jak i wokalnym panna Gilmour wykonała z dużą pewnością siebie. Mając w sobie sceniczne doświadczenie i geny ojca czuje się tak, jakby była na niej od wielu lat. Wspaniale byłoby usłyszeć ją nie tylko w tym jednym, cudownie eterycznym numerze.

Spektakle, podobnie jak wcześniejsze w Londynie, są imponująca, ale z jedną małą różnicą. Seria pokazów w centrum włoskiej stolicy przyciągała każdego wieczoru około 18 000 widzów, ponad trzy razy więcej niż w stolicy Anglii. Lokalizacje jakie David wybiera mają być wyjątkowe. Ostatnia trasa Watersa „This Is Not a Drill” była świetna, ale wizualizacje tego charakterystycznego włoskiego miejsca pomogły muzyce wznieść się w sposób, w jaki nie potrafią tego zrobić zadaszone miejsca. Wrażenia potęgują ujęcia z drona pokazujące panoramę miasta i otoczenie teatru, a zdjęcia w zwolnionym tempie idealnie dopasowane do tempa muzyki również robią swoje. Ale dla mnie to zbliżenia na Gilmoura są najważniejsze. Co więcej, jego intensywna gra i całkowite skupienie sprawiają, że włosy na rękach stają dęba. Pomimo gry na wielu różnych gitarach, maestro zawsze brzmi jak on sam.

Jak wspomniałem, koncert skupia się głównie wokół utworów z albumu „Luck And Strange”, który był również tytułem tego tournee. Nie ma jednak koncertu Davida Gilmoura bez kawałków Pink Floyd, na które wszyscy zawsze czekamy z wypiekami na twarzy. Wspominałem wcześniej o luzie, a grając klasyki Floydów mimo wszystko trzeba zachować ostrożność i równowagę szczególnie, gdy ma się w zespole „młode wilki”. Na szczęście nie ma tu fragmentów reggae, ani solówek basowych chociaż obecny jest tu stary znajomy, Guy Pratt, któremu wybaczam małe grzeszki z przeszłości: wszak były to lata 80-te i pewne rzeczy tak się grało… Gdy Gilmour gra pierwsze akordy „Breathe” scenę spowija teatralny dym publiczność ryczy z aprobatą, a gdy utwór płynnie przechodzi w „Time” (z oryginalną animacją z 1974 roku na tylnym ekranie) uderza w akord porównywalny z tym, który Tony Iommi zagrał w „Iron Man” Black Sabbath. Wszyscy śpiewają „Quiet desperation is the English way” – najbardziej floydowski wers autorstwa Watersa będący jednym z kluczowych elementów twórczości zespołu, czego przykładem kompozycja „Echoes”. Gilmour już jej nie gra, ale wciąż gra „Fat Old Sun”. Lżejsza, bardziej jazzowa wersja (szczególnie w partiach fortepianowych) pokazuje, że mistrz wciąż potrafi śpiewać wrażliwym głosem. I choć czasem brakuje mu oddechu na ostatnie kilku nut rekompensuje to sobie z nawiązką eksplodując potężnym gitarowym solo.

David i Guy Pratt – przyjaciele od lat.

Zespół bez wysiłku zmienia biegi i jest tu wiele, o czym mógłbym pisać, jak choćby o mistrzowskim wykonaniu „Marooned”, w którym Gilmour gra w stylu Santany. Entuzjastycznie przyjęty „Wish You Were Here” z cudownymi organami Hammonda i fortepianem akompaniującym głównemu riffowi przypomina o licznych duchach nawiedzających ten starożytny stadion – w tym ducha Syda Barretta i Ricka Wrighta. Jest też mroczny „Sorrow” z brudną, przesterowaną solówką; apokaliptyczny lament w „High Hopes” i nowe podejście do „Great Gig In The Sky” jakiego wcześniej nie słyszeliśmy, z chórkiem z Romany Gilomour, Charley Webb, Louise Marshall i Hattie Webb w składzie[*]. Dodajmy do tego nasycony pesymizmem „A Great Day For Freedom”, który nabiera tempa nim Gilmour rozpocznie swą epicką solówkę (dzieloną z Worsleyem) graną z cudownie miodową płynnością, oraz triumfalny „Coming Back To Life” zadedykowany żonie, podczas którego zarówno scena jaki i stadion zapłonęły blaskiem świateł.

Polly Samson.

Po krótkim zniknięciu zespół powraca na scenę z utworem „Comfortably Numb” (żadna niespodzianka, prawda?), który porywa publiczność. Guy Pratt zajmuje się zwrotką, brzmiąc niepokojąco podobnie do swojego teścia, Richarda Wrighta. Publiczność śpiewa razem z nim, podczas gdy Ben Worsley na gitarach, Adam Betts na perkusji, Rob Gentry i Greg Phillinganes na klawiszach umiejętnie wspierają ten klasyk. Wiemy jak to się dzieje; główne solo idzie zgodnie z planem tak jak powinno. W momencie, gdy zmasowany tłum i chórek na scenie razem krzyczą „Aaaaj…”, a Gilmour dołącza swoje „I have become comfortably numb” przez całe moje ciało przechodzą ciary! Końcowe solo pokazuje jak David czerpiąc energię z zespołu i publiczności przeżywa grę na gitarze zgodnie ze swoim stylem – z przymkniętymi oczami, głową skierowaną w dół… To nie jest moment na autopilocie. To muzyk z wielką klasą w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu! Końcowy dźwięk oznacza, że doszliśmy do finału tego wspaniałego widowiska. Uśmiechnięty bohater wieczoru i jego muzycy wykonują głęboki ukłon i schodzą ze sceny żegnani ogromnymi brawami i nieprawdopodobnym krzykiem rozentuzjazmowanego tłumu, który mógłby wskrzesić umarłych.

Czy po takim spektaklu potrzebuję kolejnego albumu koncertowego Davida Gilmoura? TAK! Po obejrzeniu i wysłuchaniu spektaklu z rzymskiego Circus Maximus jednoznacznie stwierdzam, że Gilmour wciąż potrafi dać porywający występ i życzę mu kolejnych tak udanych. Jedno jest pewne – choćby nie wiem jak długo, będę na nie cierpliwie czekał.

[*] Romany, wspólnie z dziewczynami z chórku stworzyły własny zespół o nazwie Marshall Gilmour Webbs. Wszystkie grają na instrumentach, tworzą własną muzykę i występują (jak na razie) głównie w londyńskich klubach. Poniżej akustyczna wersja utworu „The Sea Bride”.

STUD – progresywny rock i dźwiękowy detonator.

Dwa różne zespoły z odmiennym brzmieniem i stylami, z dwóch odległych od siebie miejsc na Ziemi. Działały w podobnym czasie i choć nazywały się tak samo, jeden o drugim nic nie wiedział.

Angielsko-irlandzki Stud rozpoczął działalność na początku 1971 roku jako trio z gitarzystą i wokalistą Jimem Creganem (ex-Blossom Toes), basistą Richardem McCrakenem i perkusistą Johnem Wilsonem. Dwaj ostatni rozstali się właśnie z Rory Gallagerem, z którym tworzyli blues rockowe trio Taste pamiętane szczególnie z brawurowego występu na Wyspie Wight z 28 sierpnia 1970 roku. Podpisany w styczniu kontrakt z Deram już w kwietniu zaowocował płytą „Stud” z baśniową okładką Anne-Marie Anderson.

Okładka albumu „Stud” (1971)

Wydawać się mogło, że tracąc takiego zawodnika jak Rory Gallager trudno będzie się pozbierać, a tymczasem muzyka na tym albumie okazuje się niezwykle interesująca. Przede wszystkim nie zamyka się w jednym gatunku. Muzycy prezentując wysoki poziom swoich umiejętności i wyobraźni śmiało połączyli różne style, a efekt końcowy jest pozytywnie zaskakujący. Utwory (niektóre nawet dość abstrakcyjne) pokazują eklektyzm wczesnego prog rocka. „Harpo’s Head” i „1113325” przypominają blues jazzowy jamy z długim solo perkusyjnym; melodyjne „Song” i „Turn The Pages” są bardziej spójne, a „Sail On” to zabójczy kawałek brzmiący jak Mountain. Najbardziej progresywny z nich wszystkich jest jedenastominutowy (mój ulubiony) „Horizon” podzielony na dwie części. O ile krytycy byli nim zachwyceni wyniki sprzedaży były słabe i Deram odrzucił możliwość dalszej z nimi współpracy. Dużo większy sukces płyta odniosła w Niemczech, gdzie Polydor wydał ją w zmienionej okładce.

Płyta „Stud” wydana w Niemczech przez Polydor.

W czerwcu do trójki muzyków dołączył były skrzypek Family, John Weider, z którym ruszyli do Niemiec. Po udanych trasach i występach w niemieckiej telewizji Stud podpisał kontrakt z wytwórnią BASF i w marcu 1972 roku wydał drugi album, „September”.

Albumu „September” (1972)

Nagrany w londyńskim Command Studio, ponownie z Billym Kennedym jako producentem znacznie różnił się od debiutu. Utrzymany w średnim tempie rockowy „Good Things”, oraz ballady takie jak „Corner”, „Samurai” i „Five To Mid-Day” porzuciły folkowe i jazz rockowe skłonności debiutu na rzecz znacznie bardziej komercyjnego brzmienia. Podobnie jak na debiucie, głos głównego wokalisty, Jima Cregana, pozostał pozycją „trafioną” albo „chybioną”. Jego ograniczona i delikatna skala została wystawiony na ciężką próbę w „God Knows”, ale dużo lepiej radził sobie z szybszymi numerami. Warto też zauważyć, że spośród dziesięciu utworów połowę stworzył nowy nabytek zespołu, John Weider, w tym wyróżniający się moim zdaniem blues rockowy „Life Without Music”. Mimo wszystko szkoda, że album ukazał się tylko w Niemczech przez co jego globalny zasięg znacznie się zmniejszył.

Aby wywiązać się z kontraktu wobec BASF cała czwórka stawiła się raz jeszcze do londyńskiego Command Studio, aby dokończyć to, co zapowiadano jako występ na żywo. Zaraz potem zespół się rozpadł. Nagrany przed skromną publicznością „Goodbye Live At Command” został wydany „pośmiertnie” rok później i zawierał pięć utworów, po dwa z każdej płyty, oraz jeden nowy, „Big Bill’s Banjo Band”.

Pożegnalny, koncertowy album grupy (1973).

Po rozwiązaniu muzycy nie porzucili grania. Jim Cregan dołączył do Family, grał także w Cockney Rebel i u Roda Stewarta. Richard McCracken zasilił Spancer Davis Group, zaś John Wilson dołączył do Brush Shiel przemianowany później na Skid Row. Po osiedleniu się w Belfaście został muzykiem sesyjnym i od czasu do czasu wspomagał różnych artystów na koncertach.

W przeciwieństwie do brytyjsko-irlandzkiego imiennika, amerykański Stud przez wiele lat pozostawał zagadką (jego członkowie ukrywali się pod  pseudonimami) i przez dekady nie udawało się odnaleźć ani ich, ani prywatnie wytłoczonego w 1975 roku albumu w nakładzie dwustu egzemplarzy, z których zachowało się kilka sztuk.

Jedno z niewielu zachowanych zdjęć amerykańskiego Stud (1974).

Teraz już oficjalnie wiemy, że zespół został założony w 1974 roku w Houston. To, co wyróżniało ich spośród innych działających w mieście kapel (poza determinacją i chęcią grania ponad wszystko) było brzmienie stworzone przez młodych utalentowanych muzyków. Na szczególną uwagę zasługuje 17-letni Tim Williams, zręczny gitarzysta o fantastycznie brudnym brzmieniu gitary, który wyrósł jak grzyb na znoszonych butach Blue Cheer. Towarzyszyła mu zabójcza sekcja rytmiczna podszyta brutalnymi riffami basu Paula Eakina i bardzo solidna perkusja George’a Lashera będąca ucieleśnieniem czystego rocka. Chemia między nimi narodziła się od pierwszego i dość nieoczekiwanego spotkania. Paul Eakin: „Tim i ja przyjaźniliśmy się od jakiegoś czasu i lubiliśmy razem grać. Pewnego sobotniego wieczoru jadąc moim samochodem przełączaliśmy stacje radiowe szukając czegoś fajnego do posłuchania. Znaleźliśmy stację grającą zajebistego rocka i im dłużej słuchaliśmy, tym bardziej podobały nam się piosenki i prowadzący DJ. Nigdy wcześniej jej nie słyszeliśmy. Postanowiliśmy do nich zadzwonić i podziękować za tak fajną muzykę. Spodziewaliśmy się usłyszeć automatyczną sekretarkę, lub kogoś z recepcji, ale telefon odebrał prowadzący audycję. Okazało się, że był sam i lubił rozmawiać ze słuchaczami. Poza tym grał na perkusji i dobrze śpiewał!” Tym DJ-em był George Lasher, który dzięki pracy w stacji radiowej miał masę znajomych w branży muzycznej. Miał też pomysł na brzmienie zespołu i wizję albumu. To był idealny scenariusz dla młodych muzyków. Po wielu próbach zdecydowali, że są gotowi wyjść na scenę, grać i nagrać płytę. Pozostała kwestia nazwy zespołu. George Lasher: „Nie mogła ona być nachalna, ani seksualna. Ćwiek w ścianie jest symbole siły i jej wsparcia. Diamentowy ćwiek w płatku ucha pięknej kobiety to kwintesencja dobrego smaku. Rasowy ogier emanuje zarówno siłą, jak i zmysłowością. Chcieliśmy, aby nasza muzyka była mocna, piękna i zmysłowa jak tabun dzikich pędzących koni. I chyba dobrze wybraliśmy.

Stud podczas próby przed koncertem.

W lipcu 1974 roku podpisali kontrakt z mało znaną, ale solidną wytwórnią Barons z Rosenberga w Teksasie, której największym sukcesem okazały się płyty… czeskiego zespołu grającego polkę. No cóż, jaka wytwórnia taki Elvis… Studyjna ekipa okazała się całkiem fajna i przyjazna, mieli dobrą organizację i świetny sprzęt. Był tylko jeden problem – za cholerę nie wiedzieli jak wyprodukować płytę rockowego zespołu. To nie był ich groove! Producent nagrań i inżynier podchodzili do nich i pytali jak mają ich zmiksować, co poprawić, ulepszyć, zmienić. Tim Williams: „Mieliśmy mnóstwo pomysłów i byliśmy na tyle optymistyczni, że wierzyliśmy w ten projekt.” Paul dodaje: „Kiedy podpisaliśmy z nimi kontrakt, mieliśmy na myśli, że nagramy dla nich materiał na cały album. Oni go wytłoczą, a potem pomogą w promocji.” A jak wyszło? Cała trójka za wszystko zapłaciła z własnej kieszeni, a niewielki nakład bez okładki rozdali rodzinom i znajomym. To co zostało rozprowadzali podczas niedzielnych koncertów, kilka sztuk wysłali do różnych stacji radiowych i wytwórni płytowych. Nikt się nie odezwał. Zniechęceni brakiem jakiejkolwiek reakcji rozwiązali zespół.

Cztery dekady później jeden z ocalałych egzemplarzy wpadł w ręce ludzi z hiszpańskiej wytwórni Out-Sider, która wydała go po raz pierwszy na płycie w bardzo małym, limitowanym nakładzie w czarnej okładce z czerwonym napisem STUD. Nie było szans, by ją wtedy dostać. Dziesięć lat później, w 2025 roku wznowiono ją na winylu i kompakcie w większym nakładzie i lepszym dźwiękiem. Opłacało się czekać!

Front okładki płyty amerykańskiego tria Stud.

Moim zdaniem każde power trio dysponujące skromnym jakby nie patrzeć instrumentarium aby zaciekawić słuchacza powinno muzykę tak zróżnicować, by każda jej część łącznie z brzmieniem była jak ciężarówka uderzająca czołowo w mur. I tak jest w tym przypadku. Grają z lekką swobodą i wyobraźnią, co pozwala im płynnie lawirować szczególnie w dłuższych, jamowych fragmentach. Tim Williams, gitarowy wirtuoz sprzężony z sekcją rytmiczną działającą jak dwuosobowy metronom tworzący prawdziwy muzyczny detonator zasypuje nas znakomitymi solówkami. Mocne hard rockowe numery takie jak „Jim/Blues” i „Woman Like You” sugerują, co mogłoby się wydarzyć, gdyby wpakować ich razem z The Stooges z czasów „Fun House” do furgonetki The Groundhogs. Z drugiej strony, radosny, a jednocześnie zabójczy boogie rock „Captain Boogie” sugeruje pokrewieństwo z Grand Funk. Zaskakujące zwroty akcji dostajemy w dwóch porywających i najdłuższych utworach: ostrym, 12-minutowym psychodelicznym jamie „Stud” i w imponującym, dwie minuty dłuższym, ciężkim progresywnym „The War Song”. Cieszę się, że ten odnaleziony po wielu latach teksański rarytas dumnie stoi obok innych ciężkich artefaktów z zapomnianej epoki.

ANDREW LATIMER „War Stories” (2025)

Wojna jest niezrozumiałym przekleństwem dla każdego otwartego i wrażliwego człowieka. Mógłbym rozwodzić się nad wieloma osobistymi spostrzeżeniami na jej temat, spotkaniami z osobami, którym dane było przejść i przeżyć wojenny koszmar, ale to nie jest blog o niej, a o muzyce. Andrew Latimera nie trzeba przedstawiać. Minęły dwadzieścia cztery lata od wydania albumu „A Nod And A Wink”. W tak zwanym międzyczasie spekulacje i domysły na temat tego, czy (a może nawet „czy kiedykolwiek”) usłyszymy jego nową muzykę rozpalały muzyczne fora i niekończące się dyskusje. Nagle, bez większego rozgłosu, jak gdyby znikąd pojawia się „War Stories”. Najpierw niedowierzanie, a potem ulga i wielka radość. Wrócił! Jednak gdy zaczynamy słuchać, staje się jasne, że to coś o wiele głębszego niż „zwykły” powrót. 

W swojej karierze Latimer dawał muzyczny wyraz kosztów rozłąki i konfliktów: podzielonemu Berlinowi w „Stationary Traveller”, osamotnionemu żołnierzowi w „Nude”, rodzinom rozdartym emigracją w „Harborour Of Tears” i zmaganiom o przetrwanie i przynależność przenikającą w „Dust And Dreams”. Teraz, przy współpracy z artystami działającymi od dziesięcioleci „War Stories” jawi się jako dzieło, w którym wszystkie te wątki się splatają – to całe życie refleksji nad wytrzymałością, przewrotami, wysiedleniem i długą podróżą do domu. Dedykowany „tym z pasją, siłą i odwagą, którzy zmuszeni są stawić czoła konfliktom” „War Stories” to jedna, 48-minutowa suita podzielona na czternaście części. Podróż, w którą jesteśmy zabierani jest jasno zaplanowana: od rodzinnego domu („Home”) przez nadciągające burze („Wind Of Change”), ciemność i modlitwę („Lost For Words”), aż po powrót do domu („Going Home”). 

To nie jest album z oddzielnymi utworami, lecz ciągła ewoluująca narracja, w której jedna chwila płynnie przechodzi w następną zmuszając nas do przeżycia podróży w sposób, w jaki wyobraża ją sobie Latimer. Płyta jest w przeważającej mierze instrumentalna, ale gdy pojawia się Pete Jones na wokalu jego głos w końcu oddaje to, co gitara stara się wyrazić na każdym etapie obranej drogi. Już od pierwszych chwil „Home” Latimer roztacza uwodzicielski, hipnotyzujący czar, który przykuwa naszą uwagę. Głęboki zakres ekspresji, sposób, w jaki zmienia nacisk na struny tworząc cały emocjonalny słownik bez słów jest znakomity. Jest tu dojrzałość, mądrość i subtelna powściągliwość wykuta przez dekady kontemplacji i gotowości do eksperymentowania. Nie rozkoszuje się techniczną sprawnością. Dąży do uchwycenia czegoś większego: historii, która kręci się wokół naszej przynależności, odporności, bólu, izolacyjnej samotności, obcości i palącej potrzeby, by odnaleźć drogę powrotną. Charakterystyczną motywacją Latimera zawsze jest potrzeba powrotu do domu.

W miarę rozwoju suity, poruszamy się po emocjonalnych obszarach, które wywołują uczucia zarówno uniwersalne, jak i głęboko osobiste. W momencie, gdy docieramy do „We Are One” fragment chóralny przywołuje na myśl rozejm bożonarodzeniowy; pośród grozy wrogowie śpiewający na polach bitew odnajdują wspólne człowieczeństwo. Utwór płynnie przechodzi w „Belief”, gdzie napotykamy Latimera, którego zawsze znaliśmy: charakterystyczne progresje akordów, wrażliwość i delikatność tworzące emocjonalnie rezonujące pejzaże dźwiękowe. Ale to w „Waiting And Lost For Words” serce suity ujawnia się najmocniej. Smutny, refleksyjny, przejmujący Latimer wykorzystuje pogłosy instrumentów, aby oddać poczucie niespokojnej obecności i głębokiej niepewności. Odległe dudnienia przerywają niespokojne cisze. Silny, jednodźwiękowy głos gitary wyłania się ponad delikatnymi klawiszami i lekkimi rytmami perkusji, a staccato frazuje, otwierając się na meandrujące podróże – melancholijne, ale przemyślane, celowe, pozbawione kierunku. Nadzieja góruje nad niepewnością. niesiona przez wiatr szepcąc: „wyciągam do ciebie rękę”. Samotny głos sowy niesie się przez ciemność. Mam dreszcze i gęsią skórę…

„The Cellist” wprowadza coś nieoczekiwanego: fortepian akompaniujący wiolonczeli wplata się w dźwiękowy pejzaż czasem akompaniując, a czasem wtrącając się. Chóralne interludium dodaje nową fakturę. Ten intymny fragment wydaje się momentem, w którym człowieczeństwo przebija się przez szerszą narrację konfliktu: jeden głos, jedna historia w niezliczonych opowieściach o milionach istnień, które zmieniły się w popiół. W dalszej części słychać echa „Dust And Dreams” – głos wiolonczeli zastępuje gitara, która narasta i rozwija swój własny, charakterystyczny dźwięk wirując i tańcząc na muzycznych falach. Pojawia się złowroga obecność; gitara gra teraz w podwyższonej tonacji z pogłosem perkusji. Brzmi lekko, ale stanowczo. Wraz z narastaniem crescendo dźwiękowy pejzaż przechodzi w fortepianowe pasaże z akompaniamentem smyczków grających krótkie, precyzyjne akordy. A potem nadchodzi moment transformacji. Gitara powraca – ale tym razem natarczywa i władcza. Znalazła to, czego szukała. Pojawia się poczucie pewności odnalezienia drogi do domu. Kaskadowe dźwięki bębnów wyznaczają przejście, a plemienny rytm nadaje temu ton.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na powściągliwość Andy’ego Latimera. Album wydaje się starannie wyważony, kontrolowany, cierpliwie pieszczony, ale w sposób, który przyczynia się do atmosfery i emocji danej chwili. Artysta stawia na prostotę. Mniej znaczy więcej. Kiedy w okolicach 37-mej minuty odpuszcza nabierając rozpędu wszystkie instrumenty zbiegają się w jednym motywie, w jednym kierunku. Słyszymy odgłosy tłumów, rozbijające się o niebo grzmoty i błyski piorunów. Gitara na nowo odnajduje się w poczuciu jedności, nadziei, komfortu, bezpieczeństwa i pewności. A potem nadchodzi „Going Home”. Lekkie brzmienie fortepianu i wzruszający wokal Pete’a Jonesa zadający pytanie, które rozdziera serce: „Kiedy możemy wrócić do domu?”, po którym następuje cud. Modlitwa zostaje wysłuchana: „Wracamy do domu, tam, gdzie jest nasze miejsce”.

Po czterdziestu ośmiu minutach, po całym trudzie zmagań z tematami wyobcowania, separacji i konfliktu, Latimer przyprowadził nas do domu, do miejsca zasłużonego spokoju. Do domu, który daje poczucie ciężko wywalczonego i zasłużonego zwycięstwa. Ale o ile dom się nie zmienił, my już nie jesteśmy tacy sami. Zmieniła nas podróż, w którą Andy nas zabrał i emocjonalny teren, przez który przeprowadził, a ciężar tego co przekazał, zmagania, tęsknota, trud i znój pozostaną z nami na zawsze.

„War Stories” to nie tylko come back Latimera do nagrywania płyt. Pod wieloma względami to dzieło, które komponował przez całe życie. Dzieło, które brzmi jak jego ostateczne przesłanie jak trwać, przetrwać i w końcu szczęśliwie odnaleźć drogę powrotną. Dla mnie to jedno z najbardziej poruszających dzieł progresywnego rocka ostatnich lat.