Dzieci diabła, czy źli policjanci..? DEMON FUZZ „Afreaka!” (1970)

Słodki Jezu! Wyskoczyłem z fotela już przy pierwszym utworze jaki wybrzmiał mi z głośników, gdy włączyłem płytę „Afreaka!” zespołu DEMON FUZZ. A potem było jeszcze lepiej! Powiem szczerze jak na spowiedzi: uważam, że jest to najlepsza rockowa płyta nagrana przez brytyjski Afro band – zdecydowanie bijąca na głowę Assagai, Noir i wczesne płyty Osibisa. Ten wyśmienity album łączył elementy klasycznego, soczystego rocka progresywnego z elementami zjadliwego, ostrego funku, soulu i dobrego jazzu. Fantastyczna, wybuchowa mieszanka stylów. Słyszałem, że z jakiś powodów jest to bardzo poszukiwany tytuł przez ludzi (zwanych DJ’ami) niszczących w klubach winylowe płyty… Mamy tu mnóstwo Hammondów, fajne partie saksofonu i fletu, niemal heavy rockowe bębnienie. No i to co tygryski lubią najbardziej – długie, rozbudowane kawałki! Album dla miłośników grup spod znaku Hannibal, czy mocniejszego If. Do tego jamowa jędrność  Funkadelic i Fela Kuti, gitary jak w Traffic, niemal metalowy garnitur przypominający Jamesa Browna i Sly & The Family Stone z muzyką latynoską – jakby zaprosili do tego stołu Santanę… Kwintesencja etno rocka. Jednym słowem: CZAD!

Demon Fuzz (1970)
Demon Fuzz (1970)

Grupa została założona przez siedmiu wspaniałych młodych muzyków w Londynie w 1968 roku. Byli dziećmi emigrantów, których rodzice przybyli do Wielkiej Brytanii  po 1948 roku. Rząd brytyjski zachęcał wówczas obywateli Wspólnoty do osiedlania się w Anglii oferując pracę, mieszkanie i lepsze zarobki mając nadzieję na uzupełnienie powojennego „deficytu ludnościowego”. Sytuacja wymknęła się nieco spod kontroli w 1958, kiedy to w okolicach Notting Hill w Londynie wybuchły zamieszki rasowe. Nie mniej pozytywnym aspektem całej tej napływowej fali emigrantów było to, że młodzi Brytyjczycy mogli odkryć i posłuchać nieznanej im do tej pory muzyki i rytmów. Także tych jamajskich, zwanych riddin, wykorzystanych w muzyce reggae. Wszystko to wypływało z małych klubów ukrytych w ciasnych uliczkach Londynu, Birmingham, Leeds i innych dużych miast. Tak jak i zapachy nowych egzotycznych potraw roznoszących się z niewielkich barów i knajpek na uboczu…

Paddy Corea po przybyciu do Londynu w 1963 roku zaczął grać na saksofonie tenorowym. I to wcale nie z miłości do tego instrumentu. Ta przyszła nieco później. To była broń na… irytujących go sąsiadów. Jak się okazało – skuteczna! Parę lat później trafił na ogłoszenie w New Musical Express, w którym bracia Sleepy Jack Joseph (bas) i Winston Raphael Joseph (gitara) oraz wokalista Blue Rivers poszukiwali saksofonisty do zespołu. Wkrótce pozyskali grającego na fortepianie i organach Raya Rhodena, który z kolei przyciągnął swego przyjaciela i puzonistę Clarence’a Crosdale’a.  Braciom zaimponował fakt, że Crosdale miał za sobą współpracę z Rico Rodriguezem, brytyjskim puzonistą urodzonym w Kingston na Jamajce grający muzykę ska, reggae i jazz. Gdy na pokładzie pojawił się  perkusista Steven John zaczęli występować jako Blue Rivers & Maroons. Dzieciaki przychodzące na ich występy były nieco zdezorientowane. Spodziewały się muzyki, którą słyszały w radiu BBC. Dla nich „czarny” wykonawca kojarzył się z muzyką soul. Tu zaś zetknęli się z reggae i ska. Rivers robił bowiem wszystko, by nie być jak cała reszta „kolorowych”. Regularne sobotnie występy w The Roaring TwentiesQ Club należące do zachodnioindyjskiego DJ’a Counta Suckle’a przyniosły im rozgłos. Efekt? Wydana w 1968 roku płyta „Blue Beat In My Soul”. Dwa lata po jej nagraniu nastąpił rozdźwięk między wokalistą, a saksofonistą co do przyszłości grupy. Rivers nie chciał nic zmieniać tym bardziej, że po ostatniej trasie w północnej Afryce zespół dostał propozycję stałych występów w legendarnym hamburskim Star Club. Paddy Corea dość miał jednak ska i reggae. To właśnie w Maroku narodził się w jego głowie pomysł na inny rodzaj zespołu, na inny rodzaj muzyki. Zaraził się czymś zupełnie nowym, czymś czego Zachodnia Europa jeszcze nie znała. Nauczył się Sufi – arabskiej skali i pentatoniki. Słuchał plemiennych bębnów, poznał brzmienie instrumentów robionych z trzciny, kory i z tykwy calabashu. Pomysł spodobał się wszystkim z wyjątkiem wokalisty, który został w Hamburgu. Pozostali, już jako DEMON FUZZ powrócili do Anglii…

DEMON FUZZ "Afreaka!" (1970)
DEMON FUZZ „Afreaka!” (1970)

Skąd nazwa grupy? ” To afrykański zwrot, który w wolnym tłumaczeniu oznacza'dzieci diabła' lub 'złych policjantów' – wyjaśniał Crosdale.  „Spodobała nam się ta nazwa. I tyle…”  Trzy miesiące upłynęły Dzieciom Diabła na intensywnych ćwiczeniach w piwnicy sklepu muzycznego w zachodnim Londynie. Żadnych koncertów, występów, grania na żywo. Tylko próby, próby, próby… Rozglądali się też za kimś, kto zastąpiłby Blue Riversa. Okazało się, że był dosłownie w zasięgu ręki. Smokey Adams śpiewał w Shepherd’s Bush, w amatorskim zespole R&B i bardzo chętnie przyjął wakat wokalisty. To wówczas powstało kilka piosenek, w tym „Past, Present And Future” – zabójcza kompozycja, która wywaliła mnie z fotela. „Było to fantastyczne wyzwanie muzyczne” – wspominał dalej Crosdale. „Winston (Joseph) i Ray (Rhoden) dużo wtedy pisali, a wszystko to spajał w jedną całość Paddy. Myślę, że inspirował nas wtedy Blood Sweet & Tears, choć nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy…”

W 1970 roku rasizm w przemyśle muzycznym w Wielkiej Brytanii oficjalnie nie istniał, ale – niestety – był obecny. Ukryty. Na mniejszą, niż większą skalę, ale był. W klubach czarne zespoły dostawały dużo mniejsze gaże za występy; za wynajem studia nagraniowego płaciły podwójną stawkę. „Czarni muzycy nie byli traktowani w Anglii poważnie.” – mówił po latach Corea„Chcieliśmy to zmienić. Chcieliśmy zmienić styl, dźwięk, wizerunek i postawę czarnej muzyki i czarnych wykonawców w Anglii.”… Na szczęście był John Peel, dalekowzroczny prezenter z BBC. Człowiek, który wywarł znaczący wpływ na scenę rockową Wielkiej Brytanii. Z jego zdaniem i opinią liczyła się cała branża muzyczna. Zresztą nie tylko ta na Wyspach. Oprócz audycji radiowych pisywał też artykuły i recenzje do Melody Maker. Po obejrzeniu występu DEMON FUZZ w jazzowym klubie u Ronnie’go Scotta zamieścił najkrótszą recenzję w swoim życiu, która brzmiała: „Wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe!” Fakt. Zespół na scenie wytwarzał niepowtarzalny klimat, aurą i magią przykuwał uwagę publiczności jak rzadko który. Jego występy były absolutnym hitem nie tylko klubów z okolic Soho. Być może zachwyt szanowanego radiowca pozwolił im szybciej otworzyć drzwi do studia Pye Records, gdzie nagrali materiał na płytę. Album, pod wiele mówiącym tytułem „Afreaka!” wydał Dawn Records, pododdział Pye we wrześniu 1970 roku.

Label oryginalnego LP wytwórni Dawn Records.
Label  LP „Afreaka!” wytwórni Dawn Records.

