Śmierć bigbitu. Czerwone Gitary „Spokój serca” (1971)

Dla dzisiejszych nastolatków CZERWONE GITARY są zapewne zespołem dawno minionej, niemal zapomnianej epoki, którego fenomenu popularności nie są w stanie zrozumieć. Nic dziwnego, wszak muzyka grupy rozpalała do białości jeśli nie rodziców, to na pewno rodziców ich rodziców, czyli dziadków. Głównym walorem i źródłem sukcesu wczesnych CZERWONYCH GITAR była prostota. Co prawda kawiarniani krytycy czasem wybrzydzali – pisali o łatwiźnie, przeciętności, tanim guście, infantylności tekstów i braku wartości artystycznych. Jednak wbrew tym zarzutom muzyka grupy trafiała tam gdzie trzeba, była komunikatywna, porywała miliony, przynosiła radość. A to już była nie lada sztuka. Nie bez kozery mówiło się wówczas o nich, że byli polskimi Beatlesami.

Historia zespołu doczekała się licznych publikacji prasowych, opracowań książkowych, wpisów encyklopedycznych, więc nie ma sensu jej tu przytaczać. Tytułem wprowadzenia przypomnę jedynie, że grupa powstała 3 stycznia 1965 roku w kawiarni „Crystal” w Gdańsku Wrzeszczu z inicjatywy Jerzego Kosseli (opuścił grupę dwa lata później) i Henryka Zomerskiego na bazie formacji Pięciolinie. W pierwszym składzie znaleźli się jeszcze Bernard Dornowski, Jerzy Skrzypczyk i Krzysztof Klenczon. Jesienią Henryk Zomerski dostał powołanie do wojska, a jego miejsce zajął Seweryn Krajewski. Ponieważ Krajewski i Skrzypczyk byli jeszcze uczniami szkół średnich dla zmylenia grona pedagogicznego występowali pod pseudonimami Robert Marczak i Jerzy Geret. Zadebiutowali 15 stycznia w Elblągu; na plakatach wydrukowanych wcześniej widniała jeszcze nazwa Pięciolinie. Cztery dni później w sopockim „Grand Hotelu” w ramach zimowego „Non Stopu” przybyłych gości po raz pierwszy witał plakat z nazwą CZERWONE GITARY. Trzy miesiące później pojawili się w Polskim Radio dając koncert „na żywo”, a latem ruszyli w trasę z hasłem „Drzemy się najgłośniej w Polsce”, które cenzura szybko zamieniła na łagodniejszą wersję „Gramy i śpiewamy najgłośniej w Polsce”. Największe sukcesy grupa odniosła w pierwszych pięciu latach swojego istnienia…

Czerwone Gitary
W pięcioosobowym składzie Czerwone Gitary grały w latach 1965 – 1967.

W 1970 roku świat obiegła wiadomość o rozpadzie The Beatles. W Polsce wiatr zmian powiał od morza – w grudniu zaczął się początek rządów Edwarda Gierka, a jego słynne zapytanie „To jak towarzysze, pomożecie?” przeszło do naszej historii. Pół roku wcześniej, po VIII Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu obwieszczono śmierć rodzimego bigbitu. Widownia wybuczała i wygwizdała czołowych reprezentantów naszej estrady. Białe koszule z żabotami zaczęły być przyciasne, a krawaty zaciskały się niczym pętla na szyi „etatowym” gwiazdom. Dostało się też CZERWONYM GITAROM. Jeden z poczytnych młodzieżowych tygodników został zasypany listami od czytelników, którzy ostro pojechali po zespole. „Ambicje dzisiejszej młodzieży sięgają nieco wyżej. To, co kilka lat temu było cudowne, dziś nie cieszy” – napisała pani A.M. Głowacka z Krakowa dodając „Z Beatlesami mają tyle wspólnego, że jest ich czterech i trzech gra na gitarach, a jeden na perkusji. Ja porównałabym ich do kaszy manny, która jedzona przez cztery lata po prostu już się przejadła”… Szkoda, że pani Głowacka dość szybko zapomniała, że rok wcześniej (styczeń’69) podczas trwania Międzynarodowych Targów Muzycznych MIDEM odbywających się w Cannes we Francji zespół został uhonorowany prestiżową statuetką (a ściślej „Marmurową Płytą”) za największą liczbę sprzedanych krążków w rodzinnym kraju. Smaczku dodaje fakt, że Krajewski i spółka zdobyli ją ex aequo z… The Beatles.

Jakby mało było tej krytyki, w tym samym 1970 roku, CZERWONE GITARY opuścił Krzysztof Klenczon. Szok dla fanów, którzy w parze Klenczon/Krajewski widzieli polski odpowiednik liverpoolskiej pary Lennon/McCartney, oraz wcale nie mniejszy szok dla pozostałych członków grupy. Tak oto kwartet schudł do tria. Wkrótce pojawiły się plotki, że zespół zmienia nazwę na Krajewski Band, ewentualnie Seweryn Trio. Tymczasem osamotniony lider zaczął myśleć o powrocie do skrzypiec; miał też nowe pomysły brzmieniowe i dość ambitne plany na przyszłość jak choćby koncert beatowy na zespół i dwoje skrzypiec skomponowany z myślą o Konstantym Andrzeju Kulce, swym dawnym koledze szkolnym.

