Progresywny diament z Nowej Zelandii. RAGNAROK (1975) – akt pierwszy.

W przeciwieństwie do Anglii niewiele undergroundowych grup rockowych w Nowej Zelandii przeszło ewolucję od psychodelii do progresji. Tamtejsze podziemne zespoły rockowe z początku lat 70-tych były raczej przyziemne i bardziej skłonne naśladować Hendrixa i Santanę niż ogłaszać koniec ludzkości w stylu crimsonowskiego „Schizofrenika…” Na pierwszych dwóch albumach zespołu Dragon i w jazz rockowej fuzji Living Force można znaleźć jedynie aluzje tego gatunku. Potem jest wciąż budzący podziw debiut Split Enz „Mental Notes”, który czerpie z wczesnego Genesis, choć miesza go z… glam rockiem. Inni, jak Schtung i Think też mieli swoje pięć minut. Tyle, że żaden z nich nie dorównał RAGNAROK.

Ragnarok:  Ramon York, Mark Jayet, A.ndre Jayet, Lea Maalfird i Ross Muir.

Wydaje się dziwne, że grupa z Aotearoa (jak Maorysi nazywają Nową Zelandię) w nazwie odniosła się do skandynawskiej mitologii, Nawiasem mówiąc w Szwecji od 1972 roku istniał zespół o tej samej nazwie, choć swoją pierwszą płytę wydał rok po debiucie „naszej” grupy. Mało prawdopodobne, aby oba zespoły wiedziały o swoim istnieniu… Pomimo, że dwa studyjne albumy Nowozelandczyków ukazały się w szczytowym okresie punk rockowej rewolucji do dziś zachwycają i wydają się być znakomitym przykładem fenomenu gatunku.

Geneza Ragnarok zaczęła się od zespołu Flying Wild z Christchurch założonego w 1965 roku przez basistę Rossa Muir’a i klawiszowca Andre Jayeta. W późnych latach 60-tych nagrywali dla wytwórni Robbins, po czym przenieśli się do Auckland. Po rozpadzie, Andre i Ross grali w grupie Sweet Feat, do której zwerbowali 16-letniego(!) perkusistę Marka Jayeta (brata Rossa) i gitarzystę Ramona Yorka. I choć wszyscy śpiewali dołączyła do nich uznana już w pewnych kręgach wokalistka i autorka tekstów Lea Maalfrid. Wtedy zmienili nazwę na Ragnarok. Piękna blondynka o skandynawskiej urodzie nie miała nic wspólnego z nową nazwą, a którą zaproponował jej mąż, Tony Weber, interesujący się wtedy mitologią nordycką. Późniejsze piosenki, choćby taka jak „Fenris” została napisana z myślą o takim temacie.

Lea Maalfrid, wokalistka i wszechstronna artystka.

Sceniczną działalność zaczęli od rezydencji w popularnym klubie „Granny’s” Tommy’ego Aderleya szybko eliminując z niego, mające już pewną renomę, zespoły Dragon i Split Enz. Na scenie wyglądali jak hipisi z długimi włosami na dragach tyle, że ubrani w… świecące kombinezony na modłę brytyjskich, glam rockowych kapel. Jak większość  rodzimych zespołów zaczynali od grania coverów. Wśród nich był zeppelinowy „Kashmir”, floydowskie „Have A Cigar”, „Wish You Were Here” i… uf, „Do You Feel Like I Do”, Petera Framptona… Mimo to, mocno ciągnęło ich w stronę progresywnego rocka w myśl zasady: „Przynieś ze sobą LSD i wyrusz z nami w kosmiczną podróż!” Tyle, że prowadzenie takiego zespołu nie było takie proste. I wcale nie chodziło o brak zainteresowania progresywnym rockiem. Wręcz przeciwnie – cieszył się tu ogromną popularnością, a wszystko sprowadzało się do czystej ekonomii. Zakup i utrzymanie wysokiej klasy sprzętu było bardzo drogie. Taki melotron, marzenie każdego progowego zespołu – nie dość, że kosztował fortunę, to dodatkowo obłożony był wysokim podatkiem celnym. Jest taki żart (być może apokryficzny) mówiący o tym, że w Nowej Zelandii był tylko jeden, którym dzielili się wszystkie zespoły. Żart nie żart, ale trafiał prosto w sedno problemu. Pomimo tych trudności grupie udało się zebrać odpowiedni sprzęt, także ten estradowy, który pomógł im stworzyć niesamowite show ze ścianą dźwięku i barwną oprawą świetlną. Reputacja najlepszego zespołu na żywo przyniosła efekt w postaci kontraktu płytowego z nową wytwórnią Revolution dystrybuowaną przez legendarną Pye Records, która w 1975 roku wydała album zatytułowany po prostu „Ragnarok”.

Ragnarök w mitologii skandynawskiej jest czymś w rodzaju końca świata, wielkiej bitwy Dobra i Zła.  Ale w tym przypadku nie ma patetycznego i pretensjonalnego bicia piany, okrutnych krzyków i muzycznego Armagedonu. Jest za to wiele pięknych tekstów na tle otulających dźwięków syntezatorów i towarzyszącej im gitary.  Osiem utworów na płycie to jeden z wariantów europejskiego symfonicznego progu z psychodelicznym wpływem uzupełniony melodyczną harmonią i „kosmicznymi” odgłosami.

Album zaczyna się kompozycją „Fenris”, w której energiczny głos Maalfrid wdziera się do delikatnych pasaży klawiszy. Po refrenie muzyczny szyk kruszy się i rozpada przechodząc w monumentalne syntezatorowe solo. Modulacja i echo wokalizy Lei w finale to już siódme niebo! Ona jest po prostu znakomita; bezsprzecznie była najlepszą wokalistką w Aotearoa w tamtym czasie, a także bardzo dobrą autorką piosenek piszącą fantastyczne teksty. Gdy jęczy i przymila swój lud ostrzeżeniem w  „Fire In The Sky” jest Boadicceą i Meduzą w jednym, zaś w „Caviar Queen” „jeździła po górach i mężczyznach przez wieki i wieki”, a „ziemia rzeczywiście drżała, gdy wzdychała…” Na „Butterfly Sky” pojawia się (nie po raz pierwszy) męski, całkiem fajny wokal, choć tu w pamięć zapada mi piękny, wznoszący się gitarowy riff. Ramon York choć nie epatuje swoją bajeczną techniką jest świetnym gitarzystą. Ba! Powiedziałbym, że gra bardzo oszczędnie, tyle ile trzeba, w punkt. I ani jednej  zbędnej nutki. Bardziej intensywniej zespół wykorzystuje za to klawisze, Pragnę zwrócić uwagę na świetne wykorzystanie melotronu w większości utworów. Ładnie wkomponowane w syntezatorowe tła w połączeniu z efektami gitarowymi Yorka są wizytówką zespołu, do której dopisuje się znakomita polifonia wszystkich uczestników. Ale cichym bohaterem jest dla mnie basista Ross Muir, który od czasu do czasu wkracza na terytorium Chrisa Squire’a zwłaszcza w bardziej rytmicznych kompozycjach, takich jak „Fenris” czy „Caviar Queen”. Do tradycji późnej psychodelii zespół nawiązuje we wspaniałym, mrocznym, depresyjnym „Rainbow Bridge”.  Co więcej, większość tej siedmiominutowej kompozycji brzmi instrumentalnie i dopiero w ostatnich minutach nad tym światem unosi się męski wokal stopniowo nabierający siły i pewnej dozy pozytywu. Upiorne miraże pojawiają się ponownie w całej pełni w niewiele dłuższym, instrumentalnym nagraniu „Raga”, będącym kolejną atrakcją tego albumu. Płyta kręci się dalej, ale zespół nie zmienia proporcji. Lea Maalfried ponownie błyszczy w przepełnionej synkopami piosence „Caviar Queen” zakończonej szumem oceanu. To nagranie przechodzi w „Dream”, instrumentalno-progresywny, epicki epos pozwalający lewitować i poddać się marzeniom. Cudo! Całość kończy wielotematyczny „Dawning Horn”, po którym przychodzi refleksja zakończona pytaniem: „Czy to już koniec..?!” 

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to płyta, która miała jakiś znaczący wpływ na rozwój progresywnego rocka, który w tym czasie (nie oszukujmy się) zjadał swój własny ogon. Nie mniej Ragnarok urzekł mnie  nie tylko barwnie pokolorowaną instrumentacją, ale przede wszystkim przeniósł mnie w szczególne miejsce zwane przeze mnie „osobistą strefą dharmy”, gdzie jestem wolny od pragnień i strachu. Gdzie po prostu doświadczam czystej błogości.

A na pytanie: „Czy to już koniec..?” odpowiem krótko: zespół wydał jeszcze dwie płyty i obiecuję do nich wrócić!

Jeden komentarz do “Progresywny diament z Nowej Zelandii. RAGNAROK (1975) – akt pierwszy.”

  1. Wspaniała to płyta. Dwa lata temu muzycy zapowiedzieli wznowienie na winylu i CD. W tym roku potwierdzono plany co do winyla. Osobiście czekam na kompakt, bo takie płyty zbieram i bardzo chciałbym mieć ten album w kolekcji. Jeśli to wypali, będzie to pierwsze wydanie w klasycznym, ordynarnym pudełku z plastiku – ja preferuję wyłącznie takie 🙂 Pozdrawiam! Piękne zasoby!

Skomentuj Makotnik Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.