PATERNOSTER „Paternoster” (1972)

Właśnie nadszedł rok 1968. W Austrii na uniwersytetach i w środowiskach artystycznych młodzi ludzie gorąco dyskutowali o alternatywnych modelach społeczeństwa, głosili odwagę postępu. Całymi nocami siedzieli i dyskutowali w intelektualnych klubach i pubach wiedeńskiego podziemia chłonąc poczucie wolności, jaka emanowała z nowej muzyki Pink Floyd, Procol Harum, The Nice…  Tyczyło się to również Franza Wippela, Heimo Wissera i Gerharda Waltera, studentów i utalentowanych muzyków mających już w głowach swoją artystyczną wizję. Wizję, do której udało im się przekonać reżysera ambitnych filmów, Herberta Holba tworząc ścieżkę dźwiękową do jego filmu „Die ersten Tage”  („Pierwsze dni”). Zamknięci w podziemiach nieistniejącego już wiedeńskiego studia Quodlibet, Wippel i Wisser improwizowali, podczas gdy Holba wyświetlał im niedokończony jeszcze film na ścianie. W efekcie powstały trzy długie suity. Film odniósł względny sukces i był pokazywany na wszystkich ważniejszych festiwalach filmowych od Berlina po Cannes. Niektórzy krytycy zadawali sobie pytanie, kim są ludzie stojący za muzyką. Szczęśliwie, jakiś zaradny menadżer CBS Austria, który widział film skontaktował się z reżyserem, a ten dał mu namiary na muzyków. Oferta dużej wytwórni zaskoczyła chłopaków, którzy pod nazwą PATERNOSTER zaczęli zdobywać w Wiedniu coraz liczniejszą rzeszę fanów. Podpisany kontrakt dał im możliwość nagrania płyty, więc grzechem było nie skorzystać z okazji. Film filmem, nawet artystyczny, ale rock progresywny był ważniejszy.

Problemem był brak stałego perkusisty, a  poszukiwania okazały się trudne. W Wiedniu nie było perkusisty, który by im odpowiadał. Na przesłuchania przychodziło ich czasem sześciu czy siedmiu, ale większość odpadała już w przedbiegach. Najbardziej wymagający z całej trójki, gitarzysta basowy Wisser, wciąż kręcił nosem, aż przypadkiem natknął się na  człowieka, który idealnie pasował do koncepcji zespołu. Jednak długo musiał przekonywać go do swoich pomysłów, użyć wielu argumentów. W końcu Gerhart Walenta dołączył do załogi Paternoster. Po latach przyznał, że było to zło konieczne, ponieważ z całej czwórki był najmniej zainteresowany postępowymi ideałami swoich kolegów. Jako ostatni dołączył do zespołu i pierwszy z niego odszedł.

CBS wynajęło znane im już Quodlibet Studios na dwa dni dodając „w pakiecie” inżyniera dźwięku Franka „który nie wiedział, co zrobić z tego typu muzyką” Neumanna. Oo… zaczęło się niezbyt fortunnie. Ale to jeszcze pikuś; CBS zatrudniło producenta, który przez owe dwa dni siedział na zewnątrz i tylko pił whisky. Ten brak szacunku oburzył muzyków. W odwecie chcieli zrobić psikusa i „podarować” wytwórni dwa długie improwizowane, pełne zgiełku i szaleńczej kakofonii kawałki. A co, niech się później martwią co z tym zrobić. Na szczęście zdrowy rozsądek zwyciężył. Z pijanym producentem i kompletnie  nierozumiejącym tego rodzaju muzyki dźwiękowcem, 9 i 10 marca 1972 roku nagrali materiał, który wkrótce ukazał się na płycie zatytułowanej „Paternoster”.

Front okładki płyty „Paternoster” (1972)

O dziwo, pomimo tych problemów wyszedł im niezwykły debiut, który mógł/powinien (niepotrzebne skreślić) być arcydziełem. Nie wiem jakim cudem, ale surowa produkcja to czysty krautrockowy raj z bardzo złowieszczym i ponurym nastrojem w stylu ciężkich kapel 2066 & Then, Wind, Message, Ellis… Czy rock progresywny może być bardziej ponury niż Van Der Graaf Generator? O tak! A to jest żywy dowód. Coś, co zostało stworzone przez dziwaków dla dziwaków. Płyta brzmi jakby zespół jamował w wielkim kościele, lub katedrze z epickimi wycieczkami (czyt. procesjami) w stronę space rocka a la Pink Floyd z okresu „Meddle”. Mamy tu podniosłe, żałobne w klimacie melodie, gdzie atmosferyczne gitary i organy mogą wprowadzić w stan hipnozy. Potraktowanie partii wokalnych jako kolejnego instrumentu dodają całemu obrazowi kolorytu; są dość charyzmatyczne i zapadają w pamięć zresztą podobnie jak wszystkie kompozycje. Psychodeliczna scena późnych lat 60-tych z pewnością wywarła na tym zespole wpływ, a czyste piękno gitar prowadzących i podniosłe dźwięki klawiszy w połączeniu z żałobnym głosem Franza Wippela, którego tylko dzieciak emo pokochałby naprawdę, tworzą klimat czystej demencji gotowej pochłonąć żywcem każdego słuchacza.

Wydanie „Paternoster” to także historia niezrozumianej sztuki. Muzycy buntowali się przeciwko ultrakonserwatywnej części katolickiego społeczeństwa; nawet organy Hammonda zdawały się głosić antykościelny cynizm. Wymowna była też nazwa zespołu pochodząca z początku „Modlitwy Pańskiej” zaczynającej się od słów  „Ojcze nasz” (łac. Pater noster). Teksty (śpiewane po angielsku) są tak chorobliwie przygnębiające i zabarwione nihilizmem absurdu, że odesłałyby Ozzy’ego do domu z płaczem. „Pokoje ciemności bez kolorów / Sufit przygniata cię do podłogi / Zastawy stołowe wypełnione są wymiocinami / Trędowatymi maniakami i zezowatymi zdrajcami / Skaczącymi przez drzwi łazienki…” Inne, bardziej poetyckie próbowały wywołać sprzeciw przeciwko zorganizowanej religii („The Pope Is Wrong”). Jeśli jednak wczytać się w nie wnikliwie okazuje się, że ich przesłanie jest proreligijne choć z nutą antyklerykalną – opłakują religię, która wypadła z łaski stając się antytezą swej pierwotnej intencji. Dotykały też tematów śmierci i samobójstwa („Blind Children”). Te ostatnie okazały się w pewnym sensie prorocze. Gdy Wippel śpiewa: „Spróbuj zadzwonić do siebie przez telefon / Na pewno nie ma cię w domu / Jeszcze raz zamieć czystą podłogę / A potem dźgnij się, aby poczuć ból” przechodzą mnie dreszcze. Po rozwiązaniu zespołu Wisser i Wippel dalej byli przyjaciółmi, utrzymywali ze sobą stałą, głęboką więź. Do 25 kwietnia 1998 roku. W tym dniu Heimo Wisser, zmagający się z chorobą psychiczną, popełnił samobójstwo…

Tył okładki

„Paternoster” w epoce został uznany za jeden z najsmutniejszych albumów wszechczasów. Jego ponury charakter doskonale rezonuje z psychodelicznymi, maniakalnymi dźwiękami floydowskiej gitary z epoki Syda Barretta („Old Danube”). Wisienką na torcie są kościelne, gotyckie organy, które emocjonalną nutą przenikają cały album niczym w żałobnej mszy. Wszystkie zapierające dech w piersiach atmosferyczne triki z pełną świadomością wykorzystają po latach współczesne grupy post-rockowe.

Projekt okazał się jednak muzycznym fiaskiem. Pomijam już fakt, że zespół znany był niewielkiej garstce lokalnych fanów, głównie wiedeńskich studentów. Kompletną klapą okazała się dystrybucja płyty, która trafiła do muzycznych sklepów w Austrii i pobliskich niemieckich landów. Z całego nakładu sprzedano zaledwie… 270 sztuk! Wielki dramat rockowej muzyki. Gwoździem do trumny była jedyna(!) recenzja w prasie muzycznej, która zawarła się w trzech słowach: „Depresyjny. Depresyjny. Depresyjny.” Podcięło im to nogi, stracili zapał, zagubił się studencki idealizm. Wippel skomentował to w bardzo wiedeński sposób: „Cóż. Stało się.”  Walter opuścił kolegów (wcześniej zrobił to Walenta) podjął studia na wydziale architektury, co ostatecznie stało się końcem zespołu.

Uznanie przyszło po latach z kręgów eksperckich. Jednym z pierwszych, który „wskrzesił” płytę był Hans Pokora. W swojej książce „1001 Record Collector Dreams” przyznał jej najwyższą ocenę. Kolekcjonerzy oszaleli na jej punkcie; jedna z niewielu zachowanych oryginalnych płyt została sprzedana kilka lat temu za ponad 1200 dolarów! Dziś pewnie jest jeszcze droższa. Na szczęście była kilkakrotnie wznawiana na CD; po raz pierwszy w 1991 roku przez monachijską wytwórnię Ohrwaschl Records, a ostatnio w 2015 przez Now-Again Records.

Na koniec mała rada. Uważaj z kim jej słuchasz. Jeśli są to twoi przyjaciele na drugi dzień może się okazać, że już ich nie masz – albo odwrócili się do ciebie plecami, albo straciłeś ich na zawsze…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *