INCREDIBLE HOG „Volume 1” (1973)

Ze wszystkich undergroundowych, mało znanych, ciężkich zespołów z początku lat 70-tych INCREDIBLE HOG pozostaje jednym z moich ulubionych, a ich płyta, „Volume 1” to, moim skromnym zdaniem, arcydzieło surowego, napędzanego bluesem hard rocka z  kilkoma psychodelicznymi pomysłami. W przeciwieństwie do wielu innych blues rockowych zespołów tamtych czasów byli bardziej agresywni; na scenie byli głośni, a ich masywne riffy spadały na słuchacza jak młot parowy. Potrafili też wyczarować przestrzenną atmosferę. choć nie „nawijali” pseudo-progresywnego makaronu. I niestety, tak jak w przypadku całej masy podobnych kapel z tego okresu nie mieli szczęścia wypłynąć na szersze wody.

Można powiedzieć, że to londyńskie trio było ubocznym produktem brytyjskiego boomu bluesowego lat 60-tych. Gitarzysta, wokalista i autor tekstów Ken Gordon i basista Jim Holmes. dwaj przyjaciele, którzy grali razem w szkolnym zespole Speed ​​Auction założyli na początku 1972 roku Monolith przemianowany następnie na Hog, by ostatecznie przyjąć nazwę INCREDIBLE HOG. Wbrew obiegowym opiniom krążącym od lat wcale nie była ona inspirowana popularną serią komiksów Marvela, konkretnie kultowym dziełem Stana Lee „Incredible Hulk”. Ken Gordon w wywiadzie dla „Melody Maker” z 2011 roku wyjaśniał: „To była gra słów mówiąca, że jesteśmy starymi wieprzami. Ot i cała inspiracja”.

Mózgiem zespołu był Gordon, który od dziecka otaczany był muzyką klasyczną; Puccini, Verdi, Chopin, Sibelius, Liszt i wszyscy wielcy kompozytorzy klasycznego romantyzmu byli stałymi „bywalcami” w jego domu. Ojciec Gordona był głównym skrzypkiem w Filharmonii w Leeds i tenorem operowym; matka (pielęgniarka) wolny czas godzinami spędzała przy fortepianie flirtując z Chopinem. Mały Ken mając dziesięć lat poznał smak innej, „zakazanej” muzyki: Elvisa, Buddy Holly’ego, Everly Brothers, The Shadows, Beatlesów. I Radia Luxemburg, którego z ojcowskiego tranzystora namiętnie słuchał nocami schowany pod kołdrą w swoim łóżku. W szkole średniej został wielkim fanem białego, brytyjskiego bluesa. John Mayall i Bluesbreakers, Fleetwood Mac z Peterem Greenem, The Yardbirds, Savoy Brown, Cream – to byli jego idole. Kiedy Speed Auction się rozpadli razem z  Holmesem zaczęli szukać perkusisty. Spośród wielu, których przesłuchali wybrali urodzonego w RPA Tony Awina.

Incredible Hog (1973)

Na początku całymi popołudniami ćwiczyli w piwnicy domu znanego londyńskiego chirurga, u którego pracowała pani Gordon. „W pełni wykorzystaliśmy naszą darmową przestrzeń do prób, gdzie odbywaliśmy praktykę grając nasze ulubione piosenki!” – wspominał po latach Ken. „Piwnica stała się wkrótce także tajnym centrum dla lokalnych muzyków i wszelkiej maści „niebieskich ptaków”, którzy potajemnie schodzili do nas przez wybite okienko służące do wrzucania węgla.”

Dla młodych, początkujących zespołów problemem było załatwienie sobie stałych występów i nie ważne czy byłby to pub, muzyczny klub, czy osiedlowy Dom Kultury. Oczywiście marzeniem był angaż w legendarnym klubie Marquee na Wardour Street, ówczesnej Mekce undergroundowej sceny rockowej. To tam The Who, Rolling Stones i wielu innych zdobyli sławę. Dla INCREDIBLE HOG  ten próg był jeszcze za wysoki. Jako adepci stawiający pierwsze kroki co najwyżej mogli jedynie być ministrantami służącymi przy muzycznym ołtarzu. Barometrem ówczesnej muzyki rozrywkowej była lista przebojów – socjologiczny przewodnik po kulturze nastolatków. Wszak nagrania Cream, Jimi Hendrixa, The Who, czy The Yardbirds, a więc przedstawicieli bulgoczącej niezależnej sceny często wkradały się do Top 40. Listy przebojów polaryzowały gust muzyki tamtych czasów i działały jako zwierciadło współczesnej kultury i muzyki pop. Nie zapominajmy, że to był wiek analogowy. Jeśli byłeś nieznany musiałeś grać aby być widzianym lub słyszanym. W końcu coś drgnęło i trio zaczęło regularnie występować w The Pig Sty w Ilford, a następnie w Forest Gate we wschodnim Londynie tyle, że wciąż było to mało. Próbowali zareklamować się. Internetem w  tamtym czasach była alternatywna prasa muzyczna, a prestiżowy „Melody Maker” był rockową biblią tej sceny więc jeśli nie pojawiałeś się na ich uświęconych stronach byłeś anonimowy. Rezerwując reklamy nazwa INCREDIBLE HOG zaczęła być znana, ale ku rozpaczy muzyków nadal nie przyciągnęła uwagi żadnej wytwórni płytowej. Po tym jak wytwórnia Island ich odrzuciła zdeterminowany Gordon wkroczył do biura Dart Records niedaleko Piccadilly Circus, na które natknął się całkiem przypadkowo. „Wpadłem do ich pluszowych biur i pomimo gróźb wyrzucenia przez policję, odmówiłem wyjścia, dopóki szef firmy nie posłucha naszych taśm demo! Po całym dniu oczekiwania jeden z dyrektorów, Tim Satchell,  w końcu niechętnie, ale wysłuchał je po czym zadzwonił po swego partnera, Clive’a Stahope’a. Obaj zaufali nam i dwa tygodnie później podpisaliśmy z nimi kontrakt.”

Efektem podpisanej umowy był album nagrany w Mayfair Sound Studios na londyńskim West Endzie. Producentem, narzuconym zespołowi przez Dart, był Roger Watson wcześniej współpracujący z komediowo- poetycką grupą muzyczną z Liverpoolu, The Scaffold mający kompletnie odmienne spojrzenie na muzykę rockową. To nieprawdopodobne połączenie doprowadziło do konfliktów i wielu awantur w studiu. Zespół chciał iść w jedną stronę, Watson w drugą. Jednak zderzenie tych dwóch żywiołów dodało muzyce sporo ekscytacji i pewnej oryginalności. Wydany w połowie 1973 roku longplay „Volume 1” zebrał kilka pochlebnych recenzji, choć jeden z dziennikarzy miał obawę pisząc, że „zbytnio wyprzedza swoje czasy, aby zaakceptowała go szersza publiczność.”

Płyta dostępna była w czterech różnych okładkach w zależności od tego w jakim kraju została wydana. Wszystkie są niezwykle rzadkie a ich oryginalne wydania osiągają wśród kolekcjonerów wartości stratosferyczne. Angielski oryginał miał lekceważącą świnkę pokazującą czerwony język i nazwę zespołu.

Niemiecki Telefunken poszedł w stronę pewnej siebie, wyniosłej, choć nieco perwersyjnej świni-matrony o rubensowskich kształtach.

Podobnym tropem poszła francuska Columbia przedstawiając maciorę karmiąca swoich właścicieli.  Tym pomysłem pobili chyba Niemców na głowę, choć z drugiej strony rodzi się pytanie: „Czy ktoś przy zdrowych zmysłach kupiłby płytę kompletnie nieznanego zespołu z taką okładką..?”

Na szczęście byli jednak tacy ludzie jak ci z hiszpańskiej Carnaby, którzy mieli dobrze poukładane w głowach i zrobili kapitalną (zdecydowanie moją ulubioną) okładkę przedstawiającą zdjęcie muzyków w mglistej scenerii wiekowego cmentarza. Co ciekawe, ta sama okładka ukazała się po latach na kompaktowej reedycji niemieckiego Twilight Tone zawierająca w środku także brytyjski oryginał, który (według uznania) można było sobie przełożyć.

Zamieszanie z okładkami nie pomogło promocji płyty, która nie sprzedała się najlepiej. A szkoda, bo jak już na początku wspomniałem zespołowi udało się stworzyć małe, blues rockowe arcydzieło choć na pozór wydaje się ono enigmatyczne, zwodniczo proste, a nawet eklektyczne! Słuchając tekstów czasami myślę, że to kiepskie bredzenie neurotycznego, egocentrycznego fantasty. Przy kolejnym, że jest to dość wyjątkowe. Z holistycznego punktu widzenia emocjonalna, nienaruszona szczerość, surowa energia, eksperymentowanie z psychodelicznymi pomysłami, dobra muzykalność, unikalne brzmienie, solidny groove i zaangażowanie muzyków sprawiają, że jest to świetna wizytówka młodego, blues rockowego trio tamtych czasów. Czasem brzmi to jak mieszanka Cream i Budgie, innym razem jak Led Zeppelin i Black Sabbath, a to sprawia, że moje nogi doznają tzw. syndromu niespokojnych  stóp wystukując od pierwszego do ostatniego utworu rytm. Pojawiają się tu metalowe i punkowe podteksty, a tytuły piosenek, jak na przykład „Wreck My Soul”, „Execution” czy „Losing Myself” świadczą o pesymistycznym spojrzeniu na świat i niewiele wspólnego miały z powoli umierającą hipisowską modą lat sześćdziesiątych. Szczerze mówiąc, uważam, że „Volume 1” brzmi tak, jakby narodził się w robotniczej dzielnicy, gdzie przemoc i bieda były na porządku dziennym. Dziesięć spójnych nagrań upakowane w doskonałe aranżacje trzymają równy, wysoki poziom. Już przy pierwszym odsłuchu duże wrażenie zrobił na mnie otwierający płytę utwór „Lame” opowiadający o strachu przed starzeniem się i śmiercią, a także „Wreck My Soul” będący echem miłości Kena Gordona do rhythm and bluesa, wściekły „Another Time”, apokaliptyczny „Warning” czy jeden z najpotężniejszych numerów zespołu „There’s A Man”. W zasadzie powinienem wymienić wszystkie pozostałe w tym także trzy rockowe ballady: „Walk The Road”, „Losing Myself” i „Execution”. I choć ogólnie nie przepadam za rockowymi balladami to te wkręciły mnie totalnie. Chyba ze względu na undergroundowy, nieco mroczny i tajemniczy klimat, któremu trudno się oprzeć. Przy okazji muszę tu pochwalić Gordona za jego unikalne interpretacje i za grę na gitarze, która jest siłą napędową grupy. To kolejna atrakcja tego (nomen omen) atrakcyjnego albumu!

Po wydaniu płyty grupa dała kilka znakomitych koncertów w całym kraju wspólnie z wykonawcami takimi jak Status Quo, Supertramp, Stealers Wheel, Skid Row z Gary Moore’em. Paradoksalnie, pomimo dobrze przyjętych występów i uznania prasy muzycznej album nie trafił w gusta publiczności. To, w połączeniu z nieistniejącą promocją wytwórni płytowej tak zniechęciło muzyków, że rozwiązali się pod koniec 1973 roku. Ken Gordon został muzykiem sesyjnym grając m.in. z The Rubettes, The Tremeloes i Heavy Metal Kids. Jim Holmes został producentem w legendarnym Scarf Studios; obecnie jest właścicielem zespołu teatralnego. Tony Awin nawiązał współpracę z The Crazy World Of Arthur Brown i Jamesem Lastem; do dziś jest czynnym muzykiem studyjnym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *