Są płyty, które trafiają w swój czas, i są takie, które zdają się istnieć poza czasem. „Depois Do Fim” brazylijskiej grupy Bacamarte należy do tej drugiej kategorii. Choć nagrany w 1977 roku ukazał się w 1983 kiedy rock progresywny był przez wielu uznany za gatunek skostniały. Tak czy siak jego muzyka jeszcze dziś brzmi mi w uszach niczym zagubiony skarb ze złotej ery progresywnego rocka; bogaty muzyczny gobelin z majestatycznymi klawiszami i porywającym fletem. Pełen muzycznych niuansów i poetyckiego rozmachu. Co ważne, ten zespół nie był imitacją ani włoskich, ani brytyjskich prog rockowych zespołów jak głosili „profesjonalni” dziennikarze popołudniówek. Bacamarte był na tyle oryginalny, że stworzył coś nostalgicznego i jednocześnie świeżego, czego w 1977 roku ze świecą szukać.
Wszystko zaczęło się trzy lata wcześniej, gdy multiinstrumentalista Mário Neto rozpoczął karierę u boku trzech szkolnych kolegów z Rio de Janeiro. Przez zespół mający różne nazwy przewinęło się sporo osób i dopiero w 1977 roku skrystalizował się jego klasyczny skład. Oprócz Mário byli to: Sérgio Villarim (klawisze), Delto Simas (bas), Mr. Paul (instrumenty perkusyjne), Marcus Moura (flety i akordeon), oraz Marco Veríssimo (perkusja). Kilka miesięcy później dołączyła do nich wokalistka Jane Duboc. Udział w programie Rock Concert w telewizji Globo zapewnił im fundusze na nagranie demo co mogło być dobrym startem do dalszej kariery. Niestety. grupa nie uzyskała żadnego wsparcia, ani zainteresowania ze strony jakiejkolwiek wytwórni płytowej. Powód? Ich tradycyjne, prog rockowe brzmienie wyszło z mody, a to nie gwarantowało zysków. Nagrania z demo z 1977 roku ukazały się dopiero sześć lat później, na płycie „Depois Do Fim”. Co ciekawe, innowacyjny jak na swoje czasy album charakteryzował się brzmieniem całkowicie odmiennym od wczesnych lat 70-tych. Indywidualny talent każdego członka zespołu, oraz piękny wokal Jane sprawiły, że Bacamarte porównywano do Curved Air i Renaissance, dwóch ikon brytyjskiego rocka lat 70-tych.
Faktycznie, „Depoise Do Fim” to album niezwykły. Nie imponuje monumentalnością na wzór gigantów gatunku. Zamiast tego urzeka subtelnością. Flety, fortepian, gitary akustyczne i elektryczne, oraz krystaliczny głos Jane splatają się tutaj w muzyczną opowieść przypominającą sen o świecie, który właśnie przemija. Nic dziwnego, że przez wielu fanów progresywnego rocka album ten uznany jest za jedno z najwybitniejszych dzieł gatunku spoza Wysp Brytyjskich. Otwiera je kompozycja „UFO”, która od pierwszych sekund zdradza jak ambitnym byli zespołem. Delikatna gitara akustyczna wprowadza nas w przestrzeń pełną barokowych ozdobników, po czym utwór rozwija się w wielobarwną symfoniczną suitę z fletami nadając melodii posmak rytualnej muzyki Indian Guarani. To muzyka pełna ruchu i światła, gdzie każda zmiana tempa i tematu wydaje się naturalna niczym kolejne obrazy przesuwające się za oknem pociągu. „UFO” jest zaproszeniem do świata Bacamarte – świata, w którym techniczna biegłość nigdy nie przesłania melodii.
Pierwsze pojawienie się głosu Jane Duboc w „Smog Alado” jest jednym z najpiękniejszych momentów całej płyty. Jej śpiew nie dominuje muzyki – unosi się ponad nią jak mgła nad tropikalnym krajobrazem. Kompozycja łączy symfoniczny rozmach z folkową delikatnością. W tych kilku minutach zawiera więcej emocjonalnej głębi niż wiele progresywnych epopei trwających po dwadzieścia i więcej minut. Tuż po nim pojawia się „Miragem”. Jak sugeruje tytuł (Miraż), utwór migocze, pojawia się i znika. Flet prowadzi narrację niczym przewodnik po pustyni wspomnień, podczas gdy klawisze i acidowe gitary budują iluzję odległych horyzontów. To jedna z najbardziej malarskich kompozycji albumu, pełna subtelnych odcieni i niedopowiedzeń z elektryzującym finałem. Krótki, wręcz eteryczny „Pássaro de Luz” (Ptak światła) przelatuje przez album niczym promień słońca przebijający się przez chmury. Jego delikatność pokazuje, że Bacamarte doskonale rozumiało znaczenie ciszy i przestrzeni. Nie wszystko musi być rozbudowaną suitą – czasem wystarczy minuta lub dwie, by było pięknie.
Jeszcze krótszy miniaturowy pejzaż, w którym zespół sięga po elementy muzyki ludowej i kameralnej odnajdziemy w „Caño”. To muzyczny oddech przed kulminacją albumu. Jak niewielki szkic wykonany przed stworzeniem wielkiego obrazu. Bo co by nie mówić, sercem albumu pozostaje jednak dziewięciominutowa perła, „Último Entardecer” często wskazywana jako najwybitniejszy utwór Bacamarte. Już sam tytuł (Ostatni zmierzch) niesie w sobie poetycką nostalgię poruszając takie tematy jak śmierć, szaleństwo i nadzieja. Utwór rozwija się powoli, cierpliwie, jak zachód słońca nad oceanem. Zdobią go piękne syntezatory, gitarowe pasaże i wzniosłe dźwięki fortepianu. Partie wokalne Jane Duboc są tutaj wyjątkowo poruszające, a gitarowe sola Mário Neto należą do tych momentów, które pozostają w pamięci długo po wybrzmieniu ostatniej nuty. Muzyka zdaje się opowiadać o końcu pewnej epoki, ale nie w tonie rozpaczy – raczej pogodzonej refleksji. To progresywny rock jako sztuka kontemplacji. Następujący tuż po nim „Controvérsia” na pozór może wydawać się wypełniaczem, ale pamiętajmy, że muzycy to Brazylijczycy z krwi i kości, którzy nade wszystko kochają bawić się, a taniec i żywiołową muzykę mają wpisane w swoje DNA. Ten króciutki kawałek rozpoczynający się rytmem bossa novy ewoluuje w tętniące życiem jam session dodając albumowi zróżnicowanego rytmu i przyczynia się do jego różnorodności. Całość zamyka w sposób idealny utwór tytułowy. Nie jest triumfalnym finałem, ani dramatycznym wybuchem emocji. To raczej epilog. Muzyka płynie spokojnie, jakby próbowała odpowiedzieć na pytanie zawarte w samym tytule: co pozostaje „po końcu”..? Odpowiedź Bacamarte wydaje się prosta. Pozostaje piękno. Pozostaje pamięć. Pozostaje muzyka.
W moim odczuciu „Depois Do Fim” to album wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że powstał w czasie niesprzyjającym progresywnemu rockowi. Jego prawdziwa wartość tkwi w niezwykłej równowadze pomiędzy techniczną maestrią, a emocjonalną szczerością. To płyta pełna światła, subtelności i melancholii. Płyta, która brzmi jak list wysłany z równoległego świata. Świata, gdzie lata siedemdziesiąte się nie skończyły. W historii progresywnego rocka istnieje wiele arcydzieł. Jednak niewiele z nich potrafi zachwycać taką lekkością i wdziękiem jak „Depois Do Fim” – brazylijska opowieść o końcu, która w rzeczywistości okazała się początkiem. Początkiem legendy.




























