Mało znane świetne granie. DOGFEET (1970), LITTLE FREE ROCK (1969).

  1. DOGFEET LP. „Dogfeet” (1970).

Pochodzący z angielskiego Shrewsbury kwartet DOGFEET to jeden z bardzo wielu zespołów z lat 70-tych, który przemknął jak meteor przez rockowy nieboskłon pozostawiając na nim ślad w postaci jednej płyty (obecnie wartej 1200 euro) po czym zniknął w ciemnej otchłani zapomnienia. Co gorsze, wkrótce zaginęły też taśmy-matki, o które upomnieli się muzycy. Dwie dekady później firma Erebus wznowiła album posługując się oryginalną płytą winylową – całość została zremasterowana i udostępniona na czarnym krążku.

Trevor Povey (g, voc), Dave Nichols (bg), Alan Pears (g, voc) i Derek Perry (dr) po raz pierwszy spotkali się pod koniec 1968 roku grając blues rocka jako Chicago Max, Sopwith Camel, Armageddon… W 1970 roku występując na scenie jako Malibu podpisali kontrakt z małą londyńską wytwórnią Reflection Records, która już na samym wstępie zażądała zmiany nazwy. Ponoć DOGFEET (Stopy psa) wymyślili na złość szefowi firmy, który nad wyraz kochał… koty. Pod koniec roku wydali swój debiutancki longplay zrealizowany w stołecznym AIR Studios, którego producentem był Andrew Cameron Miller. Choć wszystkie kompozycje były dziełem Trevora Poveya album jest zróżnicowany i interesujący. Krążek zawiera typową dla tego okresu mieszankę progresywnych dźwięków opartych na ciężkim rocku, bluesie i odchodzącej już psychodelii. Nasuwają się tu podobieństwa do Fleetwood Mac z Peterem Greenem z okresu płyty „Then Play On” z 1969 roku, wczesnego Wishbone Ash (dwie gitary prowadzące), choć może bardziej do Quicksilver Messenger Service.  Acid rockowe klimaty San Francisco i Wschodniego Wybrzeża czuć tu mocniej niż brzmienie ówczesnego brytyjskiego rocka. Większość lokalnych zespołów klubowych w tej części USA, mogła pisać i odtwarzać taką właśnie muzykę. Grupie udało się stworzyć namiastkę własnego stylu a wiemy, że nigdy nie jest to łatwe. Trudno wyróżnić tu jakiś utwór. Słuchanie płyty to przyjemność w każdym calu, do którego idealnie wpasował się niski, atrakcyjny głos Alana Pearsa. Jeśli powiem, że „On The Road” nawiązuje do bluesowych korzeni zespołu, „Sad Story/Reprise” to progresywny kawałek, tnąca gitara Poveya zaskakuje fajnymi efektami w „Evil Woman”, a „Since I Went Away” to cudowna ballada w westernowym klimacie nie oznacza, że pozostałe kompozycje są słabsze.

Album niestety nie przebił się na rynku i zniknął bez śladu, a wkrótce i sam zespół. Grupa reaktywowała się na moment w 1990 roku dając koncert z okazji 20-rocznicy wydania płyty, po czym muzycy wrócili do swoich zajęć. Sam krążek był kilkakrotnie wznawiany na winylu i kompakcie. Reedycja CD szwedzkiej firmy Flawed Gems z 2010 roku w oryginalnej okładce zwiera cztery bonusy –  studyjne dema, w tym 2-minutowe „Theme”, które wcześniej nie znalazło się na longplayu. Cztery lata później ten sam materiał powtórzyli Brytyjczycy z Prog Temple. Kompakt wydany w alternatywnej (koszmarnej!) okładce zawiera dwa premierowe, trwające po 11 minut kawałki pochodzące z koncertu z 1990 roku: fantastyczny „Mr. Sunshine” i hendrixowskie „Voodoo Chile”. Nie mogłem odpuścić takiej okazji – obie wersje CD stoją na mojej półce…

2. LITTLE FREE ROCK LP. „Little Free Rock” (1969).

Perkusista Paul Varley wchodząc do lokalnego pubu w rodzinnym Preston nie mógł uwierzyć, że na scenie w towarzystwie starszych panów „produkuje” się tutejszy idol Peter Illingworth. Gitarzysta zespołu David John And The Mood z którym nagrał dwa single wyprodukowane przez geniusza konsolety Joe Meeka grał teraz za parę funtów i kilka kufli piwa! Aby uratować go od ostatecznego upadku zaproponował mu miejsce w swoim 5-osobowym zespole Little Black Fat Pussycats. W 1966 roku, gdy zostało ich tylko trzech (trzecim był basista Frank Newbold) zmienili nazwę na Purple Haze.

Purple Haze. Od lewej: Paul Varley, Peter Illingworth, Frank Newbold

Zaczęli od grania piosenek z repertuaru Tomorrow, Creation, The Who itp. powoli wprowadzając swoje własne kompozycje będące kombinacją psychodelii i bluesa. Rok później stanęli przed wyborem, co dalej robić ze swym młodym życiem – pójść w niepewną stronę  grając muzykę, czy wybrać stabilizację i pozostać w Preston? Frank mógł przejąć fabrykę mebli po swoim ojca; Paul pomagał swojemu, który prowadził zakład tapicerski; Peter zatrudniony w warsztacie samochodowym czekał na awans na supervisora… Zaryzykowali i wybrali niepewną karierę muzyków. Nie chcąc być utożsamiani z singlowym przebojem Jimi Hendrixa zmienili nazwę na LITTLE FREE ROCK. Peter Illingworth: „Moja dziewczyna, Linda Taylor, miała książkę o znaczeniu różnych imion. Wyczytała, że Paul znaczy „mały”, Frank  „wolny”, a Peter „skała” i tak powstała nowa nazwa. Dodatkowo skojarzyła mi się ona z  imieniem niezłomnego, amerykańskiego Indianina i poczułem się dumny”.

Little Free Rock (1969)

Z Preston przenieśli się do Londynu, gdzie na początku 1969 roku podpisali kontrakt z niezależną wytwórnią Transatlantic Records, która zamówiła im nocne sesje nagraniowe w Morgan Studios przy pomocy producenta kompletnie nierozumiejącego rocka i inżyniera dźwięku, dla którego była to pierwsza samodzielna sesja. Nagrań dokonano na „setkę” w wielkim pośpiechu i nerwowej atmosferze. Nie obyło się przy tym bez wpadek. Podczas rejestracji „Making Time” perkusiście wypadła z ręki pałeczka. Zanim ktoś mu ją podał muzyk zaczął improwizować wybijając rytm talerzami. Problem leżał też w tym, że byli zespołem koncertowym, więc starali się wiernie odtworzyć sceniczne brzmienie. Nie mogąc grać na takim samym poziomie głośności nie byli w stanie powtórzyć go w studio. Wynik końcowy był zbyt czysty, wręcz kliniczny i według muzyków nie odzwierciedlał prawdziwego oblicza tria. Wytwórnia uznała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i album ukazał się w listopadzie jeszcze tego samego roku.

Front okładki  płyty „Little Free Rock” (1969)

Całonocną sesję zdjęciową na okładkę zaplanował fotograf z Islington, Peter Smith, którą odbyli na londyńskim cmentarzu Highgate, który w nocy zamknięty jest dla publiczności. Siłą rzeczy musieli wspinać się po kamiennym ogrodzeniu, by się tam dostać. Ostatecznie na okładce znalazło się zdjęcie zrobione około trzeciej nad ranem obok Pałacu Buckingham. Mur za plecami muzyków po drugiej stronie ulicy jest ścianą ogrodową Pałacu. Całość do złudzenia przypomina okładkę „The Yes Album” wydaną przez Jona Andersona i spółkę trzy miesiące później. Przypadek..? Fotografię tylnej strony wykonano o piątej nad ranem na stacji Kings Cross niedaleko miejskiej gazowni. Warto dodać, że to samo zdjęcie wykorzystała raz jeszcze wytwórnia Grapefruit Records w 2016 roku w kompilacyjnym, 3-płytowym boxie „I’m A Freak, Baby… A Journey Through The British Heavy Hard Rock Underground Scene 1968-1972”.

Tył okładki z fragmentem londyńskiej gazowni w tle.

Choć zespół nie był zadowolony z efektu finalnego to mamy do czynienia z naprawdę świetnym graniem z wysokiej półki. Album  wypełniony jest hipnotyzującymi, melodyjnymi, krótkimi, ale bardzo solidnymi utworami. Wyszukane harmonie, gitarowy fuzz, całkiem fajne solówki, delikatny wokal i dźwięki melotronu zgrabnie łączyły elementy wczesnego, kombinowanego hard rocka z wpływami późnej psychodelii. Ten krążek jest dzieckiem swojego czasu, który przenosi nas do roku 1969 z całą tą wspaniałą muzyką i zapachem… marychy. Wszystkie numery są  znakomite i godne uwagi; wspomnę tu choćby „Roman Summer Night” mogące uchodzić za hymn tamtych lat, hipnotyczny „Lost Lonely” inspirowany był nagraniami Free, zaś  galopujący, hard rockowy „Buld” miał klimat „Race With The Devil” Szkotów z Gun. W nagraniu „Castles In The Sky” Paul grał na kotłach, a w „Age Of Chivarly” pojawiły się dzwony rurowe. Całość kończy magicznie  zagrany „Making Time”. Ta niesamowita, 10-minutowa wersja utworu uwielbianej przeze mnie grupy Creation powala siłą gitarowych solówek i mocarnej sekcji rytmicznej, Prawdziwe cudo!

Po wydaniu albumu grupa dała całą masę fantastycznych występów m.in. w klubie Marquee, oraz ruszyła w na Kontynent koncertując z powodzeniem w Belgii i Niemczech. Na moment przyłączył się do nich Peter Green po opuszczeniu Fleetwood Mac, z którym nagrali kilka utworów. Nigdy jednak nie zostały one opublikowane co może sugerować, że taśmy zostały skasowane przez samego Greena, lub po prostu zaginęły. Konflikt zespołu z wytwórnią Transatlantic spowodował, że trio rozwiązało się w 1972 roku.

3 komentarze do “Mało znane świetne granie. DOGFEET (1970), LITTLE FREE ROCK (1969).”

  1. Witam,
    piszę w dość dziwnej sprawie, mianowicie wraz z setkami internautów poszukujemy wykonawcy, tekstu, tytułu pewnej piosenki: https://www.youtube.com/watch?v=zPGf4liO-KQ
    Wiadomo tyle, że nagrano ją w Niemczech na początku lat ’80. Nie wiadomo skąd pochodzi, prawie nic. Może ma Pan jakieś informacje, lub wie Pan z kim mógłbym się dalej skontaktować?

    1. W tej sprawie niestety nie mogę Ci pomóc. Ta popowa piosenka z użyciem elektronicznych instrumentów trąci stylem „New Romantic”. a styl ten w tamtych czasach wyjątkowo mi nie leżał. Przykro mi. Mam nadzieję, że wykonawcy tego nagrania w końcu kiedyś sami się ujawnią i zaspokoją ciekawość słuchaczy kanału YouTube’a.
      Pozdrawiam.

      1. Dziękuję za szybką odpowiedź.
        Jeśli się wyjaśni tajemnica to na pewno się podzielę tutaj.
        Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.