TICKET TO RIDE. Wyprawa po płyty

To były czasy, gdy rynkiem muzycznym rządziły płyty analogowe, zaś pojęcie „płyta kompaktowa” nie istniało. Dinozaury na Ziemi wyginęły miliony lat temu, a komputery osobiste, smartfony i inne bajery techniki cyfrowej jeszcze się nie narodziły.

Jeden z moich znajomych, który jeździł regularnie do Łodzi i Warszawy na giełdy płytowe zaproponował mi wspólny wyjazd do stolicy. „Zobaczysz jak to wygląda, poznasz zbieraczy i sprzedawców. Na pewno coś kupisz”.

Długo nie zastanawiałem się. Zaopatrzony w bilet PKP w jedną stronę i gotówkę (coś około 75% mojej miesięcznej pensji) ruszyliśmy do płytowego Eldorado.

Pociąg do Warszawy był niemiłosiernie przepełniony. Wiadomo, środek wakacji. Całą drogę przejechaliśmy stłoczeni jak sardynki w puszce w wagonowym korytarzu. Duszno jak przy rozgrzanym piecu kaflowym. Rozdzieleni kilkoma osobami dzielimy się ponad ich głowami kanapkami wziętymi z domu. On podaje mi przez kilka rąk butelkę z wodą. Gdy ta dociera do mnie, jest już pusta. Po drodze została opróżniona przez współpasażerów. W głowie gdzieś kołacze mi się piosenka którą śpiewał Wiesław Gołas: „W Polskę idziemy drodzy panowie, w Polskę idziemy…”

Około południa stadion warszawskiej „Skry” wypełniony tysięcznym tłumem i różnymi stoiskami, w tym sektor ze skarbami na winylowych płytach! Żar leje się z nieba; dostrzegam gdzieś w oddali dwa ustawione obok siebie saturatory, ale widok stumetrowej kolejki po szklankę gazowanej wody z sokiem zniechęca mnie mimo, iż w ustach sucho i w gardle drapie.

Kolega kieruje się w stronę znanych sobie sprzedawców płyt. Innych omija. Zdarzają się bowiem i nieuczciwi handlarze, którzy do „oryginalnych” okładek płyt (np. Black Sabbath) wkładali płyty polskich wykonawców (Tercet Egzotyczny, czy zespół Mazowsze), naklejali jakąś naklejkę w języku angielskim tak, aby nie można było samej płyty wyjąć z kopert i jako tzw. „pieczątki” sprzedawali za niezłą kasę!

Dostaję oczopląsu. Mam tu, jak na palecie, przegląd tego wszystkiego, czego w domu słucham z radia i taśm magnetofonowych. Oryginalne winyle Beatlesów, Stonesów, Presleya, King Crimson, Cream, Deep Purple… Pytam o Pink Floyd. „Mam, ale w osobnej walizie. Pokazać?” Są! Oryginalne, zapieczętowane fabrycznie folią. Drogie. Bardzo drogie! Pytam jeszcze o Budgie, zespół, który wylansował w radiowej „Trójce” Piotr Kaczkowski, stając się – o dziwo – bardziej popularny w Polsce, niż w rodzinnej Walii. Pokazuje mi pożądaną przez wszystkich fanów w naszym kraju trzecią ich płytę, „Never Turn Your Back On A Friend”. Oczy mi się śmieją, ale szczęka mi opada, gdy podaje cenę. Prawie dwie moje miesięczne pensje. Jetem załamany. „Płyty Budgie są najdroższe. Nawet te otwarte” – podpowiada mi z boku kolega.

Never Turn Your Back On A Friend
Budgie – „Never Turn Your Back On A Friend”

Czas ucieka, nie mogę się zdecydować co wybrać. Mój towarzysz kupił już sześć krążków i zaczyna mnie lekko poganiać. W końcu mam na oku wypatrzone dwie pozycje: Dire Straits „Communique” i progresywny UK z koncertówką „Night After Night”, ale znając swój budżet mogę pozwolić sobie tylko na jedną z nich. W końcu decyduję się na UK wówczas nie przeczuwając, że za kilka lat ten  amerykański egzemplarz z białym labelem na winylu będzie wielką gratką dla kolekcjonerów. To był strzał w dziesiątkę!

UK - "Night After Night"
UK – „Night After Night”

Wychodząc z giełdy zaczepiło nas dwóch kolesi. Mają do sprzedania płytę psychodelicznej grupy Odyssey i chcą za nią tyle, aby starczyło im na bilet powrotny do Sochaczewa. Okładka bardziej pasowała do kolorowego disco niż do psychodelii, ale wziąłem ją od nich, tym samym definitywnie pozbawiając się obiadu.

Odyssey - "Hollywood Party Tonight"
Odyssey – „Hollywood Party Tonight”

Po powrocie do domu płyta  „Hollywood Party Tonight” Odyssey okazała się (jak dla mnie) koszmarnym, dyskotekowo – funkowym gniotem. No cóż, zapłaciłem pierwsze frycowe i choć pozbyłem się jej bardzo szybko, to do dziś stoi mi ona kością w gardle.

A tak na marginesie, w USA faktycznie działała grupa o tej samej nazwie. Ich płyta „Setting Forth” jest jedną z najrzadszych, psychodelicznych płyt ze Stanów Zjednoczonych wydana w ilości … 100 egzemplarzy i zawierała kapitalne granie w tym gatunku z organami w klimacie Vanilla Fudge, czy Iron Butterfly. Ale to odkopałem dużo, dużo później.

Minęło kilka lat. Świat, a ja z nim, oszalał na punkcie cyfrowego zapisu dźwiękowego na płytach CD. Żadne szumy, żadne trzaski nie przeszkadzały już w słuchaniu muzyki.

Republika Federalna Niemiec otworzyła dla nas granice z Berlinem Zachodnim. Zaczął się polski najazd na sklepy w tym mieście. Takiego boomu mieszkańcy stolicy zjednoczonych obecnie Niemiec nigdy dotąd, ani później nie mieli.

Uzbieraliśmy z Jolą trochę waluty niemieckiej i wybraliśmy się PKS-em do tej pięknej metropolii. W autobusie porady „starych” podróżników, co opłaca kupować się tam i sprzedać z zyskiem tu. My, nastawieni na zakupy tylko dla siebie, grzecznie słuchamy i potakujemy. Ja mam dodatkowe, „wolne” 20 marek na kupno płyt. Nie wiem jeszcze jakich. Zdecyduję na miejscu.

Pominę, jak wyglądało zachowanie i obleganie wielkiego supermarketu przez naszych rodaków. O dziwo, obsługa w sklepie była życzliwa, miła, uśmiechnięta, a towary, które błyskawicznie znikały z półek i lądowały w wózkach klientów, jeszcze szybciej były dostawiane z powrotem na to samo miejsce.

Ta część Berlina, w której byliśmy zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie. Dużo zieleni, kwiatów, kolorowe elewacje budynków. Niemiecki porządek. Korzystam z toalety publicznej i jestem w szoku. Sterylnie czysto, pachnąco, z kolorowym papierem toaletowym i lawendowym mydłem w płynie. Żadnej opłaty, żadnej obsługi. Instytucja „babci klozetowej” w tej części Europy  chyba nieznana.

Mam namiary na „Word Of Music” – sklep muzyczny z największym wyborem płyt w Niemczech. To kilka ulic od postoju naszego autobusu. Zakupy w luku bagażowym, do odjazdu około dwóch godzin. Kierowca, pan Franciszek, zapowiedział, że nie czeka na żadnych spóźnialskich. O wyznaczonej godzinie wracamy do Polski, a kto nie zdąży jego sprawa.

Jola zostaje w autobusie  a ja pędzę do WOM-u.

Odnajduję piękny, oszklony budynek. Mekka mojej podróży. Wchodzę do środka i … szok! Zamroczyło mnie totalnie!  Ogromna przestrzeń, pod ścianami regały z płytami podzielonymi na gatunki muzyczne: klasyka, opera, jazz, blues, folk, dance, world music… Robi mi się gorąco, krew pulsuje w skroniach, po karku czuję przesuwające się krople potu. Ktoś z obsługi podchodzi do mnie i o coś mnie pyta. Oprócz słowa „danke” nie znam niczego po niemiecku, ale i tego nie potrafię w tym momencie powiedzieć. Uśmiecham się tylko (choć może mi się tak wydaje) i kiwam ręką, że dam sobie radę. Wciąż się rozglądam. Płyty, plakaty, koszulki, książki i różne gadżety. Wciąż stoję zszokowany i jak zamurowany. Na środku olbrzymi stół i napis: rock, hard rock, progressive i nogi mi się uginają. Przegródka z napisem Jimi Hendrix, a w niej kilkanaście płyt; tytuły, które widzę po raz pierwszy w życiu. Ciśnienie mi rośnie, czuję to, wychodzę więc na zewnątrz by ochłonąć. Nie pamiętam ile tam siedziałem, ale pamiętam pustkę w głowie. Miałem poukładane w myślach, co chciałbym kupić, ale teraz zapomniałem totalnie wszystkiego. Kompletne pustka!

Patrzę na zegarek. Niemożliwe! Do odjazdu autobusu pół godziny. Szok mija powoli i decyzja: nie wracam do sklepu. Nie przywiozę ze sobą stąd żadnej płyty. Wracam do autobusu.

Skracam sobie drogę i po chwili wiem, że zabłądziłem. Nie ta ulica, nie ten kierunek. Panika! Bez znajomości języka, bez paszportu, który został w autobusie, z dwudziestoma markami w kieszeni, co ja tu zrobię jak nie dotrę na czas do swoich? Nie wyszedł mi ten skrót na dobre. Zaczynam kombinować i intensywnie myśleć. Gdzieś obok idzie obładowana zakupami para i słyszę: „Dawaj ku…a Danka szybciej, bo nam autobus spie…li”. Rany, nasi tu są! Lecę w ich kierunku i po chwili jestem na ulicy, gdzie stoi nasz autobus. Dobiegam na pięć minut przed jego odjazdem. W oczach Joli widzę wszystko: strach i troskę. I po chwili krótkie „I co?”. Pokręciłem tylko przecząco głową. „Trudno. Następnym razem pójdziemy tam razem i na pewno coś kupimy”. O ile będzie następny raz – pomyślałem.

A jednak! Miesiąc później przywiozłem z Berlina „trójkę” Budgie. I wówczas przypomniała mi się moja pierwsza wyprawa na giełdę płytową do Warszawy, gdzie w tamtym czasie ten sam tytuł był dla mnie cenowo nieosiągalny. Koło się zamknęło…

2 komentarze do “TICKET TO RIDE. Wyprawa po płyty”

  1. Tak bylo naprawdę dzisiaj może wydawać się to dziwne a płyty były tak drogie że niewielu młodych ludzi mogło sobie na to pozwolić

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *