Muzyka bez granic. GINBAE (1976); TOTAL ISSUE (1971); URSA MAJOR (1972).

Cieszę się, że po raz kolejny mogę przedstawić mniej znanych wykonawców i ich jedyne płyty jakie po sobie zostawili. Tak się złożyło, że dzisiejsza trójka pochodzi z różnych miejsc na Ziemi, co jest bez znaczenia. Muzyka, jak i każda inna forma sztuki, nie zna podziałów, ani granic o czym wszyscy doskonale wiemy.

GINBAE „Ginbae” (1976)

Stare porzekadło mówi że nie szata zdobi człowieka (chociaż ponoć sam Diabeł ubiera się u Prady), tak i okładka płyty nie jest wykładnikiem muzycznej wartości. Ileż to razy zdarzało się, że z wierzchu jest pięknie, a w środku wielkie rozczarowanie. I pewnie gdybym wcześniej nie wiedział o istnieniu tej płyty, patrząc na jej okładkę na bank przeszedłbym obok niej obojętnie. „Ginbae” to jedyny album japońskiego zespołu o tej samej nazwie, który w oryginalnej wersji kosztuje w granicach 800 euro. O samej grupie wiadomo niewiele. Muzycy pochodzili z Chigasaki, popularnego uzdrowiska na wyspie Honsiu. Poza gitarzystą prowadzącym, Shinyunsuke Nakamurą, pozostali używali imion, lub pseudonimów. Główny wokalista i gitarzysta to Shirashi, basista Kenya, a perkusista Hokuto. To zapomniane nawet w samej Japonii arcydzieło spod znaku ciężkiego, mocarnego rocka na dwie gitary prowadzące wydane własnym sumptem w 1976 roku jest absolutnym objawieniem. Pięć rozbudowanych utworów i ani sekundy nudy. Dźwiękowy atak porównywalny z ciosami Mike’a Tysona oparty na gęstych, ciężkich riffach i mocarnej sekcji rytmicznej potrafi znokautować niejednego słuchacza. Całość rozpoczyna „Tolulene” z nutami Black Sabbath ery „Sabotage” i Judas Priest z tego samego okresu. Pewnie niektórym japoński wokal nie przypadnie do gustu, ale na szczęście nie jest on ani ostry, ani krzykliwy, ani też sztywny jak Heidi Klum na wybiegu z biegunką. W każdym bądź razie gitarowa orgia godna duetu Tipton/Downing sprawia, że na wokal spokojnie można przymknąć oko. Drugi numer, „Rock’n’Roll People” z perfekcyjnym podwójnym gitarowym solo przypomina osadzone w ciężkim bluesie Deep Purple.

Tył okładki.

W „Rebiatan” zespół konsekwentnie trzyma się brzmienia poprzedników i potwierdza swoją doskonałość. Kto wie, może tak właśnie brzmiałby Deep Purple, gdyby w swoim składzie miał dwóch gitarzystów solowych..? W każdym bądź razie wciąż jest super! „Sazanga Part I” to instrumentalna miniaturka (niecałe trzy minuty) w progresywnym stylu. Jeśli powiem, że to perełka, to tak jakbym nic nie powiedział. Jej druga, siedmiominutowa część, już z wokalem i snującymi się w tle organami  dodają kompozycji więcej finezji, by w końcówce zamknąć ją szybką jazdą w stylu Grand Funk. Duch Głębokiej Purpury lekko snuje się w „Anne Of Green Gables”, ale tak naprawdę jest on jedynie inspiracją. Instrumentalne partie bardziej przypominają Budgie, co w pełni przekonuje mnie, że ​​jeśli wygram w Eurojackpot oryginalny album będzie mój. Podsumowując, „Ginbae” to bogaty pokaz dobrze ulokowanych watów w głośnikach i mistrzowska lekcja ciężkiego (momentami progresywnego) rocka. Doskonałe uzupełnienie mojej kolekcji płyt japońskich wykonawców na czele z  Murasaki, Blues Creation, Strawberry Path, Mariner, Far Out, Akiro Ito, Nokemono, Too Much, Flower Travellin’ Band, Lazy, Flied Egg i jeszcze kilku innych.

Cofnijmy się w czasie do roku 1970 i przenieśmy się do Francji skąd pochodził następny zespół.

TOTAL ISSUE „Total Issue” (1971)

Total Issue powstał w Paryżu w 1970 roku i składał się z muzyków związanych z francuską sceną jazz fusion. Mózgiem kwintetu byli dwaj jazzmani; kontrabasista Henry Textier, który w latach 60-tych grał z Jean-Luc Pontym i amerykańskimi jazzmanami, oraz włoski perkusista Aldo Romano. Skład uzupełniali: eklektyczny gitarzysta Georges Lucatelli, skrzypek Michel Libretti, a także grający na flecie i klawiszach Chris Hayward. O dziwo, pomimo jazzowych muzyków zespół grał psychodelicznego, mrocznego rocka o progresywnym brzmieniu z folkowymi wpływami i to na wysokim poziomie. Ich jedyna płyta wydana przez francuski oddział United Artists zawiera osiem nagrań z czego większość stworzył Romano. Nie mniej mamy tu także trzy nagrania napisane przez pierwszego gitarzystę, Szwajcara J.P. Husera, który opuścił zespół tuż przed wejściem do studia.

Francuski kwintet Total Issue (1971)

„Total Issue” można uznać za jeden z najwcześniejszych francuskich albumów progresywnego rocka. To co go wyróżnia to nietypowy dla tamtejszej sceny luźny jazzowy charakter z fletem i gitarą fuzz. Owszem, jest tu trochę popowego materiału, szczególnie w trzech najkrótszych utworach opartych na gitarze i flecie, ale (co też warte podkreślenia) zaaranżowanych w progresywnym stylu. Mam tu na myśli „Over The Shadow”, „Quiet Place”, oraz akustyczno-folkowy „Come Down”. Reszta to już prawdziwa uczta, coś jak wykwintne śniadanie u Tiffany’ego w Harrodsie. Zaczyna się od „Les Marins” z indyjskimi wpływami, ciężką baterią i świetną linią basu, kończy zaś nie mniej znakomite „Résurrection” z ciężkimi gitarami. Pomiędzy nimi mamy dwa dania główne warte każdych pieniędzy. Pierwsze to ponad ośmiominutowe, lekkie jak powietrze „La Porte Ouverte” zaczynające się jak uduchowiony art jazz podszyty folkową nutą. Otulająca swym ciepłem melancholia wyczarowana przez flet wkrótce zamienia się w przerażającą podróż w towarzystwie ciężkiej acid rockowej gitary z użyciem wah-wah. Genialny numer! Bardziej napięty „Rustic” to epicki utwór z urzekającą atmosferą podkreśloną ciepłymi partiami fletu. Jeśli chodzi o gitary, będą się one krzyżować, jedna idzie w acid rock, druga w szaleńczy funkowy jazz. Kompaktowa reedycja, która w końcu doczekała się oficjalnego wydania zawiera dwa niepublikowane instrumentalne nagrania z francuskiej telewizji. Gorąco polecam!

Okładka jedynej płyty grupy Ursa Major, na której widać mapę gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy kojarzyć się może z kosmicznym rockiem. Czy słusznie..?

URSA MAJOR „Ursa Major” (1972)

Ta nieco zapomniana, w epoce kompletnie niedoceniona grupa, była i jest moim oczkiem w głowie. Zespół został założony w 1970 roku w Nowym Jorku przez gitarzystę Dicka Wagnera, któremu sławę przyniosła późniejsza współpraca z Alice Cooperem, Lou Reedem i grupą Kiss. Oprócz Wagnera w tym potężnym trio ważną rolę spełniała znakomita sekcja rytmiczna: żwawy basista Greg Arama i fantastyczny perkusista Ricky Mangone. Krótki epizod w zespole zaliczył Billy Joel (tak, ten od „Piano Man”), ale traktować to należy w kategorii „ciekawostki”. Czego możemy spodziewać się po takim talencie jak Wagner? Jednego na pewno – dawki potężnego brzmienia z imponującą grą na sześciu strunach. Ale oprócz tego mamy tu także znakomity wokal, ambitne i momentami dramatyczne aranżacje utworów z prowokacyjnie wprowadzanymi nutami rocka progresywnego, oraz wyśmienitego producenta, Boba Ezrina, którego przedstawiać nie muszę, a który wykonał znakomitą robotę. Trio grało materiał hard/heavy/psych rocka graniczący z metalem czego przykładem nagrania takie jak „Stage Door Queen”, „Sinner” (mój faworyt), „Lay Me Down”, czy „Silver Spoon”. Album zawiera także utwory akustyczne na czele z „Liberty And Justice” i „In My Darkest Hour”, a także taki, który z powodzeniem łączył oba światy, „Back To The Land”. Krótko mówiąc „Ursa Major” to klasyk w każdym calu – jeden z tych, który sprawia, że pragnie się kolejnego albumu. Może i tak by się stało gdyby nie to, że po wydaniu płyty i wspólnych koncertach z Jeffem Beckiem i Alice Cooperem trio się rozpadło.

