Flied Egg „Dr. Siegel’s Fried Egg Schooting Machine” (1972); „Good Bye Flied Egg” (1972)

Tokijskie trio FLIED EGG powstało w momencie, gdy Shigeru Narumo (g, org.) i Hiro Tsunoda (dr. voc) tworzący projekt muzyczny Strawberry Path postanowili we wrześniu 1971 roku zaprosić do współpracy basistę Masayoshi Takanakę. Miesiąc później panowie zmienili nazwę na Flied Egg i na przełomie roku nagrali płytę „Dr. Siegel’s Fried Egg Shooting Machine”, która ostatecznie ukazała się w marcu 1972 roku wydana przez japoński oddział Vertigo .

Sądząc po nazwie grupy (Latające Jajko) i tytule  płyty („Strzelająca maszyna do jajek sadzonych dr. Siegela”) dobry humor mógł być ich znakiem firmowym. Ten album faktycznie sprawia, że ilekroć go słucham drapię się po głowie  próbując zrozumieć skąd u mnie tak dobry nastrój. I to nawet nie dlatego, że „Dr. Siegel’s Fried Egg…” jest ulepszoną wersją ukochanej przeze mnie płyty Strawberry Path, „When The Raven Has Come To Earth”. Ten kolorowy, nieskończenie eklektyczny album jest po prostu pełen pozytywnej energii, której trudno się oprzeć. Lider, który nie tylko znakomicie grał na gitarach, był także niesamowitym klawiszowcem, rozszerzył swoją baterię klawiszy dodając do organów Hammonda i pianina syntezator Mooga, celeste, klawesyn i… instrumenty-zabawki. Nie bez znaczenia było także to, że dodatkowy muzyk, basista Takanaka, znacznie poprawił sekcję rytmiczną dając więcej swobody Narumo wcześniej obsługującego bas używając nożnego pedału basowego. Jednak największa zmiana nastąpiła w ogólnej muzyce, która stała się ciekawsza, bardziej progresywna. Jest to szczególnie widoczne choćby w fantastycznych harmoniach wokalnych, grze na organach. Wpływ Jimiego Hendrixa, który był tak odczuwalny w Strawberry Path został wyparty na rzecz Uriah Heep, Deep Purple, Birth Control…

Początek tytułowego utworu może zmylić niczym „piłka-zmyłka”. Słychać kroki i krótką „rozmowę”, która wydaje się być parodią komiksów o Supermanie: „Przepraszam… spójrz w niebo. To kula..? Samolot..? WOW! To latające jajko. Och! Jajko sadzone!” Potem słychać, że coś spada (prawdopodobnie owe jajko sadzone) i w końcu zaczyna się utwór – rozkołysany, szybki rocker, pełen gitarowych solówek oscylujących pomiędzy acid-rockiem, a bluesowym zawodzeniem z niewielkimi elementami muzyki spod znaku The Moody Blues.  Zarówno „Rolling Down The Broadway”, jak i „Burning Fever” to ostre, hard-rockowe melodie, które brzmią jak dziecko Black Sabbath i Uriah Heep. Ten ostatni zawiera mnóstwo krzyczących, chwytliwych riffów i zapierających dech solówek gitarowych z bardzo wyrazistym basem Takanaki. To jeden z jego lepszych momentów na tej płycie. Oba nagrania rozdziela bardzo miękka, miłosna ballada „I Love You”. Niektórzy mogą uznać ją za tandetną, nijaką, banalną… a jednak trudno się od niej uwolnić. Hiro Tsunoda śpiewa ją „brytyjskim”, głębokim głosem z doskonałym, angielskim akcentem. Tylko wokal, pianino i perkusja plus gustowne, smyczkowe aranżacje z solem na trąbce w środku! Naprawdę świetna rzecz. Punktem kulminacyjnym płyty jest „Plastic Fantasy” i podobnie jak utwór tytułowy ma dwa oblicza. Pierwszą część zaczyna 30-sekundowe intro, pompatyczne, gotyckie pianino, porywające mroczne organy Hammonda i skrzypce – można dostać gęsiej skórki. A gdy wchodzi wokal już wiem, że to będzie mocna rzecz. Piękne dzieło sztuki prowadzone w prawdziwie symfoniczny sposób, które w drugiej części przechodzi w senną, popową refleksję pozostając mimo wszystko jedną z najbardziej progresywnych rzeczy na tym albumie.

Jego drugą stronę otwiera miniaturowe cudeńko,  „15 Seconds Of Schizophrenic Sabbath” – piętnaście sekund czystego piękna, w którym cała trójka śpiewa gregoriański chorał. Brzmi fantastycznie. Szkoda, że tak krótko… Czy Ozzy i spółka zainspirowali się tym utworem nagrywając kilka lat później „Supertzar”..? Nie czas na dywagacje, bo oto nadchodzi kolejny zwycięzca – fantastyczny, ciężki progresywny numer I’m Gonna See My Baby Tonight”. Narumo gra na organach tak, jakby zależało od tego jego życie, a jego dwaj koledzy wypluwają płuca, by wykrzesać najbardziej upiorny, harmonijny wokal. Co tu się dzieje! Zmiany rytmu, prędkości, głośności,  wysokości dźwięku, oraz magiczna solówka na gitarze/organach w środku… gdyby ktoś zapytał, czym jest heavy prog, zagrałbym mu ten utwór! Cokolwiek by nie oznaczał tytuł „Oke-Kas” i tak zostanie jednym z moich ulubionych utworów Flied Egg. Skomponowany pod silnym wpływem ELP rozpoczyna się wspaniałym, potężnymi uderzeniami organów Hammonda, po których wchodzi wspierający fortepian akustyczny. Po ponad minucie rozpoczyna się solówka organowa, ale nie taka typowa typowa. Raczej karkołomny, przesterowany łamaniec w stylu Keitha Emersona zmienione w szalone solo zagrane tym razem na syntezatorze Mooga. Całość zamyka główny motyw grany z czystą wirtuozerią i… wściekłością. Progresywny klejnot! „Someday” to kolejna po „I Love You” ballada na płycie. Równie dobra, a może i lepsza.  Aranżacje smyczków są tu bardziej dyskretne, zaś melodia zagrana na fortepianie i klawesynie nadały jej barokowego charakteru. Bardzo dobrym posunięciem było umieszczenie go pomiędzy dwoma progresywnymi, rockowymi potworami, no bo jak inaczej można nazwać zamykający płytę epicki „Guide Me To The Quietness” jak nie potworem w dobrym tego słowa znaczeniu?! Klawiszowiec ponownie wykorzystuje wszystkie swoje siły podsuwając organowe pasaże tam, gdzie to konieczne, gitara akustyczna w bardziej spokojnych momentach jest piękna, a głos perkusisty oszałamiający i uduchowiony. I jeszcze jedno. Produkcja płyty jest na najwyższym poziomie. Gdyby ktoś nie wiedział, że album został nagrany w latach 70-tych mógłby pomyśleć, że to współczesny zespół nawiązujący do tej epoki.

W listopadzie jeszcze tego samego, 1972 roku, ukazała się druga i zarazem ostatnia płyta Flied Egg „Good Bye”. Mieszanka nagrań studyjnych i materiału na żywo. I co..? Do widzenia..?! Tak nagle..? Po zaledwie pięciu minutach..? Wszak ta płyta jest prawie tak dobra jak debiut. „Prawie”, bo jeśli miałbym się tu czegoś czepiać to jedynie okładki – jednej z najgorszych w tamtych czasach…

Od razu zaznaczę, że choć nie ma tu nic przełomowego to wciąż jest to solidna porcja ciężkiego progresywnego rocka, może tylko trochę bardziej zainspirowana bluesem niż debiut. Pomimo różnic kulturowych wykonawcy z Kraju Kwitnącej Wiśni też grali „obcy” gatunek, ale w swoim stylu. Uważny słuchacz zauważy, że japoński blues afirmujący życie jest znacznie „luźniejszy” niż „ciasny” wariant brytyjski.

Strona „A” oryginalnego longplaya to cztery koncertowe nagrania, które znamy z poprzedniej płyty, choć pierwsze z nich, „Leave Me Woman”, pochodzi z okresu Strawberry Path. Poziom szaleństwa sekcji rytmicznej, mnogość gitarowych solówek jest tak duży, że obsłużyłby nie jedną stronę płyty, a podwójny album. W tej odsłonie zespół pokazuje się jako klasyczne power trio grające z pazurem i nie biorące jeńców. Wspomniany „Leave Me Woman” będący  wcześniej fantastycznym przykładem heavy proga w wersji koncertowej stał się mocarnym rockowym kilerem spod znaku Mountain.  Z kolei fantastyczny, ciężki blues rockowy „Rolling Down The Broadway” to mój osobisty faworyt tej części płyty. Co prawda brakuje mi tu organowego solo, które tak dobrze pamiętam z poprzedniej płyty nie mniej ciarki po plecach chodzą. Zresztą nie tylko tutaj brakuje klawiszy. Wszystkie nagranie „na żywo” ich nie mają. Po „Dr. Siegel’s Fried Egg…” miałem apetyt na więcej muzyki z organami Hammonda, pianinem, fortepianem, zwłaszcza, że Narumo znany był z tego, że na koncertach jednocześnie grał na klawiszach i gitarach. Niestety nie tutaj… W „Rock Me Baby” bujamy się w rytmie rock and rolla z lat 60-tych z podstawowymi riffami gitarowymi i lekko banalnym tekstem na szczęście zaśpiewanym rockowo wcale nie gorzej niż Ian Gilan. W ostatnim nagraniu ze strony „A”, „Five More Pennies”, muzycy kontynuuje ciężkie, blues rockowe granie przeradzające się w dwunastominutowy jam z prącą do przodu jak lokomotywa gitarą i perkusyjnym solo. Słucha się tego wybornie.

Doskonały „Before You Descend”, który równie dobrze mógłby pochodzić z wczesnego okresu Uriah Heep (chórki) jest typowo hard rockowym utworem, choć znów nie słychać  klawiszy. Te pojawiają się w końcu w prześlicznej kompozycji „Out To The Sea” ocierającą się klimatem o crimsonowskie „Epitaph”. Najpiękniejsze dwie i pół minuty zmieniające oblicze płyty. Tej płyty. Łkająca gitara, liryczny wokal z dyskretnym chórkiem w tle za każdym razem powoduje u mnie mrowienie na całym ciele.  A wszystko to pływa w głębokich oparach dźwięku melotronu… Szkoda, że popowa ballada „Goodbye My Friends” jest małym zgrzytem i nawet nie śmiem porównać jej do ballad z poprzedniego albumu. Ale to nic, albowiem na zakończenie mamy opus magnum płyty, czyli epickie, dziewięciominutowe „521 Seconds Of Schizophrenic Symphony”. Dla mnie to jeden z najlepszych utworów z Hammondem w roli głównej tamtych lat. Ten wspaniały instrument prowadzi tę epopeję praktycznie przez cały czas. Zauważmy, że do czwartej minuty w ogóle nie słyszymy gitary. Nie ma takiej potrzeby! Ale przyznaję, że kiedy w końcu wchodzi i wpada w swe oszałamiające solo pasuje tam idealnie. Mamy tu rzecz jasna sporo zmian rytmu i melodii, oraz pięknych i dość nieoczekiwanych momentów, jak symfoniczne solo na fortepianie (ok. drugiej i pół minuty), czy krótka wstawka zagrana na gitarze akustycznej po wcześniej wspomnianej solówce gitarowej. Końcowe minuty z rykiem organów, symfonicznym pianinem i przeszywającą do trzewi łkającą gitarą to już absolutne mistrzostwo świata. Ta kompozycja wyraźnie pokazuje, że Flied Egg miał olbrzymi potencjał i był w stanie tworzyć progresywną muzykę rockową na wysokim poziomie. Wielka szkoda, że ​​po nagraniu tej płyty zespół przestał istnieć i nie wykorzystał ścielącej się przed nim perspektywy wbicia się w elitę ówczesnego, światowego prog rocka.

2 myśli w temacie “Flied Egg „Dr. Siegel’s Fried Egg Schooting Machine” (1972); „Good Bye Flied Egg” (1972)”

  1. Ostatnio interesuje mnie mocno wszelka sztuka rodem z Nipponu (z naciskiem na anime i mangę), ale połączenie rocka progresywnego i Japonii ciągle mnie zaskakuje. Ten kraj (szczególnie lata 60-90) to niesamowity tygiel: sztywne ramy społeczne, wpajany od małego porządek, szacunek do historii mieszający bunt i potrzebę indywidualizmu. Z Japońskich zespołów progresywnych kojarzę trochę SOCIAL TENSION przez płytę „It reminds me of those days” ponieważ przyciągnęła mnie do niego okładka w stylu Rogera Deana oraz FAR OUT z Pańskiego wcześniejszego wpisu. Słowem: kolejny świetny artykuł P. Zbyszku!

    1. Japonia to dla nas Europejczyków fascynujący, choć też i niezrozumiały kraj. Co do rockowej muzyki z lat 60/70 w większości jestem pod jej wrażeniem czego wyraz daję pisząc o niej. Przeglądając archiwa Rockowego Zawrotu Głowy trochę się tego uzbierało, a to nie wszystko. W kolejce czekają następne, moim skromnym zdaniem znakomite, pozycje tak więc proszę bądź czujny 🙂
      Pozdrawiam serdecznie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *