ANDROMEDA „Andromeda” (1969)

Wrzesień to miesiąc, który otwiera nam nocne okno zapraszając do oglądania i podziwiania nieba usłanego gwiazdami i ciekawymi obiektami astronomicznymi. Niekwestionowaną królową jesiennego nieba jest Wielka Mgławica  w Andromedzie, którą w odpowiednich warunkach podziwiać można gołym okiem(!). Znajduje się ona w północnej części nieba w gwiazdozbiorze  Andromeda, niedaleko od granicy ze znaną konstelacją Kasjopei, która ma charakterystyczny wygląd rozciągniętej litery „W”. Dużą radość sprawia mi oglądanie tej Galaktyki nawet przez zwykłą lornetkę. Tak jak i dużą radość sprawia mi słuchanie zespołu, który przybrał sobie  nazwę ANDROMEDA. Zespołu, który we wrześniu 1969 roku wydał tylko jeden bardzo dobry studyjny album. Album  znany niestety wyłącznie poszukiwaczom zapomnianych grup sprzed kilkudziesięciu lat. Zespół włączył w się w popularny wówczas nurt zwany ciężką psychodelią, ale nie brak tu elementów rodzącego się w tym czasie rocka progresywnego. Całość zaś przepełniona jest jakimś trudnym do opisania ulotnym czarem i nastrojem tajemnicy. Muzyka na tym albumie jest tak piękna jak przepiękna była Andromeda – mityczna królewna etiopska, która identyfikowana jest ze wspomnianym wyżej  gwiazdozbiorem o tej samej nazwie i widoczną w niej równie piękną Galaktyką Andromedy.

Wszystko zaczęło się jesienią 1967 roku kiedy to gitarzysta i wokalista John Du Cann, będący wówczas członkiem grupy The Attack, sformował wraz z basistą Mickiem Hawksworthem i perkusistą Jackiem Collinsem ( zastąpionym wkrótce przez Iana McLane’a ) własne trio. Dość szybko nagrali demo własnych kompozycji, które jak się później okaże były fundamentem ich jedynej płyty. Tu muszę zaznaczyć, że w tym samym roku Du Cann miał już „zaliczoną” sesję nagraniową z kolegami z Attack. Płyta zatytułowana „Roman God Of War” miała ukazać się wczesną wiosną 1968 roku, ale wskutek licznych zawirowań i totalnego bałaganu w wytwórni płytowej DEKKA, wylądowała na półce. Ostatecznie ukazała się ona  dopiero w… 1990 roku! Skandal? Kpina? No comments!

Niejako po drodze chłopcy zaliczyli „fuchę” nagrywając pod nazwą Five Day Week Straw People niskobudżetową psychodeliczną płytę dla małej wytwórni Saga  zarejestrowaną w cztery godziny w budynku szkolnym! Płyta, o dziwo zaskakująco dobra, zważywszy na warunki w jakich została nagrana. Już wyraźnie było słychać to charakterystyczne brzmienie gitary i wokalu Johna Du Canna, równie charakterystyczne chórki w tle z fajnie brzmiącymi bębnami (jak przystało na koniec lat 60-tych). To była przystawka do dania głównego, które miało spłynąć  kilka miesięcy później. W tym czasie regularnie koncertowali, m.in w legendarnych londyńskich klubach: Marquee i Middle Earth obok takich tuzów jak The Yarbirds (później także  Led Zeppelin), Jeff Beck, czy Joe Cocker. Zauważył ich także legendarny już dziś prezenter Radia BBC, John Peel, zapraszając grupę do swego programu Top Gear. Oferował im nawet wydanie albumu w nowo powstałej właśnie wytwórni Dandelion, lecz oni wybrali bardziej znaną –  RCA Victor, w której pracował słynny w latach 70-tych inżynier dźwięku Eddie Offord. To właśnie on wespół z liderem grupy, Johnem Du Cann’em, wyprodukowali debiutancki album ANDROMEDY (zatytułowany po prosto „Andromeda”), który ukazał się we wrześniu 1969 roku.

Andromeda "Andromeda" (1969)
Andromeda „Andromeda” (1969)
Tył okładki Lp "Andromeda" (1969)
Tył okładki LP „Andromeda” (1969)

Pierwsze dźwięki otwierające album już robią duże wrażenie. Too Old rozpoczyna się co prawda krótką parafrazą pierwszych taktów bluesowej klasyki „Train Kept A Rollin” Tiny’a Bradshowa, ale już za chwilę  szturmuje ostra sfuzzowana  gitara i wściekle furiacka sekcja rytmiczna. W końcu już  w czasach  The Attack Du Cann potrafił tworzyć rzeczy ciężkie  i oparte na pomysłowych riffach. Tyle, że tamten zespół i ich muzyka nie zostały w porę dostrzeżone. Tu już słychać, że Du Cann był nieprzeciętnym gitarzystą. I bardzo dobrym rockowym wokalistą, choć daleko mu do Gillana, czy Planta. Nie mniej radzi sobie wyśmienicie. W „Day Of The Change” robi się nieco spokojniej i melodyjniej, choć na ognistą solówkę gitarową miejsce i tak się znalazło. Balladowo robi się w trzecim utworze „And Now The Sun Shines” i choć osobiście nie jestem fanem rockowych ballad (poza naprawdę nielicznymi przypadkami) to ta naprawdę mnie oczarowała. A delikatnie kwiląca gitara umiejętnie to oczarowanie podkreśla. Ciekawostką w tym utworze jest to, że Mick Howksworth zamiast na basie gra na… kiju krykietowym, na którym rozciągnięto struny. Rozbudowany „Turn To Dust” to hard rock w najczystszej postaci. Jest tu wszystko to, co za kilka lat będzie w tym gatunku kanonem: melodia, riff (nawet kilka), solo, progresywne eksperymenty brzmieniowe. Gitara brzmi czasami jak skrzypce, lub jak melotron. Do tego ozdobione  jest to dobiegającymi jakby z oddali chórami, które nadają tej kompozycji tego ulotnego, nostalgicznego klimatu; mamy też piękne harmonie gitary elektrycznej w klimacie „Albatrosa” grupy Fleetwood Mac. A gdzieś w szóstej minucie – cóż za wściekłe przyspieszenie! I to wszystko jeszcze przed Black Sabbath i Deep Purple (pamiętajmy – mamy rok 1969!).

Otwierający drugą stronę LP ośmiominutowy „Return To Sanity” podzielony na trzy części to prawdziwe opus magnum całego albumu. Wyróżnia się najbardziej zapamiętywalnym refrenem ze wszystkich zawartych tu kompozycji, a także najlepszymi solówkami. Część pierwsza rozpoczyna się interpretacją fragmentu utworu „Mars The Bringer Of War” Gustava Holsta. Pomysł doskonały choć nie nowy, bowiem wykorzystała go rok wcześniej grupa Deep Purple w swojej przeróbce”Hey Joe”. W mocniejszych fragmentach zasadniczej części utworu można dostrzec podobieństwa do Black Sabbath, tyle że Black Sabbath zadebiutowali kilka miesięcy później. Jedyny numer skomponowany i zaśpiewany przez Howkswortha to „Reason” , który posiada już czysto rockowy charakter. Przedostatni utwór „I Can Stop The Sun” to taka wyciszona miniaturka z gitarą i chórkami. Taki oddech przed wielkim finałem jakim jest zamykający całość „When To Stop”. Kolejny, rozbudowany, progresywny utwór składający się z trzech części. Pierwsza, wokalna „The Traveller”  z miłymi melodiami, dramatycznymi przejściami i niby-jazzową grą sekcji rytmicznej. Druga część „Turning Point” przechodzi w fenomenalny hard-rockowy i niemal rozrywający zmysły czad! Część trzecia „Journey’s End” rozpoczyna się elegijnym motywem gitary zaczerpniętym z „Addagia” drugiej części słynnego „Concierto de Aranjuez” Joaquina Rodrigo. Oprócz tego pojawia się tu też motyw ze „Still I’m Sad” zespołu The Yardbirds. Z cudowną i niezwykle subtelną grą gitary basowej, oraz kotłów perkusji. Wspaniały  i do bólu melancholijny fragment stanowiący doskonałe, niecodzienne zwieńczenie niezwykłej płyty!

Po nagraniu tej płyty i zagraniu kilku koncertów grupa ANDROMEDA przestała istnieć . Pożegnalny koncert dała w marcu 1970 roku występując wspólnie z Black Sabbath.

Zespół Andromeda (1969)
Zespół Andromeda (1969)

John Du Cann przeszedł wkrótce do grupy Atomic Rooster, z którą nagrał płyty „Death Walks Behind You” i „In Hearing Of Atomic Rooster”.  Po odejściu z Atmowego Koguta założył grupę Hard Stuff, z którą wydał dwa albumy. Później rozpoczął karierę solową. Zmarł 21 września 2011 roku w wieku 65 lat.

Basista Mick Howksworth założył zespół Fuzzy Duck , zaś w późniejszych latach współpracował z Alvinem Lee w jego formacji Ten Years Later.

Niestety nie wiem jak potoczyły się dalsze losy autentycznie fantastycznego  perkusisty ANDROMEDYIana McLane’a.

Pomimo zachwytu prasowych krytyków ANDROMEDA nie odniosła sukcesu na rynku muzycznym. Być może wybór wytwórni płytowej RCA był chybiony, może zawinili promotorzy od reklamy, a może po prostu zabrakło odrobiny szczęścia by być w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie..? A jednak po latach sprawiedliwości stało się zadość. ANDROMEDA zyskała kultowy status. Świadczą o tym m.in obłąkańcze wręcz ceny oryginalnych egzemplarzy płyt grupy dochodzące do 1000 funtów! Bo to dynamiczna, rockowa płyta pełna wyobraźni i kunsztownie wykonana. Tak piękna jak mityczna  etiopska królewna i tak  piękna jak  widoczna na wrześniowym, rozgwieżdżonym  nocnym niebie konstelacja Andromedy z jej Galaktyczną Mgławicą M31.

3 myśli w temacie “ANDROMEDA „Andromeda” (1969)”

  1. Ian McLane po rozwiązaniu Andromedy zagrał na fajnej płycie Ray Owen’s Moon z 1971 roku. Była to kapela wokalisty z debiutu Juicy Lucy. Co działo się z nim potem nie wiem …

    1. Z tego co udało mi się ustalić Ian McLane po współpracy z Ray’em Owenem wycofał się z muzycznej branży. Czasem pojawiał się okazjonalnie u innych artystów, ale raczej jako zaproszony gość – np. na płycie kanadyjskiego pianisty Tommy Banksa „The Holiday Season” (2002 r.) zagrał na bębnach w utworze „”An Old-Fashioned Christmas”, pokazał się też na koncercie The Spastics (płyta „Live” z 1998).

  2. To ciekawe , nowe informacje. Szkoda,że jego kariera nie potoczyła się inaczej. Jeśli Ian jeszcze żyje to jest jedynym , który ostał się z legendarnej Andromedy. Basista Mick Hawksworth zmarł niestety w styczniu obecnego roku …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *