Mariaż mody z tęczową psychodelią. THE FOOL (1968).

Kto kogo uwiódł pierwszy?  Moda muzykę czy muzyka modę? Niewątpliwie od lat te dwie sfery wzajemnie się przyciągają i przenikają, a inspiracja jaką czerpią artyści nawzajem z mody i muzyki jest czymś oryginalnym i jednocześnie wyjątkowo atrakcyjnym. Elvis Presley, wielka muzyczna gwiazda był także ikoną mody. W latach 50-tych wylansował na szeroką skalę fryzurę z zaczesaną do tyłu grzywką, wąskie spodnie i kurtki noszone z T-shirtami. Ubierał się w za duże garnitury i koszule z postawionymi kołnierzykami. Kochał dżins. Denimowe komplety, które nosił, zaczęły po raz pierwszy być utożsamiane z młodzieżowym wyglądem, a nie jak przed wojną – z robotniczym materiałem. Inny produkt, któremu reklamę zapewniła muzyka to okulary typu „lenonki”. Są ponadczasowe, tak samo jak wizerunek wokalisty zespołu, który je wypromował. Beatlesi zmienili nie tylko oblicze muzyki – mieli też swój wielki udział w modzie. Przez dekadę wspólnej działalności kilka razy zmieniali image. Zaczynali jako „grzeczni chłopcy” z elegancko przyciętymi grzywkami w garniturach z wąskimi krawatami, by potem nosić się na wzór modsów, a z czasem zostać hipisami. Porzucili skórzane i dżinsowe kurtki na rzecz dopasowanych marynarek. Nosili spodnie przed kostkę w zestawie z golfem. A także czapki „beatlesówki” z daszkiem, buty na ściętym obcasie, zaprojektowane przez firmę Anello & Davide w Londynie…

The Beatles – zmienili oblicze muzyki i kształtowali młodzieżową modę.

W latach 70-tych mania naśladowcza poszła jeszcze dalej. Przypomnijmy sobie ultra teatralną osobowość, która progresywnie wpłynęła na postrzeganie tożsamości seksualnej, czyli Davida Bowie. Prezentował on osobowość omniseksualną jako dopełnienie hetero, homo czy trans, szanującą wszystkie opcje. Przebierał się niezwykle często, malował twarz na biało, nosił ubrania z falbanami i buty na niebotycznych koturnach… Królowa stylu punk jeszcze mocniej związała modę z muzyką. Vivienne Westwood wówczas jeszcze nie rudowłosa i nie projektantka mody. Razem z partnerem Malcolmem McLarenem lansowała punk – styl ubierania się i muzykę. W 1974 roku pierwsza odsłona ich butiku z odzieżą pod nazwą „Sex” zbiegła się z debiutem skandalizującej punkowej grupy muzycznej Sex Pistols (McLaren był jej menedżerem). Westwood czasem pisała dla nich teksty, ale przede wszystkim ubierała artystów… Pod koniec lat 70-tych debiutował Judas Priest i jako jeden z licznych zespołów wypromował wygląd heavymetalowca ubranego w obcisłe ciuchy, z natapirowanymi długimi włosami. Nie brakowało dżinsu, skórzanych kamizelek, dużych kapeluszy i kowbojskich butów. Dominowało wrażenie niedbałości. Dodatki miały szokować – chętnie sięgano po wzorce religijne i satanistyczne. Potem przyszedł new romantic, grunge… O rany, ale się zagalopowałem! Wstęp miał być krótkim nawiązaniem do kolektywu THE FOOL, który też miał swój związek z muzyką.

Marijke Koger i Simon Posthuma – twórcy kolektywu The Fool.

Chociaż dziś nie są powszechnie znani (a powinni) ten holenderski kolektyw stworzył jedne z najpotężniejszych, najbardziej uderzających i egzotycznych wizerunków psychodelicznej ery. Ich hipisowsko-cygańskie ubrania były noszone przez Beatlesów i ich żony, nosili je muzycy Cream i inne gwiazdy rocka. Stworzyli  projekty wielu okładek płyt zespołom, które są ikonami pop kultury. Nagrali też niesamowity, choć kompletnie zapomniany album.

Liderką i założycielką kolektywu była niespełna osiemnastoletnia artystka-wizjonerka Marijke Koger, oraz cztery lata od niej starszy muzyk i początkujący projektant Simon Posthuma, którzy spotkali się w 1961 roku pomagając w urządzaniu kontrkulturowego butiku w Amsterdamie o nazwie „Trend”. Nazwa THE FOOL (Błazen, Głupiec, Trefniś) nawiązywała do jednej z 78 kart Tarota – uważana za część Wielkich Arkanów jest jedną z najbardziej wartościowych kart w talii. Stało się to po spotkaniu z Grahamem Bondem mającym obsesję na punkcie Crowleya, który wprowadził ich w świat Tarota. . Duet przeniósł się wkrótce na hiszpańską Ibizę, gdzie sprzedawali swoje obrazy, plakaty, oraz projektowali ubrania głównie dla hipisowskiej społeczności. To właśnie tam, w 1966 roku odkrył ich angielski fotograf Karl Ferris. Zafascynowany zrobił zdjęcia ich prac, wysłał do Londynu gdzie zostały opublikowane w „The Times” wywołując zachwyt. Anglia, która wtedy zaczynała wychodzić z szarych powojennych barw na psychodeliczne i swingujące day-glo oniemiała z zachwytu. Za namową Ferrisa dwójka artystów przeniosła się do Londynu, otworzyli studio i zaczęli projektować ubrania, oraz artystyczną sztukę.

Marijke Koger – psychodeliczna artystka i modowa wizjonerka.

Marijke ściągnęła z Amsterdamu swoją przyjaciółkę Josje Leeger, a tuż po niej dołączył Barry Finch, niezależny człowiek od public relations pracujący m.in. dla Briana Epsteina. To właśnie on załatwił im pierwsze kontrakty z zespołami The Hollies i Procol Harum. Niedługo potem menadżer Cream, Robert Stigwood, przyszedł do nich z nietypowym zleceniem: pomalowanie Gibsona SG Erica Claptona (jednej z najbardziej kultowych gitar w historii rocka) basu Jacka Bruce’a i naciągu bębna basowego Ginger Baker.

Tył i przód gitary Gibson SG Erica Claptona.

Dodatkowo mieli zaprojektować i wykonać stroje sceniczne, oraz plakaty na pierwszą trasę Cream po USA. Końcowy efekt przeszedł jego najśmielsze oczekiwania.

Cream w strojach zaprojektowanych przez Marijke i Simona.

Zaraz potem posypały się kolejne zlecenia, w tym okładki do albumów dla The Incredible String Band („The 5000 Spirits Or The Layers Of The Onion” – nota bene ulubiony album roku 1967 Paula McCartneya), The Hollies („Evolution”) i The Move („The Move”), oraz ilustracje do programu koncertowego w Saville Theatre Beatlesów  w Covent Garden. Oczywiście nie jest zaskakujące, że sami Beatlesi chcieli pracować z tak myślącymi przyszłościowo i kreatywnymi młodymi ludźmi. Pierwszymi z liverpoolskiej czwórki, którzy zafascynowali się sztuką THE FOOL byli John i Paul. Wspomina Simon: „John wszedł pierwszy i zobaczył nasze rzeczy: meble i plakaty, a także ubrania i powiedział: „To jest miejsce, w którym chcę żyć.” Potem zobaczyli „Wonderwall”, kompozycję składającą się ze zdobionej szafy i popiersia na łukowatej ścianie pomalowanej w stylu, który do tej pory był nowy dla świata. „Uwielbiam to!” – ekscytował się John. Później Marijke położyła karty Tarota dla Paula. Okazało się to inspiracją do napisania przez niego „The Fool On The Hill”.”

Lennon, nie chcąc być gorszy od Claptona, poprosił o podobną przysługę – pomalowanie Bentleya i ulubionego instrumentu. W odróżnieniu do Claptona nie chciał, by była to gitara, a fortepian.

Malowanie fortepianu Johna Lennona

Współpraca z Beatlesami rozwijała się wzorcowo i obie strony czerpały z tego same korzyści. THE FOOL miało znakomitą reklamę, a muzycy oryginalne i niepowtarzalne ciuchy, choćby takie jak w sekwencji „I Am The Walrus” z „Magical Mystery Tour”. Nieco później Beatlesi poprosili ich o współpracę przy aranżacji sklepu „Apple” na Baker Street. To była wielka praca, ponieważ Fab Four zasadniczo zlecił THE FOOL zaprojektowanie zewnętrznej części sklepu (w tym kontrowersyjnego muralu), który z kilkoma studentami sztuki namalowali w ciągu weekendu. Kilka lat później na żądanie mieszkańców budynek „Apple” został przemalowany.

Mural siedziby „Apple Boutique” przy Baker Street w Londynie.

W samym sklepie nie mogło rzecz jasna zabraknąć ubrań i kostiumów zaprojektowanych dla Beatlesów i ich żon, które na specjalnych pokazach nosiły piękne modelki. Chętnie dołączała do nich Patti Boyd, żona George’a Harrisona.

Patti Boyd (stoi) i modelki w strojach zaprojektowanych przez  The Fool.

I jeszcze jedna ciekawostka związana z The Beatles. Folderowe wnętrze albumu „Sgt. Pepper” miało zawierać obraz stworzony przez Marijke i Simona, ale Robert Fraser przekonał zespół do zastąpienia go zdjęciem grupowym. Hm, trochę szkoda…

Proponowana przez The Fool  wewnętrzna wersja okładki „Sgt Peppers” The Beatles.

Inspiracją dla reżysera Joe Massota była wspomniana już obudowa „Wonderwall”, która zachwyciła Lennona i która stała się tytułem filmu psychodelicznego z Jane Birkin w roli głównej. Mało kto o tym pamięta, ale to właśnie THE FOOL namówili George’a Harrisona do zrobienia ścieżki dźwiękowej. Sami członkowie THE FOOL przez moment pojawili się w tym filmie.

Marijke i Simon z szafką „Wonderwall”, która zainspirowała Joe Massota.

Skoro mowa o ścieżkach dźwiękowych dochodzimy w tym miejscu do płyty nagranej przez THE FOOL. Być może wydaje się to wręcz nieprawdopodobne – awangardowi projektanci mody, twórcy oszałamiających okładek też nagrywali? Okazuje się, że tak. I wyszło im to rewelacyjnie! THE FOOL, podobnie jak The Incredible String Band, kroczyli folkową ścieżką rocka z odcieniami kwiatowego popu a la Donovan, popowej psychodelii, z odrobiną jazzowego kolorytu w stylu Grahama Bonda! Album, pełen egzotycznej instrumentacji i figlarności będący ucztą Lata Miłości ery Wodnika, ukazał się pod koniec 1968 roku nakładem wytwórni Mercury.

Front okładki płyty „The Fool” (1968)

Wyprodukował go Graham Nash tuż przed rozstaniem z The Hollies, ale jeszcze przed założeniem Crosby, Steels And Nash. „The Fool” to album zawierający wiele angielskich elementów folkowych, w tym tak rzadko używane poza muzyką ludową szkockie dudy! Ale to nie jest album z muzyką ludową. W pewnym sensie przypomina mi niedocenianą ścieżkę dźwiękową do „Wonderwall” George’a Harrisona: obie są wczesnymi prekursorami world music. Tyle, że krążek „The Fool” to coś znacznie więcej.

Płyta otwiera się „kosmicznymi”, psychodelicznymi efektami, które z prostą folkową melodią płyną bezpośrednio do Fly”  i prowadzą (w bezpośrednim przejściu) do „Voice On The Wind” z odgłosami bijącego dzwonu, hejnału grającego gdzieś w oddali, z lirycznym fortepianem, głębokim, organowym akompaniamentem i żeńskim, niebiańskim wokalem. Ależ śliczne, nastrojowe wprowadzenie do albumu… Użycie dud i wielu innych egzotycznych instrumentów w rockowym „Rainbow Man” sygnalizowało chęć stworzenia czegoś odważnego i oryginalnego. Co prawda nie przepadam za brzmieniem dud, ale na tym albumie dobrze się sprawdzają. Na okładce widzimy je w rękach Simona. W każdym bądź razie ta nieco hipisowska, podkolorowana harmonijką ustną piosenka brzmi jak mantra wbijająca się w pamięć…  Cry For Me” ze swoim łkającym banjo dowiodło opanowaniu przez THE FOOL melodii wzmocnionej  pewnym siebie wokalem i atmosferycznymi efektami dźwiękowymi szumiącego morza… No One Will Ever Know” z wyczuciem łączy pop z folkiem, a znajomy już ciepły dźwięk skirl (dudy) łapie za serce. Krótkie (2:51), ale za to jakie ładne..!

Zdjęcie zespołu w środku rozkładanej okładki.

Trąbka, gwizdki i śpiew w stylu gospel są częścią „Reincarnation” płynnie przechodząc w „Hello Little Sister” z riffem zagranym na banjo przypominającym „Walk Don’t Run” The Ventures, który z kolei zostaje przejęty przez „Keep On Pushin” nabierając transowo jazzowej nuty. Utwór jest oparty na organach Hammonda z kapitalnymi partiami saksofonu tenorowego. To może sugerować, że podczas sesji nagraniowej w studio pojawił się weteran rhythm and bluesa Graham Bond, który w tym czasie widywany był często z członkami kolektywu. Nie mniej brzmi to jak cytat Rolanda Kirka grającego z Charlesem Mingusem w 1962 roku – wyszło z tego małe arcydzieło! „Inside Your Mind” to kolejny utwór folkowy, ale mi kojarzy się bardziej z niedzielną pieśnią śpiewaną w Kościele anglikańskim. Kiedy pierwszy raz dostałem ten album, uderzyła mnie natura jego melodii. Wydawało się, że częściowo wywodzą się one ze starych angielskich hymnów kościelnych zmieszanych z bluesem, boogie i rockiem. Pamiętam, że pomyślałem wtedy: „Ale oryginał, nic mi to nie przypomina. Nic co było przed, ani po…” Płytę kończy pełna upojnej psychodelii piosenka Lay It Down”, po której chce się ją odsłuchać jeszcze raz, a potem kolejny…  Kompaktowe reedycje zawierają dwa dodatkowe nagrania: urocze „We Are One” i skoczne „Shining Light”, obie wyprodukowane tym razem przez Cyrusa Faryara, byłego członka amerykańskiego zespołu The Modern Folk Quartet i wydane na singlu w tym samym roku co duża płyta.

Ilustracja tylnej strony okładki.

Ten album pochodzi z czasów poprzedzających narodziny prog rocka, ale zapowiada go przygodą i barwną muzykalnością. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego nie nagrali kolejnego, który byłby jego kontynuacją? Nieszczęściem zespołu było chyba to, że moc flower power po 1968 roku słabła, a ich wysiłek pozostał w dużej mierze niedoceniony. Niesamowite, że kiedy się w nim zakochałem miałem wrażenie, że znam go od dzieciństwa. Każda piosenka tak bardzo wdarła mi się do głowy, że została tam na zawsze. Niewątpliwie jest to jedna z tych płyt, w którą warto się wsłuchać, włożyć choćby odrobinę wysiłku nawet jeśli początkowo wyda nam się dziwna. Ale czyż nie podobnie było tak z płytami Incredible String Band, Franka Zappy, a nawet Pink Floyd..?.  Spójrzmy na tych ludzi, na ich dzieła i projekty także pod kątem muzyki – są absolutnie psychodeliczne. Tęczowo psychodeliczne.

Simon i Marijke wyjechali do Los Angeles, gdzie na fasadzie Aquarius Theatre stworzyli największy w tamtym czasie (1969) mural na świecie promujący musical „Hair”. Wspólnie malowali teatry w San Francisco, Seattle, Chicago… Na początku 1970 roku nagrali album „Son Of America” dla A&M Records. Producentem ponownie był Graham Nash. Niestety, tym razem miałka i bez wyrazu popowa muzyka nie zainteresowała amerykańskiej publiczności. Krążek sprzedał się słabiutko, a THE FOOL wkrótce się rozstali. Simon, Barry i Josje ostatecznie wrócili do Amsterdamu, podczas gdy Marijke po rozstaniu z Simonem pozostała w Los Angeles, aby kontynuować swe artystyczne przedsięwzięcia. Z tego co udało mi się ustalić Barry Finch i Josje Leeger pozostali parą. Simon Posthuma zmarła 28 lutego 2020 roku w wieku 81 lat…

2 myśli w temacie “Mariaż mody z tęczową psychodelią. THE FOOL (1968).”

  1. Zbyszku, zabierasz mi robotę. To ja jestem projektantem ubiorów i kostiumów scenicznych!
    Mam ogromną wiedzę w tym temacie bo to nie tylko wykształcenie i praca ale przede wszystkim pasja. I co? Rozłożyłeś mnie na łopatki bez tchu.
    To, że jesteś fenomenalny muzycznie i nie masz sobie równych wiemy, ale Twoja wiedza o modzie i subkulturach jest aż przerażająca!
    Gratuluję felietonu,
    Nieśmiało dodam od siebie, że tak jak napisałeś na wstępie od Elvisa wszystko się zaczęłoi to Król zainicjował termin – wizerunek artystyczny oraz wszelkie prawa z nim związane.
    Leżę bez oddechu i przeczytam jeszcze kilka razy.

    1. Nie, nie, nie. To nie tak. To Ty Iwonko jesteś dla mnie guru w temacie mody i jej projektowania. Ja się tylko postarałem, aby ten post był nawiązaniem do mariażu jaki łączy modę z muzyką. Nie mniej dziękuję za pochwałę – usłyszeć ją od Ciebie to dla mnie jak dostać Nobla ?
      Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *