AARDVARK „Aardvark” (1970)

Kiedy moja płytoteka liczyła sobie około setki tytułów, bawiło mnie ustawianie ich na półce według różnych kryteriów. I tak np. na początek szły płyty z muzyką zagraniczną, zaś na samym końcu układałem polskich wykonawców. W przypływie patriotyzmu zmieniłem ten szyk, ale nie na długo. Kochając muzykę grupy Pink Floyd, to ich płyty postawiłem w pierwszym  rzędzie i ten stan rzeczy utrzymywał się bardzo długo. Do dziś zresztą Floydzi mają osobną półkę, na której znajduje  się cała dyskografia wliczając w to m.in. bootlegi, oraz bardzo rzadkie limitowane fanklubowe rarytasy. Kiedy jednak płytoteka zaczęła rosnąć w postępie nieomal geometrycznym, by nie pogubić się w tej całej masie zrezygnowałem z ustawiania ich wg. jakiegoś wymyślnego „klucza”. Ustawiłem je alfabetycznie. Proste i wygodne. Płytotekę moją otwierały krążki od „A” (AC/DC), a kończyły na „Z” (ZZ Top). I stan ten trwał do czasu, aż „upolowałem” w końcu (po bardzo długich zresztą poszukiwaniach) kompakt grupy AARDVARK , dumnie dziś otwierający zbiór domowej płytoteki. Wcześniej płyta dostępna długi czas tylko w…  Japonii w kosmicznie wysokiej cenie. I niewiele jest takich, które przy zastosowaniu porządku alfabetycznego mogłyby znaleźć się przed nią!

Gdy po raz pierwszy zetknąłem się z tą nieco dziwną nazwą zespołu, w pierwszej chwili pomyślałem, że oto mam do czynienia ze skandynawską  grupą rockową (zmyliło mnie to podwojone „a”). Okazało się, że zespół pochodzi jednak z Albionu, a angielskie aardvark to po naszemu mrównik, czyli po prostu prosię ziemne. Zwierzę  występujący w Afryce, u nas mało znane i mało popularne. Nomen omen tak jak mało znana i mało popularna była/jest grupa, która tego ssaka przyjęła sobie za nazwę, a jedyny wydany przez nich album śmiało można zaliczyć do zapomnianych i nieodkrytych pereł lat 70-tych. Podejrzewam, że nie miłość do mrównika była powodem nazwania tak zespołu, a zapewne popularna kreskówka z  lat 1969-71 „The Ant And The Aardvark” w której jednym z głównych bohaterów był mrównik-niedojda. Utwierdza mnie w tym przekonaniu okładka albumu, na której ów niebieski  zwierzaczek został tam właśnie uwieczniony. Swoją drogą jest to bardzo piękna, bajkowa wręcz okładka. Tak jak i bajkowa jest muzyka zespołu AARDVARK.

AARDVARK "Aardvark" (1970)
AARDVARK „Aardvark” (1970)
Tył okładki
Tył okładki

W powszechnej świadomości gitara elektryczna jest instrumentem najsilniej kojarzonym z rockiem. Lista zespołów nie posiadających w swym składzie gitary i etatowego gitarzysty jest bardzo krótka. Można tu wymienić takie grupy jak Emerson Lake & Palmer, Egg, czy Qutermass. Do tego spisu śmiało można dopisać  AARDVARK – kwartet złożony wyłącznie z wokalisty (Dave Skillin), sekcji rytmicznej (Stan Aldus gb,  Frank Clark dr) i klawiszowca. I właśnie organy Hammonda, na których grał Steve Milliner spełniały rolę głównego instrumentu. Słychać to już w otwierającym album nagraniu o uroczym tytule „Copper Sunset” („Miedziany zachód słońca„), w którym mocno przesterowane organy porywają ciężkim riffem, przebojową linią melodyczną i zgrabnym solem. Kapitalny kontrargument dla tych, którzy twierdzą, że organy Hammonda brzmią staroświecko. Myślę, że Deep Purple, czy Uriah Heep z pewnością wiele by dali, aby taki utwór mieć w swoim dorobku. Piękne zagrywki klawiszowe w „Very Nice Of You To Call” przypominają, że mamy tu do czynienia z rasowym zespołem progresywnym, zaś „Many Things To Do” hipnotyzuje kapitalnym hammondowym solem, żywiołowością i pełną pomysłów strukturą. Pierwszy z dłuższych utworów, sześciominutowy „Greenpac” raźno pędzi do przodu. Dużo dobrego wnosi tu wokal Dave’a Skillina, wokalisty i autora niemal całego programu płyty, w zwrotce przetworzony, a czysty w refrenie. W środku tego kawałka robi się psychodelicznie, gdzie misterna, wielowymiarowa solówka przenosi nas powoli na orbitę. Kojarzy mi się to (przynajmniej w płaszczyźnie brzmieniowej) z koncertowymi, rozbudowanymi wersjami „Set The Controls For The Heart Of The Sun” Pink Floyd.   Naprawdę magiczny moment. Trzeba posłuchać! To jeden z mocniejszych fragmentów tej płyty. I mój ulubiony. Ten floydowski klimat odnajdziemy również w blisko dziesięciominutowym psychodeliczno – eksperymentalnym „The Outing – Yes”. Niewątpliwie najbardziej swobodny utwór na tej płycie. Rozdziela te dwie kompozycje ponad pięciominutowy „I Can’t Stop” z podniosłym organowym wstępem, który powoli rozpędza się i przechodzi w opętańczego rocka z kapitalnym rhythm’n’bluesowym solem klawiszowym. Po skromnej, aczkolwiek przepięknej balladowej  miniaturce  „Once Upon A Hill” inspirowaną staroangielską pieśnią, zresztą jedyną stworzoną nie przez Skillina, a przez basistę Stana Aldousa, następuje jedyny utwór instrumentalny. „Put That In Your Pipe And Smoke It” to rzecz dla koneserów tego typu grania. Muzycy pozwolili sobie tutaj na totalny odlot (co zresztą doskonale oddaje  sam tytuł). Tętniący, momentami wręcz szalony improwizowany numer z dominującymi partiami huczących Hammondów.

Zespół AARDVARK 1970r.
Zespół AARDVARK 1970r.

Nad twórczością AARDVARK unosi się duch nie tylko wymienionej tu grupy Pink Floyd, ale także duch Deep Purple, Atomic Rooster, czy Beggars Opery. Ciekawe, dynamiczne kompozycje, niebanalne rozwiązania instrumentalne sprawiają, że płyty słucha się jednym tchem. A zdjęcie zdobiące okładkę jest autentycznie przepiękne!

2 myśli w temacie “AARDVARK „Aardvark” (1970)”

  1. Niesamowita ,kapitalna i ciężka płyta ! Nawet bez gitary . Pamiętam jak mocno się zdziwiłam słysząc ją po raz pierwszy 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *