TROYA (1976) i BALLETTIROSADIMACCHINA (1974?), czyli meteor i muzyczne fałszerstwo.

Wielokrotnie zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że tak wiele zespołów mając znakomitych muzyków grających z sercem i godnym podziwu zaangażowaniem przemykają przez muzyczny nieboskłon niczym meteory, a potem giną szybciej niż się pojawiły? Choć jest to proste pytanie odpowiedzi nie muszą być jednoznaczne. Myślę, że większość zainteresowanych ma swoje przemyślenia i odpowiedzi. Abstrahując od prób jego wyjaśnienia jednym z takich klasycznych przykładów jest niemiecka Troya i jej jedyna płyta „Point Of Eruption” z 1976 roku.

Kwartet powstał cztery lata wcześniej w miejscowości Werne an der Lippe pod nazwą Drastic. Zainspirowany muzyką klasyczną z okresu baroku i psychodelią lat 60-tych zmienił nieco pierwotny skład i nazwę. Wcześniej nie znałem tego zespołu, ale kiedy zobaczyłem tę minimalistyczną okładkę sprawiającą wrażenie jakby wykonał ją grafik-amator, coś mnie tknęło. W „ciemno” kupiłem kompakt wydany przez ceniony przeze mnie Garden Of Delight i jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę!

Dostępne i bardzo skąpe informacje o zespole i płycie sugerują, że był to samofinansujący się projekt wydany przez małą wytwórnię Forder Turm. Nie wiadomo ile egzemplarzy powstało, ale biorąc pod uwagę ograniczone środki dostępne na jego wydanie musiało ich być naprawdę niewiele. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że na płycie wystąpili: Elmar Wegmann (gitara, wokal, flet); Klaus Pannewig (perkusja, wokal); Wilhelm Weischer (bas); oraz Peter Savelsberg (organy, mellotron, fortepian).

Front okładki płyty „Point Of Eruption”.

„Point of Eruption” to autentyczny rock progresywny, z bogatymi elementami instrumentalnymi na czele z organami i mellotronem, oraz solidnym, spójnym fundamentem gitarowym. Charakteryzuje się ponurym, introspektywnym i mrocznym brzmieniem, flirtując również z hard rockiem i symfonicznym prog rockiem. Wszystkie utwory, melancholijne, dramatyczne i pełne emocji, których łączna długość to zaledwie 32 minuty, w większości są instrumentalne, a ich jakość świadczy o dużej kompetencji muzyków. Pojawiające się wokale śpiewane po angielsku z niemieckim akcentem ze swoimi wadami i zaletami nadają tej „potrawie” charakterystycznego smaku z odrobiną pikanterii. Całość otwiera „She”, typowy prog rock w lekko symfonicznych aranżacjach z akcentami kosmicznego rocka wzbogacony ostrą, psychodelicznie brzmiącą gitarą. „Battle Rock” jest nieco bardziej energiczny. Ta piękna i potężna ballada ze swą „ciemną” atmosferą, łagodnymi i melancholijnymi fragmentami przypomina mi „A Saucerful Of Secrets”. Z kolei „Chromatik” oferuje brzmienie hard rocka pełne agresywnych, rozbudowanych i zapadających w pamięć solówek gitarowych. Towarzyszą im euforyczne partie klawiszowe, nadające muzyce siłę, spójność, pokazując przy tym, że doskonałe idee można formułować w całkiem prosty sposób.

Tył okładki.

„Festival” ze sporą dawką ciężkiego progresywnego rocka z elementami symfonicznego baroku wydaje się być kontynuacją poprzednika. Jest jednak coś pogańskiego i starożytnego w tym nagraniu co mnie jakiś w cudowny sposób uwiodło… „Sinclar”, z długimi, rozbudowanymi solówkami gitarowymi i doskonałą sekcją rytmiczną to utwór instrumentalny. Jest piękny. Ujęła mnie w nim delikatna, melancholijna melodia z nutką smutku inspirowana archaicznym brzmieniem syntezatora, który skłania się bardziej ku jazzowym refrenom ujawniając przy tym kunszt muzyków. Album zamyka „Choke” silnie inspirowany grupą Eloy z dobrymi liniami basu, klawiszami i mnóstwem rytmicznych zmian. Gitarowe solówki dodały energii i sprawiły, że jest bardziej intensywny i elektryzujący.

Zespół rozpadł się wkrótce po wydaniu albumu, a losy jego członków pozostają nieznane. W epoce zdominowanej przez punk rock i disco, „Point Of Eruption” został totalnie zlekceważony i na lata zniknął z horyzontu. Dziś oryginał, wart małą fortunę, poszukiwany jest przez kolekcjonerów na całym świecie. Na szczęście dużo tańsze i wciąż dostępne są jego wznowienia. Warto mieć go pod ręką na swojej półce.

Jedną z największych i do dnia dzisiejszego nierozwiązanych do końca zagadek w historii progresywnego rocka jest zespół(?), projekt(?) o bardzo dziwnej nazwie Ballettirosadimacchina, który nagrał tylko tę jedną płytę. Gdyby nie to, że ją mam nie uwierzyłbym, że jest tak dobra i warta przedstawienia.

Front okładki.

Ta pokręcona nazwa będąca jednocześnie tytułem płyty ma dziwną historię. Nikt nie wie kim byli muzycy, skąd pochodzili, ani nawet kiedy nagrali ten jeden jedyny album. I pewnie już nigdy tego się nie dowiemy. Wokół zespołu krążą różne historie i teorie. Nazwa, która prawdopodobnie jest połączeniem słów Balletti Rosa Di Macchina sugeruje włoskie pochodzenie. Spekulowano więc, że ten tajemniczy album może być dziełem Włochów mieszkających w Niemczech (na płycie pojawia się nazwisko niemieckiego producenta), lub Kanadzie (tam go wydano i zaprojektowano okładkę). Płyta idealnie oddaje mocne i słabe strony włoskiego prog rocka – piękne i pomysłowe melodie, bogaty zestaw klasycznych syntezatorów, typowy wokalista (trochę irytujący), oraz przesadne dramatyzowanie, czyli coś co tamtejsi artyści lubili. Można powiązać ją z doskonałymi, jednopłytowymi zespołami, takimi jak Corte dei Miracoli i Festa Mobile. Nie jest to arcydzieło, ale muzycznie to kompetentny i przyjemny w odbiorze krążek, który pod względem produkcji brzmi jak one. Ba! Są nawet produkcyjne niedociągnięcia typowe dla niszowych albumów. Ktokolwiek to wyprodukował, zrobił wszystko, żeby brzmiało to jak płyty z połowy lat 70-tych. Inna teoria głosi, że stali za tym muzycy z Japonii, którzy na wzór włoskiego rocka stworzyli album będący ukłonem w ich kierunku. Dowodów na to jednak nie było. Do czasu. Jest też kwestia wokalu. Kiedy poprosiłem znajomego Włocha, aby powiedział o czym wokalista śpiewa wybuchnął śmiechem. „To nie jest włoski! To jakiś bełkot.” Data nagrania albumu jest równie tajemnicza. Płytę wydała wytwórnia Rockit Enterprises, a jej numer katalogowy to RIES 74 stąd niektóre strony podają rok 1974. Inne twierdzą, że mógł zostać nagrany pod koniec lat 80-tych, a nawet w latach 90-tych. Jedno jest pewne – jeśli ktoś chciał zrobić psikusa kolekcjonerom i fanom prog rocka zrobił to doskonale. Te celowo międzynarodowe ramy (włoscy muzycy, kanadyjskie tłoczenie, niemiecka produkcja) miały konkretny cel: usprawiedliwić wyjątkową rzadkość albumu i wzmocnić jego mityczny status wśród kolekcjonerów. Do pewnego czasu to się udawało. Ale…

Wkładka z „włoskimi” tekstami.

Wraz z rozwojem metodologii badawczych zaczęły pojawiać się nieścisłości. Analiza językowa i wysiłki „muzycznych archeologów” ostatecznie rozwiały tę iluzję. Ballettirosadimacchia wcale nie był włoskim zespołem. Autorytatywne źródła doszły w końcu do zaskakującego wniosku: projekt narodził się w Japonii (a jednak!), konkretnie w Osace. Zespół najwyraźniej zaaranżował to misterne fałszerstwo jako akt głębokiego podziwu dla włoskiej sceny progresywnej, która niezmiennie cieszy się ogromną popularnością w Kraju Kwitnącej Wiśni. Przyjęcie starannie dobranych włoskich nazwisk muzyków: Tonino Leo Ucchi, Antonio Sassada, Gianni Mazzi i Marcello Taddeo Matteotti, było ostatnią warstwą misternie zaprojektowanego oszustwa skierowanego do kolekcjonerów  „epoki przed internetowej”. Prawdę mówiąc, za tymi pseudonimami stali naprawdę bardzo dobrzy instrumentaliści. Pod względem instrumentalnym płyta przekonująco udowadnia biegłość w progresywnych idiomach: bogate warstwy mellotronu, płynne pasaże Mooga i starannie opracowane aranżacje przywołują złotą erę gatunku z zadziwiającą dokładnością. Iluzja zaczyna pękać, gdy w grę wchodzi wokal. Głos Ucchiego charakteryzuje się wyraźnie obcym akcentem i fonetycznie dezorientuje tych, którzy choć trochę znają język włoski. Jakby tego było mało teksty zamieszczone na kopercie napisane po włosku roją się od błędów gramatycznych i składniowych. Anegdota, często cytowana wśród kolekcjonerów opowiada, że niektórzy nabywcy podobno próbowali zmienić prędkość obrotową swoich gramofonów z 33 na 45 przekonani, że wokal jest wynikiem wadą krążka. Dopiero po wielokrotnym przesłuchaniu zdawali sobie sprawę, że to nie płyta była wadliwa, a muzycy nieznający języka.

Niezależnie od okoliczności płyta broni się nadzwyczaj dobrze. Nawet wokalny „bełkot” sprawia, że wydaje się bardziej ekscytująca. Sama muzyka nie jest zbytnio skomplikowana, ale znakomite partie organów, mellotronu i gitar zainteresują poszukiwaczy undergroundowych perełek. Album składa się z dziewięciu utworów, które tworzą spójną symfoniczną narrację. Całość jest tak równa, że trudno wskazać faworytów. Dynamiczny „San Diego” przepuszczony przez filtr zachodniej wrażliwości nawiązuje do brytyjskich struktur progresywnych. „E’Tutto un Sogno” odzwierciedla iluzję, na której zbudowany jest cały projekt pokazując koncepcyjną istotę albumu, natomiast „Oggi” to wypisz wymaluj liryczna ballada wczesnego włoskiego proga. Z kolei instrumentalny „Interludio” to kawałek, w którym organy i fortepian tkają skomplikowane faktury inspirowane barokiem. Szkoda tylko, że jest tak krótki… Eksplozję barw mamy w „Suono”, w której atmosferę tworzą Moog i mellotron, zaś utwór zamykający płytę, „Se Ti Pace”, pozostawia nas w stanie zawieszenia i fascynuje dwuznacznością.

Gdy częściowa tajemnica została odkryta wartość albumu wcale nie spadła. Przeciwnie. Ballettirosadimacchia stał się kultowym symbolem zjawiska zwanego „fałszerstwo jako dzieło sztuki”. Niezależnie od tego, czy postrzegamy ich jako pomysłowych twórców, czy też muzyków oddających hołd włoskiemu prog rockowi jest przykładem na to, że ten gatunek miał i ma całkiem pokaźną armię oddanych fanów na całym świecie.

Pół żartem, pół serio, czyli ćwiczenia z nostalgii.

Muzyka dzisiejszych czasów („rzekomo dobra”) pozbawiona emocji, zaskoczenia i uroku nudzi znaczną część pokolenia ery rock’n’rolla, Woodstocku, a nawet punk rocka. Melodia umarła, nawet w swoim alegorycznym sensie. Wyobraźnia, jeśli już jest, powtarza schematy, ale najczęściej jej brakuje. Zamieniliśmy wolną myśl i intelektualną sprawność na rzecz smartfonów, łatwą bezpośredniość i wynikającą z niej niemoc twórczą. Ci, którzy poświęcili całe życie muzyce i opierają się zmianom, oskarżani są o bycie staromodnymi, a nawet konserwatywnymi i sztywnymi. I zauważmy, że jest ich coraz mniej. Z każdym mijającym rockiem muzyczne legendy zbiorowo odchodzą kończąc swój bieg. Myślenie o tych „dalekobieżnych pociągach” i widok „wagonów” stojących na bocznicy zapomnianych stacji końcowych to rodzaj epifanii, objawienia, że ​​wszystko ma swój koniec. To jak pośmiertny lament, uświadomienie sobie, że przeszłość była lepsza. Młodzi wierzą, że Lady Gaga jest najbardziej awangardową, fajną i złożoną postacią w muzyce, że Salvador Dalí był piłkarzem Rayo Vallecano, a Penderecki stand-uperem. Idźmy dalej. Zamieniliśmy biblioteki i muzea na TikToki, Instagramy i inne Facebooki. Muzyki słucha się przez streamingowe platformy, a nie z płyt. Przeciętność uważamy za geniusz i nowoczesność. Krytykuje się naukę, neguje degradację planety. Rośnie liczba sekt i wyznawców przeróżnej religii, w mediach społecznościowych namawia się ludzi, by robili niebezpieczne i głupie rzeczy, aby zdobyć lajki, a dzięki sztucznej inteligencji twórcze myślenie nie jest już potrzebne. Nieodpowiedzialni i źli ludzie, którzy rządzą planetą są czczeni, głupota staje się coraz bardziej powszechna. W takim świecie żyjemy dzisiaj. To nie żart, chociaż chciałbym, żeby nim był.

Wyniki ostatnich badań sondażowych mówią, że w tym stuleciu jest więcej zespołów, więcej nagrań, więcej stylów i gatunków niż kiedykolwiek wcześniej. Nasycenie rynku jest przeogromne. Dobrze to, czy źle? Paradoks (według badających temat) polega na tym, że wszystko to przyczynia się do intelektualnego obniżenia twórczego potencjału i podąża w kierunku nieodwracalnego „artystycznego, analfabetyzmu wtórnego”. Brzmi katastroficznie…

Dlaczego więc mam pisać i rozmawiać o muzyce skoro praktycznie nikogo to już nie obchodzi..? Normalną rzeczą byłoby dostosowywanie się do tych wszystkich zmian, ale ci z nas, którzy tkwią w tym ciągłym „życiu przeszłością”, nie robią tego dla siebie. Robią to, by zachować kawałek prawdziwej historii dla tej garstki, którą to interesuje. Salvador Dali powiedział kiedyś: „Kawałek śmierdzącego gówna zawsze jest lepszy, niż sztuczny twór.” I to tyle w temacie Marioli, jak śpiewał nieodżałowany Wojciech Młynarski.

Muzyki z krańców świata ciąg dalszy. SHARK MOVE; GIANT STEP.

Gitarzysta Benny Soebardja to jedna z najważniejszych postaci na indonezyjskiej scenie muzycznej. Był ogniwem łączącym dwa legendarne zespoły: Shark Move i powstały na jego popiołach Giant Step. Jest też jedynym muzykiem, któremu za życia postawiono w Indonezji pomnik.  Urodził się w malowniczym Tasikmalaya, mieście położonym na Jawie u podnóży wulkanów Galunggung i Sawal. (Tak na marginesie – czy jest ktoś, kto mógłby oprzeć się pokusie by posłuchać jak brzmią zespoły pochodzące z tak egzotycznego zakątka..?).  Mając dziesięć lat nauczył się grać na gitarze bez nauczyciela podpatrując innych. W 1968 roku, jeszcze w liceum, założył popowy zespół The Peel, grając covery Beatlesów, Jimi Hendrixa, Stonesów, Procol Harum… Dwa lata później, będąc studentem Wydziału Rolnictwa Uniwersytetu Padjadjaran w Bandungu razem ze swym przyjacielem grającym na klawiszach, Somanem Loebisem, powołali do życia Shark Move. Do składu zwerbowali najlepszego basistę na Jawie, Janto Diablo i perkusistę Sammy Zakaria. Wszyscy udzielali się także wokalnie. Nazwę wymyśliła im dziennikarka bardzo popularnego wtedy magazynu muzycznego „Aktuil”. W tym czasie mieli już swoje własne piosenki na czele z „My Life”, „Isan”, „Evil War” i „Butterfly”. W styczniu 1972 roku weszli do „Musica Studio”, należącego do jednej z najbardziej znanych wytwórni w Indonezji należącego do Hindusa indonezyjskiego pochodzenia, Bhagu Ramchanda, Wkład Bhagu był znaczący, ponieważ wsparł ich finansowo i podsunął pomysły, dzięki którym jedyny album Shark Move, „Ghede Chokra’s” stał się rzeczywistością. Okładkę zaprojektowała Choqie Samanta, ta sama dziennikarka, która wymyśliła im nazwę, nie biorąc od nich ani jednej rupii.

Front okładki.

Podczas gdy inne zespoły w tamtym czasie wciąż grały słodką muzykę z indonezyjskimi tekstami, Shark Move jako pierwszy połączył rock z tradycyjnymi harmoniami i progresywnymi brzmieniami śpiewając po angielsku. Na moje ucho ta psychodeliczna ciekawostka z fantastyczną okładką i tytułem, który można przetłumaczyć jako „Wielkie wizje” zapowiada ciekawą podróż. I taką też jest. Całość brzmi jak wczesny rok progresywny z akcentami ciężkiego rocka zdominowany przez gitary z dużą ilością fuzzu, organami i elementami symfonicznymi. Prawdziwa kapsuła czasu. Fantastyczna od początku do końca. Zaczyna się wspaniale od „My Life” z gitarowymi szaleństwami (solo w trzeciej minucie warte każdych pieniędzy!), gustownymi partiami fletu, piękną melodią, egzystencjalnym tekstem i znakomitą aranżacją. Nie przesadzę mówiąc, że mamy tu do czynienia z arcydziełem progresywnego rocka. Nieco łagodniejszy „Butterfly” zachwyca nie tylko linią melodyczną, ale też pięknym śpiewem. Bardzo urokliwy popowy numer z progresywnymi akcentami. To samo można powiedzieć o „Harga”. Tu serce skradają mi naprawdę piękne partie fletu zagrane przez basistę, ale tak naprawdę to „Evil War” jest zwycięzcą tej płyty. Pięknie skomponowana kompozycja z gościnnym udziałem Bhagu Rhamchanda jako wokalistą emanuje energią klasycznego rockowego jam session. Tym razem Janto Diablo skradł mi serce i duszę, a jego solówka na basie to istny majstersztyk. Jakby tego było mało szalejące organy i oszałamiająca gitara Benny’ego sprawia, że całość to miód na uszy! Pozostałe utwory: „Bingung”, „Insan” i „Madat” to ballady. W pierwszej słyszymy fortepian; w drugiej Janto popisał się piękną partią fletu. On też jest autorem i głównym wokalistą w tej ostatniej idealnie oddając jej przesłanie – ostrzeżenie przed narkotykami.

Wydany przez Shark Move Records nakład to zaledwie sto sztuk, które rozeszło się w mgnieniu oka. Piraci sprytnie skopiowali je na kasety i sprzedawali w całej Indonezji. Oczywiście bez pozwolenia. Oni zarobili kokosy, zespół nie miał z tego nic. Oficjalne wznowienie pojawiło się dopiero w 2007 roku dzięki niemieckiej wytwórni Shadoks.

Tuż po wydaniu albumu zespół regularnie koncertował w dużych miastach Indonezji takich jak Bandung, Dżakarta, czy Palembang. Niecały rok później w wypadku samochodowym zginął Soman Loebis. Zszokowany śmiercią przyjaciela Benny rozwiązał zespół. Znalezienie następcy Somana nie wchodziło w rachubę. W 1973 roku gitarzysta pogodził się ze śmiercią przyjaciela i wspólnie z Sammy Zakarią  stworzył nową formację, Giant Step. Dwa lata później nagrali płytę „Mark I”. Stale zmieniający się skład nie wyszedł nowemu zespołowi na dobre. Przede wszystkim grupie nie udało się stworzyć spójnego brzmienia, a sama muzyka miotała się w różnych stylach i gatunkach jak bezgłowy kurczak. Przed nagraniem drugiej płyty, „Giant On The Move!”, nastąpiły kolejne roszady. Oprócz lidera, oraz drugiego gitarzysty, Alberta Warnerina pozostali członkowie byli nowi. Basista i flecista Adhy Haryadi, perkusista Haddy Arief i geniusz  czarno-białych klawiszy Triawan Munaf byli już doświadczonymi muzykami zdolnymi do tworzenia bardziej złożonych kompozycji. Co ciekawe, tym razem materiał został wydany tylko na kasecie.

Kaseta „Giant On The Move!”.

Dopiero po latach wznowiono go winylu i CD w różnych okładkach. Mój egzemplarz kupiony kilka lat temu w Hiszpanii pochodzi z 2016 roku i został wydany przez indonezyjski Rockpod Records.

Front okładki płyty „Giant On The Move!” wznowionej w 2016 roku.

Tym razem wszystko perfekcyjnie zatrybiło. „Giant On The Move!” brzmi o wiele lepiej niż „Ghede Chokra’s” i „Mark I”. Jest spójny i bardziej ekscytujący. Prawdziwa progresywna bestia z wpływami europejskich gigantów z chwytliwą melodyką. Pierwotnie na płycie promocyjnej (taka też była) znalazły się tylko cztery utwory: „Giant On The Move”, „Air Pollution”, „Decisions” i „Waste Time” trwające nieco ponad pół godziny. Wszystkie są dobre, ale lepiej zaopatrzyć się w wersję rozszerzoną z dziewięcioma utworami. Te nieobecne w oryginalnym wydaniu są równie dobre, a nawet lepsze od czterech oryginałów. Dzięki wielu zmianom tempa, wahaniom nastroju, dramatycznym wybuchom i różnym smaczkom muzykom udaje się przez cały czas utrzymać wysoki poziom. I co najlepsze, wszystko to zrobione jest ze smakiem.

Porywające otwarcie w postaci „Farewell Today” nawiązuje do ELP i Deep Purple. Triawan Munaf gra na swych syntezatorach i organach jak Keith Emerson, a Haddy Arief wali w bębny jakby jutra miało nie być. Mnóstwo tu zmian tempa, dynamiki i zero nudy. W tytułowym „Giant On The Move!” rozkoszuję się brzmieniem organów i gitarowymi solówkami, od których kręci się w głowie. No i muszę po raz pierwszy pochwalić Benny’ego za jego znakomity wokal, bo wcześniej bywało z tym różnie. Jeśli miałbym wskazać swoich faworytów bez zająknięcia powiem, że są nimi „Fortunate Paradise” i „Air Pollution”. Pierwszy przywodzi mi na myśl ciężki, psychodeliczny klimat Shark Move, a grane unisono gitarowe solówki Alberta Warnerina rozwalają mnie na łopatki. Drugi rozpoczyna się dwuminutowym solo perkusyjnym, a potem jest mu bardzo blisko do Deep Purple. Pod silnym wpływem Głębokiej Purpury jest także „Illusion Way”, kolejna schizofreniczna kompozycja, w której mocne riffy znakomicie współgrają z organami i syntezatorem. Ciekawy jest „Liar”. Może dlatego, że jest taki nieprzewidywalny. Z jednej strony aspiruje do bombastycznego prog rocka z ciężkimi gitarowymi riffami, z drugiej wydaje się prostym rockowym numerem z funkowym outro na basie. Ja to kupuję. Z kolei w „Decisions” mamy wszystko, co lubią tygryski: ciężkie riffy, ostry syntezator, gitarę akustyczną i świetną grę na flecie w wykonaniu basisty.

Nie ukrywam, że obie płyty są rzadkie i trudno dostępne, ale warto potrudzić się, by włączyć je do swojej kolekcji. Benny Soebardja wycofał się jakiś czas temu z grania i tworzenia muzyki. Mieszka obecnie w Dżakarcie ze swoją żoną. Na zakończenie wywiadu jakiego udzielił parę lat temu powiedział: „Nie zatrzymujcie się! Rock nigdy nie umrze. Słuchajcie naszych piosenek, a na Ziemi nastanie pokój.” I tego się trzymajmy.

Muzyka z krańców świata. LAGHONIA „Glue” (1970); „Etcetera” (1971).

Pamiętacie legendarną kreskówkę dla dzieci o przygodach Bolka i Lolka? W trzeciej serii bracia podróżują po świecie, ale zanim wyruszą kręcą globusem i udają się tam gdzie zatrzymają go palcem. Ja co prawda globusem nie kręcę, a w muzyczną podróż wybieram się w bardziej prosty sposób – sięgam po płyty z różnych stron świata.

W 1965 roku w Limie, największym mieście i stolicy Peru, dwaj bracia Cornejo: Saúl (g) i Manuel (dr) zainspirowani grupą The Beatles założyli beatowy zespół Los Juglares. W jej składzie byli także: Eddy Zarauz (bg), Alberto Miller (g) i Alex Abad (voc). Pod koniec roku zmienili nazwę na The New Juggler Sound, co miało symbolizować przejście od świata beatu do bardziej złożonej muzyki. Wpływ na to miały „undergroundowe” zespoły – jak je nazywali – wśród których wyróżniały się The Animals, The Seeds i The Kinks. Na psychodelię nie trzeba było długo czekać. W połowie 1967 roku angielski artysta- malarz Rafael Hastings, który widział ich występ kilka dni wcześniej zaprosił całą piątkę na swój wernisaż. Byli minstrele założyli swoje najbardziej psychodeliczne stroje i wykonali własne utwory, co wywołało spore poruszenie. Na drugi dzień lokalna gazeta „Última Hora” na pierwszej stronie umieściła artykuł. Jego tytuł: „Hippies Invade Lima!” (Hipisi najeżdżają Limę), napisany wielką czcionką rzucał się w oczy bardziej niż uliczny bilbord.

Muzyka, ubrania i długie włosy, czyli coś czego nie zaprezentowała wówczas żadna inna peruwiańska grupa szybko przyciągnęły uwagę i zespół stał się medialną sensacją. O tym jak intensywnie w tym czasie pracowali świadczą fakty: w ciągu trzech lat napisali ponad sto piosenek, występowali w teatrach, na koncertach, w szkołach, wystawach, happeningach, galeriach sztuki i programach telewizyjnych. W 1968 roku wytwórnia FTA wydała im singla, po którym przyszły kolejne cztery i to całkiem dobre.

Sekstet Laghonia (1970)

Czerpiąc inspiracje z brytyjskich zespołów, bracia Cornejo postanowili śmiało eksplorować nowe brzmienia. Zmiana kierunku nie spodobała się Alberto Millerowi, który wyjechał do Boliwii. To odejście otworzyło drzwi amerykańskiemu geniuszowi gitary, Davidowi Levene. Mając 16 lat przeprowadził się z rodziną do Limy, a potem podróżował autostopem po Peru ze swoją gitarą. Grając w parku zwrócił uwagę przechodzącego obok Eddy’ego Zarauzy, który zaprosił go na przesłuchanie. Levene był kwintesencją gitarzysty prowadzącego usadowiony gdzieś pomiędzy bluesem, a psychodelią. Inspirował się Claptonem i Hendrixem, uwielbiał Cream, Vanilla Fudge, Spirit,  Blues Image. Był dokładnie tym, czego szukali; dzięki niemu mogli nadać swoim utworom nową dynamikę, a rezultat był wybuchowy. Natychmiast nagrali „Glue”, piosenkę, którą Saúl napisał po przeczytaniu wycinka z „Timesa” o najnowszej toksycznej modzie w USA i o presji, jaką społeczeństwo wywiera na jednostkę. Mimo, że szło to w dobrym kierunku wciąż im czegoś brakowało. Jeśli naprawdę chcieli zmiany potrzebowali klawiszowca. Znaleźli go w osobie Carlosa Saloma, pasjonata jazzu, brazylijskiej boss novy i… właściciela Hammonda. Tym samym byli jednym z nielicznych zespołów w Peru i Ameryce Łacińskiej, którzy używali tych organów. Ważne było to, że Salom wniósł swoje pomysły jazzowe w tym polirytmię Dave’a Brubecka. Chemia w zespole zadziałała i to wtedy zmienili nazwę (pochodną od słowa „Agonia”) na Lighonia. Tym samym nastąpiła trzecia i ostatnia transformacja zespołu. Ten okres zamyka również pierwsze bogate doświadczenie braci Cornejo, którzy z kolegami z sąsiedztwa chcieli jedynie naśladować Beatlesów i którym nie śniło się, że wkrótce położą podwaliny pod psychodelicznego rocka w tym rejonie. Uprzedzając bieg wydarzeń powiem, że dotarli nawet do kraju swoich idoli. Jeden z największych finansowych holdingów na świecie, HSBC, w 2012 roku wykorzystał utwór „Bahía” jako ścieżkę dźwiękową do swojej kampanii reklamowej w Wielkiej Brytanii. Teledysk opublikowany na YouTube zebrał setki tysięcy wyświetleń wzbudzając zainteresowanie tajemniczym zespołem stojącym za spotem. 

Wydany w czerwcu 1970 roku debiutancki album „Glue” był w zasadzie zbiorem singli New Juggler Sound z dwoma nowymi utworami nagranymi już z Salomem i jego organowymi dogrywkami w utworze tytułowym.

Po albumie, będącym tak naprawdę hołdem złożonym swej muzycznej przeszłości, który łączył pop, garażowe brzmienie z elementami psychodelicznego rocka trudno oczekiwać arcydzieła. Żeby była jednak jasność uważam, że wszystkie utwory są świetne i słucha się ich z wielką przyjemnością. Nie trzeba być geniuszem, by nie dostrzec tu inspiracji Beatlesami („Baby, Baby” brzmi jak odjechana wersja „Love Me Do”), usłyszeć gitarowe zagrywki przemycone z płyt Hendrixa, a także zachwycić się „psychodeliczną wersją” Simona And Garfunkela (w „I Must Go” nawet głosy są podobne). Moje ulubione „Neighbor” z latynoskim akcentem to prawdziwe cacko – jest jak połączenie War z Grand Funk Railroad, ale napisane zanim te zespoły wydały swoje pierwsze płyty. Z kolei tytułowe „Glue” to  stuprocentowo narkotyczna psychodelia z przesterowaną gitarą, marzycielskimi organami i halucynogennym tekstem brzmiąca jak połączenie Hendrixa z wczesnym Pink Floyd. Cudo!

Koniecznie muszę też wspomnieć o „And I Saw Her Walking”. Ten znakomity utwór, będący mieszanką gatunków, balansuje między rockowym The Rolling Stones, a amerykańskim popem zachowując jednocześnie egzotyczny charakter południowoamerykańskiego psycho rocka. Niezależnie od tego, czy jest to punkt wejścia w świat egzotyki, czy sposób na rozkręcenie nudnego dnia, jest perełką wartą zapamiętania. No i jest jeszcze wspomniana „Bahia”, bez której ta płyta nie miałaby sensu.

Pod koniec 1971 roku rozpoczęli pracę nad drugą płytą. Nie obyło się bez pewnych komplikacji. W trakcie sesji Eddy Zarauza wyjechał na stałe do Boliwii. Zanim znaleziono nowego basistę w trzech utworach zastąpił go perkusista, Manuel Cornejo. Na szczęście przybycie Ernesto Samamé pozwoliło w spokoju dokończyć pracę. Płyta „Etcetera” ukazała się w grudniu jeszcze tego samego roku. Jej okładka to kolaż zdjęć i rysunków w bardzo psychodelicznym stylu zaaranżowana przez  samego Manuela.

Album łączył w sobie wybitną muzykę i nowatorską produkcję w sposób, który zapowiadał „Dark Side Of The Moon” Pink Floyd, a wyjątkowe połączenie psychodelicznego i progresywnego brzmienia o złożonych aranżacjach i nietypowym metrum dorównywało ówczesnym brytyjskim zespołom. Trzeba przyznać, że było to niezwykłe osiągnięcie w kraju, który w tamtym czasie był ściśle kontrolowany przez dyktaturę wojskową. Wszystkie kompozycje opierają się na mocnych melodiach. Mają też bardziej złożoną strukturę: od wspomnianej psychodelii i prog rocka, przez mroczne fragmenty, po wspaniale błyszczący pasterski folk. Zaczyna się od „Someday” z filozoficznym tekstem i znakomitym solo na Hammondzie na samym początku, do którego dołącza piękna gitara. Można powiedzieć, że to podręcznikowy przykład wczesnego progresywnego stylu… Mocna ballada „Mary Ann” (w slangu „maryann” oznaczało marihuanę) z ciężką gitarą prowadzącą i perfekcyjnym chórkiem wokalnym ostatecznie prowadzi w kierunku latynoskiego rocka. Dramatyczne zakończenie z udziałem skrzypiec powoduje ciary na plecach. Arcydzieło! Z kolei „Lonely People” z potężnymi partiami organów i przesterowanymi gitarami, złożoną aranżacją i zmianami tempa to pisz-wymaluj progresywny kiler i  według mnie punkt kulminacyjny albumu.

Tył okładki.

Zupełnie inny klimat mamy w „I’m A Niger”, który miał być piosenką reggae. Manuel napisał ją zainspirowany artykułem jaki znalazł w magazynie „People” zatytułowanym „Czy czarnuch może pokochać miód?” (brrr…dziś taki tytuł by nie przeszedł). Utwór  podczas prób wielokrotnie ewoluował; ostatecznie poszedł w kierunku rockowym i zespół dobrze na tym wyszedł. A jeśli mówić o inspiracjach, gdyby nie powrót braci do domu po jednym z koncertów w czasie potężnej ulewy, która spowodowała przerwę w dostawie prądu nie byłoby pewnie „Everybody On Monday” z uroczymi harmoniami wokalnymi. Był czas, że nie mogłem się od niego uwolnić… Przy „Speed Fever” wyobrażam sobie podróż ciężkim Harleyem ku niekończącym się bezdrożom. W tym konkretnym nagraniu muzycy używają metrum 5/4 i podobnie jak Dave Brubeck czują się w nim komfortowo.

Zarówno „Glue” jak i pełen nowatorskich pomysłów „Etcetera” to klasyki peruwiańskiej świetności rocka. Oba tytuły trudne do zdobycia, ale warto się potrudzić.

Po wydaniu „Etcetery” David wrócił do Stanów Zjednoczonych i zespół zakończył działalność. Nie na długo. Syn właściciela wytwórni Mag, która wydawała im płyty i single, Carlos Guerrero, namówił ich do nagrania piosenek z repertuaru Paula McCartneya, Badfinger i The Wings. Ponieważ Laghonia miała już wcześniej przygotowany utwór „We All”, a Beatlesi śpiewali swoje „All Together Now” nowy projekt nazwali We All Together. Pod takim szyldem w latach 1972-1974 nagrali dwie urocze płyty, które fani czwórki z Liverpoolu, czy solowego Paula McCartneya nie powinni odpuścić!. Choć obsesja na punkcie Beatlesów zazwyczaj oznacza kres twórczości, w tym przypadku rezultaty były imponujące. Może kiedyś na ten temat napiszę coś więcej, a na zachętę mały bonusik – cover grupy Badfinger w wykonaniu naszych bohaterów z drugiego krańca świata.

Hard rockowa trójka na piątkę: DRAGONWYCK; POWER OF ZEUS; DIRTY TRICKS

I ponownie coś dla miłośników ciężkich brzmień w wykonaniu trzech mniej znanych, ale znakomitych zespołów. W zasadzie każdemu należy się osobny, bardziej szczegółowy opis i taki początkowo był mój zamiar. Doszedłem jednak do wniosku, że to nie słowa, a muzyka są tu najważniejsze. I chyba dobrze wybrałem.

DRAGONWYCK „Dragonwyck” (1970).

Ten pochodzący z przedmieścia Cleveland w stanie Ohio zespół wyewoluował się z lokalnej grupy Sunrise, w którym występował gitarzysta Tom Brehm (często pisany jako Brame) i wokalista Bill Pettijohn. Pod koniec lat 60-tych wydali singla „Fire Climbs” (dziś kolekcjonerski rarytas) dla małej wytwórni EJ. Po krótkim epizodzie z kapelą Speed obaj panowie założyli w 1968 roku Dragonwyck, do których dołączyli klawiszowiec Kenneth Staab, basista Michael Gerchak i perkusista Jack Boessneck. Nazwę wzięli od tytułu powieści napisanej przez amerykańską pisarkę Anyę Seton w 1944 roku. Ich debiutancki album składał się z siedmiu utworów nagranych w Cleveland  i wydanych prywatnie w 1970 roku jako demo bez okładki w ilości 85 sztuk. Zespół pokazuje w nim nastrojową mieszankę psychodelicznego rocka spod znaku The Doors z cięższym brzmieniem nawiązującym do Atomic Rooster i wczesnego Deep Purple. Muzyka opiera się głównie na ponurym Hammondzie, przesterowanej gitarze z płynnie przeplatającymi się solówkami i znakomitym wokalem. Powolnie rozwijający się „My Future Waits” z Hammondem, gitarą z fuzz’em i wokalem w stylu Jima Morrisona na tle hipnotycznego rockowego pulsu od początku wysoko zawiesza poprzeczkę. Rzadko kiedy już przy pierwszym nagraniu mam ciarki i motyle w brzuchu, a tak jest właśnie w tym przypadku. Krótki, nieco liryczny  instrumentalny „Idees (Within You)” w kontemplacyjnym folkowym stylu jest preludium do „Fire Climbs” – centralnego i najdłuższego nagrania. Organowe partie Hammonda łączą majestat z grozą zbudowane wokół cyklicznego gitarowego riffu. Gdy na tle żałobnego groove’u wokalista operuje metaforami nagranie przechodzi w swobodny psychodeliczny  jam. To jeden z moich ulubionych kawałków na tej płycie, choć pozostałym nie mam nic do zarzucenia. No bo przecież choćby o połowę krótszemu „Run To The Devil” absolutnie nic nie można zarzucić. Ten porywający numer, w którym organy i gitary wymieniają się solówkami na tle wojennego rytmu z nutami doom i proto metalu to majstersztyk psycho-bluesa! Z kolei „God’s Dream” z emocjonalnym i powolnym refrenem to molowa ballada przywodząca na myśl wczesny Pink Floyd ery Barretta. Aranżacja w „Ancient Child” z dramatycznymi zmianami tempa i modalnymi solówkami przywołują teatralny proto progowy nastrój. Ktoś kiedyś napisał, że to „(…) złowieszcza progresja ze zmiennym rytmem i brzmieniem organów rodem z nawiedzonego domu.” I niewiele się pomylił. Płytę kończy krótkie (2:20) i ponure „The Vision” z upiornymi akordami organów, minimalistyczną perkusją i przesiąkniętą echem wokalną narracją. Mimo, że w epoce album nie został wydany zyskał status kultowego po wznowieniu na winylu w 1990 roku przez Rockadelic Records. W kolejnych latach ukazał się także na płytach kompaktowych. Mój CD wydało niemieckie World In Sound z nową okładką zamieszczoną powyżej. Wielu uznaje go za doskonały przykład mroczniejszej, bardziej dramatycznej strony ciężkiej psychodelii z Cleveland i okolic.

Pod koniec 1972 roku Dragonwyck nagrał materiał na drugą płytę, która nie doczekała się wydania krążąc jedynie jako anonimowy acetat (10 sztuk) bez etykiety, numeru matrycy i okładki. W porównaniu z cięższym debiutem, „Chapter 2″ pokazał zespół zwracający się w stronę proto symfonicznej psychodelii przesyconej melotronem stylistycznie nawiązując do The Moody Blues i Procol Harum. Dwa lata później nagrali kolejny acetat zatytułowany „Fun”. Świadomie lżejszy niż dwa poprzednie pokazuje, że Dragonwyck odchodząc od nastrojowego psycho prog rocka sięga po bardziej eklektyczną muzykę – mieszankę glamu, barokowego power popu i mainstreamowego rocka. W 2008 roku materiał ten ukazał się na płycie CD, do której dołączono kilka przerobionych na nowo utworów z „Chapter 2”.

POWER OF ZEUS „The Gospel According to Zeus” (1970)

Kiedy myśli się o wytwórni Motown Records, ciężkie riffy gitarowe i psychodeliczny rock nie są pierwszą rzeczą, która przychodzi na myśl. Być może dlatego Power Of Zeus i jego jedyny album „The Gospel According To Zeus” nie od razu osiągnął mitologiczny status jakim cieszy się dziś. Ten w sumie ciekawy zespół powstał w Detroit w 1968 roku z inicjatywy gitarzysty i wokalisty Joe Periano weterana Korpusu Piechoty Morskiej, do którego dołączyli basista Bill Jones, perkusista Bob Michalski i klawiszowiec Dennie Webber. Początkowo występowali pod nazwą Gangrene i rozwinęli brzmienie inspirowane wczesnym brytyjskim hard rockiem z amerykańską psychodelią. Menadżer załatwił im kontrakt z Rare Earth, filią Motown stworzoną do promowania białych zespołów. Warunkiem podpisania umowy była zmiana nazwy – zespół zdecydował się na Power Of Zeus. Album naznaczony wirtuozerską grą Periano na gitarze przez większą część miażdży potężnym brzmieniem. Utwory nie są tak ciężkie jak w przypadku Sabbath, ale mają więcej walącego między oczy proto-metalowego brzmienia, niż kiedykolwiek miał Zeppelin. Płyta rozpoczyna się od „It Couldn’t Be Me”. Ten absolutnie szalony numer to prawdziwe złoto. Zakochałem się tu w perkusji, w wirujących organach, oszczędnych i mocnych riffach, oraz w mistrzowskim wykorzystaniu przestrzeni. Znakomicie wykonany daje nadzieję, że dalej będzie równie ekscytująco. „In The Night” zapowiada się jako proto doom, ale potem jest bardziej rockowym bluesem z chwytliwą linią wokalną. Nie jest jednak źle – perkusista gra ostro i szybko, klimat staje się bardziej upiorny, jak mroczniejsze Budgie z jazdą konną przez las, naćpanym do nieprzytomności rycerzem po LSD w masce papugi i kapturem na głowie. Powolny „Green Grass And Clover” z akustyczną gitarą i klawesynem zapuszcza się w łagodne rejony psychodelicznego pasterskiego folku. Ciekawe połączenie onirycznej piosenki Pink Floyd z ciasną aranżacją Black Sabbath. Ale potem wpada dwuminutowy „I Lost My Love” z mocnymi klawiszami, tripowymi riffami i mocną perkusją (brawo Bob Michalski!), który przywraca zmarłych do życia. Może i jest to dziwny i pokręcony numer, ale… kurczę… jest zajefajny i daje mnóstwo frajdy. Niemal cztery razy dłuższy „The Death Trip”  to po prostu super dopracowany i ciężki kawałek rocka. Nawet gdy brzmienie staje się nieco lżejsze, atmosfera wciąż jest tak gęsta, że można siekierę powiesić. Ten i pierwszy utwór to moje ulubione nagrania… Cover Smokey Robinsona i Williama Moore’a „No Time” został przerobiony na ostry psychodeliczny rock, a „Uncertain Destination” wraca do delikatnych faktur z „Grass Green…”  bardzo fajnie wykorzystując średnie tempo dzięki czemu każda sekunda z prawie pięciu minut jest dobrze wykorzystana. Uwielbiam moment, gdy zespół w pewnym momencie oddaje hołd progresywnemu brzmieniu po czym ponownie wkracza w krainę ciężkiej psychodelii. „Realization” to zwięzły jam z godnymi podziwu energicznymi solówkami z odpowiednią dawką kontrolowanego. Sześciominutowy „The Sorcerer Of Isis (The Ritual Of The Mole)” łączy bliskowschodnie skale, ciężkie organy, porywający rytm i wielowarstwowe wokalne śpiewy. To jeden z najbardziej metalowych utworów na płycie.

Po jej wydaniu zespół rozpadł się z powodu wewnętrznych nieporozumień i problemów z narkotykami. Brak jakiejkolwiek promocji sprawił, że  odbiór „Ewangelii według Zeusa” był minimalny. Dopiero po latach zyskał status kultowego wśród kolekcjonerów muzyki psychodelicznej i hard rockowej. Ale nie tylko. Breakbeatowe intro w „Sorcerer Of Isis” ponownie zyskało popularność w kręgach hiphopowych DJ-ów, a inne utwory były samplowane przez rapowych artystów takich jak  Eminem, Jay-Z i Kanye West… Periano pracował jeszcze jakiś czas w studiu Motown i wyprodukował płytę Luthera Allisona. Później występował z byłym wokalistą Temptations, Davidem Ruffinem. Webber zmarł z powodu przedawkowania narkotyków w połowie lat 80-tych, Michalski dekadę później – miał raka mózgu.

DIRTY TRICKS „Dirty Tricks” (1975)

Jak dla mnie to przykład jednego z najlepszych i niestety kryminalnie niedocenionych, angielskich zespołów hard/blues rockowych działający na początku drugiej połowy lat 70-tych. Założony pod koniec 1974 roku Dirty Tricks nagrał trzy płyty wydane przez Polydor:  „Dirty Tricks” (1975), „Night Man” (1976) i „Hit & Run” (1977). Koncertował nie tylko w Anglii i Szkocji, ale także w Australii i Ameryce. Był pierwszym hard/heavy metalowym zespołem z Wysp, który w 1976 roku zagrał w nowojorskim klubie „CBGB”. W skład kwartetu wchodzili: Terry Horbury (bg), Johnny Fraser-Binnie (g), Kenny Steward (voc)  i John Lee (dr). Debiutowali w barze „Randy’s Rodeo” w Southside pod koniec 1974 roku, gdzie spotkali się z entuzjastycznym przyjęciem. To właśnie tam zaprezentowali utwory z przyszłego debiutanckiego albumu, a sam koncert zakończyli porywającą wersją coveru The Kinks, „You Really Got Me”. Nawiasem mówiąc Van Halen zamieścił go na swej pierwszej płycie tyle, że rok później… Jeden z lokalnych dziennikarzy nazajutrz napisał: „Gitarzysta przywołuje nastrój Jimiego Hendrixa i z rozkoszą podkręca swój instrument pędząc z prędkością karabinu maszynowego. Razem z fenomenalnym wokalistą tworzą zgrany duet silnie wspierany przez sekcję rytmiczną. Zespół, na którego warto zwrócić uwagę!” Wydany we wrześniu 1975 roku debiutancki album (mój ulubiony i według mnie najlepszy) zawiera osiem ciężkich kompozycji będących pomostem łączącym klasyczny hard rock z heavy metalem z domieszką elementów  doom i prog rocka. Lekkość z jaką to zrobił – bez potu, łez i krwi – wbija w ziemię. Krążek wyprodukował Rodger Bain (Black Sabbath, Budgie, Judas Priest, Indian Summer) i zrobił to znakomicie. Nie ma sensu bawić się tu w analizy poszczególnych utworów. Jeśli ktoś go posiada w pełni mnie zrozumie. Posłużę się więc jedynie zapiskami jakie zazwyczaj robię słuchając płyty po raz pierwszy. I tak, duży plus postawiłem sobie już przy pierwszym kawałku, „Wait Till Saturday”, brzmiącym bardziej jak Free, niż Deep Purple, po którym pojawia się „Back Off Evil” zwalniając tempo do powolnego pełzania w stylu Black Sabbath. Uwiódł mnie uduchowiony wokal, znakomita ciągnąca się perkusja i potężny riff maksymalnie wykorzystujący całą przestrzeń. Warto poznać ten album choćby tylko dla tego utworu! „Sunshine Day” daje się ponieść rockowemu brzmieniu w stylu Bad Company i Led Zeppelin. Nie jest przesadnie ciężki, ale wystarczająco solidny, by zasłużyć na miano „klasyka hard rocka” tamtych lat… Za sprawą bardzo przyjemnie miażdżącej i rozmytej produkcji, „Call Me Up For Love” trafia w punkt, w którym Stonesi totalnie by go rozwalili. Trash rockowy riff, zapadająca w pamięć linia wokalna, dudniąca perkusja w tle… mam wrażenie jakbym słyszał ten utwór już milion razy, To najlepszy  rock and roll jaki można sobie wyobrazić i przypomina mi coś, co Kiss umieściłby na „Rock And Roll Over”. Początek „High Life” sugeruje  nudny (według metalowców) blues nie będący ich bajką, a tymczasem zamienia się on w porywający proto doomowy numer. Dla mniej to wciąż blues rock w czystej postaci, ale z drugiej strony słuchając tej gitary, ciężkiego riffu i intensywnej perkusji dużo bliżej mu do Neurosis, niż Johna Lee Hookera. I to jest niesamowite. „Lubię high life i ty też powinieneś” – wykrzykuje bardzo przekonująco Kenny Stewart dając powód, że piosenka jest o paleniu trawki. Mocny sposób na zakończenie albumu. Dwa kolejne krążki też są dobre, ale nie tak wybitne jak ten. Gorąco polecam!

PULSAR „Pollen” (1975); „The Strands Of The Future” (1977).

Historia francuskiego zespołu Pulsar to przede wszystkim opowieść o przyjaźni, o trójce szkolnych przyjaciół, którym nie zależało na sławie, a którzy pragnęli tylko jednego – grania muzyki. Przyjaźń jaka ich połączyła stała się nierozerwalną więzią, mieszanką szacunku, słuchania jeden drugiego i lojalności.

W 1966 roku, w szkole St-Just na wzgórzach wznoszących się nad Lyonem, młody Victor Bosch poznał dwóch młodszych chłopaków, którzy podzielali jego pasję do afroamerykańskiej muzyki, bluesa i soulu. Jacques Román miał za sobą kilkuletnie doświadczenie gry na fortepianie, a Gilbert Gandil, syn słynnego akordeonisty, był już zaznajomiony ze światem show biznesu. Co prawda Victor nigdy wcześniej nie grał na perkusji, ale uczył się szybko i robił postępy. Trzej muszkieterowie postanowili nazwać swój zespół Soul Experience i rozpoczęli przygodę wykonując covery Cream, Hendrixa, oraz standardy rhythm and bluesa. Moda się zmieniła i dwa lata później zafascynowali się psychodelią i improwizacją Pink Floyd, Soft Machine i innych wizjonerów tamtych czasów. Gdy dołączył do nich brat Jaquesa, Philippe Román grający na basie, oraz wokalista i flecista Georges Chalandon nadszedł czas na zmianę nazwy bardziej pasującą do nowego kierunku muzycznego. Tak narodził się Free Sound, który przez dwa kolejne lata serwował publiczności covery swoich nowych idoli. Zazwyczaj były to „Set The Controls…”, „Cymbaline”, „Careful With That Axe, Eugene”,  Pink Floyd, „Rondo”, lub „Dawn” The Nice, a także „Hibou, Anemone And Bear” Soft Machine. Wkrótce pojawiły się autorskie kompozycje: „Pollen”, „Puzzle”, „Le Cheval de Syllogie”, czy nigdy nie nagrane „Oscurantis”. Po odejściu Chalandona, którego zastąpił Rolland Richard pozostało zrobić im jeszcze jeden poważny krok: stać się zespołem z własną tożsamością, a nie cover bandem. Aby odzwierciedlić tę transformację, po raz trzeci zmienili nazwę na Pulsar. 

Już pod nową nazwą, latem 1971 roku wygrali konkurs młodych talentów, co zapewniło mu miejsce na scenie Golf Drouot, słynnego paryskiego klubu rockowego. Pulsar dzielił scenę z innymi wschodzącymi francuskimi artystami rockowymi, którym Philips zaproponował sesję nagraniową. W ten sposób Pulsar znalazł się na legendarnym albumie „Groovy Pop Session” między innymi u boku grupy Ange, która już wcześniej zaznała radości nagrywania. Jednak dla chłopaków z Lyonu był to debiut i jak to bywa w takim przypadku towarzyszyło im lekkie rozczarowanie. Potrzebowali czegoś więcej i w październiku 1974 roku w Diagram Studio w Saint-Étienne nagrali płytę „Pollen” (Pyłek kwiatowy), a kopie demo wysłali do kilku francuskich wytwórni płytowych. Bezskutecznie. Dopiero przyjaciel opowiedział im o pewnej angielskiej wytwórni, znacznie bardziej otwartej na tego typu awangardowy rock. Wytwórnia należała do byłego menadżera Caravan, Terry’ego Kinga i nazywała się Kingdom Records. To właśnie ona, w styczniu 1975 roku, wydała zespołowi debiutancką płytę z legendarną kosmiczną okładką. To był dobry moment, by stać się legendą…

„Pollen” to chyba jedyny pyłek, na którego nie jestem uczulony. Całość składa się z pięciu kompozycji, z czego „Pulsar” jest instrumentalny, trzy śpiewane po francusku przez autora tekstów, Phillipe’a, oraz po angielsku wyrecytowane przez Carmel Williams, przyjaciółkę Jacques’a. Kiedy natknąłem się na niego pod koniec lat 90-tych był dla mnie objawieniem. Słuchałem go w kółko w swoim pokoju, oczywiście nocami i na słuchawkach, aby w pełni docenić i muzykę i znakomite brzmienie. Kiedy przychodzi mi ochota, by ten naprawdę piękny album, który ucieleśnia wszystkie cechy muzyki progresywnej posłuchać kolejny raz robię tak samo. Oczywiście słychać tu wpływy Pink Floyd ery „Atom Heart Mother” i „Echoes” (gitara, efekty dźwiękowe), ale to wciąż marzycielski, relaksujący album zanurzony w klawiszach, który oczyszcza umysł.

Całość, która zaczyna się od krótkiego, trzyminutowego nagrania „Pulsar” jest zaproszeniem do elektryzującej podróży astralnej. Pulsujący bas i wzajemne oddziaływanie gitary i syntezatora są nieziemskie. Żal, że trwa to tak krótko, ale nic to, bo płynnie przechodzi on w przejmującą balladę progresywną „Apaisement” z uroczym wokalem w ojczystym języku. Jej majestatyczny klimat w dużej mierze zawdzięczać należy mądremu wykorzystaniu syntezatora, którego dźwięki unoszą się w powietrzu przedłużając melancholię wyczarowaną przez wokalistę. Jeśli dodać do tego magiczne solo na flecie zagrane przez Rollanda Richardsa, którego nie powstydziłby się nieodżałowany Ray Thomas z The Moody Blues, czy Ian McDonalds otrzymujemy darmowy wstęp do pulsarowej nirwany.

Ośmiominutowy „Puzzle/Omen” wciąga nas w kolejny piękny symfoniczno-krautrockowy wszechświat, przywodzący na myśl Mythos. To najbardziej złożony utwór na płycie, który rozpoczyna się progresywną fanfarą prowadzoną przez potężne partie gitarowe Gandila. Enigmatyczny wokal Carmel Williams w drugiej części recytuje tekst w stylu Nico do niepokojąco pięknej muzyki. Wykorzystując elementy symfoniczne znaleźli klucz do upiększania swojego stylu, który będzie zyskiwać na jakości w kolejnych arcydziełach zespołu.

Druga połowa albumu zawiera najbardziej tajemnicze nastroje na płycie. Rozpoczyna ją „Le Cheval de Syllogie”, utwór pełen gęstej, ponurej atmosfery, który pozwala zespołowi eksplorować swój kosmiczny klimat nieco dalej niż w którymkolwiek z poprzednich utworów. Mroczne fragmenty o germańsko-floydowskim zabarwieniu, przywodzą na myśl Jane/Eloy, ale niosą też w sobie nieodłączny mrok francuskiego progresu, w którym Francuzi byli i są mistrzami. Niepokojący klimat całości został tu doskonale oddany i tak sobie teraz myślę, że gdyby nie skłaniał się ku space rockowi idealnie pasowałby do „The Lamb Lies Down On Broadway”… No i wreszcie „Pollen” – kolejny muzyczny gigant o wspaniałej elegancji i najdłuższy utwór na płycie. Czy przesadzę, jeśli stwierdzę, że Pulsar prezentuje więcej pomysłów na sekundę niż Pink Floyd w tamtym czasie? Ich głęboka francuska nostalgia sięga zenitu w wokalu, a instrumentalnie porusza dziewięć muz z mitologii greckiej. Zwłaszcza Euterpe z urzekającym, delikatnym fletem. I Urania, za niebiański, kosmiczny i astronomiczny charakter tego niezwykłego dzieła. Dźwięki syntezatora naśladując fale morskie rozbijające się o skały podczas zimnej wietrznej nocy idealnie odzwierciedlają kontemplacyjny nastrój utworu.

Aby promować album zespół zagrał kilka koncertów w legendarnych londyńskich klubach, takich jak Marquee, gdzie odnieśli pewien sukces. Jednak we Francji entuzjazmu nie było. Prawdą jest, że rok 1975 był przełomowy dla francuskiego rocka progresywnego. Atoll był o krok od wybicia się ze swoim wspaniałym drugim albumem, „L’Araignée Mal”; Ange miał już  na koncie „Au-Delà Du Délire”, który znawcy tematu uznają za jedno z najważniejszych osiągnięć francuskiego rocka progresywnego w latach 70-tych. Dla zespołu z Lyonu los nie był łaskawy; ich podróż była bardziej żmudna, mniej błyskotliwa. Co więcej, krytycy uważali, że większość utworów wybranych na debiutancki album znajdowała się w ich repertuarze od wieków. Dobrze przećwiczone, ale jakby zmatowiały przez lata ciężkich tras koncertowych. Patrząc jednak z dzisiejszej pespektywy był to rzeczywiście pierwszy krok do sukcesu. Wszystko już tam jest: gitary liżące nasze uszy, dudniące organy, które zdają się zaraz pęknąć z rozpaczy, rytm w agonii i te melodyjne piękności osadzone w otoczeniu schłodzonej lawy wulkanicznej. Mało kto wie, że po jego usłyszeniu Peter Hammill, który po koncercie z VDGG w Lyonie w październiku 1975 roku powiedział, że jest gotowy napisać teksty do ich kolejnego albumu. Współpraca jednak nie doszła do skutku – szefowie wytwórni nie dogadali się i temat si skończył. Z pewnością nieco zawiedzeni, ale dalecy od zniechęcenia, muzycy byli zdeterminowani, by zrobić wszystko co w ich mocy, aby nagrać drugi album. Tym razem zdecydowali się na nagranie w Aquarius Studio w Genewie, które wcześniej gościło między innymi Patricka Moraza.

Płyta „The Strands Of The Future” wydana we wrześniu 1976 roku rzeczywiście przyniosła znaczny postęp pod każdym względem: brzmieniowym (w końcu słyszę perkusję mającą doskonały dźwięk i niesamowicie brzmiący werbel!), interpretacyjnym i kompozycyjnym. Warto też podkreślić, że współautorem projektu okładki był perkusista, Victor Bosch.

Tym razem pozwolę sobie zacząć jego opis od strony drugiej. Króciutki, ale intensywny „Flight” pokazuje nowo odkrytą energię zespołu wciśniętą gdzieś pomiędzy Camel, a Tangerine Dream. Po nim następują dwa utwory śpiewane przez Gilberta po angielsku skomponowane w erze „Pollen” i szlifowane na koncertach. „Windows” przywodzi na myśl Pink Floyd epoki „More” – spokojny, ale bardziej niepokojący, nieprzesłodzony. Szczególną uwagę należy poświęcić delikatnym partiom fletu, które tworzą paletę barw otaczającą głos wokalisty. Tuż potem pojawia się niezwykle inspirujący „Fool’s Failure” o bardzo współczesnym brzmieniu (coś jak Anglagård). Mroczny i przerażający, gdzie Gilbert Gandil dając upust emocjom uwalnia swe rezerwy i wybucha desperackim tekstem pełnym dzikiej rozpaczy. Uff… jakże daleko odeszliśmy od małych pszczółek spokojnie żerujących w letnim słońcu…

Tył okładki płyty „The Strands Of The Future”
Z całym szacunkiem dla kapitalnej i naprawdę godnej uwagi strony „B” albumu, ale to jego pierwsza strona przeszła do historii. Tytułowa, 22-minutowa suita to przebogaty zestaw muzyki podany w perfekcyjny sposób. Muzyczne smaczki wznoszą się na wyżyny podkreślając styl zespołu, motywy i aranżacje dopracowane są w mistrzowski sposób, a gitarowe solówki tworzą interesujące dialogi z syntezatorowymi. Wszystko zaczyna się z wysokiego pułapu, z pełzającym i niepokojącym Floydem (tego wpływu nie da się tak łatwo zmienić), który dalej staje się bardziej agresywny. Cały zespół daje z siebie wszystko. Następujące po sobie tematy opisują przyszłość, która daleka jest od radosnej – wydaje się bardziej apokaliptyczna i chaotyczna. I na pewno nie sielankowa. Gilbert świadom, że jego głos nie jest najmocniejszą stroną zespołu, śpiewa krótko (po francusku) skupiając się na swojej, coraz bardziej intensywnej grze na gitarze. Z całą pewnością jest to szczytowy moment albumu, który pół wieku później nadal brzmi znakomicie.
Niezadowolenie z niedostatecznej promocji i słabej dystrybucji albumu „Pollen” przez Kingdom Records zmusiło muzyków do samodzielnego finansowania i promowania się. Na szczęście druga płyta odniosła ogromny sukces: czterdzieści tysięcy egzemplarzy sprzedało się w ciągu sześciu miesięcy, co uczyniło ich drugim po Ange najlepiej sprzedającym się francuskim zespołem rockowym w 1976 roku! Nie zmieniło to jednak decyzji, by zrezygnować z jej usług, która przez cały ten czas nie zaoferowała im wsparcia. Po skontaktowaniu się z kilkoma dużymi firmami zdecydowali się na CBS, która obiecała im więcej funduszy na kolejny album. Kontrakt został podpisany, a Pulsar zachwycony.
Podczas, gdy te dwa albumy zostały nagrane w studio niemal w całości na żywo, trzeci, „Halloween”, powstawał przez pięć tygodni w Aquarius Studios. Ogromnym plusem było to, że zespół skorzystał z najnowszych osiągnięć technologicznych, pozwalając rywalizować mu z najlepszymi angielskimi produkcjami. Aby osiągnąć wysoki poziom jakości czwórka muzyków z nowym basistą, Michelem Massonem włożyła w projekt całą swoją wiarę, serce, przekonanie, muzyczną wizję i nadzieję. I co powstało…? Ano ARCYDZIEŁO, które dużo wcześniej tu opisałem (patrz Archiwa – czerwiec 2019).
Aby prawdziwie docenić piękno tych płyt, trzeba je najpierw poznać i mieć otwarty umysł na tę muzykę. Aby lepiej je zrozumieć, popatrzeć na nie przez pryzmat czasu w jakim powstały. Owa ostrożność obowiązuje również w dyskusjach o muzyce progresywnej. Jeśli ocenimy ją pokornie, ale obiektywnie, możemy lepiej dostrzec jej mocne i słabe strony oddzielając nijakie fragmenty od momentów o niewyobrażalnej doskonałości. W ten sposób uświadomimy sobie, że wiele znanych zespołów progresywnych z tak zwanych „wspaniałych lat siedemdziesiątych” można dziś uznać za drugorzędne. Ich siła przyciągania, smak ściśle związany z epoką, kontekstem, być może wydadzą się wyblakłe. W przypadku Pulsara mamy do czynienia z odwrotnym zjawiskiem. Ich epoka nie zawsze była dla nich łaskawa. Niektórzy nazywali ich nawet „(…) smutną karykaturą brytyjskich postępowców nie mającą ani jednego ciekawego pomysłu.” (Magazyn „Best”, luty 1978). Prawdziwy sukces nadchodził powoli i w pełni nigdy się nie zmaterializował. Mimo to, pół wieku po tej straconej szansie, grupa z Lyonu uznawana jest za ważną siłę (nie tylko francuskiego) ruchu postępowego.
Niech ta retrospekcja pozwoli Wam nabrać jasności, gdy odkryjecie, lub na nowo przypomnicie sobie ten wyjątkowy zespół, zanurzając się w jego lirycznym wszechświecie. Pulsar otwiera się przed nami odsłaniając głębię królestwa zamieszkane przez niebiańskie dźwięki. Zanurzmy się w nie, aby nostalgiczne dusze nie były osamotnione w tej kosmicznej krainie…