Zostało ich tylko trzech...
Zostało ich (chwilowo) trzech: B. Dornowski, S. Krajewski, J. Skrzypczyk.

Otrzeźwienie przyszło szybko, tuż po tym jak Klenczon wystartował ze swoim nowym zespołem Trzy Korony. Znalezienie „czwartego do brydża” było sprawą niecierpiącą zwłoki. Rezygnując z występów w kraju wyruszyli w trasę po Związku Radzieckim (107 koncertów!), NRD (nagrali tam płytę „Consuela”) i Bułgarii. W trasie wspomagał ich Dominik Konrad (wł. Dominik Kuta) – zdolny, choć  awanturniczo usposobiony muzyk (były członek usteckiego zespołu 74 Grupa Biednych i pruszkowskiego Motyw Blues) z którym nagrali płytę „Na fujarce”. I choć ten ambitny album niektórzy krytycy uznali za najlepszy w historii CZERWONYCH GITAR został on chłodno przyjęty przez fanów, o którym chcieli jak najszybciej zapomnieć. Pewnie sami muzycy, też gdyż szybko pozbyli się Konrada (vel Kuty), który wkrótce zasilił grupę Qourum (kojarzoną dziś z przeboju „Ach co to był za ślub”)… Wydany rok później „Spokój serca” ukazał dość zaskakujące i całkiem zmienione oblicze zespołu.

Czerwone Gitary "Spokój serca" !(1971)
Krwistoczerwona okładka płyty „Spokój serca” (1971).

Dziś można śmiało postawić tezę, że ten piąty w dyskografii album to ścisła dziesiątka najlepszych polskich rockowych płyt powstałych w latach 70-tych. Przynajmniej dla mnie. Zawsze twierdziłem, że granie w trio wyzwala w muzykach niesamowitą siłę i moc, która przekłada się na brzmienie zespołu. „Spokój serca” tezę tę jedynie potwierdza. Pierwsze co się rzuca się w oczy to fakt, że absolutnym liderem grupy stał się Krajewski – z dziewięciu nagranych utworów osiem było jego autorstwa; tylko otwierający, dość urokliwy „Uwierz mi Lili” napisał Jerzy Skrzypczyk. Poza tym stały się one dłuższe, wychodzące poza standardowe trzy i pół minuty. No i rzecz najważniejsza – kto liczył na mocniejsze partie gitar, solówki i ostrzejsze granie ten się nie zwiódł. Nigdy wcześniej, ani nigdy później Krajewski nie czarował tak mocarnym brzmieniem swej gitary elektrycznej podłączonej do efektu wah-wah jak tutaj!

Tył okładki oryginalnego LP.
Tył okładki oryginalnego LP.

Kompaktowa reedycja włoskiego Eastern Time z 2005 roku różni się nieco od oryginalnego longplaya wydanego przez Muzę i to nie tylko ze względu na zawarte bonusy. „Uwierz mi Lili” –  prosta i ładna piosenka (ukłon w stronę fana bigbitu) będąca nostalgicznym wspomnieniem dziewczyny spotkanej na bratnim stepie znalazła się tutaj na czwartej pozycji. Obok przeuroczej piosenki  „Płoną góry, płoną lasy” (o której słów kilka poniżej) to jedyne, nieco łatwiejsze nagrania. Reszta to już prawdziwy, ambitny rock! Powolny, snujący się „Nie jesteś ciszą” z klimatyczną, nieco psychodeliczną gitarą utrzymany jest w tonacji bluesowej. Podchodzące pod nową falę „Nocne całowanie” miażdży kapitalną grą sekcji rytmicznej, ciężki bas wgniata w fotel, gitara tnie niczym brzytwa, a partia skrzypiec mrozi krew. Jedna z moich ulubionych kompozycji! Włoskich wydawców chyba też, gdyż na CD spośród ośmiu zamieszczonych tutaj bonusów znalazła się jej dwie wersje: radiowa i niemiecka pod tytułem „Kusse Bei Nacht”… Oniryczne „Gdy trudno zasnąć” snuje się niczym mgła na wodzie; amerykanie zakwalifikowaliby go pewnie do acid rocka…  Nie do końca przekonuje mnie ballada „Jesteś dziewczyno tęsknotą” zaśpiewana przez lidera z gitarą akustyczną, która łamie koncepcję płyty. Dużo lepiej wypada tu już „Pierwsza noc” i rewelacyjnie zaśpiewany na wielogłosy „Spokój serca” w stylu Novi Singers. Hitem okazał się energetyczny, rockowy „Uczę się żyć”. Ponadczasowym numerem została jednak piosenka „Płoną góry, płoną lasy”, czyli opowieść o pięknie uralskiego krajobrazu (podziwiali go będąc na tournee po Związku Radzieckim), wielkiej miłości i nieuchronnym rozstaniu z ukochaną. Fantastyczny klimat, ciekawa melodia, fajny tekst, a do tego łagodnie łkająca gitara Krajewskiego. Nałożony kilkukrotnie wokal robi wrażenie harmonijnego śpiewu – coś z czego CZERWONE GITARY słynęły z czasów Klenczona.

Mało kto wie, że oprócz radiowej i płytowej wersji była jeszcze jedna: anglojęzyczna. Tekst przetłumaczył Andrzej Więcko, polski korespondent tygodnika „Newsweek”. Publicznie wykonali ją tylko raz, podczas Festiwalu w Sopocie w sierpniu 1971 roku, gdzie wystąpili poza konkursem jako gość specjalny obok amerykańskiej gwiazdy Nancy Wilson. Ta wersja pod tytułem „Crimson Forrest, Crimson Mountains” wspólnie z utworem „W drogę” („Moving”) miał zostać wydany na singlu, z którym CZERWONE GITARY miały wyruszyć do Belgii, Wielkiej Brytanii i USA. Mimo, że studio czekało zespół w ostatniej chwili zrezygnował z tego pomysłu…

Jak już wspomniałem kompaktowa reedycja płyty zawiera rzadkie, (wręcz mega rzadkie) utwory dodatkowe: radiowe wersje „Nocnego całowania”, „Płoną góry…”, oraz „Uwierz mi Lili”. Alternatywna wersja  „Uczę się żyć”, wspomniane wcześniej singlowe „Kusse Bei Nacht” i „Du Bist Die Stille Nicht” („Nie jesteś ciszą”) nagrane dla niemieckiej Amigi,  „Anna M” z EP-ki z czerwca 1971 i największy diament tego wydawnictwa „Pejzaż miasta”. Dlaczego? Bo po raz pierwszy w swej pełnej, trwającej siedem i pół minuty wersji (rozszerzonej o 1,5 minuty w porównaniu do rzadkiej EP-ki) z genialną, przedłużoną gitarową improwizacją Seweryna.  Powiem szczerze: kopara opada! Szkoda, że nie ma tego na Youtube

Czerwony winyl Czerwonych Gitar.
Czerwony winyl Czerwonych Gitar wprawił wszystkich w osłupienie!

Na zakończenie jeszcze jedna ciekawostka. Autorem okładki był Marek Karewicz, który wymyślił sobie, że okładka ma być krwistoczerwona, a karton twardy, eksportowy z „grzbietem”. Do tego sepiowe fotografie, logo wydawcy, złote obwódki i litery. Łódzka Drukarnia Akcydensowa broniła się przed przyjęciem zlecenia jak diabeł przed święconą wodą. Pomogły dopiero tzw. „układy” i silne naciski ludzi z Polskich Nagrań. Udało się! Ale skoro była czerwona okładka, ówczesny menadżer zespołu, Dariusz Michalski, wpadł na iście szatański pomysł: chciał wydać płytę na czerwonym winylu. Ze swoich marzeń zwierzył się Franciszkowi Pukackiemu – alfa i omega polskiej fonografii. „Czerwone? To się da załatwić!” zapalił się do idei były cichociemny, który jak już komuś dał słowo dotrzymywał go, a gdy komuś coś obiecał – nigdy nie zawiódł. Dariusz Michalski: „No i udało się! Na festiwalu piosenki w Sopocie Pronit niechętnie (wszak pracował dla konkurencji, dla Muzy) wytłoczył kilkadziesiąt egzemplarzy krwistoczerwonych krążków, których zagranicznych gości wprawił w osłupienie. Że jednak wszystko działo się w tamtej Polsce, dowiodły następne dni: komponentów cynobru już zabrakło, co najwyżej starczyło do wyprodukowania płyt pomarańczowych, w końcu „do handlu” poszedł tradycyjny czarny longplay”.

Paradoksalnie „Spokój serca” był gwoździem dobijającym polską muzykę bigbitową przez jej czołowego przedstawiciela. Tyle tylko, że CZERWONE GITARY po nagraniu tej płyty odpuściły sobie rocka na dobre. A szkoda…

2 komentarze do “Śmierć bigbitu. Czerwone Gitary „Spokój serca” (1971)”

  1. Witaj I bardzo dobrze, że opisałeś „Spokój Serca”, bardzo fajna muzyka podobnie jak następna „Rytm Ziemi”. Ja natomiast byłem zaskoczony płytą „Port Piratów” brzmiącą bardzo świeżo a i repertuar bardzo przypadł mi do gustu. Często do niej wracam a takie numery jak tytułowy czy „Jej Uśmiech” są klasą samą w sobie.Polecam i pozdrawiam. Grzesiek

    1. Tym razem skupiłem się na „Spokoju serca”, ale niewykluczone, że w przyszłości wezmę „pod lupę” płyty które wspomniałeś. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *