ŚLADAMI BRYTYJSKIEGO UNDERGROUNDU (1969-1975) część II.

Jak już zapowiedziałem po pierwszej części, teraz schodzimy w brytyjskie rockowe podziemie jeszcze niżej. „Jeden acetat i… koniec..?” to chyba moja ulubiona kategoria muzycznej archeologii. Nie ma tu całych albumów, nie ma wielkich dyskografii. Czasami zostaje jedna piosenka, jedna sesja, jednostronny acetat i wspomnienie kilku osób, które pamiętają zespół sprzed pół wieku. I właśnie dlatego ta lista będzie trochę inna. Zaczynamy od czegoś, co warto sprawdzić od razu. Bo tu już naprawdę wchodzimy w kolekcjonerską piwnicę.

W 1969 roku Heavyboots z Birmingham nagrał tylko jeden utwór, który zachował się jako 7-calowy acetat. „Who Nows, Who Carres” to prawdziwy wulkan energii. Gitarowe riffy, fuzz, szalone solówki, dudniący bas i ciężka perkusja odbijająca nerki! Przypomniało mi to inny szkocki zespół rockowy z końca lat 60-tych i początku 70-tych, Writing On The Wall. Dla takiego numery warto zejść do wilgotnych piwnic i eksplorować je centymetr po centymetrze… Jessica’s Theme z Coventry to czysta kapsuła czasu. Zostawili po sobie „Witchcraft”, acetat z 1969 roku. I właśnie data jest tutaj ważna. To moment uchwycony jeszcze przed eksplozją ciężkiego rocka. Ten zacznie się rok później, a już słychać kierunek, w którym za chwilę pójdą Black Sabbath, Budgie, czy Stray. Jest blues, jest ciężar, jest psychodeliczna gitara i przede wszystkim brudne, nieoszlifowane brzmienie. Przypominało mi mroczniejszą wersję 13th Floor Elevators i The Electric Prunes. Gdyby połączyły siły mogłyby stworzyć coś równie złowieszczego, ostrzejszego, cięższego i jeszcze bardziej hipnotyzującego…Nagrane dwa lata później „Earthquake” i „Dogs Of War”, to jedyny fonograficzny ślad po zespole Earthquake. Jest to rzecz pięknie prymitywna: ciężka gitara, mocny bas, perkusja i wokal zanurzony w charakterystycznym dla epoki pograniczu hard rocka i proto-metalu… Z tego samego roku pochodzi „Won’t You Take Me” grupy B.O.M.B. z Nothingham. Nazwa brzmi absurdalnie, ale muzyka już nie – wkracza na terytorium Edgara Broughtona i Beefhearta ze szlamem ciężkiego, bluesowego groove’u. Ten samotny utwór utrwalony na acetacie to ciężki, riffowy hard rock z psychodelicznym posmakiem. B.O.M.B. (skrót od Band Of Mental Breakdown) jest jednym z tych zespołów, o których właściwie niczego nie trzeba wiedzieć, żeby poczuć niezwykły klimat brytyjskich klubowych piwnic 1971 roku: wzmacniacz Marshalla, długie włosy, kłęby dymu z jointów, kufel piwa i gitarzysta próbujący właśnie wymyślić riff, który zmieni jego życie. Życie jednak poszło inną drogą… Macbeth Periscope (nazwa brzmi jak tytuł zapomnianego horroru z Hammer Film Productions) pochodzili z Montrose w Szkocji. Do naszych czasów zachował się acetat z utworem „Witchcraft”. Jest tu wszystko, co kocham w tej epoce: organy, ciężką gitarę, blues, psychodelię plus ponurą atmosferę. Nie jest to jeszcze pełnoprawny doom, ale można odnieść wrażenie, że Black Sabbath zaglądają zza kotary. To właśnie takie nagrania pokazują, że ciężki rock nie narodził się w jednym miejscu i w jednym zespole. W Wielkiej Brytanii wyrastał niemal wszędzie.

Greenfly pozostawił po sobie demo nagrane w Falkirk w 1971 roku. Już sam tytuł, „Satan’s Daughter” powinien niektórych mocno zainteresować. Znacznie bliżej jest mu do proto-doomu. Ciężki riff, mocno zaakcentowana sekcja rytmiczna i wokal, który nie próbuje być elegancki. I właśnie za takie rzeczy kocham archiwa undergroundu. Gdyby Greenfly nagrał album z odpowiednim producentem i wydał w dobrej wytwórni, być może dziś rozmawialibyśmy o nim w zupełnie innym kontekście. Tymczasem pozostało to jedno jedyne demo z czterema utworami. Ech…

Living Dead pochodzili ze Stoke-on-Trent i w 1971 roku i nagrali acetat „Chasing Shadows”. To jedna z tych rzeczy, które lokują się gdzieś między Uriah Heep,  Atomic Rooster i proto-metalem. Bardzo ważną rolę mają tutaj organy, gitara jest ciężka, ale nie dominująca. W rezultacie nagranie ma ten typowo brytyjski, organowo-gitarowy charakter, który tak pięknie zestarzał się w undergroundzie. I znów, tylko jeden utwór… Kolejny zespół, Crimson Earth, pochodził z Dorset. Ich zachowane demo z 1972 roku zawiera sześć oryginalnych utworów, z czego najbardziej wyróżnia się „Heathen Woman” – opowieść o biblijnym zepsutym związku. I tutaj następuje kolejny krok w stronę ciężkiego rocka. Riff staje się masywniejszy, gitara bardziej agresywna, a całość ma charakter typowego angielskiego proto-metalu. Nie ma jeszcze późniejszej metalowej precyzji. Jest za to coś znacznie ciekawszego: brzmienie zespołu, który dopiero odkrywa, że może grać naprawdę ciężko.

Przy Clemen Pull z Kingstone przesuwamy się do 1974 roku. I choć nazwa zespołu brzmi dziś trochę surrealistycznie, muzyka jest bardzo konkretna: hard rock, blues i coraz mocniejszy heavy metal. Ich demo, „Kamikaze Pilot” to ciekawy przypadek, bo słychać, że epoka zaczyna się zmieniać. W 1969 roku nagranie to byłoby eksperymentem, w 1974 tak ciężkie granie zaczynało być językiem powszechnym… A teraz coś, co nastawiam sobie po wyczerpującym ciężkim dniu: Zacariah i „Destroyer Of Life”. To już jest niemal czysty proto-doom: moc, ponury riff, psychodeliczna atmosfera i ta specyficzna brytyjska surowość, której nie da się odtworzyć współczesną produkcją. Nie jest to muzyka perfekcyjna. I całe szczęście. Bo właśnie niedoskonałość jest tutaj częścią magii… I na koniec moje małe odkrycie z tej listy: Agatha’s Moment z Glasgow. W 1970 roku, bezpośrednio po koncercie w rodzinnym mieście weszli do studia i nagrali demo „Bad Trip”. To nie jest jeszcze heavy rock w najbardziej klasycznym znaczeniu. Jest tutaj psychodelia, fuzz, blues i pewien rodzaj niepokoju, który bardzo szybko miał ustąpić miejsca cięższym formom. Podczas tej nocnej sesji, którą ukończono wczesnym rankiem zarejestrowali jeszcze trzy utwory: „It’s The Way That You Feel It”, „Everything’s Goin’ Wrong” i „Thoughts In Red”. Zwróćcie i na nie uwagę.

Wszystkie te nagrania można potraktować na kilka sposobów: jako kolekcję rzadkich pojedynczych utworów brytyjskiego ciężkiego rocka z końca lat 60-tych i początku 70-tych, jako kolekcjonerską mapę skarbów, lub kopalnię nazw do dalszych poszukiwań. Bywa czasami tak, że najcenniejszym obiektem nie jest cała płyta, a jeden, lub dwa kawałki zespołu, którego już nie ma. Bo to one pokazują ślady zaginionych karier.

W tym miejscu mógłbym dopisać kolejny rozdział. Rozdział o albumach, które nie znalazły wydawcy, zostały odrzucone przez wytwórnię, lub przepadły po rozpadzie zespołu, ale, co ważne, po wielu latach dostały „drugie życie”. I mam przeczucie, że właśnie tu czekałyby na nas największe niespodzianki. A początek tej serii (która nie wiem czy w ogóle powstanie) mogłaby zacząć się od tej płyt.

SAM APPLE PIE „Second Helping” (1970)

Sam Apple Pie nie byli anonimowym zespołem z garażu. W 1969 roku wydali dla wytwórni Decca bardzo dobry, ciężki, blues rockowy album „Sam Apple Pie”. A potem wydarzyło się coś niezwykłego. W 1970 roku nagrali drugą płytę, ale materiał nigdy nie został wydany. Przez ponad pół wieku przetrwał tylko jeden acetat, bez tytułów utworów i informacji o sesji. Dopiero Wildish Archives, a następnie Sommor, przywróciły go do życia – pierwszy na CD, drugi na winylu. Muzycznie dokładnie jest w naszej strefie. Strefie heavy bluesa, hard rocka, psychodelii i proto-prog rocka. Niektóre fragmenty przywodzą na myśl Elias Hulk, wczesny Fleetwood Mac, Free, czy Savoy Brown. Mając na koncie jeden album w Decca nie musieli przebijać się od zera. Drugi album mógłby być naturalnym krokiem w stronę cięższego brzmienia. I pomyśleć: gdyby „Second Helping” ukazał się w 1970 roku obok płyt Steamhammera, Black Cat Bones, May Blitz, czy debiutu Black Sabbath historia Sam Apple Pie mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. A wyszło jak wyszło…

To nie koniec cyklu, w którym podążamy śladami brytyjskiego undergroundu. Już teraz zapraszam na część trzecią. Tym razem będzie bardziej „kolekcjonersko”.