GOLEM „Orion Awakes” (1976?)

Wokół zespołu GOLEM i płyty „Orion Awakes” narosło ostatnio wiele nieprawdopodobnych historii i jeszcze więcej plotek, które na dobre rozgrzały fanów starego rocka kwestionujących oryginalność albumu. Fakt, historia powstania płyty zawiera sporo luk i „czarnych dziur”, więc proszę się nie dziwić jeśli w niniejszym opisie kilka razy pojawią słowa typu „być może”, „prawdopodobnie”.  Nie mniej jedno jest pewne. Tajemnica wokół „Orion Awakes” zwiększa jej muzyczną fascynację. Co do tego nie ma żadnej wątpliwości!

Wspomnienia z tamtych czasów są mgliste, ale wszystkie dowody prowadzą do przekonania, że cały muzyczny materiał został nagrany w latach 1972-1973 przez znanych niemieckich muzyków z kręgu krautrocka, którzy ukryli się pod pseudonimami. Alan Freeman, autor encyklopedii krautrocka „The Crack In The Cosmic Egg ” spekuluje, że członkowie Dzyan, Birth Control, Baba Yaga i Twenty Sixty Six And Then mogli być w to zamieszani. Czy była to fucha po godzinach robiona dla zabawy, czy też chęć wydania albumu z niekomercyjną muzyką – tego już się pewnie nie dowiemy. Jest też wielce prawdopodobne, że ci sami muzycy nagrywali pod innymi nazwami: Pyramid, The Nazgul, Temple, Galactic Explores, Cozmic Corridors, które w mikroskopijnych nakładach 20-25 sztuk(!) wydawała  enigmatyczna wytwórnia Pyramid Records. Żadne z tych płyt nigdy nie znalazły się w ogólnych punktach sprzedaży. Wszystkie trafiały do galerii artystycznych w Kolonii, gdzie były odtwarzane podczas wystaw i wernisaży, a potem rozdawane jako gadżety dla przyjaciół i znajomych.

Producentem nagrań był Toby Robinson (na płycie pojawia się pod ksywką Genius P. Orridge), który w tym czasie pracował jako drugi inżynier w słynnym studiu Dietera Dierksa w Kolonii. Czarne krążki  GOLEM zapakowane w srebrne foliowe koperty z labelem wytwórni Pyramid trafiły do kolońskich galerii prawdopodobnie w 1976 roku. Dwadzieścia lat później oryginalne taśmy-matki Robinson przywiózł do Londynu, gdzie w Moat Studios zostały poddane remasteringowi. Oczyszczone nagrania z nową okładką zaprojektowaną przez Sandrę Glenwright zostały wydane pod tytułem „Orion Awakes” przez wytwórnię Toby Robinsona Psi-Fi w 1996 roku.

Golem „Orion Awakes”.

Album „Orion Awakes” zawiera pięć absolutnie fantastycznych, w pełni instrumentalnych, improwizowanych kompozycji spod znaku ciężkiego kosmicznego rocka opartych na brzmieniu syntezatorów, organów, ostrych gitar a la Hendrix i potężnej sekcji rytmicznej. Ta porywająca muzyka w stylu Hawkwind, psychodelicznych Pink Floyd i niemieckich tuzów krautrocka jak Ash Ra Temple, Neu!, Agitation Free, Gila, potrafi całkowicie przenieść zmysły w niezwykłą podróż. Siedząc wygodnie w fotelu możemy zbliżyć się do gwiazd, lewitować, poczuć otchłań Kosmosu. Ale możemy też ten 5-częściowy album potraktować jako metaforę duchowego i psychologicznego rozwoju mitycznego bohatera (Golema?). Nagrania zasadniczo reprezentują jego podróż, czyli coś co amerykański mitolog Joseph Campbell nazwał „monomitem”. Campbell argumentował, że mityczne wzorce przenosiły się na współczesne życie, a jego monomitowy schemat samoregresji zawiera etapy Odejścia, Wtajemniczenia, spotkania z Boskością (lub Wszechwiedzącą Obecnością) i Powrotu. Pobieżne spojrzenie na tytuły utworów potwierdza, że ​​„Orion Awakes” reprezentuje podobne psychodeliczne lub duchowe doświadczenie.

Wewnętrzna strona okładki

Utwór tytułowy, „Orion Awakes” rozpoczyna tę mroczną podróż niepewnie i złowieszczo z opóźnionymi, rozdygotanymi dźwiękami gitary, a następnie powoli rozkwita w lśniące barwy, pełne gęstych, psychodelicznych, wirujących jak galaktyki pasaży organowych wspomagane efektownym bębnieniem. Ta muzyka nie potrzebuje wokalu. Wgniata w fotel, wsysa w środek jądra czasoprzestrzeni Kosmosu. Tak też wyobrażam sobie instrumentalną wersję mojej ukochanej płyty Hawkwind z 1975 roku, „Warior On The Edge Of Time”. Odleciałem… Podobne odczucia mam przy „Stellar Launch”. Kontemplacyjna przestrzeń meandruje z groźną, subtelną gitarą z użyciem wah wah i delikatnym westchnieniem Melotronu. Stopniowo wszystko napędza się jak pod działaniem potężnej siły grawitacyjnej i wznosi sięgając w kulminacyjnym momencie wyżyn kosmicznego chaosu… Trafnie zatytułowany „Godhead Dance” ma chwytliwą melodię, która sprawia, że nie mogę się opanować. Nogami wybijam rytm, zaś palce wściekle bębnią po stole. I to wszystko w czasie, gdy piszę te słowa. Ten oszałamiający i nie do zatrzymania kawałek trwający sześć i pół minuty napędza karkołomna jazda kapitalnej,  hendrixowskiej gitary wyczarowując przed oczami absurdalne kształty jak w Matrixie. Przestrzegam przed słuchaniem w czasie spożywania mocnych trunków tudzież innych używek- robi spustoszenie. Nie tylko w mózgu… Z kolei 14-minutowy „Jupiter & Beyond” to potężne jamowe granie, w którym psychodelię wymieszano z jazzem, funkiem i bluesem. Bardzo dużo tu przestrzeni, swobody i muzycznej wolności z użyciem syntezatorowych efektów. W tej jeździe szalenie podobają mi się gitary. Są naprawdę fajne. To tak, jakby powoli wbijać gwóźdź w drewnianą belkę i zwiększać siłę z każdym kolejnym uderzeniem, aż całkowicie zanurzy się w drewnie… Niesamowity „The Returning” kroczy jak, nomen omen, Golem na swych ciężkich i ogromnych nogach zmierzając nieuchronnie do finału. Potężne bębny z gderliwymi gitarami i mocnym basem brzmią nieziemsko i tak jakoś… zimno, wręcz lodowato. Gdyby to była brytyjska formacja, a nie krautrockowy zespół powiedziałbym, że „The Returning” jest zapowiedzią nadejścia ery Joy Division z okresu „Closer”. W tym miejscu zawsze mam dreszcze.

Bez wątpienia GOLEM ze swą płytą „Orion Awakes” jest czymś wyjątkowym w historii niemieckiego prog rocka ukazując jego najlepsze wzorce. Nawet gdyby okazało się, że była to mistyfikacja (w co nie wierzę, bo po co i komu miałaby służyć?) muzyka jest tu najważniejsza. A ta jest po prostu WSPANIAŁA! I jako taka obroni się po wsze czasy!

Z kronikarskiego obowiązku podam, że w nagraniu płyty udział wzięli: Willi Berghoff (gitary), Manfred Hof (organy i melotron), Mungo (bas), Joachim Bohne (perkusja) i gościnnie Rolf Föller (gitara). Wszystkie personalia to pseudonimy, więc traktujmy je z przymrużeniem oka…

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *