Jestem mile zaskoczony, że węgierskie zespoły rockowe spotykają się z tak miłym i ciepłym przyjęciem na tym blogu. Wychodząc naprzeciw tym, którzy są nienasyceni i proszą o więcej miło mi przedstawić kolejną płytę, którą w dość zamierzchłych czasach z dumą prezentowałem swoim szkolnym kolegom. I wcale nie była to Omega.

Pochodzący z Budapesztu zespół Neoton powstał w 1965 roku, a założyli go dwaj studenci ekonomii, László Pásztor i Lajos Galácz. Impulsem do jego założenia był mikołajkowy konkurs muzyczny na uczelni. Nie mając pomysłu na nazwę w ostatniej chwili zdecydowali się na Neoton (marka czechosłowackiej gitary której używali). Co prawda konkursu nie wygrali, ale drugie miejsce przyjęli z radością. Do 1970 roku Neoton wciąż uważany był za drugorzędny zespół beatowy z kilkoma singlami w stylu bublegum i jednym hitem. Mowa o „Kell, hogy várj„, którego tekst nawiązywał do obowiązkowej służby wojskowej w Węgierskiej Armii Ludowej. Wzruszająca ballada zyskała ogromną popularność stając się hymnem młodych zakochanych par zmuszonych do dwuletniej rozłąki. W rzeczonym roku uformował się ich najsilniejszy skład. Trzon zespołu stanowiło trio: László Pásztor (gitara, wokal), Lajos Galácz (gitara, wokal) i Feco Balázs (organy), do którego doszli nowi muzycy tworzący sekcję rytmiczną: Ferenc Debreczeni (perkusja) i Lajos Som (bas). To właśnie wtedy, gdy brzmienie zespołu zmieniło się na bardziej rockowe kierownictwo Węgierskiej Wytwórni Płytowej „Pepita” postanowiło dać im szansę na wydanie płyty. Dużą w tym rolę odegrał István S. Nagy, który napisał teksty do prawie wszystkich utworów. Niewtajemniczonym podpowiem, że ta ikoniczna postać to najpłodniejszy autor tekstów węgierskich piosenek. Coś jak Jacek Cygan, Bogdan Olewicz i Andrzej Mogielnicki w jednej osobie. Płyta „Bolond Város” nagrana w ostatnich miesiącach 1970 roku ukazała się w marcu 1971.

Choć otwierający ją utwór tytułowy zapowiada zagrana na trąbce fanfara w rzeczywistości jest to rockowy numer przypominający momentami „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” Beatlesów z przesterowaną gitarą. Jeśli ktoś ma bystre oko może znaleźć na okładce podobizny słynnej czwórki… Surowość zwrotki przełamuje harfa. Ten fragment za wszelką cenę chce być liryczny, ale Ferenc Debreczeni na to nie pozwala: swoimi niespokojnymi perkusyjnymi wypełnieniami niweczy wszelkie starania László Pásztora. I słusznie! Fecó Balázs gra solówkę na Hammondzie – być może pierwszą w swoim życiu tak poważną i tak porywającą. On też otwiera następne nagranie „Óh, napsgúgar” w stylu Jana Sebastiana Bacha precyzyjnie wspierany przez gitarę basową. Rozścielony przez Hammonda dywan nadaje brzmieniu podniosły, lekko kościelny klimat. Inspirację barokiem w jego w środkowej części wzmacniają klawesyn i kwartet smyczkowy. Galácz i Pásztor śpiewają tu w duecie i zadziwiające jak ich głosy są do siebie podobne… Pomijając idiotyczne teksty (a może właśnie dzięki nim) „Pardon, ez a kezem volt” jest jednym z jaśniejszych momentów albumu. To luźne boogie ze świetnie grającą sekcją rytmiczną, w której partie perkusyjne i sztywny bas dobrze ze sobą współgrają. Zauważmy, że „wytłumione” w studiu perkusyjne brzmienie przewijające się przez album wyprzedzało swoje czasy o kilka lat… Piosenki w rodzaju „Sárga lámpák” mogą być ignorowane, ale ta skrywa w sobie wiele piękna. Oprócz tego, że Pásztor i Galácz znów pięknie razem śpiewają mamy tu pomysłową i naprawdę wdzięczną partię fletu, która o włos trąci kiczem. Tym „włosem” jest surowa, trochę w stylu The Byrds gitara elektryczna Pásztora i ekscytująca linia basowa Soma. Nostalgiczny tekst o wąskich uliczkach, placu zabaw na końcu jednej z nich i żółtych latarniach oświetlających ulice słabym światłem poruszają wyobraźnię idealnie wpasowując się w klimat nagrania. Niestety niczego dobrego nie potrafię dostrzec w dość chaotycznym „Dal a maganyról”. Wypadek przy pracy..? Numer ten prawdopodobnie potrzebował więcej czasu na dopracowanie, a tak jest tylko wypełniaczem. Za to „Nehéz fiúk” zadowoli wszystkich miłośników hard rocka. Dynamika i riff w stylu Deep Purple brzmią zachęcająco, ale mówiąc już całkiem serio wszyscy dali popis swoich wysokich umiejętności. Zdecydowanie centralnym punktem jest tu solo Lajosa Soma na basie, którego nigdy wcześniej nie słyszano na węgierskim albumie beatowym. Z improwizowanymi elementami jest dobrze dopracowane i wyraźnie słychać, że Som wie, co robi. Basowej solówce akompaniuje jedynie perkusista. Jego gra jest pełna pomysłów i należy docenić ogromny rozwój jego talentu. Rok później, na płycie „Élő Omega” usłyszymy go we wzorcowej wręcz jakości. Pod koniec pojawia się Fecó szalejąc na Hammondzie podczas gdy reszta przywołuje melodię z „How Many More Times” Led Zeppelin… Ostatnim utworem strony „A” jest „Vándorút”. W ten pozornie popowy utwór wtłoczono całe mnóstwo pomysłów, które warto odkryć. W środku nagrania rozbrzmiewa solo grane unisono na oboju i ja to kupuję!

Druga strona albumu zaczyna się od ciężkiego rocka. Inspiracji w „A ház” należy szukać w „Hush” Deep Purple. Riff został mniej więcej zachowany, ale formuła rytmiczna uległa znacznej zmianie. Śpiew jest znakomity, choć muzyka nie zawsze stoi na solidnym gruncie – głównie z powodu nieprzemyślanych wypełnień perkusyjnych. Żałuję, że Fecó nie dostał organowej partii solowej za to znalazło się miejsce na dwie długie gitarowe solówki z czego druga, wzbogacona pedałem wah-wah, jest psychodeliczna i bardziej ekscytująca. I kiedy wydawało się, że po takim numerze zespół pójdzie za ciosem dostajemy czysty kicz w postaci „Megered az ég”. Owszem, byłby to hit, ale na festiwalu piosenki tanecznej w kategorii „rączki w górę i skaczemy.” Nie wiem czym się inspirowali. Może Bee Gees..? Tyle, że Bee Gees między rokiem 1967, a 1973 nigdy nie byli kiczem! Dusząc w zarodku czkawkę, którą mi się ten utwór odbija w nagrodę dostajemy „Fények a távolban”, czysty psychodeliczny eksperyment skupiony wokół perkusji Debreczego. Jej brzmienie jak na tamte czasy było bardzo nowatorskie – zwłaszcza w węgierskich studiach nagraniowych. Kiedy pojawia się rozdzierający gitarowy riff i bas wszystko unosi się w stereofonicznej przestrzeni wzmacniając ogólne wrażenie do potęgi n-tej. Przyjemny rytm z doskonałym wokalem i dźwięcznym refrenem szybko się kończy, gdy kontrolę przejmuje László Pásztor wykonując psychodeliczne solo gitarowe. To bez wątpienia jeden z najlepszych momentów albumu, do którego lubię wracać. Idźmy jednak dalej. Zakurzone brzmienie fortepianu i 12-strunowa gitara po lewej stronie i solo na skrzypcach po przeciwnej należą do najciekawszych momentów „Láttam én egy osztrigát”. Tym razem głównym wokalistą jest Lajos Som wspierany przez Balázsa Fecó. Wykonanie jest ekspresyjne i przywodzi na myśl beatlesowskie „You Now My Name (Look Up The Number)”. Ale kto by pomyślał, że Neoton zachowa największe emocje na sam koniec? „Gyere álom” to skondensowana psychodelia, jakiej trudno spodziewać się po zespole zza Żelaznej Kurtyny. Wzmacnia ją śpiew Lajosa Galácza, który brzmi wspaniale. Po zwrotce zespół próbuje wjechać na popowe tory, ale zwrotnice ponownie kierują ją na psychodelię. Rozbudowana solówka Pásztora wcale nie jest nudna. Przeciwnie – cytuje nawet fragment IX symfonii e-mol „Z Nowego Świata” Dvořáka, ale wkrótce zespół przechodzi w swing po czym pojawia się Balázs Fecó z genialną improwizacją na Hammondzie. Warto także zwrócić uwagę na Lajosa Soma, który w wyluzowany sposób wynosi ten numer na nieprawdopodobny poziom.
„Bolond Város” był albumem wyjątkowym. Albumem ery beatników. Niezwykle orzeźwiający, kreatywny i dobrze zinstrumentowany. Psychodeliczny klejnot, który zdołał rozkwitnąć pomimo ograniczeń w czasach Żelaznej Kurtyny, gdzie za posiadanie płyt Beatlesów w niektórych demokratycznych (ale tylko z nazwy) krajach groziło więzienie. Biorąc pod uwagę, jaką drogą podążył Neoton później, można śmiało powiedzieć, że to ponadczasowy album w jego historii.
Po wydaniu płyty zespół wyruszył w trasę koncertową po Afryce gdzie został entuzjastycznie przyjęty. W Nigerii, dla tamtejszego radia nagrał anglojęzyczną wersję swojej słynnej ballady „Kell hogy várj”, a w Ghanie został przyjęty przez władcę tego kraju. Już wtedy Ferenc Debreczeni przeczuwał, że wkrótce może zostać perkusistą zespołu Omega. Gdy po miesiącu Neoton z Ferencem na pokładzie wrócili do domu członkowie Omegi czekali już na niego na lotnisku. Jest też i drugi wątek tej podróży. Balázs Fecó i Lajos Som, w drodze powrotnej zahaczyli o Amsterdam gdzie obejrzeli koncert Black Sabbath. To był impuls, by zerwać z przebojami i skupić się na założeniu zespołu grającego czystego hard rocka. Tak narodziła się supergrupa Taurus… W 1977 roku László Pásztor z nowymi muzykami i dwiema wokalistkami założył koszmarny Neoton Familia. Zespół, nazywany „węgierską ABBĄ” grając taneczny pop i disco odniósł sukces w Europie Wschodniej, Ameryce Południowej i Azji sprzedając miliony płyt. Ale to już inna, nie moja bajka.
PS. Serdeczne podziękowania kieruję w stronę Kasi i jej męża, Jánosa Széchenyi, z pięknego Hajdúszoboszló, których poznałem jakiś czas temu i którzy cierpliwie tłumaczyli mi teksty wszystkich piosenek z tej płyty. Kasia, János – köszönöm szépen!















