Węgierski klejnot ery beatników. NEOTON „Bolond Város” (1971).

Jestem mile zaskoczony, że węgierskie zespoły rockowe spotykają się z tak miłym i ciepłym przyjęciem na tym blogu. Wychodząc naprzeciw tym, którzy są nienasyceni i proszą o więcej miło mi  przedstawić kolejną płytę, którą w dość zamierzchłych czasach z dumą prezentowałem swoim szkolnym kolegom. I wcale nie była to Omega.

Zespół Neoton (1970)

Pochodzący z Budapesztu zespół Neoton powstał w 1965 roku, a założyli go dwaj studenci ekonomii,  László Pásztor i Lajos Galácz.  Impulsem do jego założenia był mikołajkowy konkurs muzyczny na uczelni. Nie mając pomysłu na nazwę w ostatniej chwili zdecydowali się na Neoton (marka czechosłowackiej gitary której używali). Co prawda konkursu nie wygrali, ale drugie miejsce przyjęli z radością. Do 1970 roku Neoton wciąż uważany był za drugorzędny zespół beatowy z kilkoma singlami w stylu bublegum i jednym hitem. Mowa o „Kell, hogy várj„, którego tekst nawiązywał do obowiązkowej służby wojskowej w Węgierskiej Armii Ludowej. Wzruszająca ballada zyskała ogromną popularność stając się hymnem młodych zakochanych par zmuszonych do dwuletniej rozłąki. W rzeczonym roku uformował się ich najsilniejszy skład. Trzon zespołu stanowiło trio: László Pásztor (gitara, wokal), Lajos Galácz (gitara, wokal) i Feco Balázs (organy), do którego doszli nowi muzycy tworzący sekcję rytmiczną: Ferenc Debreczeni (perkusja) i Lajos Som (bas). To właśnie wtedy, gdy brzmienie zespołu zmieniło się na bardziej rockowe kierownictwo Węgierskiej Wytwórni Płytowej „Pepita” postanowiło dać im szansę na wydanie płyty. Dużą w tym rolę  odegrał István S. Nagy, który napisał teksty do prawie wszystkich utworów. Niewtajemniczonym podpowiem, że ta ikoniczna postać to najpłodniejszy autor tekstów węgierskich piosenek. Coś jak Jacek Cygan, Bogdan Olewicz i Andrzej Mogielnicki w jednej osobie. Płyta „Bolond Város” nagrana w ostatnich miesiącach 1970 roku ukazała się w marcu 1971.

Okładka oryginalnego wydania płyty z 1970 roku

Choć otwierający ją utwór tytułowy zapowiada zagrana na trąbce fanfara w rzeczywistości jest to rockowy numer przypominający momentami „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” Beatlesów z przesterowaną gitarą. Jeśli ktoś ma bystre oko może znaleźć na okładce podobizny słynnej czwórki… Surowość zwrotki przełamuje harfa. Ten fragment za wszelką cenę chce być liryczny, ale Ferenc Debreczeni na to nie pozwala: swoimi niespokojnymi perkusyjnymi wypełnieniami niweczy wszelkie starania László Pásztora. I słusznie! Fecó Balázs gra solówkę na Hammondzie – być może pierwszą w swoim życiu tak poważną i tak porywającą. On też otwiera następne nagranie „Óh, napsgúgar” w stylu Jana Sebastiana Bacha precyzyjnie wspierany przez gitarę basową. Rozścielony przez Hammonda dywan nadaje brzmieniu podniosły, lekko kościelny klimat. Inspirację barokiem w jego w środkowej części wzmacniają klawesyn i kwartet smyczkowy. Galácz i Pásztor śpiewają tu w duecie i zadziwiające jak ich głosy są do siebie podobne… Pomijając idiotyczne teksty (a może właśnie dzięki nim) „Pardon, ez a kezem volt” jest jednym z jaśniejszych momentów albumu. To luźne boogie ze świetnie grającą  sekcją rytmiczną, w której partie perkusyjne i sztywny bas dobrze ze sobą współgrają. Zauważmy, że „wytłumione” w studiu perkusyjne brzmienie przewijające się przez album wyprzedzało swoje czasy o kilka lat… Piosenki w rodzaju „Sárga lámpák” mogą być ignorowane, ale ta skrywa w sobie wiele piękna. Oprócz tego, że Pásztor i Galácz znów pięknie razem śpiewają mamy tu pomysłową i naprawdę wdzięczną partię fletu, która o włos trąci kiczem. Tym „włosem” jest surowa, trochę w stylu The Byrds gitara elektryczna Pásztora i ekscytująca linia basowa Soma. Nostalgiczny tekst o wąskich uliczkach, placu zabaw na końcu jednej z nich i żółtych latarniach oświetlających ulice słabym światłem poruszają wyobraźnię idealnie wpasowując się w klimat nagrania. Niestety niczego dobrego nie potrafię dostrzec w dość chaotycznym „Dal a maganyról”. Wypadek przy pracy..? Numer ten prawdopodobnie potrzebował więcej czasu na dopracowanie, a tak jest tylko wypełniaczem. Za to „Nehéz fiúk” zadowoli wszystkich miłośników hard rocka. Dynamika i riff w stylu Deep Purple brzmią zachęcająco, ale mówiąc już całkiem serio wszyscy dali popis swoich wysokich umiejętności. Zdecydowanie centralnym punktem jest tu solo Lajosa Soma na basie, którego nigdy wcześniej nie słyszano na węgierskim albumie beatowym. Z improwizowanymi elementami jest dobrze dopracowane i wyraźnie słychać, że Som wie, co robi. Basowej solówce akompaniuje jedynie perkusista. Jego gra jest pełna pomysłów i należy docenić ogromny rozwój jego talentu. Rok później, na płycie „Élő Omega” usłyszymy go we wzorcowej wręcz jakości. Pod koniec pojawia się Fecó szalejąc na Hammondzie podczas gdy reszta przywołuje melodię z „How Many More Times” Led Zeppelin… Ostatnim utworem strony „A” jest „Vándorút”. W ten pozornie popowy utwór wtłoczono całe mnóstwo pomysłów, które warto odkryć. W środku nagrania rozbrzmiewa solo grane unisono na oboju i ja to kupuję!

Tył okładki kompaktowej reedycji z 1995 roku.

Druga strona albumu zaczyna się od ciężkiego rocka. Inspiracji w „A ház” należy szukać w „Hush” Deep Purple. Riff został mniej więcej zachowany, ale formuła rytmiczna uległa znacznej zmianie. Śpiew jest znakomity, choć muzyka nie zawsze stoi na solidnym gruncie – głównie z powodu nieprzemyślanych wypełnień perkusyjnych. Żałuję, że ​​Fecó nie dostał organowej partii solowej za to znalazło się miejsce na dwie długie gitarowe solówki z czego druga, wzbogacona pedałem wah-wah, jest psychodeliczna i bardziej ekscytująca. I kiedy wydawało się, że po takim numerze zespół pójdzie za ciosem dostajemy czysty kicz w postaci „Megered az ég”. Owszem, byłby to hit, ale na festiwalu piosenki tanecznej w kategorii „rączki w górę i skaczemy.” Nie wiem czym się inspirowali. Może Bee Gees..? Tyle, że Bee Gees między rokiem 1967, a 1973 nigdy nie byli kiczem! Dusząc w zarodku czkawkę, którą mi się ten utwór odbija w nagrodę dostajemy „Fények a távolban”, czysty psychodeliczny eksperyment skupiony wokół perkusji Debreczego. Jej brzmienie jak na tamte czasy było bardzo nowatorskie – zwłaszcza w węgierskich studiach nagraniowych. Kiedy pojawia się rozdzierający gitarowy riff i bas wszystko unosi się w stereofonicznej przestrzeni wzmacniając ogólne wrażenie do potęgi n-tej. Przyjemny rytm z doskonałym wokalem i dźwięcznym refrenem szybko się kończy, gdy kontrolę przejmuje László Pásztor wykonując psychodeliczne solo gitarowe. To bez wątpienia jeden z najlepszych momentów albumu, do którego lubię wracać. Idźmy jednak dalej. Zakurzone brzmienie fortepianu i 12-strunowa gitara po lewej stronie i solo na skrzypcach po przeciwnej należą do najciekawszych momentów „Láttam én egy osztrigát”. Tym razem głównym wokalistą jest Lajos Som wspierany przez Balázsa Fecó. Wykonanie jest ekspresyjne i przywodzi na myśl beatlesowskie „You Now My Name  (Look Up The Number)”. Ale kto by pomyślał, że Neoton zachowa największe emocje na sam koniec? „Gyere álom” to skondensowana psychodelia, jakiej trudno spodziewać się po zespole zza Żelaznej Kurtyny. Wzmacnia ją śpiew Lajosa Galácza, który brzmi wspaniale. Po zwrotce zespół próbuje wjechać na popowe tory, ale zwrotnice ponownie kierują ją na psychodelię. Rozbudowana solówka Pásztora wcale nie jest nudna. Przeciwnie – cytuje nawet fragment IX symfonii e-mol „Z Nowego Świata” Dvořáka, ale wkrótce zespół przechodzi w swing po czym pojawia się Balázs Fecó z genialną improwizacją na Hammondzie. Warto także zwrócić uwagę na Lajosa Soma, który w wyluzowany sposób wynosi ten numer na nieprawdopodobny poziom.

„Bolond Város” był albumem wyjątkowym. Albumem ery beatników. Niezwykle orzeźwiający, kreatywny i dobrze zinstrumentowany. Psychodeliczny klejnot, który zdołał rozkwitnąć pomimo ograniczeń w czasach Żelaznej Kurtyny, gdzie za posiadanie płyt Beatlesów w niektórych demokratycznych (ale tylko z nazwy) krajach groziło więzienie. Biorąc pod uwagę, jaką drogą podążył Neoton później, można śmiało powiedzieć, że to ponadczasowy album w jego historii.

Po wydaniu płyty zespół wyruszył w trasę koncertową po Afryce gdzie został entuzjastycznie przyjęty. W Nigerii, dla tamtejszego radia nagrał anglojęzyczną wersję swojej słynnej ballady „Kell hogy várj”, a w Ghanie został przyjęty przez władcę tego kraju. Już wtedy Ferenc Debreczeni przeczuwał, że wkrótce może zostać perkusistą zespołu Omega. Gdy po miesiącu Neoton z Ferencem na pokładzie wrócili do domu członkowie Omegi czekali już na niego na lotnisku. Jest też i drugi wątek tej podróży. Balázs Fecó i Lajos Som, w drodze powrotnej zahaczyli o Amsterdam gdzie obejrzeli koncert Black Sabbath. To był impuls, by zerwać z przebojami i skupić się na założeniu zespołu grającego czystego hard rocka. Tak narodziła się supergrupa Taurus… W 1977 roku László Pásztor z nowymi muzykami i dwiema wokalistkami założył koszmarny Neoton Familia. Zespół, nazywany „węgierską ABBĄ” grając taneczny pop i disco odniósł sukces w Europie Wschodniej, Ameryce Południowej i Azji sprzedając miliony płyt. Ale to już inna, nie moja bajka.

PS. Serdeczne podziękowania kieruję w stronę Kasi i jej męża, Jánosa  Széchenyi, z pięknego Hajdúszoboszló, których poznałem jakiś czas temu i którzy cierpliwie tłumaczyli mi teksty wszystkich piosenek z tej płyty. Kasia, János – köszönöm szépen!

McDONALD & SHERBY „Catharsis” (1974).

Są takie płyty, których legenda rodzi się nie dzięki kampaniom reklamowym, miejscem na listach przebojów, czy obecnością w kanonie rocka, a bardziej niedopowiedzianymi historiami owianymi tajemnicą. „Catharsis” należy do tych legendarnych albumów, które przez dziesięciolecia żyły niemal wyłącznie wśród kolekcjonerów prywatnych wydań i miłośników ciężkiego psychodelicznego prog rocka. Choć nazwa McDonald & Sherby brzmi jak nazwa agencji nieruchomości w rzeczywistości jest rockowym duetem, za którym stali Guy McDonald, oraz Stan Sherby – dwaj muzycy z Minneapolis w stanie Minnesota. Występowali lokalnie, najczęściej w klubie należącym do ojca McDonalda, zdobywając wierne grono słuchaczy. Pod koniec lat sześćdziesiątych stworzyli własny materiał łącząc zamiłowanie do psychodelii, hard rocka i rodzącego się wówczas rocka progresywnego. Na przełomie dekady nagrali materiał w słynnym studiu Sound 80 w Minneapolis z udziałem muzyków sesyjnych. Mimo zainteresowania kilku wytwórni kontrakt nigdy nie doszedł do skutku. Zniechęcony Guy McDonald postanowił wydać album własnym sumptem. Tak narodziła się wytwórnia Omniscient Records, która w 1974 roku wypuściła w niewielkim nakładzie „Catharsis”. To właśnie ta skromna liczba egzemplarzy przeznaczona głównie dla rodziny, przyjaciół i lokalnych fanów sprawiła, że płyta jest dziś mitycznym świętym Graalem amerykańskiego undergroundu.

Dwóch brodatych muzyków stylizowanych na archetypicznych hipisów wygląda bardziej jak parodia kontrkultury niż jej autentyk. Tymczasem pod tą osobliwą oprawą kryje się zaskakująca muzyka wykonana przez ludzi, którzy wiedzą jak operować dynamiką i instrumentalnym dialogiem. O ile niektóre płyty przypominają doskonale zaplanowane budowle, inne są jak stare domy stojące na uboczu – pełne skrzypiących schodów, nierównych ścian i tajemnic, których nie sposób odtworzyć. „Catharsis” należy właśnie do tej drugiej kategorii. Nie jest albumem idealnym, ale jest albumem prawdziwym. Już od pierwszych dźwięków słychać, że muzycy nie próbują nikogo naśladować. Owszem, pobrzmiewają tu echa Wishbone Ash, Uriah Heep, Iron Butterfly, czasem nawet wczesnego King Crimson, ale są to raczej dalekie inspiracje niż zapożyczenia. McDonald i Sherby stworzyli własny język: surowy, psychodeliczny i niezwykle szczery. Największą siłą tej muzyki jest kontrast. Delikatne, niemal pastoralne fragmenty akustycznych gitar przechodzą w monumentalne ściany przesterowanych riffów. Melodyjne harmonie wokalne ustępują miejsca ciężkim gitarowym dialogom, które chwilami brzmią, jakby Hendrix spotkał się z Black Sabbath gdzieś w piwnicy amerykańskiego Midwestu na jam session. Nie ma tu ani grama komercyjnej kalkulacji. Każdy utwór rozwija się własnym rytmem, pozwalając muzyce oddychać. Słychać fascynację improwizacją. Słychać radość wspólnego grania. I właśnie dlatego, mimo upływu ponad pięćdziesięciu lat brzmi zaskakująco świeżo. Praktycznie niemożliwe jest wskazać tu faworyta – ten album jest genialny od początku do końca. Jego brzmienie w głównej mierze oparte jest na gitarze – sfuzowanej, miejscami agresywnej, lecz równie często unoszącej się w mglistych, rozciągniętych frazach. To nie jest jednak brutalny hard rock, ani proto metalowy atak. McDonald & Sherby wybierają nieoczekiwane, bardziej niekonwencjonalne, czasem hipnotyczne rozwiązania.

Już otwierające kompozycje takie jak „Addoranne”, „Sharks Around Blood”, oraz „Run And Hide” wprowadzają nas do świata pełnego psychodelicznych pejzaży i ciężkich gitarowych pasaży. Obaj panowie bardzo umiejętnie budują napięcie. Zamiast wściekłego ataku pozwalają muzyce stopniowo dojrzewać, jakby prowadząc nas coraz głębiej w labirynt własnej wyobraźni. Środkowa część albumu stanowi jego emocjonalne serce. To tutaj najpełniej objawia się progresywna natura zespołu. Rozbudowane struktury w monumentalnym „Swim Free”, częste zmiany tempa, oraz wielowątkowe aranżacje pokazują, że duet myślał o muzyce bardziej jak kompozytorzy większych form, niż autorzy prostych piosenek. Najbardziej zapadają w pamięć gitarowe dialogi. One nie konkurują ze sobą — prowadzą rozmowę. Kiedy jedna przejmuje inicjatywę, druga odpowiada subtelną kontrmelodią dzięki czemu nawet te długie instrumentalne fragmenty nigdy nie nużą. Tytułowa kompozycja przynosi pewne wyciszenie. Zamiast efektownego finału otrzymujemy refleksję. Medytacyjna muzyka stopniowo gaśnie pozostawiając nas z poczuciem uczestnictwa w czymś bardzo osobistym. Jej tytuł okazuje się idealny. Catharsis to oczyszczenie przez dźwięk.

Album nosi wszystkie cechy niezależnej produkcji początku lat siedemdziesiątych. Nie jest perfekcyjna. I właśnie dlatego zachwyca. Perkusja brzmi naturalnie, bez studyjnych sztuczek, bas jest miękki, ciepły i bardzo melodyjny. Gitary mają charakterystyczny analogowy, lekko ziarnisty przester, którego współczesne produkcje często próbują bezskutecznie odtworzyć. Całość spowija delikatna pogłosowa mgła nadająca muzyce nieco sennego charakteru. Guy McDonald okazuje się znakomitym gitarzystą i kompozytorem. Jego partie płynnie przechodzą od subtelnych akustycznych figur do ciężkich, pełnych ekspresji riffów. Równie przekonująco wypada przy instrumentach klawiszowych, które dyskretnie poszerzają przestrzeń brzmienia. Z kolei Stan Sherby wnosi do zespołu nieco bardziej surową energię. Jego gitara jest ekspresyjna, chwilami wręcz dzika, ale nigdy nie traci melodii. Wokalnie obaj tworzą bardzo naturalne harmonie – pozbawione teatralności, za to pełne autentycznych emocji.

Historia rocka pełna jest albumów, które odniosły sukces dzięki wielkim budżetom i rozbudowanej promocji. „Catharsis” prezentuje ich całkowite przeciwieństwo. To płyta nagrana z pasji. Wydana niemal potajemnie. Odkryta przez świat dopiero po wielu latach. Jest w niej coś niezwykle ujmującego — świadomość, że twórcy nie nagrywali z myślą o listach przebojów, lecz dlatego, że mieli tę muzykę w duszy i sercu i chcieli ją z siebie wyrzucić. Dla miłośników amerykańskiego progresywnego rocka, ciężkiej psychodelii i gitarowego grania z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych pozycja wręcz obowiązkowa. Album nie zdobył sławy, na jaką zasługiwał, ale właśnie dzięki temu zachował aurę tajemnicy. Bo czasem największe muzyczne skarby znajdują się nie na szczytach list przebojów, lecz na zakurzonych półkach cierpliwie czekając, aż ktoś ponownie pozwoli im zabrzmieć.

W Stanach Zjednoczonych powstały setki prywatnie wydanych płyt, ale tylko nieliczne zyskały status legendy. „Catharsis” jest jedną z nich. I to nie dlatego, że kosztuje fortunę (oryginalne egzemplarze osiągają na aukcjach zawrotne ceny), ale dlatego, że kryje się w nim niezwykła autentyczność. W muzyce McDonalda i Sherby’ego nie ma ani odrobiny pozy. Słychać dwóch ludzi, którzy po prostu chcieli stworzyć coś własnego, nie oglądając się na mody, czy oczekiwania wytwórni. W tym elitarnym gronie ich wspólne dzieło znalazło się obok takich wydawnictw jak równie mityczny „Dark Round The Edges” brytyjskiej grupy Dark, jak „Moon Blood” Fraction, bardziej hard rockowy „A Foot In Coldwater” zespołu o tej samej nazwie, czy „Montgomery Chapel” The Search Party. Łączy je jedna cecha – wszystkie sprawiają wrażenie, jakby istniały poza głównym nurtem historii rocka. Są jak wiadomości w butelce wyrzucone na ocean i odnalezione po latach. Każdy z nich ma własną historię, którą warto opowiedzieć i własny świat, który warto poznać.

Po drugiej stronie rzeczywistości. GANDALF’S FIST „Road To Darkness” (2011).

Tym razem sięgamy po album, który nie jest jedynie zbiorem kompozycji, lecz bramą do wykreowanego świata – miejsca, gdzie progresywny rock splata się z fantastyką, a wyobraźnia staje się równorzędnym instrumentem. „Road To Darkness” z 2011 roku to płyta brytyjskiego zespołu Gandalf’s Fist, koncepcyjny album będący reinterpretacją książki Franka Baumana „Czarnoksiężnik z Krainy Oz” przekształcona  w neoprogresywną odyseję osadzoną w niezbadanych zakątkach Układu Słonecznego. Mała dziewczynka, porwana z Ziemi na Io (jeden z księżyców Jowisza) musi przemierzyć ogarnięty wojną obcy świat, stawiając czoła tajemniczym postaciom, przebiegłym czarodziejom i kosmicznym niebezpieczeństwom na swojej niebezpiecznej drodze przez gwiazdy.

Ponoć pomysł założenia zespołu powstał w jednym z lokalnych pubów w angielskim mieście Maryport, kiedy to dwaj przyjaciele, Dean Marsh i Luke Severn spędzając piątkowy wieczór przy kolejnym kuflu piwa chcąc zaimponować pewnej dziewczynie powiedzieli, że grają w kapeli Gandalf’s Fist. To co miało być żartem wkrótce stało się realem. Kolejne dwa lata obaj panowie spędzili tworząc eksperymentalne utwory instrumentalne, których korzenie sięgały złotej ery progresywnego rocka lat 70-tych, a nawet dalej – narodzin angielskiego folku na wieki przed czasami fantastycznych postaci opisanych przez Tolkiena. Oprócz bezgranicznej miłości do Pink Floyd i King Crimson swoje inspiracje czerpali  także ze sceny NWOBHM, w tym Iron Maiden, Angel Witch i Diamond Head. Była też fascynacja zespołami z odradzającej się sceny neo-progowej, takimi jak Porcupine Tree. To wszystko zainspirowało ich do stworzenia własnej tożsamości muzycznej, tworzenia muzyki, która, choć nie trafiała do mas była muzyką, której sami chcieli słuchać. Po pięciu latach tułaczki do i ze studia, literackiego dziedzictwa starego, dobrego Tolkiena, kreatywny duet zdecydował, że nadszedł czas, aby uruchomić swoje silniki i w 2011 roku wydał na CD-R album demo „The Master And The Monkey”. Za pełnoprawny debiut uznaje się jednak „Road To Darknes” z tego samego roku. W kręgach fanów prog rocka płyta została entuzjastycznie przyjęta, ale jej ograniczony nakład spowodował, że nie do wszystkich chętnych trafiła. W czerwcu 2026 roku, z okazji 15-rocznicy jej wydania zremiksowana, zremasterowana i mająca nową okładkę doczekała się kompaktowej reedycji. Uff, cóż za ulga! Myślałem, że już nigdy jej nie dostanę.

Oryginalna okładka z 2011 roku.

Niektóre albumy przypominają obrazy zawieszone na ścianie – można je podziwiać, lecz pozostają nieruchome. Są jednak i takie, które przypominają drzwi. Wystarczy nacisnąć w odtwarzaczu przycisk „play”, by zawiasy cicho zaskrzypiały, a słuchacz znalazł się po drugiej stronie rzeczywistości. „Road To Darkness” należy właśnie do tej drugiej kategorii. To podróż przez krajobrazy utkane z mgły, gwiezdnego pyłu i gitarowych pogłosów. Nie prowadzi prostą drogą. Zmusza do zatrzymania się, wsłuchania w echo narracji, odnajdywania znaczeń ukrytych pomiędzy dźwiękami. Gandalf’s Fist nie proponuje łatwej rozrywki. Zaprasza do świata, który oddycha własnym rytmem.

Muzycznie album jest niezwykle barwny. Fundamentem jest klasyczny rock progresywny, lecz jego granice nieustannie się rozszerzają. Słychać fascynację Pink Floyd ery „Dark Side Of The Moon” zwłaszcza w przestrzennych gitarach i hipnotycznym klimacie. Równie często pojawiają się także wpływy folk rocka, hard rocka, psychodelii, bluesa, a nawet delikatne elementy muzyki celtyckiej. Wszystko podporządkowano narracji, dzięki czemu całość płynie niczym ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego filmu science fiction. Mile zaskoczyło mnie to, że brzmienie nie imponuje rozmachem studyjnych fajerwerków jakimi często epatuje nas większość współczesnych progresywnych zespołów. Przeciwnie – posiada pewną surowość i niezależny charakter, który dodaje mu autentyczności. To produkcja tworzona bardziej sercem niż budżetem. Każdy efekt gitarowy, każda syntezatorowa plama i każdy narracyjny fragment służą budowaniu atmosfery.

Krótki instrumentalny prolog „No Place Cyclone” otwiera opowieść niczym pierwsze ujęcie filmu. Tajemnicze dźwięki, powoli narastające napięcie i niepokój zwiastują, że nie będzie to podróż ku światłu. To moment, w którym rzeczywistość zaczyna się rozpadać. „Emerald Eyes” to pierwsza pełnoprawna piosenka, która rozwija skrzydła albumu. Brzmi jak nieślubne dziecko „Meddle” i „Dark Side…” Spokojny wokal jak u Davida Giloura, którego kocham  jest mięciutki jak mech. Melodia jest piękna, nostalgiczna i niezwykle nośna, lecz pod jej powierzchnią kryje się smutek. Refren zapada mocno w pamięć, a gitarowe sola unoszą się nad całością niczym promienie światła przebijające burzowe chmury. To jeden z najbardziej melodyjnych punktów programu. Utwór, który wielu mogłoby by uznać za zaginiony kawałek Pink Floyd  z lat 70-tych. Krótka kompozycja „Conjurer Of Cheap Trick” pełni funkcję teatralnego przerywnika. Narracja wysuwa się na pierwszy plan, budując kolejne elementy historii. To nie tyle piosenka, ile scena dramatu. Tuż po tym przychodzi „Into The Dark (Containing Emerald Eyes Reprise” – pierwsza wielka progresywna suita albumu zalana kosmicznymi syntezatorami, improwizowanymi partiami gitarowymi i tekstami science fiction. Gandalf’s Fist z niezwykłą swobodą przechodzi od spokojnych fragmentów do cięższych gitarowych eksplozji. Powracający motyw „Emerald Eyes” spaja narrację, a kompozycja przypomina podróż przez coraz ciemniejsze zakątki wyobraźni. Syntezatory i subtelne melodie w „Twillght A t The Gates Of The Prism Moon” tworzą obraz obcej planety skąpanej w bladym świetle. Mnóstwo tu puszystych chmur i powietrza. Ten nastrojowy, niemal eteryczny utwór to chwila oddechu, ale również moment narastającego niepokoju. Kiedy wchodzi soczysty motyw basu podświadomie czuję, że krew się zagotuje.

Okładka kompaktowej reedycji z 2026 roku.

Jedną z najbardziej dynamicznych kompozycji na płycie jest „The Sulfur Highways Of Io”. Pod względem efektów specjalnych jest bardzo „stonerowy”. Mocniejsze riffy spotykają się tutaj z psychodelicznymi pejzażami, tworząc fascynującą mieszankę ciężaru i przestrzeni. Tytułowe „siarkowe drogi Io” niemal materializują się przed naszymi oczami. Natomiast najbardziej refleksyjny moment albumu odnajdziemy w „Untodden Ways”. Zaczyna się jak folkowy epitafium dla utraconej miłości. Delikatniejsze aranżacje pozwalają wybrzmieć emocjom, a melancholijna atmosfera przypomina, że największe podróże odbywają się nie w Kosmosie, ale wewnątrz człowieka. Tytułowy „Road To Darkness” jest sercem całej opowieści. Łączy wszystkie najważniejsze cechy albumu: progresywne zmiany tempa, melodyjne refreny, rozbudowane partie instrumentalne i filmową dramaturgię. Kolejny ultra-wysoki poziom tego albumu, który przechodzi w „The Council Of Anderson” o wyraźnie floydowskim charakterze. Gitary prowadzą spokojną narrację, która stopniowo nabiera siły. W końcówce muzycy pozwalają sobie na bardziej ekspresyjne rozwinięcie, pozostawiając nas z poczuciem uczestnictwa w czymś większym niż zwykła piosenka. Świetlisty wokal, bas, perkusja, klawisze i gitara są porywające i wykraczają daleko poza granice czystego geniuszu, a finałowe solo na gryfie jest powalające! Ostatnie nagranie, „Assorted Lunatics” przypomina powolne zamykanie księgi. Echo głosów, niepokojące harmonie i psychodeliczny klimat pozostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. Historia dobiega końca, lecz jej atmosfera jeszcze długo nas nie opuszcza.

Największą siłą Gandalf’s Fist okazuje się wyobraźnia. Dean Marsh jako multiinstrumentalista buduje niezwykle bogaty świat dźwięków. Jego gitary potrafią zagrać niczym David Gilmour, innym razem uderzyć ciężkimi riffami, lub subtelnie poprowadzić folkową melodię. Partie klawiszowe nie dominują, lecz konsekwentnie malują tło, bez którego album straciłby znaczną część swojej magii. Luke Severn odpowiada przede wszystkim za narrację i wokale, nadając historii teatralny wymiar. Śpiew na tej płycie nie imponuje wirtuozerią. Ma inne zadanie – opowiadanie. Dzięki temu słuchacz wierzy każdemu wypowiedzianemu słowu. Narracyjne fragmenty wzbogacają koncepcję, sprawiając, że album funkcjonuje niczym słuchowisko osadzone pomiędzy rockową operą, a klasycznym koncept albumem.

„Road To Darkness” nie jest jeszcze monumentalnym arcydziełem jakim kilka lat później okaże się „The Clockwork Fable”. Ale to właśnie tutaj muzycy odnaleźli swój własny język. Album pokazuje odważny, pełen pomysłów i całkowicie nieprzejmujący się komercyjnymi oczekiwaniami zespół. Zespół, który stworzył dzieło wymagające cierpliwości, odwdzięczając się bogactwem szczegółów i niezwykłym klimatem. W jego dyskografii „Road To Darknes” pozostaje kamieniem milowym – pierwszym w pełni dojrzałym koncept albumem, na którym muzycy udowodnili, że potrafią połączyć literacką narrację z ambitnym rockiem progresywnym. To płyta, do której nie wraca się dla pojedynczych numerów. Wraca się do niej jak do ulubionej powieści – aby jeszcze raz przemierzyć tę samą drogę i odkryć, że mrok, jeśli wsłuchać się w niego uważnie, potrafi rozbrzmiewać zaskakująco pięknymi melodiami.

ROCK ISLAND (1970); TROYKA (1970); HAIRY CHAPTER (1971).

Trzy zespoły z trzech różnych krajów, które miały jedną wspólną płaszczyznę – grały ciężkiego rocka w niezwykle ciekawym dla nich okresie, czyli na początku lat 70-tych. Odkrywanie początków takiego grania zawsze jest ekscytujące. Mam nadzieję, że nie tylko dla mnie.

ROCK ISLAND „Rock Island” (1970).

Pochodzący z Filadelfii (nie z Chicago jak podają niektóre źródła) kwintet Rock Island powstał w 1969 roku i zanim jego skład się ustabilizował zmieniał się praktycznie co tydzień. Nie mniej jego trzon od początku opierał się na trzech filarach. Byli to: gitarzysta Mark Kennedy, wokalista o potężnym głosie BJ Taylor i perkusista Frank Schallis – wszyscy wcześniej grali w zespole The Many Few. Na stałe do tej trójki dołączył grający na klawiszach Cobb Bussinger zapewniając wsparcie dla gitarowych riffów Kennedy’ego, oraz basista Tony Curcio. Dzięki występom w lokalnych klubach i plenerowych koncertach szybko zyskali popularność i całkiem pokaźną rzeszę oddanych fanów. Z nagranym demo zawierającym cztery utwory ruszyli do Nowego Jorku, gdzie obdzwaniali wszelkie możliwe wytwórnie płytowe licząc, że ktoś się nimi zainteresuje. Tym „ktosiem” okazał się producent Jeff Hest ze stosunkowo nowej wytwórni Project 3 Records, z którym podpisali z kontrakt. Wydany w 1970 roku singiel „Babe, I’m Gonna Leave You” odniósł sukces na Środkowym Zachodzie, oraz w kilku krajach Europy. Z gorącym przyjęciem spotkała się też duża płyta, która do sklepów trafiła dwa miesiące później. Zespół gra na niej solidnego hard rocka podszytego ciężkim bluesem i psychodelią. Nie jest to arcydzieło gatunku, ale słucha się go z dużą przyjemnością. Spośród dwunastu utworów moją uwagę zwróciły takie nagrania jak „Blue, Blue Lady” z miażdżącą linią basu i zaskakującymi harmoniami wokalnymi dające popalić CS&N; rockowa ballada „When I Was A Boy” nieoczekiwanie podążająca w jazzową stronę; niepokojący, choć zapadający w pamięć „Hard And Never Easy”, w którym gitarowe solówki mają klimat southern rocka, czy napędzany gustownymi organami i świetnym gitarowym riffem „Won’t You Stay Another Day”. Jest tu (a jakże!) „Babe, I’m Gonna Leave You”, znakomity „Runnin’ Through My Mind” ze wspaniałym gitarowym solem, a także ośmiominutowy blues rockowy kiler „Blues” z szalejącym Hammondem!

W maju 1970 roku, gdy zespół był u szczytu formy doszło do masakry na Uniwersytecie Stanowym w Kent podczas pokojowej manifestacji przeciw wojnie w Wietnamie, w której czterech studentów zginęło, a dziewięciu zostało rannych w wyniku ostrzału przez Gwardię Narodową. To wydarzenie spowodowało, że wiele uniwersytetów i szkół wyższych odwołało letnie koncerty, w tym te z udziałem Rock Island. Pozbawieni występów muzycy zaczęli powoli odchodzić z zespołu, zmiennicy okazali się zwykłymi rzemieślnikami przez co Rock Island stracił impet i kierunek aż w końcu został rozwiązany jeszcze tego samego roku. Dwa lata później Kennedy,  Bussinger i Schallis powołali formację Rain wydając dość przeciętną soft rockową płytę z elementami folku po czym ich drogi się rozeszły.

TROYKA „Troyka” (1970).

W nieustającym przypływie północnoamerykańskiego rocka psychodelicznego niewiele płyt było tak odważnie dziwnych, pomysłowych i całkowicie wyjątkowych jak „Troyka”, jedyny album z 1970 roku power tria o tej samej nazwie. Wydany przez wytwórnię Cotillion należącą do Atlantic i długo niedostępny (reedycja dopiero w 2014 roku) to pokręcone arcydzieło zrodzone z kontrkulturowego buntu, które rozciąga się na granicy wschodnioeuropejskiego folku, progresywnego rocka i ciężkiej psychodelii. A wszystko to wykonane z frenetyczną energią zespołu, który dokładnie wiedział, co robi, nawet gdy nikt inny tego nie wiedział.

Trio powstało w Edmonton, gdzie mieszkała liczna ukraińska społeczność kanadyjska. Zespół zrodzony z popiołów The Royal Family, który w 1965 roku wydał dwa beatowe single składał się z gitarzysty Roberta Edwardsa, perkusisty Michaela Richardsa i basisty Rona Lukawitskiego (później znanego jako Rumor Lukawietsky). Samodzielnie wyprodukowane demo trafiło w ręce nowojorskiego producenta Shela Kagana. Szefostwo z Atlantic Records zgodziło się wydać je na dużej płycie w satelitarnej wytwórni Cotillion. Chociaż zespół miał mieszane uczucia co do ostatecznego miksu i zdjęcia na okładce, umowa została zawarta. Longplay został wydany w marcu 1970 roku bez rozgłosu i reklamy. Określić go mianem psychodelicznym byłoby zbyt daleko idącym ograniczeniem. Owszem, jest progresywny, ale nie w sensie klasycznego brytyjskiego progu. Jest ciężki, ale nie metalowy. Etniczny, ale nie nowatorski. To, co Troyce udaje się osiągnąć, jest czymś zupełnie innym, ale też przemyślanym. Nie ma tu ani jednego nudnego kawałka. Utwory takie jak „Natural” i „Berry Picking” kipią funkowymi rytmami, absurdalnymi aluzjami seksualnymi i szorstkim wokalem, który brzmi jak naganiacz z wesołego miasteczka zapowiadający różne atrakcje. Zwariowana rymowanka „Rub-A-Dub-Dub Troyka In A Tub” wykrzykiwała ukraińsko-angielskie zaczepki z rozmytym basem i surrealistycznymi gitarowymi zagrywkami. Hiper bluesowy „Rolling Down The Back Road” kroczy z surową mocą i swobodą godną MC5: roztopione fuzzowe solówki Edwardsa, chodzący chłodny bas Lukawietsky’ego i gardłowy ryk Richardsa przywodzą na myśl duszne, piwniczne jam sessions, gdzie psychodeliczny chaos łączy się z proto speed metalem. W innym miejscu zespół całkowicie zmienia oblicze: „Dear Margaret” to żałobna pieśń miłosna, w której Richards śpiewa po ukraińsku, a Edwards gra na mandolinie, „Early Morning” oferuje delikatną, folkową psychodelię z marzycielską gitarą, a zamykający płytę „Go East Young Man Beautiful Pink Eyes” łączy progresywny rozmach z dzikimi solówkami wah-wah i folkowymi ozdobnikami Dołączony do późniejszych reedycji bonusowy „The Wedding Song” to szczery do bólu numer o emocjonalnej głębi.

Troyka to nie tylko relikt wczesnych lat 70-tych. To dokument surowej, nieustraszonej i wywrotowej sztuki z czasów, gdy rock wciąż odkrywał swoje granice. Do dziś pozostaje jednym z najgenialniejszych kanadyjskich debiutów – płytą, która mogła powstać tylko na ośnieżonych preriach, w piwnicznym studiu u trzech słowiańsko-kanadyjskich wizjonerów, którzy nie mieli nic do stracenia. Swego czasu był to dla mnie absolutny kiler, którego słuchałem na okrągło przez wiele tygodni i do którego z wielką przyjemnością wracam co jakiś czas.

HAIRY CHAPTER „Can’t Get Through” (1971).

„Can’t Get Through” to jedna z moich ulubionych niemieckich płyt wczesnych lat 70-tych, która powinna znaleźć się w kolekcji każdego fana ciężkich brzmień. Magazyn „Laser’s Edge” nazwał ją kiedyś „Nieokiełznaną gitarową rozpustą” i byłoby z mojej strony skrajnym nietaktem nie przyznać mu racji. Idąc podobnym tokiem myślenia niedocenionemu bohaterowi gitary jakim był Harry Titlbach należałoby nadać mu pośmiertny tytuł „Herosa Gitary”. Każdy jego gorący lick wyciśnięty jest z czystej desperacji; jakby słyszał tykający zegar swej śmiertelności. I nieważne, czy są to bluesowe piski w stylu Paula Kossoffa, czy urocze podejście do funku jego gra przyprawia o szybsze bicie serca. Ale zanim Hairy Chapter zostali w 1971 roku długowłosymi rockmenami rok wcześniej nagrali przeciętny, garażowo-funkowy krążek „Eyes”. Wraz z wysypem ciężkich płyt, z „leniwego” zespołu przekształcili się w dumną kastę wojowników Guitar Army z barbarzyńskim planem podbicia wciąż podzielonych Niemiec, a może i całej Europy. Zniknęły rzewne struktury, delikatne solówki, wokalne harmonie. W zamian pojawiły się długie i misternie zaaranżowane serie porywającego szaleństwa wyrywające dywan spod stóp słuchaczy rzucając ich w dźwiękowe podziemne tunele. Być może wpływ na to miało pojawienie się producenta, Dietera Dierksa, który dał sygnał, że to może być ich czas, ich moment. To on uwolnił psychodeliczną bestię i okiełznał ją na tyle, by pomóc im osiągnąć postmodernistyczne, rock and rollowe szczyty szaleństwa. Miks jest gwałtowny, elektryzujący i brzmi jak żywy: ciężkie gitary Titlbacha na pierwszym planie, przesterowany bas Rudolfa Oldenburga,  perkusja Wernera Fausawa stylu Mitcha Mitchella i desperacki, pełen bólu wokal Harry’ego Unte. Choć nie jest to album pełen ciężkich riffów, ma swoje atuty – mnóstwo nieokiełznanych solówek gitarowych i fajnych, mrocznych rytmów z nieoczekiwanymi zmianami kierunku. „Can’t Get Through” wydaje się być krwawą, maniakalną kombinacją pierwszej płyty Funkadelic, oraz albumów takich jak „Love It To Death Alice Coopera, „dwójki” Led Zeppelin, i „Yeti” Amon Duul II. I to w zasadzie podsumowuje istotę tego krążka.

„There’s A Kind Of Nothing” rozpoczyna się od czegoś, co zaczyna się jak dość prosty, zeppelinowy utwór. Nie powala, a mimo to miło się go słucha. Myślę, że to zasłona dymna, by nie wystraszyć potencjonalnego, nic niepodejrzewającego odbiorcy, bo już następny, prawie jedenastominutowy „Can’t Get Throught” zaczyna się od szalonego, aroganckiego wokalu Harry’ego Unte, którego punkowe wersy jak „”Rzeczywistość musi umrzeć”  i „Moja edukacja nigdy nie pozwoli mi być wolnym” stały się hasłami młodego niemieckiego pokolenia. Utwór skłania się bardziej ku metalowi niż prog rockowi. W każdym razie bliżej mu do Rush, niż Gentle Giant. Interakcja gitar i perkusji jest epicka, a potężne psychodeliczne metalowe riffy są wisienką na torcie.  Bardzo fajnie wpasowała się tu harmonijka ustna głównie dlatego, że zespół nie udaje, że wpada w bluesa, ale nurkuje w głębiny psychodelii i progresywnego grania. Dieter Dierks był prawdziwym demonem konsolety siejąc postrach wśród miłośników bawarskich szlagierów. Jednak moim ulubionym utworem (i to nie dlatego, że przypomina mi wczesne Budgie) jest ośmiominutowy gigant, „It Must Be An Officer’s Daughter”. Zespół wchodzi tu na głęboką wodę. Krótki, hałaśliwy wybuch na początku szybko przechodzi w blues rockową część, w której Harry Unte chce uprawiać seks przez całą noc. Każdy kto poczuł ciary na plecach słuchając „Green Manalishi” Petera Greena zesztywnieje i zblednie na myśl o seksualnej obsesji jakiej w tym utworze doświadcza wokalista. Kolejne nagranie, ” As We Crossed Over” dowodzi jak kompletnie niekonwencjonalny jest to zespół. Gotycki chóralny wokal i solo na trąbce piccolo ilustrują historię o przedarciu się do Zaświatów. Albo przez Mur Berliński. Albo jedno i drugie. Jest w tym trochę Bowiego z „Man Who Sold The World”, trochę krautrocka, ale tak szczerze, trudno przypisać go do konkretnego gatunku… „You’ve Got To Follow This Masquerade” kontynuuje serię świetnych tytułów kończąc album niemal tak, jak się zaczął – pozornie prostym klasycznym rockerem. Robi to jednak z chytrym przymrużeniem oka albowiem  zakończenie czymś tak prostym jest bardziej zagadkowe i, w pewnym sensie, progresywne niż cokolwiek innego, co mogli zrobić. Ale to nie jest subwersywny trolling, ani ironia – to znakomity rocker, a Hairy Chapter znał jego wartość równie dobrze, jak wartość progresywnej eksploracji. Sabbathowe riffy przeplatają się tu z bardziej surowymi fragmentami Led Zeppelin, które nagle urywają się po około czterech minutach, pozostawiając słuchacza z pytaniem, „Co do ch…?” Jak dla mnie to jeden z niesłusznie zapomnianych albumów tamtej epoki łączący blues rock i piękny noise z krautrockiem

Hairy Chapter był krótkim rozdziałem w wielkiej księdze niemieckiego rocka i jak wiele innych zespołów próżno czekał na swój moment. Trafnie skomentował to Dag Erik Asbjornsen w swojej wspaniałej książce „Cosmic Dreams At Play” pisząc o nim: „Byli jednym z tych krzyczących głupców obniżających IQ, których ludzie nigdy nie będą mieli dość.”  No właśnie!

PS. Zarówno „Eyes” jak i „Can’t Get Through” dostępne są na jednej płycie CD, która ukazała się nakładem wytwórni Second Battle. Ten sam skład wydał w 1970 roku album „Electric Sound For Dancing” pod nazwą The Chaparall Electric Sound Inc, ale ta płyta od dawna jest nieosiągalna.

Tam gdzie las pamięta pieśni świata. CONSTANTINE „Day Of Light” (2015)

Są albumy, które powstają po to, by podążać za duchem swoich czasów. Są też takie, które odwracają się od współczesności i wyruszają na poszukiwanie świata dawno utraconego. „Day Of Light” należy właśnie do tej drugiej kategorii. Nie brzmi jak płyta nagrana w XXI wieku. Raczej jak ręcznie iluminowany manuskrypt odnaleziony na zakurzonej półce starej biblioteki, gdzie pomiędzy kartami wciąż pachnie mchem, kadzidłem i drewnem starych instrumentów.

Constantine Hastalis. Prawdopodobnie niewielu słyszało o tym znakomitym, amerykańskim multiinstrumentaliście greckiego pochodzenia od dzieciństwa mieszkającym w Chicago. Muzyk zdaje się akceptować swoje podwójne dziedzictwo: z jednej strony amerykańskie, z drugiej europejskie. Mało kto wie, że ma jedną z najbardziej imponujących kolekcji płyt, głównie z lat 60 i 70-tych, w której znaleźć można rarytasy przyprawiające ból głowy niejednego poważnego kolekcjonera oryginalnych winyli. Bezgraniczna miłość do tamtych lat widoczna jest w jego kompozycjach, które nagrywa razem ze swoimi muzykami pod nazwą Constatine. Ten zespół, lub jak kto woli projekt, porusza się po wysoce referencyjnym, celowo „staromodnym” wszechświecie nawiązując do ekscentrycznych zespołów takich jak Comus, czy Incredible String Band i ożywiając  psychodeliczny folk, przy czym słowo „psychodeliczny” to idiom, z którym jeśli się zadziera, to zadziera się na zawsze. Ale Hastalis nie próbuje wymyślać psychodelii od nowa. Oddaje jej hołd z pokorą i miłością skromnego rzemieślnika. Inspiracje brytyjskim acid folkiem przełomu tamtych lat są tu oczywiste, lecz nigdy nie zamieniają się w bezmyślne kopiowanie. To muzyka zrodzona z fascynacji dawnymi mistrzami, ale przepuszczona przez własną wyobraźnię. Można się o tym przekonać słuchając drugiej płyty, „In Memory Of A Summer Day”, z 2020 roku, która zawiera wszystkie oczekiwane składniki psychodelicznego folku: średniowieczną obsesję widoczną na okładce, indyjskie brzmienia i teatralną narrację. Słuchając jej łatwo można sobie wyobrazić młodego Constatnine’a pochłoniętego lekturą „Silmarilion”, szukającego Toma Bombadila na rogach ulic, czy walczącego z papierowymi smokami na szkolnym podwórku. Wyobrazić sobie wyobcowanego małego chłopca zanurzonego w wyimaginowanym świecie będącym przedłużeniem jego samotnych wędrówek. Niewątpliwie muzyka pozwalała mu potem osadzić te samotne wędrówki w bardziej namacalnej rzeczywistości i dzięki poszukiwaniu tej empatii „Wspomnienie letniego dnia” tak głęboko mnie poruszyła… Wybiegłem nieco w przyszłość, bo zanim poznałem „In Memory…” najpierw zachwyciłem się wydanym pięć lat wcześniej debiutem „Day Of Light”. W jego nagraniu uczestniczyli muzycy związani z zespołem O.W.L. na czele z jej liderem Stephenem Titra, co dodatkowo wzmacnia autentyczny charakter tej podróży. Titra przyczynił się także do powstania wspaniałej, tolkienowskiej okładki gdzie z tyłu umieścił taki oto tekst: „Podążaj za dźwiękiem fletów i dzwonków snu mijając wierzby, daleko za wzgórzem. Stąpaj leśną ścieżką, gdzie królowie i magowie kryją się w drzewach. Strzeż się mroku lasu i ciesz się żywymi kolorami ziemi; klawesyny i mellotrony będą twoimi przewodnikami. Wędruj, aż dzień zniknie, zanim nowy nastanie…”

 Album zawiera jedenaście oryginalnych kompozycji, w których usłyszymy niesamowitą ilość instrumentów, w tym te, które dziś wydają się zaginione, takie jak sitar i tabla – synonimy muzyki Wschodu i psychodelii w ogóle. Nie ma tu ani jednego przecinka nie na miejscu; wszystko zostało stworzone z tak wielką dbałością o szczegóły, że wydaje się niewiarygodne, że to dzieło początkującego artysty. Pierwotnie krążek został wydany w limitowanym nakładzie trzystu sztuk, dopiero później doczekał się szerszej reedycji. Już otwierające „(Into The Land) That Time Forgot” nie jest zwykłym wstępem. To uchylone drzwi prowadzące do krainy, gdzie czas płynie inaczej. Wystarczy kilkadziesiąt sekund, by słuchacz porzucił codzienność i przekroczył niewidzialną granicę między jawą, a snem. „The Trip (Parts I & II)” rozwija skrzydła niczym opowieść o mistycznej pielgrzymce. Nie chodzi tu o psychodelię rozumianą jako hałaśliwy eksperyment. To podróż wewnętrzna, prowadzona przez sitar, mellotron, flet, niebiańskie głosy, subtelne organy i delikatnie pulsującą sekcję rytmiczną. Kompozycja oddycha spokojem, pozwalając każdemu motywowi rozkwitnąć bez pośpiechu… „Egyptian Days” wnosi orientalny odcień. Nie jest to jednak egzotyka dla samej egzotyki. Wschodnie ornamenty stapiają się z folkową melodyką, tworząc pejzaż przypominający stare legendy opowiadane pod rozgwieżdżonym niebem pustyni. Maleńkie „Song Of The Seven Willows” przypomina muzyczny szkic wykonany cienkim pędzlem. Krótki, wręcz eteryczny, pozostawia po sobie więcej ciszy niż dźwięków. To jedna z takich miniatur, które wydają się zbyt krótkie tylko dlatego, że chciałoby się zostać w tym świecie znacznie dłużej. Więcej energii wnosi „On Through The Ages” z żeńskim wokalem przypominającym Annie Haslam. Psychodeliczny folk spotyka tu progresywną wrażliwość, a kolejne instrumenty budują kompozycję z niezwykłą cierpliwością. Nic nie dzieje się przypadkiem; każdy akord nie tylko wydaje się częścią większej opowieści, ale nim jest.

Centralną część albumu tworzą „Fountains / Reflections”, „Voyage Of The Crystal Bird”, oraz „Forest Path” – trzy utwory przypominające kolejne rozdziały tej samej baśni. Pierwszy odbija się niczym tafla spokojnej wody, drugi unosi słuchacza wysoko ponad ziemię, trzeci prowadzi przez gęsty las, w którym za każdym drzewem może czekać zarówno światło, jak i cień. To właśnie tutaj najpełniej objawia się talent Hastalisa jako aranżera. Flety, mellotron, klawisze, instrumenty strunowe i subtelna perkusja splatają się w niezwykle bogatą, lecz nigdy przesadnie zagęszczoną tkankę dźwiękową. Powracające „(Into The Land) That Time Forgot Pt. II” działa niczym oddech przed finałem. Krótkie przypomnienie motywu otwierającego zamyka się muzyczną klamrę. Najbardziej rozbudowaną emocjonalnie kompozycją pozostaje „Rania”, która rozwija się powoli, z niemal filmową dramaturgią. Zaczyna się delikatnie, lecz z każdą minutą nabiera siły, by zakończyć się pełnym psychodelicznego rozmachu finałem. Bez wątpienia jeden z najjaśniejszych punktów całego albumu. Na końcu pojawia się utwór tytułowy. Nie kończy albumu efektownym wybuchem. Przeciwnie – pozostawia słuchacza z poczuciem zadumy. To pieśń o świetle rozumianym nie jako triumf nad ciemnością, lecz jako nieustannie obecna siła życia i śmierci, miłości i przemijania. Zamiast postawić kropkę, Hastalis zostawia otwarte drzwi. Jakby chciał powiedzieć, że każda podróż kończy się jedynie po to, by mogła rozpocząć się następna.

Są albumy, które z biegiem lat bledną, bo były związane z chwilową fascynacją. Natomiast płyty takie jak „Day Of Light” dojrzewają razem ze słuchaczem. Po latach odkrywa się w nich nie nowe melodie, lecz nowe znaczenia. Cisza między dźwiękami zaczyna mówić równie wiele jak same kompozycje. To jest jedna z tych płyt, których nie tyle się słucha, ile w nich przebywa. Jej największym osiągnięciem pozostaje atmosfera. Nie ma tu ani jednej nuty, która próbowałaby imponować techniką. Wszystko podporządkowane jest budowaniu świata – świata pełnego lasów, średniowiecznych zamków, mgieł, dawnych wierzeń i dziecięcej wyobraźni. To muzyka, która nie spieszy się do celu, bo sama droga jest jej najważniejszym bohaterem. W obecnej dobie, gdy wiele albumów walczy o uwagę słuchacza głośnością i natychmiastową atrakcyjnością, Constantine proponuje coś odwrotnego – cierpliwość.

„Day Of Light” nie zdobywa serca od pierwszych sekund. Ono otwiera się przed nim stopniowo, niczym ścieżka prowadząca coraz głębiej w zaczarowany las. Ale to nie tylko znakomity acid folkowy album. To list miłosny do całej muzycznej epoki, napisany z ogromną kulturą, wyobraźnią i szacunkiem dla tradycji. To także niezbity dowód na to, że psychodelię można wynieść do rangi sztuki na wysoki poziom. Album, który przypomina, że czasem niezapomnianą podróż można odbyć nie ruszając się z miejsca. Wystarczy założyć słuchawki, przymknąć oczy i pozwolić, by poprowadziły nas dźwięki. I tylko tyle. Skorzystajmy z tej okazji – kolejna może nam się nieprędko trafić.

O.W.L. (1971) – Święty Graal amerykańskiego acid folk rocka.

„Sowa jest nocnym zwierzęciem, ma wyostrzony wzrok i słuch. Sowy naturalnie widzą w ciemnościach nocy i słyszą dźwięki w ciszy – iluzji ciemności. To uczy nas, jak patrzeć poza własne złudzenia i ufać intuicji oraz zmysłom percepcji.” (autor nieznany)

Spokojnie. To nie jest artykuł o fascynujących i budzących podziw ptakach będących symbolem mądrości. Nieprzypadkowo w nazwie zespołu pomiędzy trzema literami układającymi się w słowo owl (sowa) pojawiają się kropki. Rozwijając je odsłania nam się jego prawdziwa nazwa, OF WONDROUS LEGENDS.

Za tym muzycznym projektem stał Stephen Titra – młody artysta i muzyk z Chicago, który na przełomie lat 60 i 70-tych. udzielał się w lokalnych grupach psychodelicznych i folk rockowych, w tym w legendarnym jam bandzie Mountain Bus. Chcąc realizować własną bardziej wyrafinowaną wizję artystyczną opuścił Mountain Bus tuż przed tym jak zespół zyskał popularność i wydał kapitalny longplay „Sundance” inspirowany Grateful Dead… Pisząc utwory pełne poetyckich, uduchowionych tekstów podparte skomplikowanymi melodiami w 1968 roku Titra założył O.W.L. Trzy lata później dzięki swojemu agentowi wszedł do prestiżowego studia Universal Recording w Chicago i nagrał demo. Jego właściciel tak bardzo zachwycił się materiałem, że postanowił sfinansować nagranie dużej płyty. Artysta szybko skompletował znakomitych muzyków sesyjnych, z którymi nagrał coś, co wymykało się tradycyjnemu pojmowaniu folku. Zamiast surowego brzmienia gitary akustycznej, album zyskał bogate, barokowe i niemal filmowe aranżacje. W nagraniach wykorzystano między innymi wibrafon i marimbę, flet i wiolonczelę, sekcję dętą, fortepian, oraz wczesny model Mooga. Po zmiksowaniu wytłoczono dwadzieścia próbnych egzemplarzy, które rozesłano do największych amerykańskich wytwórni płytowych takich jak Elektra, Capitol, RCA, A&M, a nawet Playboy Records. Wszystkie odrzuciły go z tego samego powodu: muzyka była zbyt trudna, niekomercyjna, niszowa i zbyt „artystyczna” bez potencjału na przebojowy singiel. Zniechęcony Titra porzucił karierę rockową, ukończył studia artystyczne i przez kolejne dekady spełniał się jako ceniony malarz, oraz ilustrator. I tu historia O.W.L. mogłaby się skończyć gdyby nie jeden człowiek.

W 2004 roku szef  niezależnej wytwórni Locust Music z Chicago, Dawson Prater w małym antykwariacie natknął się na jedną z owych dwudziestu oryginalnych płyt. Zafascynowany tym co usłyszał, po nitce do kłębka dotarł do Stephena Titry. Za jego zgodą taśmy zostały oczyszczone, zremasterowane i wydane pod koniec 2008 roku na CD, a potem na winylu pod tytułem „Of Wondrous Legends”. Dla muzycznych archeologów było to jedno z najbardziej sensacyjnych odkryć roku i być może jedno z najważniejszych wznowień od lat. Uwagę zwraca znakomita okładka. Rysunek namalowany przez Titrę piórem i tuszem z motywami średniowiecza i wieloma detalami nawiązującymi do Tarota pokazuje jak utalentowanym i wszechstronnym był on artystą. Polecam pochylić się z lupą nad tą okładką i przekonać się jak wiele drobnych szczegółów jest tam do odkrycia.

Jeśli chodzi o muzykę, jedno jest pewne – projekt O.W.L w niczym nie przypomina Mountain Bus. Zresztą wiele z tych piosenek Titra grał na żywo w latach 1967/68. To muzyka pełna wolnej przestrzeni, pozbawiona przesterowanych gitar i typowych psychodelicznych efektów budująca niesamowity mistyczny klimat. To nie była muzyka na stadiony. Utkana z najszlachetniejszych nici akustycznego folku, muzyki dworskiej, oraz nienachalnej, pełnej zadumy psychodelii bardziej pasowała do miejsc kameralnych, intymnych, na wpół zaciemnionych. Nastrój, atmosfera… wszystko to jest eteryczne, momentami medytacyjne, a dryfujące od średniowiecznych ballad po gregoriańskie chorały kompozycje wyprzedziły swoją epokę. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że obcuje się z muzycznym odpowiednikiem malarstwa prerafaelitów. Miniatury pokroju „Breton Landscape”, czy „Renaissance & Rococo” to dźwiękowe akwarele, w których każdy ruch smyczka, czy uderzenie w struny mandoliny są jak precyzyjne pociągnięcia pędzla.

Stephen Titra odwracając się plecami od surowego, chicagowskiego bluesa i modnego wówczas, kalifornijskiego rocka, skierował swój wzrok ku zamglonej starej Europie. Jego wokal, ciepły, czysty i niezwykle plastyczny, unosi się nad instrumentami niczym duch nad leśnym uroczyskiem niosąc ze sobą głęboko poetycki romantyzm. Tradycyjne instrumentarium folkowe zostało wzbogacone o dworskie barwy fletów, aksamitne brzmienie wiolonczeli, krystaliczne uderzenia wibrafonu i orkiestrowe dzwonki. To nie jest surowy, garażowy folk – to misternie skomponowana kameralistyka. W tle tych quasi średniowiecznych pieśni pobrzmiewają tajemnicze dźwięki Mooga nadając im mistycznego charakteru.

Wszystko co na tej płycie to złoto. Sielskie, czasem tajemniczo piękne kompozycje łączą mistykę, arturiańskie legendy i zachwyt nad życiem z idealnie wyważonymi akcentami kameralnymi. Choć album płynie niczym rzeka niespiesznie wijąca się przez obszar dzikiej przyrody, kryje w sobie momenty potężnego napięcia. Otwierający to misterium utwór tytułowy wprowadza nas w stan głębokiej medytacji. Będący oniryczną ucieczką od rzeczywistości „Upon The Wings Of Gabriel” i melancholijna baśń „A Tale Of A Crimson Knight” to mocne kawałki acid folku – tych utworów nie może przegapić żaden fan psychodelii.  „Salvation Song” mógłby znaleźć się na wczesnym albumie Tima Buckleya. Mimo że nie jest mu pochodny przekazuje ten sam rodzaj emocji; z kolei „Be Alive” to afirmacja życia w barokowym stylu. Ale prawdziwym sercem albumu jest mroczny, monumentalny, ponad ośmiominutowy „Midnight Carnival”. To hipnotyczny, transowy spektakl o jedności i chaosie, w którym sielska atmosfera gwałtownie gęstnieje, ustępując miejsca niepokojącej, niemal pogańskiej ekstazie i dźwiękowej iluminacji.

Album „Of Wondrous Legends” nie jest zwykłym archiwalnym znaleziskiem. To kompletne, organiczne dzieło sztuki, które rzuca wyzwanie czasowi i fizyce. Brzmi tak, jakby zostało zarejestrowane poza historią – jest kruche, a jednocześnie niezwykle odporne na przemijanie. Porównuje się je do zespołów i artystów z tamtej epoki jak Pearls Before Swine (szczególnie płyta „The Use Of Ashes”), The Left Banke (ze względu na barokowo popowe aranżacje), Tima Buckleya, Shawna Phillipsa, czy wczesnego Nicka Drake’a. Trudno więc zrozumieć dlaczego w epoce tak wspaniała i niesamowita rzecz została odrzucona i niemal wymazana z kart historii muzyki?! Dziś to nie tylko pozycja godna polecenia, ile bezcenny, odnaleziony po latach święty Graal.

Warto odnotować, że w 2015 roku Stephen Titra i członkowie O.W.L. pojawili się na płycie „Day Of Light” Constantine’a Hastalisa. Autorem baśniowej okładki był Titra, a sam album był jednym z moich odkryć tamtego roku.