Wielokrotnie zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że tak wiele zespołów mając znakomitych muzyków grających z sercem i godnym podziwu zaangażowaniem przemykają przez muzyczny nieboskłon niczym meteory, a potem giną szybciej niż się pojawiły? Choć jest to proste pytanie odpowiedzi nie muszą być jednoznaczne. Myślę, że większość zainteresowanych ma swoje przemyślenia i odpowiedzi. Abstrahując od prób jego wyjaśnienia jednym z takich klasycznych przykładów jest niemiecka Troya i jej jedyna płyta „Point Of Eruption” z 1976 roku.
Kwartet powstał cztery lata wcześniej w miejscowości Werne an der Lippe pod nazwą Drastic. Zainspirowany muzyką klasyczną z okresu baroku i psychodelią lat 60-tych zmienił nieco pierwotny skład i nazwę. Wcześniej nie znałem tego zespołu, ale kiedy zobaczyłem tę minimalistyczną okładkę sprawiającą wrażenie jakby wykonał ją grafik-amator, coś mnie tknęło. W „ciemno” kupiłem kompakt wydany przez ceniony przeze mnie Garden Of Delight i jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę!
Dostępne i bardzo skąpe informacje o zespole i płycie sugerują, że był to samofinansujący się projekt wydany przez małą wytwórnię Forder Turm. Nie wiadomo ile egzemplarzy powstało, ale biorąc pod uwagę ograniczone środki dostępne na jego wydanie musiało ich być naprawdę niewiele. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że na płycie wystąpili: Elmar Wegmann (gitara, wokal, flet); Klaus Pannewig (perkusja, wokal); Wilhelm Weischer (bas); oraz Peter Savelsberg (organy, mellotron, fortepian).

„Point of Eruption” to autentyczny rock progresywny, z bogatymi elementami instrumentalnymi na czele z organami i mellotronem, oraz solidnym, spójnym fundamentem gitarowym. Charakteryzuje się ponurym, introspektywnym i mrocznym brzmieniem, flirtując również z hard rockiem i symfonicznym prog rockiem. Wszystkie utwory, melancholijne, dramatyczne i pełne emocji, których łączna długość to zaledwie 32 minuty, w większości są instrumentalne, a ich jakość świadczy o dużej kompetencji muzyków. Pojawiające się wokale śpiewane po angielsku z niemieckim akcentem ze swoimi wadami i zaletami nadają tej „potrawie” charakterystycznego smaku z odrobiną pikanterii. Całość otwiera „She”, typowy prog rock w lekko symfonicznych aranżacjach z akcentami kosmicznego rocka wzbogacony ostrą, psychodelicznie brzmiącą gitarą. „Battle Rock” jest nieco bardziej energiczny. Ta piękna i potężna ballada ze swą „ciemną” atmosferą, łagodnymi i melancholijnymi fragmentami przypomina mi „A Saucerful Of Secrets”. Z kolei „Chromatik” oferuje brzmienie hard rocka pełne agresywnych, rozbudowanych i zapadających w pamięć solówek gitarowych. Towarzyszą im euforyczne partie klawiszowe, nadające muzyce siłę, spójność, pokazując przy tym, że doskonałe idee można formułować w całkiem prosty sposób.

„Festival” ze sporą dawką ciężkiego progresywnego rocka z elementami symfonicznego baroku wydaje się być kontynuacją poprzednika. Jest jednak coś pogańskiego i starożytnego w tym nagraniu co mnie jakiś w cudowny sposób uwiodło… „Sinclar”, z długimi, rozbudowanymi solówkami gitarowymi i doskonałą sekcją rytmiczną to utwór instrumentalny. Jest piękny. Ujęła mnie w nim delikatna, melancholijna melodia z nutką smutku inspirowana archaicznym brzmieniem syntezatora, który skłania się bardziej ku jazzowym refrenom ujawniając przy tym kunszt muzyków. Album zamyka „Choke” silnie inspirowany grupą Eloy z dobrymi liniami basu, klawiszami i mnóstwem rytmicznych zmian. Gitarowe solówki dodały energii i sprawiły, że jest bardziej intensywny i elektryzujący.
Zespół rozpadł się wkrótce po wydaniu albumu, a losy jego członków pozostają nieznane. W epoce zdominowanej przez punk rock i disco, „Point Of Eruption” został totalnie zlekceważony i na lata zniknął z horyzontu. Dziś oryginał, wart małą fortunę, poszukiwany jest przez kolekcjonerów na całym świecie. Na szczęście dużo tańsze i wciąż dostępne są jego wznowienia. Warto mieć go pod ręką na swojej półce.
Jedną z największych i do dnia dzisiejszego nierozwiązanych do końca zagadek w historii progresywnego rocka jest zespół(?), projekt(?) o bardzo dziwnej nazwie Ballettirosadimacchina, który nagrał tylko tę jedną płytę. Gdyby nie to, że ją mam nie uwierzyłbym, że jest tak dobra i warta przedstawienia.

Ta pokręcona nazwa będąca jednocześnie tytułem płyty ma dziwną historię. Nikt nie wie kim byli muzycy, skąd pochodzili, ani nawet kiedy nagrali ten jeden jedyny album. I pewnie już nigdy tego się nie dowiemy. Wokół zespołu krążą różne historie i teorie. Nazwa, która prawdopodobnie jest połączeniem słów Balletti Rosa Di Macchina sugeruje włoskie pochodzenie. Spekulowano więc, że ten tajemniczy album może być dziełem Włochów mieszkających w Niemczech (na płycie pojawia się nazwisko niemieckiego producenta), lub Kanadzie (tam go wydano i zaprojektowano okładkę). Płyta idealnie oddaje mocne i słabe strony włoskiego prog rocka – piękne i pomysłowe melodie, bogaty zestaw klasycznych syntezatorów, typowy wokalista (trochę irytujący), oraz przesadne dramatyzowanie, czyli coś co tamtejsi artyści lubili. Można powiązać ją z doskonałymi, jednopłytowymi zespołami, takimi jak Corte dei Miracoli i Festa Mobile. Nie jest to arcydzieło, ale muzycznie to kompetentny i przyjemny w odbiorze krążek, który pod względem produkcji brzmi jak one. Ba! Są nawet produkcyjne niedociągnięcia typowe dla niszowych albumów. Ktokolwiek to wyprodukował, zrobił wszystko, żeby brzmiało to jak płyty z połowy lat 70-tych. Inna teoria głosi, że stali za tym muzycy z Japonii, którzy na wzór włoskiego rocka stworzyli album będący ukłonem w ich kierunku. Dowodów na to jednak nie było. Do czasu. Jest też kwestia wokalu. Kiedy poprosiłem znajomego Włocha, aby powiedział o czym wokalista śpiewa wybuchnął śmiechem. „To nie jest włoski! To jakiś bełkot.” Data nagrania albumu jest równie tajemnicza. Płytę wydała wytwórnia Rockit Enterprises, a jej numer katalogowy to RIES 74 stąd niektóre strony podają rok 1974. Inne twierdzą, że mógł zostać nagrany pod koniec lat 80-tych, a nawet w latach 90-tych. Jedno jest pewne – jeśli ktoś chciał zrobić psikusa kolekcjonerom i fanom prog rocka zrobił to doskonale. Te celowo międzynarodowe ramy (włoscy muzycy, kanadyjskie tłoczenie, niemiecka produkcja) miały konkretny cel: usprawiedliwić wyjątkową rzadkość albumu i wzmocnić jego mityczny status wśród kolekcjonerów. Do pewnego czasu to się udawało. Ale…

Wraz z rozwojem metodologii badawczych zaczęły pojawiać się nieścisłości. Analiza językowa i wysiłki „muzycznych archeologów” ostatecznie rozwiały tę iluzję. Ballettirosadimacchia wcale nie był włoskim zespołem. Autorytatywne źródła doszły w końcu do zaskakującego wniosku: projekt narodził się w Japonii (a jednak!), konkretnie w Osace. Zespół najwyraźniej zaaranżował to misterne fałszerstwo jako akt głębokiego podziwu dla włoskiej sceny progresywnej, która niezmiennie cieszy się ogromną popularnością w Kraju Kwitnącej Wiśni. Przyjęcie starannie dobranych włoskich nazwisk muzyków: Tonino Leo Ucchi, Antonio Sassada, Gianni Mazzi i Marcello Taddeo Matteotti, było ostatnią warstwą misternie zaprojektowanego oszustwa skierowanego do kolekcjonerów „epoki przed internetowej”. Prawdę mówiąc, za tymi pseudonimami stali naprawdę bardzo dobrzy instrumentaliści. Pod względem instrumentalnym płyta przekonująco udowadnia biegłość w progresywnych idiomach: bogate warstwy mellotronu, płynne pasaże Mooga i starannie opracowane aranżacje przywołują złotą erę gatunku z zadziwiającą dokładnością. Iluzja zaczyna pękać, gdy w grę wchodzi wokal. Głos Ucchiego charakteryzuje się wyraźnie obcym akcentem i fonetycznie dezorientuje tych, którzy choć trochę znają język włoski. Jakby tego było mało teksty zamieszczone na kopercie napisane po włosku roją się od błędów gramatycznych i składniowych. Anegdota, często cytowana wśród kolekcjonerów opowiada, że niektórzy nabywcy podobno próbowali zmienić prędkość obrotową swoich gramofonów z 33 na 45 przekonani, że wokal jest wynikiem wadą krążka. Dopiero po wielokrotnym przesłuchaniu zdawali sobie sprawę, że to nie płyta była wadliwa, a muzycy nieznający języka.
Niezależnie od okoliczności płyta broni się nadzwyczaj dobrze. Nawet wokalny „bełkot” sprawia, że wydaje się bardziej ekscytująca. Sama muzyka nie jest zbytnio skomplikowana, ale znakomite partie organów, mellotronu i gitar zainteresują poszukiwaczy undergroundowych perełek. Album składa się z dziewięciu utworów, które tworzą spójną symfoniczną narrację. Całość jest tak równa, że trudno wskazać faworytów. Dynamiczny „San Diego” przepuszczony przez filtr zachodniej wrażliwości nawiązuje do brytyjskich struktur progresywnych. „E’Tutto un Sogno” odzwierciedla iluzję, na której zbudowany jest cały projekt pokazując koncepcyjną istotę albumu, natomiast „Oggi” to wypisz wymaluj liryczna ballada wczesnego włoskiego proga. Z kolei instrumentalny „Interludio” to kawałek, w którym organy i fortepian tkają skomplikowane faktury inspirowane barokiem. Szkoda tylko, że jest tak krótki… Eksplozję barw mamy w „Suono”, w której atmosferę tworzą Moog i mellotron, zaś utwór zamykający płytę, „Se Ti Pace”, pozostawia nas w stanie zawieszenia i fascynuje dwuznacznością.
Gdy częściowa tajemnica została odkryta wartość albumu wcale nie spadła. Przeciwnie. Ballettirosadimacchia stał się kultowym symbolem zjawiska zwanego „fałszerstwo jako dzieło sztuki”. Niezależnie od tego, czy postrzegamy ich jako pomysłowych twórców, czy też muzyków oddających hołd włoskiemu prog rockowi jest przykładem na to, że ten gatunek miał i ma całkiem pokaźną armię oddanych fanów na całym świecie.
















