Kiedy zaczynałem tworzyć tego bloga archeologia muzyczna była dla mnie (i pewnie dla wielu też) pewnym rodzajem zabawy w odnajdywaniu zapomnianych zespołów i ich nagrań: zagubionych taśm, niewydanych płyt, domowych dem, acetatatów… Dziś to dochodowy biznes, którym zajęli się profesjonaliści z Rise Above Relics, Guerssen, Sommor, Bright Carvings i kilku innych, a płytowe rarytasy takie jak T2, Morly Grey, My Blitz, Morgen, Tonton Macute weszły na stałe do kanonu szeroko pojętego rocka. Nie sposób objąć wszystkich artefaktów i Świętych Graali , jakie w ostatnich latach zostały odkopane i uratowane, więc z tej góry lodowej chciałbym uszczknąć mały, malusieńki odłamek, którymi się zachwyciłem. Niektóre, jak choćby Incredible Hog, Cycle, Barnabus, Levee Camp Moan, Bloody Mary mam już na półce i były tu przedstawione. Inne, wydane jedynie na winylach, czekają na kompaktową wersję. W tym wycinku brytyjskiego rockowego undergroundu będzie można naprawdę się zanurzyć, a nawet pójść jeszcze głębiej – w stronę płyt, które nie tyle nie zrobiły „kariery”, ile właściwie nigdy nie dostały szansy, żeby zaistnieć. Jest tego trochę dlatego ograniczę się do krótkich komentarzy. Tę pierwszą część zatytułowałem „UKRYTE PŁYTY”.
CASTLE FARM „The Studio Sessions 1971-72”
Castle Farm grali ciężki, gitarowy blues rock z elementami glam i proto-metalu. W 1972 roku samodzielnie wydali singiel we własnej wytwórni Farm Records i pozostawili szereg niepublikowanych nagrań studyjnych z lat 1971–72. Szczególnie podoba mi się konfiguracja dwóch gitar: na gitarze slide grałGram „Tex” Benike, do którego dołączył John Aldrich z bardzo czystą, melodyjną gitarą prowadzącą. Wyszło z tego coś pomiędzy wczesnym Wishbone Ash, bardziej cięższymi bluesowymi kuzynami Free i Savoy Brown, oraz wczesnym hard rockiem. Zespół koncertował z Rory Gallagherem, Deep Purple, Atomic Rooster i Climax Blues Band. Płyta bez wątpienia spodoba się fanom ciężkiego blues rocka i jeśli Wasza półka ma być kroniką brytyjskiego podziemia, Castle Farm pasują idealnie.
GRIT „Grit” (1972).
A to coś wręcz niewiarygodnego. Grit powstał w Islington w 1970 roku. W grudniu 1972 nagrał trzy dema, ale nie znalazł wytwórni i rozpadł się rok później. Przez dziesięciolecia nagrania praktycznie nie istniały w świadomości kolekcjonerów. W 2015 roku Hans Pokora znalazł w Niemczech acetat, z którego wykonano zaledwie dwie kopie (czasem podaje się, że trzy). Płyta została uznana za jedną z największych rzadkości w jego słynnym katalogu. Późniejsze poszukiwania doprowadziły do odnalezienia gitarzysty Franka „Spidera” Martineza i jego taśm-matek. I tutaj muzycznie robi się naprawdę ciekawie. Cream, Hendrix, Mayall, ciężki blues, fuzz, proto-metal, a przy tym bardzo mocne, w stylu Roberta Planta wokale. „Drive The Stake Into The Ground” i „The Child And The Drifter” pokazują zespół, który mógł nieźle namieszać na ówczesnej scenie, a przy odrobinie szczęścia naprawdę zaistnieć. To może być jedna z większych niespodzianek tej listy. Idźmy jednak dalej.
ASGARD „Trivialities” (1970).
Tu już schodzimy do muzycznej archeologii. I od razu uwaga: to nie jest Asgard z Plymouth, który pojawił się na tym blogu rok temu z płytą „In The Ream Of Asgard”. TEN Asgard był trzyosobowym zespołem z Coventry, który początkowo pozostawał pod wpływem wczesnych Pink Floyd i Velvet Underground, ale szybko zaczął rozwijać własną, bardziej eksperymentalną odmianę proto-progu. W 1970 roku nagrali trzy utwory na jednostronnej, 12-calowej płycie acetowej. I to wszystko, co po nich pozostało. Jeśli słyszeliście jedyny album Captain Marryat i się podobał, to ten również nie pozostawi nikogo obojętnym. Świetny duet organów, basu i perkusji z efektownym mellotronem w ostatnim utworze. Jedyny zachowany egzemplarz acetatu przeleżał w garażu basisty przez kilkadziesiąt lat; jego powierzchnia była nawet częściowo odłupana i wymagała rekonstrukcji. „Trivialities”, „Month” i „Sunrise” zostały wreszcie wydane i to dopiero w 2025 roku. Nie jest tak ciężkie jak Grit, czy Heavy Rain, o którym za chwilę, ale jako dokument londyńsko-coventryjskiego undergroundu przełomu lat 1969/70 jest fascynujący.
JODO „Guts” (1971)
Tu mam coś, co nie jest „unreleased”, ale umieszczam, bo szkoda o nim nie wspomnieć. Jodo wydało swój jedyny album w 1971 roku i, tu rzecz absurdalna, płyta nie została wydana w Wielkiej Brytanii. Ukazała się tylko w USA i Nowej Zelandii, w bardzo tajemniczej szacie graficznej. Dopiero współczesna reedycja przywróciła ją kolekcjonerom. Mamy tu hard rocka, bluesa i proto-metal, z gitarą Roda Alexandra. Co ciekawe, skład i historia zespołu łączą się z takimi nazwami jak Deep Purple, Green Bullfrog, Jasper i Killing Floor. Płytę wyprodukował Derek Lawrence, a nagrywał ją Martin Birch — późniejszy legendarny realizator Black Sabbath, Deep Purple i wielu innych. Polecam tym, którzy jeszcze tego nie znają. Gram ją często w bluesowe piątki.
CARGO „Delivering The Goods” (1973)
Jeśli lubicie May Blitz, T2, Grannie i cięższy odłam brytyjskiego prog rocka, koniecznie zapamiętajcie tę nazwę. Cargo (nie mylić z holenderskim zespołem o tej samej nazwie) nagrali w 1973 roku w Zella Studios materiał zatytułowany „Delivering The Goods”. Powstało zaledwie kilka acetatów, a według obecnego wydawcy znana jest tylko jedna, w miarę dobrze zachowana kopia. Zespół był o krok od podpisania kontraktu z Island, lecz wytwórnia mająca swoje plany zainteresowana była jedynie wokalistą i perkusistą, co doprowadziło do odrzucenia propozycji. I tutaj zaczyna się prawdziwa magia. Cargo mieli dwie gitary, saksofon, ciężką sekcję rytmiczną i wokalistę stylizowanego na Roberta Planta. Do tego wpływy Gentle Giant, ELP i Yes. W efekcie powstała muzyka, która potrafi w ciągu kilku minut przejść od bluesowego riffu do niemal jazz-rockowego chaosu. Andrew Clyde, mózg zespołu, opowiadał, że w studio każdy numer mogli zagrać tylko raz stąd pewne potknięcia, co działa tylko na ich korzyść. „Tea & Toast”, „The Swoop”, czy „Elements” pokazują zespół, który mógłby spokojnie znaleźć się w katalogu Vertigo. To jedna z tych płyt, przy których zachodzę w głowę jakim cudem nikt tego nie wydał!
STONED ROSE „From Dawn To Jane” (1970-71)
To może być dla wielu prawdziwe odkrycie. Stoned Rose z Preston wyrośli z grupy Five Steps Beyond. Działali w latach 1970–71, grali heavy progresywnego psych rocka i proto-metal. Współpracowali z londyńską agencją Nemesis, na scenie występowali ze Stray i May Blitz. Najgorsze jednak jest to, że w epoce zespołowi nie udało się wydać choćby jednej płyty. Materiał został odnaleziony na rzadkich acetatach, w firmie Deroy, oraz na taśmach demo. Dopiero współczesna rekonstrukcja stworzyła z tego pełny album. Muzyka jest znakomita. Gitara Pete’a Hughesa potrafi być brudna, ciężka i niemal metalowa, ale zaraz potem zespół skręca w stronę psychodelii. „From Dawn To Jane”, „October The Ruler Of Time” i szczególnie „11th Hour Sour” mają ten charakterystyczny klimat brytyjskiego undergroundu z początku lat 70-tych jaki uwielbiam. Koniecznie dopiszcie do swojej listy zakupów!
FLOOD „A New Way Of Living” (1972?}.
Ta nazwa zasługuje na szczególną uwagę. Flood był zespołem z Devon, działającym około 1972 roku. Grali progresywnego rocka opartego na ciężkich gitarach z fuzzem, z mocną sekcją rytmiczną i partiami delikatnego fletu. Przez około dwa lata intensywnie koncertowali, m.in. jako support dla Genesis i Hawkwind. Ich materiał studyjny nagrany prawdopodobnie w latach 1972-73 został odzyskany z acetatów. I tutaj mamy piękną rzecz: nie jest to kolejny zespół próbujący kopiować Black Sabbath. Flood są znacznie bardziej melodyjni, przestrzenni, progresywni i zachowują tę specyficzną brytyjską surowość. Jeśli lubicie momenty, w których hard rock zaczyna przeobrażać się w progresywny rock koniecznie ich posłuchajcie! Płyta ukazała się w 2026 roku (na razie tylko na winylu) i zawiera pięć znakomitych nagrań z czego dwa trwają dziesięć i i dwanaście minut.
CLOWN „Lord Of The Ringside” (1970-71).
Warto czasem zrobić krok w bok od hard rocka i skierować się w stronę heavy progressive. Wtedy otwiera się cała kolejna szuflada zapomnianych zespołów. Clown z Plymouth powstali w 1970 roku i byli sześcioosobowym zespołem progresywnym. Zdołali wydać tylko jeden singiel, „Lord Of The Ringside” nagrany w październiku 1971 roku i wydany rok później przez CBS. Szczęśliwie podczas tej samej sesji zespół nagrał sześć kolejnych utworów. Miały one trafić na nadchodzący album studyjny tej samej wytwórni, który niestety nigdy nie został sfinalizowany. Grecka wytwórnia Anazitisi Records po raz pierwszy wydała ten materiał w 2020 roku uzupełniając go dodatkowymi nagraniami ze stycznia 1971 roku. To już nie jest Sabbathowy ciężar. Raczej bardziej wczesny prog z gitarą, organami o psychodelicznym posmaku, ale mocno zakorzeniony w brytyjskim rocku przełomu dekad. Wszystkie dwanaście utworów zostały starannie odrestaurowane i zremasterowane. Utwór zamykający album, „Ed Welch”, pochodzi z częściowo zniszczonej taśmy, ale ponieważ był to jeden z ich najlepszych kawałków i doskonały przykład potężnej mocy koncertowej Clown, jego członkowie naciskali wydawcę, aby znalazł się na tej płycie. Udało się, choć spece od rekonstrukcji nieźle się nad nim natrudzili.
HEAVY RAIN „Heavy Rain” (1973).
To chyba mój numer jeden tej części. Heavy Rain pochodzili z Blackpool i zaczynali jeszcze pod koniec lat 60-tych jako ciężki zespół bluesowy. W 1973 roku, już jako trio, pojechali do Londynu i nagrali cały album, który nigdy nie został wydany. Zrobiono zaledwie kilka metalowych acetatów; dziś znana jest tylko jedna kopia tego niezwykle rzadkiego artefaktu. Dobra wiadomość jest taka, że zachowały się również trzy dodatkowe nagrania studyjne z 1972 roku. Muzycznie jest tu dokładnie to, co tygryski lubią najbardziej: fuzz, wah-wah, blues, ciężar, psychodelia i proto-metal. Słychać UFO, Pink Fairies, Hawkwind, chwilami wczesny Sabbath, ale zespół jest mocno zakorzeniony w bluesie. Najbardziej intrygują mnie „Thrutch in B”, „Lost Woman” i „Rising Of The Tide”. Jest też cover Pink Floyd, „Set The Controls For The Heart Of The Sun”! To nie jest wypolerowany hard rock. To muzyka ludzi, którzy weszli do studia z gitarą podłączoną do wzmacniacza i powiedzieli: „Zobaczymy, jak daleko możemy posunąć się z mocnym dźwiękiem.” Posunęli się daleko. Mus!
PS. W drugiej części, roboczo zatytułowanej „JEDEN ACETAT I KONIEC”, do podziemnych tuneli zejdę poziom niżej. Tu łopatkę, szpachelkę i miotełki przydatne do usuwania wierzchniej warstwy ziemi zamienię na kilof. Tak więc, ciąg dalszy nastąpi…



