Oryginalny krążek zawiera pięć wspaniale rozbudowanych kompozycji trwających w sumie czterdzieści pięć minut muzyki. Na początek dostajemy dziesięciominutową instrumentalną petardę, czyli „Past, Present And Future”. Początek intrygujący – ponure dźwięki gitary w duecie z talerzami budują tajemniczy i złowrogi klimat. A potem wszystko rozwija się w nieprawdopodobny ciąg. Wkraczają organy Hammonda, ciężkie sfuzzowane gitary, mocarne bębny, pełen energii dudniący bas i niesamowity saksofon. Wszystko to ciężkie jak toczący się walec. Hard rock z domieszką soulu, funku i odrobiny psychodelii. Połączenie Colosseum z Funkadelic. I jak tu nie kochać takich klimatów!? W „Disillusioned Man” Smokey Adams śpiewa o miłosnym rozczarowaniu, a saksofon sopranowy rozbraja mnie po raz kolejny niesamowitą solówką. Jeszcze jeden dowód na to, że solowe partie instrumentalne niekoniecznie muszą być  wykonywane przez gitarzystów… „Another Country” to cover amerykańskiej grupy Electric Flag zagrany tonę ciężej niż oryginał! Nigdy nie pomyślałbym, że pierwowzór jest w ogóle do przebicia. A jednak! Podoba mi się szczególnie sekcja rytmiczna, która bardzo ładnie tu łoi. No i ponownie ten niesamowity Paddy Corea na saksie. On jest boski! Acid rockową wycieczkę zespół zafundował nam w dość podniosłym, niemal epickim „Hymn To Mother Earth”. Przez osiem minut producent płyty, Barry Murray, dał przestrzeń na pokazanie talentu każdemu muzykowi nie tracąc przy tym z zespołowego, precyzyjnego grania. Pięknie płynący bas i organy, świetna partia fletu, wielogłosowy śpiew, delikatna gitara, w tle afrykańskie bębny, na których gościnnie zagrał Ayinde Folarin. Cudo! Całość spina klamrą instrumentalny „Mercy (Variation No. One)”  będący połączeniem jazz rocka z muzyką latynoską. Znalazło się też miejsce na odrobinę hiszpańskiego flamenco. Warto zwrócić uwagę na rozbudowaną formę instrumentów perkusyjnych. Ayinde Folarin gra na kongach jak prawdziwy wirtuoz. Całość brzmi oryginalnie i bardzo ciekawie.

Kompaktowa reedycja Esoteric Records z 2009 roku zawiera sporą gratkę dla miłośników zespołu. Dołączono bowiem do niej trzy nagrania z maxi singla wydanego w październiku 1970 roku. Są to: „I Put On Spell On You” kompozycja Screamin' Jay Hawkinsa, którą pamiętamy z brawurowej interpretacji w wykonaniu Creedence Clearwater Revival z 1968 roku, oraz dwie własne: „Message To Mankind”„Fuzz Oriental Blues (ten ostatni powinien nazywać się „Fuzz Oriental Funk”). Radość tym większa, gdyż maxi singiel dziś jest praktycznie nie do zdobycia. Tak jak i nie do zdobycia jest też oryginalna płyta „Afreaka!” czarnoskórych muzyków, którzy wcale nie byli ani złymi policjantami, ani tym bardziej dziećmi diabła

 

3 myśli w temacie “Dzieci diabła, czy źli policjanci..? DEMON FUZZ „Afreaka!” (1970)”

  1. Album mam i uwazam ze jest wielki, organy tworza tlo a nie napedzaja song jak u Purpli…. Ciekawostka dla Indiany i reszty, kiedys kupilem album za 4 funty, dzis moge zapomniec, tyle to nawet browarka sie nie kupi a plyty od 20 funciakow up…. Indiana, Archeologu, gdzie zdobywasz / bo jak u jacka l to masz ograniczenia. Te jego rare i ceny z kosmosu sa dla fanow zakladow specjalnych. On ze swoimi 200 kg wagi tez. Szacun za ta strone, nieznane kopalnie i cuda bo Muzyka to przygoda jak do dzungli i back again. Indiana, trzym sie bo juz niewielu zostalo.

    1. Ach te Twoje super komentarze – dzięki Ci za nie! ?
      Od lat mieszkam w Anglii, więc płyty zaopatruję się głównie w tutejszych sklepach muzycznych, które – o zgrozo – znikają w tempie iście geometrycznym. Takie czasy. ? Obecnie zmuszony jestem częściej zaglądać do sklepów internetowych i nie jestem z tego zadowolony. Od czasu do czasu chodzę także na tutejsze giełdy płytowe, ale na CD trudno coś interesującego wykopać.

  2. England,, raj dla wielu a dla niektorych pieklo. Widzimy co chcemy, portfel a moze plyty i kulture.. Tak jest wszedzie. Warsaw in Poland,kumpel serdeczny zalozyl sklep z winnylami a obok byl pseudo turek z kebabem, do winli nie zajrzal nikt a kebab wpieprzali jakby rok nie jedli. Tam kolejka a do plyt pustka. Jak jest zapisane – nie rzuca sie diamentow miedzy wieprze…- Super Archeologu ze jestes bo kocham zapomniane klimaty, zbieram i taki Indiana to promien nadziei ze z nami pamiec nie zginie. A wieprze niech wpieprzaja kebab i shit food a potem kibel lozko i na rano na wozek do roboty. Sens zycia…. ADEEP PURPLE, URIAH, SABBATH, ZEPPELIN I tysiace zapomnianych…. Nie mam czasu bo dzis meczyk a moze jest przelewik…. Debili nie wyedukujesz. Nie wiedza co traca. Ruszaj Indiana i rob swoje, wypelniaj swiat trescia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *