THE ARTWOODS „Art Galery” (1966)

Wspominając grupę THE ARTWOODS zazwyczaj mówimy o niej w kontekście kolejnego szczebla kariery jej klawiszowca Jona Lorda lub perkusisty Keefa Hartleya. Zawsze mnie to dziwi, bowiem grupa w naszym kraju miała i ma(!) status zespołu kultowego. Odwiedzając Polskę w kwietniu 1966 roku jako support grupy Billy J. Kramer & The Dakotas swoimi koncertami m.in. w Radomiu, Warszawie, Krakowie i Kielcach przyćmili, a raczej zmietli ze sceny swych kolegów po fachu. Ubrani w czarne skóry byli kontrastem dla kolorowych Dakotas. Grali i śpiewali wspaniale, choć gorzej było z kontekstem: tylko dzienne światło, bez scenografii i pod nadzorem milicji (taki był wtedy standard w Polsce) pilnującej publiczności. Nie spodziewali się aż tak gorącego przyjęcia. Keef Hartley ze sceny obiecał, że wrócą tu we wrześniu, najpóźniej za rok… Ktoś bardzo przytomny zaprosił ich do Polskiego Radia, gdzie zarejestrowano trzy nagrania: „Be My Lady”„Chicago Calling” i prawdziwy rarytas „Pack Your Suitcase (I Don’t Want You Anyway)”. Odtworzono je na radiowej antenie tylko jeden jedyny raz! Szkoda, że tylko wtedy i tylko raz. Podobno taśmę chciał odkupić Jon Lord proponując w 2010 roku spore pieniądze i wydać ją na retrospektywnym albumie Deep Purple. Nie udało się. Nagrania wciąż są niedostępne dla masowego odbiorcy…

Początki THE ARTWOODS sięgają pierwszej połowy lat 60-tych, kiedy to wokalista Art Wood, gitarzysta Derek Griffiths, perkusista Red Dunnage, oraz grający na klawiszach Jon Lord założyli The Art Wood Combo. Cała czwórka grała wcześniej w The Red Bludd’s Bluesicians obsługując wesela i taneczne wieczorki w klubach golfowych. Jon Lord dodatkowo udzielał się w jazzowym Don Wilson Combo odgrywającym standardy jazzowe w amerykańskich bazach lotniczych. Znudzeni graniem „do kotleta” podjęli decyzję, by profesjonalnie zabrać się do muzykowania. Do składu dokooptowali basistę Dona Wilsona (tego z Don Wilson Combo) i zaczęli od reklamowania swoich występów w prasie muzycznej. Prosty pomysł, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Wkrótce grali po trzy, cztery koncerty, głównie w klubach muzycznych takich jak Cromwell, Speakeasy, czy Blaises przy pełnej i entuzjastycznie reagującej publiczności. Niestety, po jednym z takich koncertów wiozący ich Van zderzył się z ciężarówką w wyniku czego poważnie ranny został basista. Niedługo po tym zdarzeniu zrezygnował z grania w zespole. Jego miejsce zajął Malcolm Pool z Roadrunners.

Z całej tej piątki Art Wood (starszy brat Rona i późniejszy członek The Rolling Stones) posiadał największe doświadczenie w branży muzyczno-estradowej. To on założył londyński Ealing Blues Club, w którym (o czym warto wiedzieć) zadebiutował w 1962 roku Alexis Korner (zwany ojcem brytyjskiego białego bluesa) ze swoim zespołem Blues Incorporated – Art śpiewał tam w chórkach. On też kierował poczynaniami zespołu; organizował koncerty, przejazdy, starał się o sesję nagraniową i kontrakt płytowy. Od wielu tych spraw odciążył go niebawem Johnny Jones, nowy prężny menadżer, który zgłosił się do nich po jednym z występów. Błyskawicznie załatwił im całą serię koncertów w większych salach, oraz podpisał wstępną umowę z wytwórnią Decca Records na nagranie singla. Latem 1964 roku muzycy weszli do Advision Studios przy New Bond Street i zarejestrowali swe pierwsze historyczne nagrania: „Talking About You”, „Kansas City” oraz bluesowy standard Willie Dixona „Hoochie Coochie Man”. Decca wstrzymała wydanie singla prawdopodobnie z powodu tego, iż rywalizujące wersje „Hoochie Coochie Man”  zostały wydane w tym samym czasie przez Dave’a Berry’ego i Manfreda Manna. Wytłoczona na acetacie płytka (taka trochę lepsza wersja dawnych pocztówek dźwiękowych) w 1990 roku została sprzedana na aukcji i od tamtej pory więcej się nie pokazała. Ach, mieć taki rarytas w domu! Kilka tygodni później Red Dunnage odszedł z zespołu decydując się (według niego) na pewniejszą i stabilniejszą posadę -kuriera na lotnisku Heathrow. Pozostali zaczęli szukać nowego bębniarza. W końcu zamieszczono krótkie ogłoszenie w Melody Maker, na które odpowiedziało kilka osób. Jedną z nich był Mitch Mitchell, z którym zagrali kilka koncertów, ale jego styl gry generalnie im nie odpowiadał. Dwa lata później perkusista znajdzie się w jednym z najsłynniejszych zespołów świata – The Jimi Hendrix Experience… W końcu wybór padł na Keefa Hartleya z Rory Storm And The Hurricanes , który zastąpił za bębnami Ringo Starra, gdy ten przeszedł do The Beatles. W tym składzie Decca wydała im pierwszy oficjalny singiel „Sweet Mary/If Ever Get My Hands On You”. Strona „A” to bluesowy standard Leadbelly’ego; drugi utwór był autorską kompozycją spółki John Carter/Ken Lewis, którzy później odniosą sukces z The Flower Pot Men tworząc dla nich przebój „Let’s Go To San Francisco”. Za radą producenta Mike’a Vernona z nazwy zespołu wyrzucono słowo Combo, uznając je za zbyt archaiczne, zaś datę 1 października 1964 roku uznaje się jako początkującą dla istnienie zawodowej grupy THE ARTWOODS (czasem pisaną jako The Art Woods).

Label drugiego singla "Oh My Love" (luty 1965)
Label drugiego singla „Oh My Love” (luty 1965)

W sumie wytwórnia Decca wydała grupie pięć singli przypominające trochę nagrania The Animals. Co ciekawe, strony „B” tych płytek zawierały materiał o wiele ciekawszy niż ten umieszczony na teoretycznie ważniejszych stronach „A”. Tak jest np. na singlu z kwietnia 1966 „I Take What I Want/I’m Looking For The Saxophone Doubling French Horn Wearing Size 37 Boots” (dłuższego tytułu już chyba nie mogli wymyślić) gdzie znajdujemy wyśmienitą rozimprowizowaną jazzowo-bluesową kompozycję. Podobnie rzecz ma się z ostatnią małą płytką z logo Decca Records, wydaną cztery miesiące później, która na pierwszej stronie zawierała w końcu niemal rockowy „I Feel Good”, ale na odwrocie mimo wszystko ciekawiej prezentował się rozbujany, jazzujący „Molly Anderson’s Cookery Book” urozmaicony recytacją z… książki kucharskiej. Warto jeszcze wspomnieć o bardzo udanej EP-ce „Jazz In Jeans” (kwiecień 1966), dziś niestety ultra rzadka zawierająca m.in. instrumentalną (świetną!) wersję „A Taste Of Honey”, czy pełen zmiennych klimatów „Out Man Flint” (Lord i Hartley w głównych rolach!). Szkoda, że nagrania z „czwórki” nie znalazły się na dużej płycie grupy, która wydana została w listopadzie 1966 roku pt. „Art Galery”.

THE ARTWOODS "Art Galery" (1966)
THE ARTWOODS „Art Galery” (1966). Reedycja CD Repertoire Records z 14 bonusami z 2009 r.

