Cieszę się, że po raz kolejny mogę przedstawić mniej znanych wykonawców i ich jedyne płyty jakie po sobie zostawili. Tak się złożyło, że dzisiejsza trójka pochodzi z różnych miejsc na Ziemi, co jest bez znaczenia. Muzyka, jak i każda inna forma sztuki, nie zna podziałów, ani granic o czym wszyscy doskonale wiemy.
GINBAE „Ginbae” (1976)
Stare porzekadło mówi że nie szata zdobi człowieka (chociaż ponoć sam Diabeł ubiera się u Prady), tak i okładka płyty nie jest wykładnikiem muzycznej wartości. Ileż to razy zdarzało się, że z wierzchu jest pięknie, a w środku wielkie rozczarowanie. I pewnie gdybym wcześniej nie wiedział o istnieniu tej płyty, patrząc na jej okładkę na bank przeszedłbym obok niej obojętnie. „Ginbae” to jedyny album japońskiego zespołu o tej samej nazwie, który w oryginalnej wersji kosztuje w granicach 800 euro. O samej grupie wiadomo niewiele. Muzycy pochodzili z Chigasaki, popularnego uzdrowiska na wyspie Honsiu. Poza gitarzystą prowadzącym, Shinyunsuke Nakamurą, pozostali używali imion, lub pseudonimów. Główny wokalista i gitarzysta to Shirashi, basista Kenya, a perkusista Hokuto. To zapomniane nawet w samej Japonii arcydzieło spod znaku ciężkiego, mocarnego rocka na dwie gitary prowadzące wydane własnym sumptem w 1976 roku jest absolutnym objawieniem. Pięć rozbudowanych utworów i ani sekundy nudy. Dźwiękowy atak porównywalny z ciosami Mike’a Tysona oparty na gęstych, ciężkich riffach i mocarnej sekcji rytmicznej potrafi znokautować niejednego słuchacza. Całość rozpoczyna „Tolulene” z nutami Black Sabbath ery „Sabotage” i Judas Priest z tego samego okresu. Pewnie niektórym japoński wokal nie przypadnie do gustu, ale na szczęście nie jest on ani ostry, ani krzykliwy, ani też sztywny jak Heidi Klum na wybiegu z biegunką. W każdym bądź razie gitarowa orgia godna duetu Tipton/Downing sprawia, że na wokal spokojnie można przymknąć oko. Drugi numer, „Rock’n’Roll People” z perfekcyjnym podwójnym gitarowym solo przypomina osadzone w ciężkim bluesie Deep Purple.

W „Rebiatan” zespół konsekwentnie trzyma się brzmienia poprzedników i potwierdza swoją doskonałość. Kto wie, może tak właśnie brzmiałby Deep Purple, gdyby w swoim składzie miał dwóch gitarzystów solowych..? W każdym bądź razie wciąż jest super! „Sazanga Part I” to instrumentalna miniaturka (niecałe trzy minuty) w progresywnym stylu. Jeśli powiem, że to perełka, to tak jakbym nic nie powiedział. Jej druga, siedmiominutowa część, już z wokalem i snującymi się w tle organami dodają kompozycji więcej finezji, by w końcówce zamknąć ją szybką jazdą w stylu Grand Funk. Duch Głębokiej Purpury lekko snuje się w „Anne Of Green Gables”, ale tak naprawdę jest on jedynie inspiracją. Instrumentalne partie bardziej przypominają Budgie, co w pełni przekonuje mnie, że jeśli wygram w Eurojackpot oryginalny album będzie mój. Podsumowując, „Ginbae” to bogaty pokaz dobrze ulokowanych watów w głośnikach i mistrzowska lekcja ciężkiego (momentami progresywnego) rocka. Doskonałe uzupełnienie mojej kolekcji płyt japońskich wykonawców na czele z Murasaki, Blues Creation, Strawberry Path, Mariner, Far Out, Akiro Ito, Nokemono, Too Much, Flower Travellin’ Band, Lazy, Flied Egg i jeszcze kilku innych.
Cofnijmy się w czasie do roku 1970 i przenieśmy się do Francji skąd pochodził następny zespół.
TOTAL ISSUE „Total Issue” (1971)
Total Issue powstał w Paryżu w 1970 roku i składał się z muzyków związanych z francuską sceną jazz fusion. Mózgiem kwintetu byli dwaj jazzmani; kontrabasista Henry Textier, który w latach 60-tych grał z Jean-Luc Pontym i amerykańskimi jazzmanami, oraz włoski perkusista Aldo Romano. Skład uzupełniali: eklektyczny gitarzysta Georges Lucatelli, skrzypek Michel Libretti, a także grający na flecie i klawiszach Chris Hayward. O dziwo, pomimo jazzowych muzyków zespół grał psychodelicznego, mrocznego rocka o progresywnym brzmieniu z folkowymi wpływami i to na wysokim poziomie. Ich jedyna płyta wydana przez francuski oddział United Artists zawiera osiem nagrań z czego większość stworzył Romano. Nie mniej mamy tu także trzy nagrania napisane przez pierwszego gitarzystę, Szwajcara J.P. Husera, który opuścił zespół tuż przed wejściem do studia.

„Total Issue” można uznać za jeden z najwcześniejszych francuskich albumów progresywnego rocka. To co go wyróżnia to nietypowy dla tamtejszej sceny luźny jazzowy charakter z fletem i gitarą fuzz. Owszem, jest tu trochę popowego materiału, szczególnie w trzech najkrótszych utworach opartych na gitarze i flecie, ale (co też warte podkreślenia) zaaranżowanych w progresywnym stylu. Mam tu na myśli „Over The Shadow”, „Quiet Place”, oraz akustyczno-folkowy „Come Down”. Reszta to już prawdziwa uczta, coś jak wykwintne śniadanie u Tiffany’ego w Harrodsie. Zaczyna się od „Les Marins” z indyjskimi wpływami, ciężką baterią i świetną linią basu, kończy zaś nie mniej znakomite „Résurrection” z ciężkimi gitarami. Pomiędzy nimi mamy dwa dania główne warte każdych pieniędzy. Pierwsze to ponad ośmiominutowe, lekkie jak powietrze „La Porte Ouverte” zaczynające się jak uduchowiony art jazz podszyty folkową nutą. Otulająca swym ciepłem melancholia wyczarowana przez flet wkrótce zamienia się w przerażającą podróż w towarzystwie ciężkiej acid rockowej gitary z użyciem wah-wah. Genialny numer! Bardziej napięty „Rustic” to epicki utwór z urzekającą atmosferą podkreśloną ciepłymi partiami fletu. Jeśli chodzi o gitary, będą się one krzyżować, jedna idzie w acid rock, druga w szaleńczy funkowy jazz. Kompaktowa reedycja, która w końcu doczekała się oficjalnego wydania zawiera dwa niepublikowane instrumentalne nagrania z francuskiej telewizji. Gorąco polecam!
Okładka jedynej płyty grupy Ursa Major, na której widać mapę gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy kojarzyć się może z kosmicznym rockiem. Czy słusznie..?
URSA MAJOR „Ursa Major” (1972)
Ta nieco zapomniana, w epoce kompletnie niedoceniona grupa, była i jest moim oczkiem w głowie. Zespół został założony w 1970 roku w Nowym Jorku przez gitarzystę Dicka Wagnera, któremu sławę przyniosła późniejsza współpraca z Alice Cooperem, Lou Reedem i grupą Kiss. Oprócz Wagnera w tym potężnym trio ważną rolę spełniała znakomita sekcja rytmiczna: żwawy basista Greg Arama i fantastyczny perkusista Ricky Mangone. Krótki epizod w zespole zaliczył Billy Joel (tak, ten od „Piano Man”), ale traktować to należy w kategorii „ciekawostki”. Czego możemy spodziewać się po takim talencie jak Wagner? Jednego na pewno – dawki potężnego brzmienia z imponującą grą na sześciu strunach. Ale oprócz tego mamy tu także znakomity wokal, ambitne i momentami dramatyczne aranżacje utworów z prowokacyjnie wprowadzanymi nutami rocka progresywnego, oraz wyśmienitego producenta, Boba Ezrina, którego przedstawiać nie muszę, a który wykonał znakomitą robotę. Trio grało materiał hard/heavy/psych rocka graniczący z metalem czego przykładem nagrania takie jak „Stage Door Queen”, „Sinner” (mój faworyt), „Lay Me Down”, czy „Silver Spoon”. Album zawiera także utwory akustyczne na czele z „Liberty And Justice” i „In My Darkest Hour”, a także taki, który z powodzeniem łączył oba światy, „Back To The Land”. Krótko mówiąc „Ursa Major” to klasyk w każdym calu – jeden z tych, który sprawia, że pragnie się kolejnego albumu. Może i tak by się stało gdyby nie to, że po wydaniu płyty i wspólnych koncertach z Jeffem Beckiem i Alice Cooperem trio się rozpadło.