THE PSYCHEGROUND GROUP „Psychedelic And Underground Music” (1971)

Dla miłośników zapomnianych artystów nie ma nic lepszego niż radość z ich odkrywania, słuchania i dzielenia się z innymi. Ekscytacja jest tym większa jeśli podoba nam się to, co stworzyli. Bywa tak, że ci wykonawcy, często nieświadomie, sami przyczynili się do zbudowania swej „zapomnianej historii”. Ba! Są też tacy, którzy po latach nie są pewni ani swoich pseudonimów, ani imion kolegów, z którymi współpracowali. Badanie takich przypadków sprawia mi wielką przyjemność, a wyjaśnienie bodaj rąbka tajemnicy sprawia ogromną frajdę.

The Psycheground Group i ich jedyny album trafił w moje ręce jakiś rok temu, a może ciut wcześniej. Nieistotne. W trakcie jego słuchania czułem przyjemny dreszczyk emocji przechodzący od stóp do głowy, co zdarza mi się ostatnio niezbyt często. Nazwa grupy i tytuł płyty sugerują, że mamy do czynienia z brytyjskim, lub amerykańskim wykonawcą. Tymczasem okazuje się, że zespół pochodził z Włoch, kraju, który przez wszystkie dekady i historyczne zawirowania wciąż zaskakuje mnie czymś nowym. Od dawna twierdzę, że lata siedemdziesiąte w Italii wydają się niemającą końca muzyczną dżunglą wciąż niedostatecznie spenetrowaną i opisaną. Słowo „psycheground” w nazwie zespołu zdradza jego charakter. Sugeruje to też okładka: na czerwonym tle przedstawiono mężczyznę z bujną fryzurą przepasaną kolorową bandaną – symbol epoki młodzieżowej kontrkultury. Jak się jednak okazuje oprócz psychodelii mamy tu też elementy hard rocka, jazzu, bluesa i raczkującego wtedy na Półwyspie Apenińskim progresywnego rocka. Gdy „Psychedelic And Underground Music” ukazał się na rynku nikt nie wiedział kto za nim stoi. Album wydany przez Lúpus Records na początku 1971 roku nie zawierał żadnych zdjęć, nazwisk, ani niczego co mogłoby ujawnić jego twórców. Podejrzewano, że mógł być dziełem znanych artystów, lub muzyków sesyjnych, ale dowodów na to nie było. Do czasu.

Ponad trzydzieści lat później sprawa częściowo się wyjaśniła. Okazało się, że za tym wszystkim stali muzycy z Nuova Idea: Enrico Casagni (bg, flute), Claudio Ghiglino (g, voc), Paolo Siani (dr), Giorgio Usai (org, voc), oraz Marco Zoccheddu (g, voc), którzy ze względów kontraktowych nie mogli się ujawnić. Pomysłodawcą i mózgiem całego projektu był jednak kto inny – naturalizowany Włoch, Gian Piero Reverberi, kompozytor i producent płyt New Troll i Le Orme. W tym ostatnim działając pod pseudonimem Ninety stworzył większość utworów na ich płytach. To on namówił chłopaków, by w jego studiu nagrali materiał, który został wydany przed ukazaniem się debiutanckiego krążka Nuova Idea, „In The Beginning”.

„Psychedelic And Underground Music” to w przeważającej mierze instrumentalny, momentami mroczny album z silnym brytyjskim klimatem i niewielką ilością harmonii wokalnych. Otwiera go utwór „Psycheground”, który od razu zachwyca potężnym gitarowym riffem połączonym z awangardowym brzmieniem Hammonda przenosząc nas w czasy potężnych zespołów lat 60-tych takich jak Cream. Acid rockowa gitara sprawia, że ​​bujamy się, kiwamy rytmicznie głową, a przede wszystkim poddajemy się jej nieodpartemu szaleństwu. „Easy” to utwór, który wprowadził mnie do tego zespołu. Uwielbiam jego luźną strukturę i stonowany melodyjny groove – a poza tym bardzo chciałbym umieć tak grać na perkusji! Zaczyna się wolnym perkusyjnym rytmem z nutą jazzu i delikatnymi organami w tle nadające mu psychodelicznego smaku. Kiedy łączy się to z gitarowym, lekko funkowym riffem nastrój robi się bardziej swobodny i odlotowy jak po zażyciu psychotropów…

Szarpane dźwięki gitary w „Traffic” i wokalne harmonie nawiązują do Vanilla Fudge. Kontemplacyjny wstęp dzięki mocniejszym gitarowym riffom i bardziej ekspresyjnym klawiszom stopniowo nabiera tempa osiągając punkt kulminacyjny w postaci pięknego gitarowego sola. Muzyka nabiera intensywności, by ostatecznie powrócić do kontemplacyjnego tonu. Mówiąc krótko, doskonały przykład klasycznego progresywnego rocka… Bardziej przystępny, naznaczony radiowym popowym charakterem „Ray” jest radosny, żywiołowy i bardziej energetyczny. Tym razem to fortepian zajmuje centralne miejsce – jest jego fundamentem i podtrzymuje muzykę. Ale spokojnie. Gdy pojawia się mocne gitarowe solo całość nabiera bardziej rockowego charakteru. Kończy to wszystko „Tube”, jazz rockowy numer z psychodelicznymi akcentami, w którym Hammond nadał mu kwaśną fakturę. W tym utworze wyraźnie widać klasę zespołu i wielkość jego muzyków.

Oryginalny album, prawdziwa perełka włoskiego rocka, którego nakład nie przekroczył 500 sztuk jest niezwykle rzadki i bardzo ceniony wśród współczesnych kolekcjonerów. Na szczęście płyta była wznawiana na winylu i kompakcie. Rzadki i mało znany klasyk, który warto poznać.

Zagłębiając się w tę całą historię dokopałem się do informacji, że ten sam skład, tyle że pod nazwą The Underground Set wydał wcześniej dwie płyty w podobnym stylu i klimacie. Zarówno pierwsza, „The Underground Set” (1970) z materiałem w całości skomponowanym przez Reverberiego jak i druga, „War In The Night Before” (1971), ukazały się w wielu krajach, w tym w Wielkiej Brytanii i Niemczech. Ale o nich może innym razem.

AKIRA ITO „Bosatu & Mugen” (1979)

To, że „Wish You Were Here” Pink Floyd był albumem, który dał inspirację wielu artystom i zespołom jest faktem nie podlegającym dyskusji. Szczególnie było to zauważalne w Niemczech, gdzie pod koniec lat 70-tych wraz z falą soft-progowych zespołów pojawiły się wytwórnie takie jak Sky Records specjalizujące się w wydawaniu tego typu wydawnictw. Jego wpływ był odczuwalny także w Japonii. Etniczne ciepło, elementy psychodelii, eteryczny progres… wszystko to idealnie pasowało do stylu, który zapowiadał nadchodzącą (ostatecznie nieudaną) nową erę. To wtedy pojawia się Far East Family Band, sekto-komuna długowłosych fanatyków z trzema klawiszowcami na pokładzie: Masanori Takahashi (później znany jako Kitaro), „przywódca” sekty Fumio Miyashta  i mój dzisiejszy gość, Akira Ito.

W ciągu dwóch pierwszych lat solowej działalności wydał cztery znakomite albumy, które podtrzymywały poziom i legendę poprzedniego zespołu. Właściwie wszystkie mogłyby być dziełem Far East Family Band. Jego debiutancka płyta, „Inner Light Of Lie”, (1978) wzbudziła zachwyt krytyków i entuzjazm japońskich fanów zakochanych w progresywnym rocku. „Bosatu & Mugen” był trzecim albumem, na którym oprócz Ito pojawili się: Kei Ishikawa (bas), kolega z Far East, Shizuo Takahashi (perkusja), oraz Chitose Shibata (gitara). Sam maestro oprócz gry na klawiszach był producentem i autorem wszystkich kompozycji.

Zatrudnienie pełnego składu i nie opieranie się wyłącznie na syntezatorach było mądrą decyzją. Album został podzielony na dwie długie suity tworzące medytacyjny świat nawiązujący do buddyzmu z naturalnymi odgłosami przyrody. Zaczyna się leniwie od „Bosatu” z ćwierkającymi ptakami w kwitnącym migdałowym gaju. Floydowskie wpływy z gitarą w stylu Gilmoura, podobnie jak teutoński kraut rock (Klaus Schulze trzy lata wcześniej wyprodukował dla Far East Family Band płytę „Parallel World”) przebijają się tu w całej swej okazałości. Przestrzenna powaga majestatycznych klawiszy, unoszące się rytmy i gitary przywodzą na myśl „Shine On You Crazy Diamond”. Pięknie wykonany, efektowny kosmiczny walc to idealny moment, aby od początku przyciągnąć uwagę każdego, nie tylko wybrednego i wymagającego słuchacza. To jest jeden z tych momentów kiedy wydaje się, że przy tak delikatnych dźwiękach muskających ucho czas spowalnia, a w brzuchu pojawiają się motyle. Właśnie takie wrażenia miałem, gdy pierwszy raz słuchałem tego zachwycającego fragmentu. I tak mam do tej pory… Kosmiczny rock wkrada się w „Me-Za-Me”, drugim nagraniu, aczkolwiek w rytmicznej gitarze słychać funkowy beat. Ptaszki kontynuują swój śpiew dając poetycki obraz zagubionego w dżungli świątyni (wersja romantyczna), lub blondynki w żółtym dresie z opaską na oczach chcąca podciąć ci gardło kataną (wersja alternatywna). Żartuję. A już całkiem serio, zwróćcie uwagę na perfekcyjnie dobrany balans instrumentów – kosmos! „Kokoro & Karada” podtrzymuje pełne podziwu oddanie dla „Wish You Were Here” oczywiście w japońskim stylu. Akira Ito sprawia, że ​​gęsty, dominujący krajobraz syntezatorów daje pozostałym członkom zespołu czas na oddech. Ostatnią część pierwszej suity zamyka prawie sześciominutowy „Mitu”. Ptaszki kontynuują swoje trele pośród etnicznych wpływów z Kraju Kwitnącej Wiśni i wznoszącego się space rocka. Mówiąc krótko, czysty, niepokojący mistycyzm, który relaksuje i, co ważne, nie wywołuje senności. Instrumentalny azyl i ucieczka od wielu idiotyzmów z Tik-Toka, Instagrama i telewizyjnych programów typu „Love Island”!

Druga strona jest nieco inna. Po pierwsze, tytuły utworów są w języku japońskim, a nie znam nikogo, kto by te „krzaczki” mógłby mi przetłumaczyć. Po drugie (dużo ważniejsze niż „krzaczki”) Ito tym razem położył większy nacisk nie na tradycyjną melodię i rytm, ale na delikatny nastrój i atmosferę inteligentnie łącząc go z kraut rockiem. Pomysł sam w sobie dość ryzykowny, ale ten genialny muzyk wiedział co robi. To odważne połączenie pozwala poczuć się otoczonym zupełnie innymi i – co ważne – bardzo pozytywnymi emocjami! Krótkie, nieco ponad dwuminutowe wprowadzenie będące zaproszeniem do oderwania się od rzeczywistości płynnie przechodzi do blisko ośmiominutowego utworu z mantrą i (cóż za niespodzianka) śpiewającymi ptaszkami. Ambientowy pejzaż dźwiękowy przywołuje motywy nawiązujące do Ash Ra Tempel, Tangerine Dream i Klausa Schulze osadzonych u podnóża góry Fuji. Obrazy jakie mi się przesuwają pod zamkniętymi powiekami to barwny świat złożony z intensywnych kolorów tęczy rodem z rajskich wysp na Pacyfiku. Ciągnie się to przez kolejne nagrania trwające cztery i pięć minut. Tracę kontrolę i już nie wiem, czy śnię, czy faktycznie jestem na tych wyspach… Największą zaletą tej medytacyjnej i transcendentalnej muzyki łączącej elementy progresywne, elektroniczne i etniczne z wykorzystaniem japońskich instrumentów takich jak bębny taiko i shakuhachi  jest to, że słucha się jej wybornie.

„Bosatu & Mugen” to rodzaj progresywnej muzyki świata i prawdziwy klejnot. Nie lubię używać określenia „muzyka umysłu”, ale słuchając tego, co Ito stworzył na tym albumie uczciwie trzeba przyznać, że jego wizja była trafna. Mimo, że nie odniósł tak oszałamiającego sukcesu jak Kitaro, zachował stylistyczną ciągłość z oryginalnym zespołem, co uczyniło go o wiele ciekawszym. Płyta na każdą porę roku. Polecam słuchać wpatrując się w zachód słońca, lub nocą przy blasku świec. Koniecznie na słuchawkach!

Ikona holenderskiego rocka – GOLDEN EARRING.

Istniejący od ponad pięciu dekad Golden Earring obok The Rolling Stones i Status Quo może poszczycić się mianem najdłużej czynnego zespołu. Pełna biografia grupy z omówieniem wszystkich płyt zajęłaby bardzo dużo miejsca, więc mocno zainteresowanych polecam doskonałą, monumentalną biografię zespołu, „Golden Earring – De Biografie” Roberta Haagsma będąca hołdem dla ich twórczości. Moja przygoda ze Złotym Kolczykiem wbrew pozorom nie zaczęła się od „Radar Love”, wielkiego przeboju z 1974 roku, a od kapitalnej, blisko 20-minutowej wersji „Eight Miles High” The Byrds. Przypadkiem usłyszałem ją w jakiejś niemieckiej stacji radiowej i dość przytomnie nagrałem na taśmie magnetofonowej. Było to pod koniec lat 70-tych i przechowałem ją długie lata marząc, by mieć to kiedyś na płycie. Marzenie się spełniło, choć trwało to długo…

Golden Earring w holenderskim programie „TopPop” (1974)

Pierwsze zarysy Golden Earring pojawiają się na początku lat sześćdziesiątych w Hadze, kiedy to chłopaki z sąsiedztwa, 15-letni Rinus Gerritsen i dwa lata młodszy George Kooymans, zakładają zespół The Tornados. Gdy okazuje się, że istnieje już grupa o tej samej nazwie decydują zmienić ją na The Golden Earring. To był ten okres gdy muzyczna scena w Hadze zaczynała rozkwitać dzięki setkom zupełnie nowych zespołów występujących w lokalnych klubach i salach koncertowych. Nie minęło wiele czasu i The Golden Earring stali się jedną z czołowych postaci nowej ery holenderskiej muzyki pop. W 1965 roku podpisali kontrakt z Polydor i wydali debiutancki album „Just Earings” i kilka przebojowych singli z wyraźnymi wpływami The Beatles. W kolejnych latach grupa wykazuje spektakularny rozwój artystyczny. Zespół sięga po nowe inspiracje jednocześnie tworząc własne, wyjątkowe brzmienie. Ten  progres słychać na trzeciej, psychodelicznej płycie „Miracle Mirror” i pełnym przygód czwartym, podwójnym albumie „On The Double”. Prawdziwym przełomem okazał się jednak krążek „Eight Miles High” nagrany tuż po pierwszym tournée po Stanach Zjednoczonych gdzie dzielił scenę z takimi gwiazdami jak Led Zeppelin, MC5, Sun Ra, John Lee Hooker i Joe Cocker. W tym czasie oprócz Kooymansa (g, voc) i Gerritsena (bg, org) w zespole grali nowicjusze: perkusista Sieb Warner z The Motions (zastąpił Jaapa Eggermonta) i wokalista Barry Hay (za Fransa Krassenburga). Ten ostatni pochodził z Indii, grał na flecie i płynnie mówił po angielsku, co dało grupie przewagę nad wieloma innymi holenderskimi zespołami tamtego okresu.

Od tego albumu zaczyna się ten klasyczny rockowy Golden Earring, który tak uwielbiam. Zespół definitywnie odchodzi od czystego popu i pop psychodelii na rzecz ciężkiego, solidnego rocka w stylu Vanilla Fudge i wczesnego Deep Purple. Zmianę tę ilustruje tylna okładka: zdjęcie zespołu wykonane podczas koncertu na scenie jakiegoś undergroundowego klubu.

Mieszanina zniekształceń z przesterowanymi gitarami, organami Hammonda i abstrakcyjnymi improwizacjami powodują, że śmiało można uznać ten krążek za jeden z najlepszych przykładów hard rocka z progresywnymi wpływami końca dekady. Już pierwszy utwór, „Landing”, ostrzejszy niż cokolwiek do tej pory zrobili, pokazuje, że zespól wkracza w inną epokę. „Song Of Devil’s Servant” ma wszystko czego potrzeba, w tym dramaturgię i zmiany tempa, piękną partię fletu i znakomitą grę  Rinusa Gerritsena – jego bas działa cuda przez cały czas. Ciężki i powolny „One Huge Road” z bardzo intensywnym wokalem prowadzącym ma mnóstwo dynamiki i mocy. Z kolei „Everyday’s Torture” to tajemnicza, przejmująca pieśń o zrozpaczonej duszy z wbijającym w fotel basem i fantastycznym gitarowym solo. Oczywiście głównym atutem jest tu utwór tytułowy zajmujący całą drugą stronę oryginalnej płyty, który przechodzi przez szereg faz z mocarną solówką perkusyjną, przesterowaną gitarą i zabójczym basowym fuzzem na czele. To najlepsza studyjna wersja jaką znam. Na koncertach rozwijała się przyjmując formę improwizowanego jamu trwającego niekiedy ponad czterdzieści minut!

W lata siedemdziesiąte zespół wkracza silniejszy i bardziej pewny siebie. Kolejna trasa po Ameryce przynosi bogactwo nowych pomysłów, zarówno muzycznych, wizualnych, jak i technicznych. Wraz z przybyciem perkusisty Cesara Zuiderwijka klasyczny skład nabiera ostatecznego kształtu. Wydany w 1970 roku album „Golden Earring”, z powodu okładki w stylu voodoo zwany też „Wall Of Dolls”, dowodzi, że Zuiderwijk był brakującym elementem układanki. Jego kunsztowny i energiczny styl idealnie komponował się z wszechstronnym brzmieniem nowego stylu Golden Earring.

Słychać, że zespół wciąż eksploruje nowy teren. Oprócz typowych hard rockowych kawałków („Back Home” był hitem) album zawiera wiele innych utworów, które rozwijają atmosferę. Czasem tajemniczą i nieco mroczniejszą jak w „As Long As The Wind Blows”, w „The Loner”, czy utworze tytułowym. Ale to „Big Tree Blue Sea” w stylu Tull z niesamowitymi partiami fletu i chrupiącymi gitarami okazał się dziełem tego wydawnictwa.

Kolejne albumy, „Seven Tears” (1971) i „Together” (1972), pokazują, że zespół pogłębiał swoje brzmienie. Pierwszy, najbardziej progresywny, zawiera znakomity „Silver Ships”, mrożący w krew żyłach „Hope”, uwielbiany przez publiczność „She Flies On Strange Wings”, oraz szalony „You’re Better Off Free” z zabójczą gitarową solówką.  Widać, że muzycy byli w szczytowej formie. Drugi nie do końca wpisuje się w kategorię prog rocka, ale jego eklektyczność sprawia, że jest to naprawdę solidna, spójna i przyjemna płyta.

W 1972 roku grupa wyrusza w trasę koncertową po Europie jako gość specjalny The Who. To inspirujące doświadczenie, które oferuje również cenne kontakty. Rezultatem jest kontrakt płytowy z prestiżową wytwórnią Track, która wydała albumy The Who, a kilka lat wcześniej Jimiego Hendrixa. To inspiruje zespół do stworzenia albumu o międzynarodowym zasięgu. Muzycy poświęcają czas na pisanie i nagrywanie utworów, które ostatecznie ukazują się w 1973 roku na płycie „Moontan”. Misja kończy się pełnym sukcesem. „Candy’s Going Bad”, „Just Like Vince Taylor”, „The Vanilla Queen” i „Radar Love” należą do najlepszych utworów jakie do tej pory napisali. Ten ostatni okazał się wielkim przebojem i to nie tylko w Europie. Doskonała produkcja i gościnny udział Bertusa Borgersa (saksofon) i Eelco Gellinga (gitara) były wisienką na torcie. Utwory z tej płyty wykonywane były i są przez setki wykonawców w tym U2, White Lion, Ministry, Def Leppard… Zarówno singiel „Radar Love”, jak i album stanowią kamień milowy w historii holenderskiego rocka.

Wszystkie płyty z lat 1969-1973 są REWELACYJNE! Przynajmniej dla mnie. Dorzucam do nich także typowo rockowe albumy nagrane do 1977 roku wliczając w to podwójny koncert „Live”. Bo, co by nie mówić, Golden Earring kochał grać  na żywo, a jego fantastyczne występy publiczność przyjmowała z ogromnym entuzjazmem. I tylko dziwię się, że grając z taką mocą miał niewiele takich albumów.

Nie ukrywam, że to kapitalne wydawnictwo należy do ścisłej czołówki moich ulubionych „żywców” lat 70-tych. Po krótkiej zadyszce zespół powrócił na szczyt swoich możliwości. Wytrawna londyńska publiczność przyjmuje ich owacyjnie, co z kolei napędza muzyków, którzy przechodzą samych siebie. Występ był częścią europejskiej trasy promujący krążek „Contraband”, ale set lista obejmowała także starsze nagrania. I to jakie! Mamy tu trzy utwory z „Moontan” w tym 12-minutową(!) wersję „Radar Love”, znakomite jak zawsze „She Flies On Strange Wings”, czy totalnie powalająca na kolana „Vanilla Queen”.

Zatrudnienie na stałe Eelco Gellinga z Cuby And The Blizzard jako drugiego gitarzysty solowego dało większy komfort Kooymansowi mogącemu skupić się na długich gitarowych improwizacjach. W „Eight Miles High” obaj panowie grają solówki i to jest mistrzostwo świata – koncertowa wersja tego utworu bije tę studyjną z 1969 roku, co wydaje się czymś niemożliwym. Warto zainwestować odrobinę więcej grosza w rozszerzoną wersję tego albumu (2 CD plus DVD), którą holenderski Red Bullet wydał w 2021 roku. Nagrania są po masteringu i brzmią bosko, a bonusowy materiał z występów z Brugii, Winterswijk, oraz z Zwole (płyta DVD) wart tych dodatkowych pieniędzy!

Gitarzysta George Kooymans.

W latach 80-tych i późniejszych Golden Earring choć wciąż fantastyczny na scenie (latem 1986 roku w Scheveningen zagrał dla 185 tysięcy widzów!) nie ekscytował mnie tak bardzo jak w swoim złotym okresie. Szerokim echem odbił się jego jubileusz – 50 lat swego istnienia uhonorowano 12 grudnia 2015 roku specjalnym koncertem w wyprzedanej sali Ziggo Dome w Amsterdamie, który przyciągnął fanów z najdalszych zakątków świata. Z młodzieńczą energią wykonali klasyczne utwory, takie jak „Back Home”, „In My House”, „Long Blond Animal”, „The Vanilla Queen”, „Twilight Zone” i (oczywiście) nieśmiertelny „Radar Love”, który wywołał istne szaleństwo wśród publiczności… 16 listopada 2019 roku po raz kolejny zdmuchnęli dach, tym razem w hali widowiskowo-sportowej Ahoy w Rotterdamie. Nikt nie wiedział, że ten koncert przejdzie do historii jako ich ostatni. Kilka miesięcy później cały świat stanął w miejscu, gdy kryzys związany z koronawirusem dał o sobie znać. Jakby tego było mało, dwa miesiące później przychodzi wiadomość, że George Kooymans cierpi na nieuleczalną, neurologiczną chorobę SLA. Tego samego dnia zespół ogłasza, że ​​ta tragiczna sytuacja zmusza go do natychmiastowego zakończenia działalności. Reakcje oddanych fanów i muzyków z całego świata po raz kolejny pokazują, jak bardzo zespół jest kochany. Dla całej armii oddanych melomanów jego muzyka była nieodłącznym elementem ścieżki dźwiękowej ich życia. Koniec Golden Earring był też końcem pewnej epoki. George Kooymans odszedł 22 lipca 2025 roku. Był to czarny dzień dla nas wszystkich – tego dnia pożegnaliśmy też Ozzy Osbourna. Obaj byli w tym samym wieku – mieli 77 lat gdy od nas odeszli…

Życie toczy się dalej i niezależnie od tego, co przyniesie nam przyszłość Golden Earring pozostanie największym, najlepszym i odnoszącym największe sukcesy zespołem rockowym, jaki kiedykolwiek powstał w Holandii. By docenić jego wyjątkowość chociaż raz w życiu koniecznie trzeba posłuchać „Mad Love’s Coming”. Gdy będę schodził z tego świata proszę, byście zagrali mi go jeszcze ten jeden, ostatni już raz…