Przyznać trzeba, że album był dziełem bardzo udanym. Nagrany w maleńkim studiu mieszczącym się w piwnicach domu przy Denmark Street pod okiem producenta Mike’a Vernona oddaje w pełni charakter muzyki granej na żywo przez zespół. Bo trzeba wiedzieć, że kiedy THE ARTWOODS łapali wiatr w żagle, to brzmieli wręcz powalająco – jak najlepsza rhythm’n’bluesowa formacja świata! Jeden z angielskich recenzentów napisał, że to „(…) klejnot zespołowego grania z błyskającymi dwunastoma nagraniami pośród których nie ma ani chwili nudy, a panowie Lord i Hartley świecą najjaśniej”. Szkoda jedynie, że zabrakło na albumie oryginalnych kompozycji – wszystkie utwory to przeróbki mniej lub bardziej znanych standardów z rejonu bluesa, jazzu i soulu. Patrząc dziś z perspektywy czasu wydaje się, że styl formacji Erica Burdona położył się cieniem na brzmieniu THE ARTWOODS, czego przykładem do złudzenia przypominający dokonania The Animals – skądinąd bardzo udany – „I Keep Forgettin'”. Słychać też echa dokonań Them (w ozdobionym przesterowaną gitarą „Things Get Better”), oraz w mniejszym stopniu The Rolling Stones. Mnie zachwyca ponad 5-minutowy, instrumentalny „Walk On The Wild Side” z kapitalnymi Hammondami i jazzowymi, pełnymi werwy przejściami. Niewiele ustępuje mu atmosferyczny, bardzo dojrzały (jak na rok 1966) „Work, Work, Work”; mocno rozbujany „Keep Looking” pełen udanych, niemal psychodelicznych przejść gitary, czy wreszcie instrumentalny, typowy dla grupy „Be My Lady” oparty na współbrzmieniu gitary i organów. A przecież są tu także takie cudeńka, jak otwierający całość „Can You Hear Me”, czy zagrany w szybkim tempie „One More Heartache” znany z wykonania Marvina Gaye’a.

Tył okładki oryginalnego LP.
Tył okładki oryginalnego LP.

Brytyjski monofoniczny LP z czerwoną nalepką jest bardzo poszukiwany przez kolekcjonerów winyli (i fanów Deep Purple) – niestety  płyta drożeje z roku na rok. Kompaktowa wersja „Art Galery” (dlaczego wydana w stereo?!) uzupełniona została o 14 nagrań dodatkowych – utwory z singli, oraz EP „Jazz In Jeans”. Polecam też CD „Singles A’s & B’s” zawierający zbiór wszystkich nagrań singlowych w tym cztery, które nie zmieściły się na poprzednim albumie („Oh My Love”„Big City”„I’m Looking For A Saxophonist…”„Molly Andreson’s Cookery Books”). Prawdziwa gratka nie tylko dla fanów zespołu!

Mimo, że THE ARTWOODS byli jedną z najlepszych i najciężej pracujących kapel r&b tamtych czasów, to brak sukcesu komercyjnego spowodowało, że Decca straciła zainteresowanie grupą. Sytuację mógł uratować Parlophone, który wydał całkiem udany singiel „What Shall I Do/In The Deep End”, ale i ta płytka przeszła bez echa. Za namową wytwórni płytowej Fontana zmienili image przeistaczając się w amerykańskich gangsterów z lat 30-tych i pod (raczej samobójczym) szyldem St. Valentine’s Day Massacre wydali nieudany singiel, który okazał się gwoździem do trumny zespołu. THE ARTWOODS ostatecznie rozwiązali się w 1967 roku. Dziś obie te płytki warte są małą fortunę – każda po 250 funtów! Masakra!!!

Po rozpadzie zespołu najlepiej poradził sobie Jon Lord zakładając w 1968 roku Deep Purple. Z powodu pogłębiającej się choroby (rak trzustki) opuścił grupę w 2002 roku (jego miejsce zajął Don Airey). Zmarł 12 lipca 2012 w wyniku zatoru tętnicy płucnej… Keef Hartley przyjął propozycję Johna Mayalla i wstąpił do jego Bluesbreakers, a potem założył własną formację Keef Hartley BandDog Soldier. Gitarzysta Derek Griffiths grał w Satisfaction, The Alan Bown i w Dog Soldier (u boku Hartleya). O dziwo ewidentnie utalentowany Art Wood nie zrobił większej kariery; co prawda założył ze swym bratem efemeryczny Quiet Melon, ale zaraz potem wycofał się z muzycznej branży i został grafikiem. Zmarł w Londynie 3 listopada 2006 roku w wieku 69 lat…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *