ONE „One” (1969)

Brytyjska scena undergroundu końca lat 60-tych współczesnym archeologom muzycznym warstwa po warstwie odsłania wciąż nowych, zapomnianych wykonawców. Każdy na nowo odkryty artysta jest kolejnym elementem, malutkim puzzlem wielkiej muzycznej mapy-układanki składającym się na finalny obraz tamtej epoki. Wierzę, że kiedyś te kawałki się połączą, choć to niezwykle trudne i skomplikowane. Szczególnie, gdy mamy do czynienia z zespołami, które istniały niewiele ponad sześć miesięcy. Choćby takim jak sekstet ONE.

Latem 1969 roku ekipa londyńskich muzyków pod nazwą ONE kierowana przez dwóch przyjaciół urodzonych w Indiach, wokalisty i gitarzysty Alana Marshalla i klawiszowca Bobby’ego Sassa, śmiało wkroczyła do Trident Studios w samym sercu Soho, aby nagrać album dla wytwórni Fontana. Sam zespół powstał wiosną tego roku po wielu jam sessions w londyńskim mieszkaniu Marshalla przy 6 Denmark Street, które dzielił z menadżerem Rogerem Burrowem. dobrym przyjacielem Grahama Nasha. W tym czasie Marshall mógł się już pochwalić ciekawym rodowodem muzycznym.

Loose Ends. W środku Alan Marshall. Drugi od lewej jego kuzyn Rick.

Karierę zaczynał w południowo-wschodniej dzielnicy Londynu Bexley Heat w zespole Loose Ends we wczesnych latach 60-tych założonym wspólnie ze swoim kuzynem Rickiem. W 1966 roku nagrali dwa doskonałe single dla Decci, po czym oryginalny skład rozpadł się, by na nowo odrodzić się kilka miesięcy później. W marcu 1967 roku w londyńskim klubie  Scotch Of St James zostali zauważeni przez legendę soulu Otisa Reddinga. Piosenkarz oczarowany barwą i harmonią głosów Marschalla i Boby Sakera zabrał ich do Stanów nagrywając w Fame Studios w Alabamie dwa utwory: „Johnny B Goode” i „Keep Pushing”.  Atlantic miał je wydać na singlu, ale kryzys i niestabilna polityka wewnętrzna wytwórni doprowadziła do odłożenia utworów na półkę na bliżej nieokreślony czas. Tragiczna śmierć Otisa Redding  w grudniu tego samego roku spowodowała, że singiel nigdy nie ujrzał światła dziennego.

Po powrocie do Anglii Marshall z byłym już gitarzystą Loose Ends, Peterem Kirtleyem, w sierpniu 1967 roku powołali do życia kapelę Happy Magazine, a owocem podpisanego kontraktu były trzy single wydane przez Polydor. Marshall nalegał, by w Happy Magazine znalazł się grający na klawiszach Bobby Sass. „Znaliśmy się od małego. Dorastaliśmy razem w Karaczi. Był wspaniałym pianistą i kochał Errolla Garnera (twórcę m.in. słynnego standardu jazzowego „Misty” z 1959 roku- przyp. moja). Niestety, jego jazzowy styl nie pasował chłopakom.” Mimo to Sass wciąż trzymał się blisko Marshalla, który w tym czasie przeprowadził się do kawalerki na Denmark Street – niezwykle barwną ulicę zwaną „londyńską Tin Pan Alley” uwielbianą przez całą artystyczną bohemę. Drzwi jego domu były zawsze szeroko otwarte dla różnej maści artystów-szaleńców i muzyków różnej nacji. To prawdopodobnie wyjaśnia w jaki sposób urodzony na Dominice perkusista Conrad Isadore pojawił się tam owej wiosny. Niezwykle utalentowany muzyk po raz pierwszy zyskał rozgłos współpracując z rhythm and bluesowym zespołem Joe E. Young & The Tonics, a potem w The Sundae Times, z którym w latach 1968-1969 nagrał trzy single i płytę „Us Colored Kids”. Perkusista szybko nawiązał nić porozumienia z dwoma indyjskimi muzykami, do których wkrótce dołączyli: basista Brent Forbes, grający na saksofonie tenorowym i flecie Norman Leppard, oraz gitarzysta prowadzący Kevin Fogarty.

Ta luźna grupa muzyków spędziła mnóstwo czasu na próbach i domowych sesjach, zanim rozpoczęła nagrania w studio. Brent Forbes: „Robiliśmy aranżację jednego dnia, a następnego, w zależności od nastroju nas wszystkich, wszystko było pozmieniane. Całe te tygodnie, miesiące, wydawały się wiecznością”. Sama praca w studio była bardzo dobrze zorganizowana. Produkcją zajął się menadżer zespołu Roger Burrow do spółki z Alanem Marshallem i Bobbym Sassem współpracując z inżynierami dźwięku: Robinem Cablem i Royem Bakerem. Nadzór nad produkcją sprawował Lee Hallyday, który niewiele wcześniej wyprodukował swojemu słynnemu bratu Johnny’emu płytę „Jeune Homme”. W studio pojawił się także Peter Kirtley dołączając się ze swoją gitarą w kilku kawałkach. Kluczową postacią w procesie nagrywania płyty był Alan Marshall o czym wspominał Brent Forbes: „Niezależnie od tego, czy grał na gitarze, instrumentach perkusyjnych, czy śpiewał, był dobrym duchem zespołu.” 

Album „One” ukazał się w Wielkiej Brytanii pod koniec 1969 roku.  Wytwórnia Fontana wydała go także we Francji, Niemczech i Hiszpanii. Na okładce cały zespół – to chyba jedyne zdjęcie sekstetu jakie zachowało się do dzisiaj.

Front okładki płyty „One”.  (Fontana, 1969)

Krążek zawiera pięć utworów i poza jednym (czterominutowym) są to dość długie, oparte na improwizacji, pełne rozmachu, wczesno progresywne kompozycje inspirowane soulem z elementami funku, psychodelii i blues rocka. Ten eklektyzm jak i brzmienie zespołu kojarzy mi się z nagraniami Grahama Bonda chociaż patrząc na listę autorów i tytuły poszczególnych utworów wydaje się, że to folkowy Richie Havens miał ogromny wpływ na Marshalla-piosenkarza, który zaadaptował na potrzeby płyty aż trzy jego piosenki. ONE przerobił je na swój, oryginalny sposób.

Otwierający całość, szturmowy „Don’t Listen To Me” zachwyca wściekłymi partiami rozgrzanych do białości organów napędzanych niemiłosiernie prącą do przodu szaleńczą sekcją rytmiczną podsycaną pod koniec eksplodującymi dętymi, nie mówiąc już o tym, że Marshall śpiewa tak jakby opętał go demon, lub jakaś inna siła nieczysta. Kocham oryginał, ale nigdy nie przyszło mi przez myśl, że ktoś może zrobić to lepiej od Havensa. A jednak zrobił! Czy to samo można powiedzieć o trzecim na płycie „Stop Pulling And Pushing Me”? O ile Heavens zaśpiewał tę piosenkę/perełkę w niespełna dwie minuty nadając jej proto-punkowy(!) charakter, ONE rozciągnął ją do ośmiu i wyszlifował czysty diament. W jego olśniewającym blasku odbija się acid folk z psychodelią, zaś rozmyty garage rock i funkowa perkusja lśnią uduchowionym i gniewnym wokalem. Już te dwa inspirujące kawałki pełne pomysłowej gry wypełnione potężnymi, zespołowymi pasażami instrumentalnymi robią wielkie wrażenie, ale na tym nie koniec. Pełen improwizacji „Run, Shaker Life” to fantastyczny, siedemnastominutowy kawał progresywnego rocka. Nie tak dynamiczny i szaleńczy, ale za to od pierwszej do ostatniej sekundy wciągający. Numer oparty został na świetnych, jakby nerwowo granych partiach fletu, hipnotycznej perkusji, delikatnych klawiszach i akustycznej gitarze. Niepokojąca aura wisząca nad całością gęstnieje, gdy wokalista głębokim głosem obwieszcza: „Uciekaj, wstrząsaj życiem, wstrząsaj życiem wiecznym. Wytrząśnij ze mnie, wszystko co cielesne. Będę twoim Mojżeszem, będę twoim Dawidem…” Pomiędzy utworami „Don’t Listen To Me”, a „Stop Pulling…” zespół umieścił klimatyczną balladę „Cautiously” napisaną przez Maurey Haydn, amerykańską aktorkę i stand-uperkę. Już pierwsze dźwięki fortepianu z jednostajnie wybijanym rytmem przez perkusistę zwiastują, że będzie to mocna rzecz. Pojawiający się w dalszej części flet i skrzypce, oraz głęboki, ciemny wokal tworzą klimat jaki znajdziemy później u Nicka Cave’a. To jedna z tych kompozycji, która raz usłyszana długo zostaje w pamięci… Jedyny własny wkład w pisaniu autorskiego materiału ujawnił się w najkrótszym utworze, „Near The Bone”. Plemienny rytm, harmonika, tamburyn, akustyczna gitara; to one zapraszają w magiczną, podróż, gdzie korzenny blues owijają opary psychodelii niczym poranne mgły znad bagien angielskiego Romney Marsh.

Po ukazaniu się albumu wytwórnia Fontana wydała w 1970 roku trzy single, które ukazały się w Niemczech, Francji i Kanadzie. Podobnie jak longplay żaden nie znalazł się na liście, co być może nie jest zaskakujące biorąc pod uwagę, że sekstet nie podjął żadnych kroków, by promować płytę występami. Jedyny godny uwagi koncert miał miejsce 7 października 1969 roku na scenie Hatchettes Playground na Piccadilly. Niedługo po tym muzycy rozeszli się realizując, każdy swoje, ambitne plany i pomysły zgodnie z mottem jaki zamieścili na okładce płyty: „All music is one. All men are equal. All is ONE”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *