Amerykański underground końca lat 60-tych i początku 70-tych jest równie ekscytujący jak brytyjski, a może jeszcze bardziej. Wszak w tak wielkim kraju muzyczna scena była ogromna. Garaże, małe studia, lokalne tłocznie, prywatne etykiety i tysiące, a może setki tysiący zespołów grające w klubach w Ohio, Teksasie, Michigan, czy New Jersey nagrywały własnym sumptem płytę w niewielkim nakładzie, a następnie znikało w przepastnej czarnej otchłani. Przegrali z historią, z marzeniami o karierze, ale nie z muzyką. I, co niezmiernie mnie cieszy, w wielu przypadkach ta muzyka zachowała się do dziś.
TOP DRAWER „Solid Oak” (1972).
Bez najmniejszego wahania zaczynam od albumu „Solid Oak” grupy Top Drawer z Mansfield w Ohio, jednym z najrzadszych prywatnych wydawnictw w Stanach. Słucham sobie tego albumu po raz n-ty i jestem w niebie. Jeśli jest jakaś definicja „ukrytego klejnotu” to właśnie to jest to! Ta płyta zawiera zabójczy materiał ciężkiego psychodelicznego rocka z Hammondem, klawesynem, gitarowym fuzzem, ze świetną sekcją rytmiczną. W kilku utworach czuć lekki powiem country rocka, ale tylko po to by dać nam chwilę oddechu. Muzycy potrafili budować napięcie, ciekawie rozwijać kompozycje. I nie ma to nic wspólnego z garażowym łomotem. Biorąc pod uwagę, że materiał został nagrany już w 1969 roku można powiedzieć, że Top Drawer wyprzedzał wtedy konkurencję o kilka długości. Najważniejszy utwór, „Song Of A Sinner”, trwa niemal dziewięć minut i ma dokładnie to, co kocham – fantastyczny dialog gitary i organów. Dla tych, którzy znają albumy Morly Grey, Bolder Damn, Drangowyck (szczególnie debiut), Glass Harp, czy Joshua pozycja obowiązkowa!
MISTY HUSH REVIVAL „Your Heart Is Broken” (1972).
Koniec lat 60-tych, New Jersey. Na niewielkiej scenie klubowej lokalny zespół rozgrzewa do czerwoności publikę. Jego jedyna płyta była tak rzadka, że przez wiele lat nazwa Misty Hush Revival była jedynie plotką szeptaną w kolekcjonerskich kręgach. Do dziś zachowało się zaledwie kilka oryginalnych egzemplarzy. Choć płyta ukazała się w 1972 roku, muzyka brzmi jak zagubiony dokument końca epoki lat 60-tych i zdaje się żyć w swoim własnym świecie. Zadziwiające, że jak na zespół klubowy nie ma tu żadnych coverów. Wszystko co nagrali to autorskie kompozycje, zarówno te delikatne, marzycielskie, jak i te surowe, mocne, w stylu garage rocka. Nie jest to album tak ciężki jak oczekiwałem, ale ma coś, czego często brakuje płytom proto-metalowym: atmosferę. Brzmi jak muzyka z małego klubu, w którym o jedenastej wieczorem kończy się rozsądek, a zaczyna psychodelia. Dla mnie to w pewnym sensie symbol całego amerykańskiego undergroundu, bo właśnie tutaj widać różnicę między Wielką Brytanią, a USA. W Wielkiej Brytanii zespoły dostawały kontrakt poprzez managerów, „Melody Maker” i koncerty. W Ameryce mogłeś być klubowym zespołem z prowincji, samodzielnie nagrać album, wytłoczyć kilka egzemplarzy i nie zaistnieć poza granicami swojego stanu. I Misty Hush Revival są tego przykładem.
PUGSLEY MUNION „Just Like You” (1970)
Założony w 1969 roku w Massachusetts trio Pugsley Munion początkowo nazywające się Mask narodziło się z pragnienia trzech nastoletnich muzyków, którzy porzucając granie coverów zaczęli wykonywać muzykę własnego autorstwa. Łącząc hard rock z psychodelicznymi i progresywnymi wpływami szybko wypracowali potężne brzmienie, które przykuło uwagę wytwórni J&S Records. Zespół został zaproszony do Nowego Jorku na sesję nagraniową w legendarnym Bell Sound Studios pod przyszły album zatytułowany „Three In One”. Na rynku istniał już zespół Mask, więc zmuszono ich do zmiany nazwy. Pugsley Munion miało być żartem, a stało się przekleństwem. Sesje trwały tylko dwa dni. Cała trójka spodziewała się powrotu, aby dokończyć dogrywki, zmiksować utwory i zamknąć projekt. Zamiast tego wytwórnia wydała nagrania w surowym, niedokończonym stanie, zmieniła tytuł albumu na „Just Like You”, zgubiła oryginalną okładkę i wydała płytę bez zgody zespołu. Pomimo, że nagrania nie otrzymały ostatecznego szlifu, album wcale nie jest kiepski. „Slumberland Blues” to czysty blues w stylu Savoy Brown – nigdy nie pojmę, dlaczego znawcy zawsze wybierają go jako jeden z najlepszych utworów na tym longplayu. Prawdziwymi zwycięzcami są długi „What’s Right For Me” z klawiszami i wspaniałą gitarą; „No Time Tomorrow”, sześć minut intensywnej gry na klawiszach, perkusji i gitarze, które z powodzeniem przywołuje brzmienie wczesnego Mad River Blues Band, oraz porywający, choć wokalnie chwiejny, utwór zamykający „I Don’t Know Who To Blame” gdzie perkusista Ed (na okładce tylko „Ed”, żadnych innych informacji) wbija ostatni gwóźdź do trumny, jakby wiedział, że to ostateczny łabędzi śpiew zespołu. Na kompaktowej reedycji Gear Fab z 2000 roku dźwięk został zremasterowany w 24-bitowej domenie. Do albumu dołączona jest oryginalna okładka w twardej, tekturowej kopercie, notatki, zdjęcia i trzy dodatkowe utwory.
JPT SCARE BAND „Acid Blues Experience” (1974).
JPT Scare Band założony w burzliwym czasie pierwszych lat 70-tych stworzył imponujące brzmienie, które idealnie odzwierciedlało emocje tamtej epoki pozostawiając swoją szaloną energię w pamięci tych, którzy widzieli go na żywo, z poczty pantoflowej, ewentualnie ze zgranych na wiór bootlegów. Swoje nagrania zaczęli tworzyć w domowej piwnicy w Kansas City gromadząc wkrótce skarbiec pełen taśm, które stanowiły znaczną część jego dorobku. To absolutna ekstraklasa ciężkiego, momentami psychodelicznego bluesa (Cream, Hendrix, Blue Cheer) i proto-metalu pełna głośnych i ryczących gitarowych jamów. Na tej debiutanckiej płycie, która została nagrana w 1974 roku znalazły się tylko cztery nagrania: dwa długie trwające odpowiednio czternaści i dwanaście minut i dwa kolejne o połowę krótsze. Wytłoczono wówczas 350 próbnych sztuk z ręcznie zrobionymi okładkami pomalowanymi na czarno sprayem, które w tajemniczy sposób „wyparowały” z magazynu. Na szczęście zachowane taśmy pozwoliły odtworzyć album, który oficjalnie ukazał się dwadzieścia lat później. Otwiera go „Sleeping Sickness”, jedyny utwór z tej czwórki, w którym śpiewa gitarzysta, Terry Swope. Ale nie wokal jest tu ważny, a jego ciężka i szybka gra na gitarze, która dominuje na całej płycie. Gwoli wyjaśnienia, skrót JPT pochodzi od imion muzyków tworzących trio: Jeffa Littlera (bg), Paula Grigsby’ego (dr) i Terry’ego Swope’a (g. voc).
PHAFNER „Overdrive” (1971)
Phafner z Marshalltown w stanie Iowa powstał w 1969 roku i natychmiast przyciągnął uwagę lokalnej społeczności. Zespół składał się z dwóch par braci. Byli to Dale i James Schultz, oraz Steve i Greg Smith. Pomiędzy nimi stał Steven Gustafson. Grali ostrego, narkotycznego psychodelicznego rocka. Dwa lata później udało im się zarejestrować kilka własnym kompozycji, które nagrali w domowej piwnicy na 4-ścieżkowym magnetofonie z dwoma mikrofonami. Z tej sesji powstał album „Overdrive” wytłoczony w ilości pięćdziesięciu sztuk i wydany w 1972 roku przez małą wytwórni Dragon Records. Część nakładu rozesłali do dużych firm z nadzieją, że któraś się nią zainteresuje. Odzewu nie było. Płyta została odkryta i wznowiona wiele lat później. Tak rozpoczęła się jej (i zespołu) legenda. Dźwięk „domowej roboty” nie zachwyci miłośników sterylnego Hi Fi; muzyka zagłusza wokalistę i generalnie brzmi, jakby została nagrana w puszce. Mnie to nie przeszkadza. Znam gorsze przypadki, które rekompensuje serce do grania muzyki. I tu trzeba oddać zespołowi chwałę – pod tym względem byli znakomici. Myślę, że gdyby miał on szansę nagrać to jeszcze raz, ale w profesjonalnym studiu, mógłby dziś być legendą amerykańskiego rocka na co słusznie zasługuje. Uważam ten album za kuszący, pełen duszy i melodii, a wyjęty z niego „Plea From The Soul” za małe arcydzieło klasycznej psychodelii.
THIRD POWER „Believe” (1970).
Teraz przenosimy się do Detriot – miasta, które miało własną definicję ciężkiego rocka. W przypadku Third Power nie mamy do czynienia z płytą private press, ale muzycznie wciąż jesteśmy w naszym świecie. Gitara na krążku „Believe” jest mocna, lecz nie tak „metalowa” jak u Sir Lord Baltimore. Jest w niej jeszcze dużo psychodelii, bluesa i tego charakterystycznego dla przełomu lat1969/70 poczucia, że rock właśnie zaczyna odkrywać własną moc i potęgę. Album zawierał wyłącznie autorski materiał, dziewięć utworów, trwających około trzydziestu sześciu minut. Brzmienie tria przywodzi na myśl Cream, a śpiew basisty, Jem’aTargala porównać można do nieodżałowanego Jacka Bruce’a. Jim Craig i Targal tworzyli niezwykle zgraną sekcję rytmiczną, zaś Drew Abbott na gitarze prowadzącej na wyciągnięcie ręki serwował im smakołyki. Płyta jest równa, trudno wyróżnić konkretny utwór. Przy pierwszym odsłuchu porwały mnie szalone „Gettin’ Togheter” i blisko sześciominutowe „Like Me, Love Me”. Nie mniej lżejsze utwory jak przepysznie słodki „Lost In A Daydream”, czy delikatny „Crystalline Chandelier” (brzmi niemal jak „Disraeli Gears”) pokazują wszechstronność zespołu, który gra je z werwą równą tym cięższym. Kompaktowa reedycja z 2016 roku zawiera aż jedenaście bardzo ciekawych bonusów nie ustępujących poziomem oficjalnym nagraniom. Pozycja do posłuchania i… szybkiego polubienia.
BOOGIE „In Freak Town” (1968-1969).
Pochodzący z hrabstwa Marin w Kalifornii (okolice San Francisco) Boogie wyłonił się z krótkotrwałego pięcioosobowego zespołu o nazwie California Memorial Band. Jest to prawdopodobnie jeden z pierwszych zespołów hard bluesowych jaki w latach 60-tych pojawił się na scenie San Francisco i który (niestety) nigdy niczego nie wydał. Dzieląc scenę z Buffalo Springfield, Quicksilver, Country Joe And Fish, Moby Grape (ci ostatni użyczali im swoją salę prób) grali we wszystkich legendarnych miejscach z Fillmore East i Avalon Ballroom na czele. Wybuchowy występ jaki dali na Sky River Rock Festival w sierpniu 1968 roku obrósł legendą i pamiętany jest do dziś. Niestety, burzliwa historia tria, w tym liczne aresztowania za narkotyki nie dała szans na podpisanie kontraktu płytowego. Zachowało się jednak studyjne demo z 1968 roku nagrane w Pacific High Recorders, a także kilka surowych nagrań koncertowych z 1969 roku. Wszystko co udało się uratować zostało po raz pierwszy wydane na CD przez Gear Fab dopiero w 2020 roku. Z nagrań studyjnych wyróżnia się siedmiominutowy tradycyjny blues „Wade In The Water”, zaś z koncertowych dwa razy dłuższy „Prelude To Boogie” z gościnnym udziałem saksofonisty, Fredericka Garcii. Dla muzycznych archeologów bardzo ciekawe i cenne znalezisko. Dla fanów bluesa rzecz jak najbardziej godna uwagi. Polecam.
MAGI „Win Or Lose” (1976).
Proszę nie sugerować się datą wydania – album „Win Or Lose” prywatnie wytłoczony przez samych muzyków ma wszystkie cechy rodzącego się hard rocka z początku lat 70-tych. Ten pochodzący z północnej Indiany zespół przyciągał ogromne tłumy za każdym razem, gdy grał na żywo. Często porównywany do Led Zeppelin rozkręcał okolice zwartym i surowym brzmieniem łącząc bezkompromisowego hard rocka z psychodelicznymi niuansami i mnóstwem fuzzu. „Win Or Lose” nagrany w studiach Uncle Dirty’s Sound Machine w Michigan zawiera osiem naprawdę solidnych utworów napędzanych zwartą, soczystą sekcją rytmiczną i całkiem przyzwoitym wokalem. Dynamiczne improwizacje przeplatane porywającymi rytmami i fantastycznymi breakami, dodatkowo uosabiają brzmienie zespołu. Teksty skrzą się od seksu, narkotyków, rock and rollowego trybu życia i niezadowolenia z polityki rządu. Nie ma tu nic wyszukanego. Sposób przekazu jest prosty, mocny i do pewnego stopnia uroczo naiwny. Całość ma bardzo wysoki i wyrównany poziom, ale utwór tytułowy, a także „Fryin’ Away Time”, „Undecided Man” i „I Didn’t Ask You” to perełki w tej koronie. Dla odmiany nastrojowy „Snow Bound” pokazuje, że zespół całkiem dobrze radził sobie ze spokojniejszymi utworami. Ten album to świetny artefakt, pozycja obowiązkowa dla fanów gatunku.
MAGIC „Enclosed” (1969-71).
O Magic słyszałem wiele dobrego zanim kupiłem płytę „Enclosed” – powalającą i ponad czasową! I zawsze zadaję sobie pytanie, dlaczego tym chłopakom nie wyszło..? Kwartet z Lansing w stanie Michigan założyli bracia King: gitarzysta i główny wokalista Duan i grający na basie Nick, do których dołączyli perkusista Gary Harger, oraz drugi gitarzysta, Joey Murcia. Kiedy „Enclosed” ukazał się w 1969 roku szczyt ruchu psychodelicznego już minął, czasy hipisów dobiegały końca i album przeszedł niezauważony. Szkoda, bo jest na nim mnóstwo wspaniałej gry dwóch gitar prowadzących w stylu Allman Brothers Band. Albumu zawiera kilka świetnych psychodelicznych numerów. „ETS/Zero”, „You Must Believe She Is Gone”, a zwłaszcza „One Minus Two”, to perełki gatunku. Ale diamentem, lub jak kto woli sercem albumu, jest mocno rozbudowany, oszałamiający „I’ll Just Play”, w którym King i Murcia wymieniają się gitarowymi solówkami. Reedycja Gear Fab z 1998 roku to najbardziej kompletna kompilacja jaką można znaleźć o Magic. Jest tu cały „Enclosed”, utwory z ich drugiego, nigdy nie wydanego albumu z 1971 roku (w jednym z nich Stevie Wonder gra na organach), plus dwa rzadkie i nieosiągalne dziś single. Warto poznać!

































