(Przed)Świąteczny przekładaniec, czyli Wielkanocne The Zombies.

Lubię te przedświąteczne dni. Z bliska i z daleka zjeżdża się rodzina, dom tętni życiem i radością. To jest ten jedyny moment, gdy na bok odkładane są laptopy, tablety, tudzież inne gadżety, a rozmowy z najbliższymi nie mają końca. Centralnym miejscem na kilka dni staje się kuchnia opanowana przez kobiety. To stąd wydawane są dyspozycje, to tu zapadają kluczowe decyzje. Mózg i serce całego przybytku. Stąd też wydobywają się niesamowite zapachy i cudowne smaki znane z dzieciństwa. Jednak im bliżej „godziny zero” tym atmosfera staje się bardziej gęsta, wzrasta napięcie, podnosi się poziom adrenaliny. Rozpoczyna się wyścig z czasem.  Ostatni akt bitwy i totalny zawrót głowy. Taki (przed)świąteczny przekładaniec…

Zostałem „oddelegowany” do sąsiedniego pokoju by zrobić to, co miałem zrobić tydzień temu: wypolerować komplet srebrnych sztućców. „Adaś ci pomoże, a przy okazji dopilnujesz Olusia”Spoko! Przed wykonaniem zadania chwila namysłu i pytanie: czego będziemy słuchać przy tej baardzo odpowiedzialnej pracy? „Co wybieramy? Góra, środek, a może dół?”  – pytam Adasia stojąc przed regałem z płytami. Malec szybko i zdecydowanie podchodzi na sam jego koniec i wyciąga dwie płyty. „Musimy duzio słuchać. Baldzio duzio”. Spoglądam z wysoka. Marszczę czoło, ale jednocześnie uśmiecham się szeroko. No tak, w sam raz na Wielkanoc… THE ZOMBIES.

Wbrew mrożącej krew w żyłach nazwie był to niezwykle pogodny zespół. „Czy wiesz Adasiu, że cała piątka pochodziła z bardzo starego miasta St. Albans, które w czasie panowania rzymskiego zwane jako Valuramium, tak ok. 60 r. naszej ery było stolicą rzymskiej Brytanii? No, ale to szalenie odległe czasy. Początki naszej grupy są bardziej współczesne, bo ich historia zaczęła się w kwietniu 1961 roku, co dla ciebie i tak pewnie jest epoką sprzed dinozaurów…” Siadamy obaj w kucki na podłodze, tuż obok bujaka z Olusiem mając przy boku całą baterię sztućców. Z głośników wybrzmiewają pierwsze dźwięki piosenki „She’s Not There”…

The Zombies. Od lewej: Hugh Grundy, Colin Blunstone, Paul Atkinson, Chris White, Rod Argent
The Zombies. Od lewej: Hugh Grundy, Colin Blunstone, Paul Atkinson, Chris White, Rod Argent

Inspiracją do założenia zespołu grającego rock’n’rolla była grupa The Beatles, o której robiło się coraz głośniej nie tylko w Liverpoolu. Pierwsze próby odbywali w lokalnym klubie Pioneer Club pod nazwą The Mustangs, ale dość szybko zreflektowali się, że grup o takiej nazwie jest już co najmniej kilka. Nazwę THE ZOMBIES wymyślił pierwszy basista Paul Arnold (wkrótce zastąpił go Chris White), uznając ją za dużo bardziej oryginalną. W styczniu 1964 wygrali przegląd muzyczny „Heart Beat” sponsorowany przez lokalną popołudniówkę „London Evening News”. To otworzyło im drogę do podpisania kontraktu z renomowaną wytwórnią Decca. Pierwszym efektem umowy był wydany w sierpniu 1964 roku singiel „She’s Not There/You Make Me Feel Good” który zawojował brytyjskie listy przebojów (12 miejsce), oraz  stał się hitem za Oceanem. W USA i Kanadzie uplasował się na miejscu drugim. Pełne rozmachu organy Roda Argenta połączone z lekko zdyszanym głosem wokalisty Colina Blunstone’a utworzyły niezwykle atrakcyjne brzmienie. Decca natychmiast wysłała grupę na drugą stronę Atlantyku, gdzie w najlepsze trwała brytyjska inwazja muzyczna zalewająca całą wielką Amerykę…

Tymczasem w kuchni gorączka. „Czy ktoś widział mój telefon?” „Potrzebuję ostrego noża. Dużego!” „Dajemy olejek arakowy, czy migdałowy?” „Śmieci! Czy ktoś może wynieść kosz, bo już jest pełny?!” „Błagam, nie przypal mi tego!!!” Oluś przygląda się jak z Adamem układamy w pudełku obitym purpurowym aksamitem lśniące, wypolerowane widelce, łyżki i łyżeczki… Z odtwarzacza płyną kolejne singlowe nagrania grupy: „Love Me Be”„Woman”„Tell Her No”„I Must Move”

W grudniu 1964 roku grupa daje serię świątecznych występów w nowojorskim Brooklyn Fox Theatre grając po siedem koncertów dziennie. 12 stycznia 1965 THE ZOMBIES pojawili się po raz pierwszy w amerykańskiej stacji telewizyjnej NBC w pierwszym odcinku programu „Hullabaloo”. Zagrali „She’s Not There”„Tell Her No” do niezwykle wrzaskliwej, histerycznie reagującej publiczności pełnej nastoletnich dziewczyn. Sukces! Potwierdził go, wydany tamże w styczniu, debiutancki album „The Zombies” (39 miejsce w USA); z myślą o Brytyjczykach Decca wydała go na Wyspie dwa miesiące później pod tytułem „Begin Here”.

The Zombies "Begin Here" (1965)
The Zombies „Begin Here” (1965)

Oba wydania różnią się nieco zawartością zamieszczonych nagrań, co było wówczas powszechnie stosowaną (dla mnie do dziś wciąż niezrozumiałą) praktyką. Brytyjskie wydanie zawierało czternaście uroczych nagrań w stylu garage’owym, freakbeat’owym i rhythm and bluesowym. Obok własnych kompozycji takich jak chociażby „I Can’t Make Up My Mind”, „I Don’t Want To Know”„What More Can I Do” basisty Chrisa White’a„The Way I Feel Inside”„Woman”„She’s Not There” Roda Argenta mamy tu także utwory Bo Didleya („Road Runner”), George’a Gershwina („Summertime”), Muddy Watersa („I Got My Mojo Working”), czy Smokey Robinsona („You’ve Really Got A Hold On Me” – najbardziej kojarzona z wykonania słynnej czwórki z Liverpoolu umieszczona na płycie „With The Beatles” z 1963 r). Słuchając dziś tych kapitalnych krótkich nagrań czasem tracę wiarę i szacunek dla współczesnej muzyki pop. Geniusz tkwi w prostocie i szczerości przekazu, który z płyty „Begin Here” wprost wylewa się z głośników niczym pszczeli miód z ula.

Kolejne single zespołu, choć utrzymane w podobnej konwencji jak „She’s Not There” nie osiągnęły już takiej popularności. Szefowie wytwórni płytowej Decca zareagowali dość nerwowo i nie zdecydowali się na przedłużenie umowy. Spowodowało to trochę zamieszania w szeregach kwintetu, który wypuszczał kolejne single, ale nie był w stanie wydać następnej dużej płyty. Zostały one później zebrane na podwójnej kompaktowej reedycji niezawodnej Repertoire Records i wydane w 2010 roku. Dysk pierwszy zawierał oryginalną monofoniczną, rewelacyjnie brzmiącą wersję album „Begin Here”, zaś drugi – komplet wszystkich nagrań (single i epki) nagrane dla Decci w latach 1964-1967! Cóż za rarytasy!

Ku wielkiej radości(?) Adasia zaglądam w Olusiowego pampersa. Uff! Suchy jak piasek pustyni. A w kuchni głośno i gorąco. „Czy ktoś pamięta, o której wstawiłam mięso do piekarnika?!” „Rany, nie mam galaretki! Kto chętny do sklepu? Pilnie potrzebuję na wczoraj!” „Może tata..?” Szybka riposta: „O nie! Tylko nie on! Po drodze wstąpi do sklepu z płytami. Przyniesie ze dwie lub więcej, bo akurat coś nowego znalazł. Zginie nam na godzinę, a o galaretkach zapomnij – powie, że nie było.” Zabieramy się do polerki kolejnych sztućców, zaś do odtwarzacza Adaś delikatnie wkłada następną płytę…

Z pomocą zespołowi przychodzi CBS, która w kwietniu 1967 roku podpisała z nimi kontrakt, a już w czerwcu w studiach Abbey Road muzycy rozpoczęli nagrywanie swej drugiej płyty. Na dwanaście zaplanowanych utworów dziesięć powstało właśnie tam; pozostałe  ze względu na dwumiesięczną przerwę techniczną zostały nagrane w Olympic Studios. Ograniczony budżet powodował, że praca nad albumem musiała przebiegać w studio sprawnie i szybko, co w praktyce oznaczało nagrywanie „na żywca”, bez dubli, nakładek, dopieszczania szczegółów. Wprowadzało to nerwową atmosferę i kłótnie między muzykami, szczególnie pomiędzy wokalistą Colinem Blunstone’em, a gitarzystą Paulem Atkinsonem. Całą sytuację dyplomatycznie łagodził Rod Argent, który na dodatek wraz z Chrisem White’em z własnej kieszeni wyłożyli pieniądze na… stereofoniczny miks płyty. Gotowa monofoniczna wersja albumu została odrzucona przez szefów CBS, którzy postawili wymóg: „Albo w stereo, albo w ogóle”. A że budżet w całości został już wykorzystany – nie było wyjścia… Okładkę płyty zaprojektował Terry Quirk (przyjaciel basisty Chrisa White’a), który w pisowni tytułu zrobił drobny błąd: zamiast odyssey grafik napisał odessey. Pech! Nie było już szans, by go naprawić – album „Odessey And Oracle” był już w trakcie tłoczenia. W Wlk. Brytanii ukazał się dokładnie 19 kwietnia 1968 roku, zaś w Stanach Zjednoczonych dwa miesiące później. Niestety THE ZOMBIES nie doczekali tego momentu. Zespół rozwiązał się kilka miesięcy wcześniej, w grudniu 1967 roku, mając po dziurki w nosie cały ten muzyczno-biznesowy cyrk…

The Zombies "Odessey And Oracle" (1968)
The Zombies „Odessey And Oracle” (1968)

„Kto wziął mój telefon? Nie, nie chcę nigdzie dzwonić. Mam w nim przepis na ciasto!” „Rany, galaretka mi się nie zsiada!” A tuż za naszymi plecami nagły okrzyk: „Adasiu, Adasiu! Chodź szybko, tata dzwoni na skypie”. Mały podnosi się z klęczek i krzyczy: „Zacimaj, zacimaj!” Nie wiem, czy mam zatrzymać płytę, czy też mama ma zatrzymać tatę przy telefonie…

W porównaniu z wcześniejszymi nagraniami muzyka THE ZOMBIES nieco się zmieniła. Przede wszystkim więcej w niej było psychodelii; w nagraniach panuje bardziej kameralny, melancholijny nastrój. I choć za sprawą melotronu brzmienie staje się momentami bardzo potężne, to zespół nigdy nie uderza w patetyczny, pretensjonalny ton. Płyta opatrzona fantastyczną okładką (ideał psychodelicznej ilustracji) piorunuje swym pięknem. Jest tak genialna, że nie sposób opisać emocje i uczucia jakie niesie zawarta w niej muzyka „Odessey And Oracle” to absolutne arcydzieło i prawdziwy ołtarz dla fanów psychodelicznego popu. Skończony majstersztyk przebijający inne pozycje z tamtych lat. A wszystko zagrane z niezwykłym wdziękiem i dostojeństwem. Na otwarcie dostajemy „Care Of Cell 44” wpadający w ucho utwór oparty na optymistycznej melodii z rewelacyjnie zharmonizowanymi głosami – znak rozpoznawczy płyty. Zachwyca mnie smutna, choć pełna słodkości melodia w „A Rose For Emily”; bogate harmonie w „Brief Candles”, a zwłaszcza końcowa partia fortepianu i jego oddalające się dźwięki, które czynią z tego nagrania niezwykle poruszający moment. W fenomenalnym i niewyobrażalnie wręcz dramatycznym „Hung Up On A Dream” dominuje brzmienie melotronu. Cóż za kompozycja! Żadne słowa jej nie opiszą! Można ją rozpatrywać w kategorii „Muzyczne wydarzenie” i delektować się nią przez kilka kolejnych dekad. Przedziwna aura tajemniczości unosi się nad „Beechwood Park” dodając uroku całej płycie. Przepiękna psychodeliczna ballada „Butcher’s Tale (Western Front 1914)” zagrana jedynie z akompaniamentem organów Argenta ma w sobie tyle dramatyzmu, że ciarki po plecach przebiegają wywołując dreszcz rozkoszy. Najbardziej znanym utworem z tej płyty jest „Time of The Season”. Mistrzostwo świata! Jeden z najwspanialszych utworów w historii muzyki pop.

Mógłbym tak bez końca zachwycać się wszystkimi dwunastoma zamieszczonymi tu nagraniami. A jednak płyta, niestety, przepadła w powodzi innych wydawnictw tamtych lat. Porażkę tego cudownego albumu uważam za jedną z największych pomyłek w historii fonografii…

Porażki dzisiejszego dnia w kuchni nie było. Pieczeń wyszła soczysta, galaretka nabrała odpowiedniej konsystencji, ciasto wyrosło że ho ho, a telefon odnalazł się w kuble na śmieci… Oluś dawno poszedł na górę do swego małego łóżeczka, a Adaś usnął mi na kolanach. Nie dotrwał do zakończenia płyty. Jutro pewnie znowu stanie przed regałem i wyciągnie kolejny krążek. Wszak (przed)świąteczny przekładaniec jeszcze się nie skończył, a muzyka jest jednym z jego istotnych elementów.

Jedna myśl nt. „(Przed)Świąteczny przekładaniec, czyli Wielkanocne The Zombies.”

  1. Świetnie napisane z taką lekkością, że aż miło poczytać:) rewelacyjna narracja 🙂 aż prosi się o napisanie książki #zmuzykąwtle #

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *