Oto dwie płyty, dwóch niemieckich zespołów z koncertowymi nagraniami mniej więcej z tego samego okresu. Okresu, w którym każda szanująca się grupa nie poprawiała potem swoich występów w studiu jak dzieje się to od ponad trzydziestu lat, a wszelkie pomyłki i potknięcia na scenie były akceptowane tak przez samych zainteresowanych jak i przez ich fanów. O ile Guru Guru znany jest chyba wszystkim wielbicielom krautrocka, o tyle Erna Schmidt już niekoniecznie.
Korzeni tego tajemniczego zespołu należy doszukiwać się w beatowej grupie R&B Corporation powstałej w Stuttgarcie na początku lat 60-tych z perkusistą Wolfgangiem Mathiasem. Ze względu na to, że grali do tańca modną, głównie big bitową muzykę dość szybko stali się lokalną gwiazdą. Sytuacja zmieniła się kiedy w zespole pojawił się zafascynowany bluesem gitarzysta Hubert Stütz. To on skierował R&B Corporation na tory blues rocka w stylu Cream, Hendrixa, Ten Years After. Chociaż publiczność domagała się kawałków Beatlesów i Bee Gees, przy których znakomicie się bawiła oni postanowili penetrować inne kierunki szukając ich w długich improwizacjach. Pod koniec 1967 roku gdy dołączył do nich basista Walter Laible byli już popularni na południu Niemiec supportując takim wykonawcom jak Alexis Korner, Rory Gallagher, Brian Auger i Procol Harum. Chcąc wzbogacić brzmienie zatrudnili grającego na flecie Hartmuta Mau blisko związanego z Hellmutem Hattlerem późniejszym liderem Kraan. Ten skład skupił się na pisaniu własnych kawałków. Skoro muzyka nie miała już nic wspólnego ani z beatowymi hitami, ani z R&B wybrali nową, zabawną nazwę, Erna Schmidt. W 1971 roku przypadek sprawił, że nawiązali kontakt z hrabią Matternich, który udostępnił im wiejski dworek w Wintrup, idealne miejsce do twórczej pracy i wypoczynku. To tam powstało wiele wspaniałych autorskich kompozycji granych później na koncertach. Koncertach będących w zasadzie długimi porywającymi improwizowanym jam sessions. Jeden z nich zwrócił uwagę Rolfa-Urlicha Kaisera z wytwórni Ohr, który zaproponował im kontrakt płytowy, ale jak pokazał czas nigdy nie został zrealizowany. Zanim zespół rozpadł się w 1972 roku pozostawił sporo nagranego materiału. Spośród ponad dwudziestu godzin jakie się zachowały muzycy zdecydowali się na publikacje kilku fragmentów, które firma Garden Of The Light opublikowała w 2000 roku na kompaktowej płycie „Live 1969-1971”.
Pomimo, że utwory pochodzą z różnych lat pokazują zespół jako dobrze naoliwioną maszynę, która ani na moment nie zgrzyta. Na swoich koncertach z niekończącymi się improwizacjami często podpierali się sekcją dęta, Hammondem, a także fortepianem i wibrafonem, Tu mamy bardziej zwarty materiał (najdłuższy „Ein Tag Aus Dem Leben Des Menschen P.” trwa „zaledwie” niecałe dziesięć minut) z typowo konwencjonalnym składem: bas, perkusja, gitara (zabójcza!), flet (cudowny!) i okazjonalnie saksofon. Stütz, zafascynowany Hendrixem płynnie zmieniający styl i brzmienie, okazał się znakomitym gitarzystą, zaś grający na basie Laible przypomina mi młodego John Wettona. Ale w miejscach gdzie pojawia się flet to Mau, obsługujący także saksofon, okarynę i obój, kupuje mnie za każdym razem. Żaden z dziesięciu zamieszczonych tu instrumentalnych numerów nie nudzi. Przeciwnie – każdy porywa, w każdym, nawet tak krótkim jak „See Ya”, czy w „Weiß Gott” (jednym z najstarszych utworów otwierający się pięknie brzmiącą gitarą) dzieje się wiele, oj dzieje. I niemal każdy zaskakuje odmiennym stylem. Już sam początek płyty z utworem tytułowym, w którym flet i gitara pokazując paletę zapadających w pamięć melodii rozpala umysł. Kojący „La Folie D’Espagne” z wysuwającym się do przodu fletem, licznymi zmianami tempa ostatecznie kopiąc tyłki ciężką gitarą zakończoną soczystym solem jest wzorcowym przykładem progresywnego rocka w stylu Focus. W „Rulaman” krautrock miesza się z jazzem, zaś potężny i przejmujący „Pass – Weites Luftmeer” przesiąknięty fletem i lekko podszyty jazzem można uznać za folk rockowe arcydzieło. I tak można z zachwytem wymieniać kolejne nagrania. A gdy płyta się kończy pozostaje żal, bo chciałoby się tej muzyki więcej i jeszcze więcej…
Za każdym razem gdy odtwarzam sobie jakikolwiek album Guru Guru wydaje mi się, że jest lepszy niż poprzedni jaki słuchałem. Ale tam, gdzie są trzy najwcześniejsze, czyli „UFO”, „Hinten”, i „Kanguru” nagrane w latach 1971-72 nic nie może się z nimi równać. Nawet stado świętych krów. No, chyba, że mówimy o koncertowym albumie „The 1971 Bremen Concert”, który niemiecka wytwórnia MiG-Music jako pierwsza OFICJALNIE wydała go 28 lutego 2025 roku.
Perkusista Maní Neumeier ze swoim nieziemskim zestawem bębnów i odurzonym wokalem, oraz basista Uli Trepte znali się bardzo dobrze grając wcześniej improwizowany free jazz w Irene Schweitzer Trio, przemianowane później na Guru Guru Groove Band. Przybycie gitarzysty Axa Genricha z Agitation Free w kwietniu 1970 roku sprawiło, że wszystko poszło z dymem, a z jego popiołów powstało prawdzie Guru Guru. Powiedzieć, że byli jednym z najbardziej niszczycielskich trzyosobowych zespołów na świecie to jak nic nie powiedzieć. Gdyby nie konkurencja ze strony Hendrixa, ta trójka z łatwością mogłaby zdobyć koronę Experience. Nawet, jeśli trwałoby to tylko kilka minut.
Był wtorek, 21 września 1971 roku. Tego wieczoru wystąpili w Bremen, w auli szkoły średniej mieszczącej się na Leibnizplatz. To cud, że lokalne Radio wysłało tam swoich dźwiękowców, którzy ten zabójczy występ zdolny przestraszyć niejednego „zwykłego” odbiorcę nawet dzisiaj nagrali na taśmę. Program wieczoru składał się z trzech długich utworów. Pierwszy pochodził z debiutanckiego albumu „UFO”; dwa następne z „Hiten”, który wydany kilka dni wcześniej zdążył już wywołać spore poruszenie w prasie. „Inżynier dźwięku, Conny Plank stworzył arcydzieło” – napisał niemiecki magazyn muzyczny Sounds. „Guru muzycznie bardzo się zmienili na lepsze, ich muzyka nie jest już tak nerwowa i rozproszona.”
Koncert otwiera „LSD Marsch” wprowadzając nas w kosmiczny nastrój bez syntezatorów i (wierzcie, lub nie) bez LSD. W oryginale utwór trwał osiem minut, tutaj jest ich dwadzieścia cztery. Potrójna bestia! Synchronizacja między muzykami jest wręcz mistyczna – czysty psychotropowy mentalizm. W apokryficznym tekście są momenty terezjańskich halucynacji, huśtawka nastrojów, demony z Hadesu, orbitowanie w chorym umyśle perwersyjnego Hannibala Lectera… Uff! Zostawiają Cream na poziomie przedszkola, a Hendrix bez wahania dołączyłby do tej zabawy. Dołujący mroczny głos Neumeiera wnosi do tej muzyki własny, indywidualny element – co do tego nie ma żadnych wątpliwości – a jego niesamowite bębny to hiper napędowy silnik z duszą pana Spocka i kapitana Kirka ze Star Treka mówiące odrębnym perkusyjnym językiem. Językiem plemiennym i bluźnierczym. Pogańskim i dzikim. Amazońskimi z zapachem kanibalizmu. Nigdy tego nie mówiłem, ale Guru Guru w tamtych czasach mógłby zjeść Pink Floyd na śniadanie z kiełbasą chorizo i chipsami na dokładkę.

„Bo Diddley”, w rytmie rhythm’n’bluesa i ciężkiego blues rocka umiejscawia się obok Savoy Brown, Chicken Shack, Steamhammer, Groundhogs i pokazuje ogromną pomysłowość trzech szalonych guru. Wypuszczają nawet bąki w formie ciężkich riffów, które później staną się biblią szabatu dla całego zwariowanego świata. Co by nie powiedzieć, dali tu z siebie wszystko, a nawet więcej… W „Space Ship” mamy do czynienia z psycho-ektoplazmatyczną halucynacją. Trzy wulkany gęstej radioaktywnej magmy, które nie dają wytchnienia żadnemu zdrowemu neuronowi. Ta strategia jest tu oczywista, ale wkrótce zignorują ją odchodząc od utartego scenariusza przekształcając Guru Guru w akademię architektury dźwiękowej na najwyższym poziomie.
Ten niepowtarzalny, doskonały i absolutnie niezapomniany występ stworzony przez trzech Gaudich, którzy do perfekcji doprowadzili progresywny acid-space rock zdumiewa mnie za każdym kolejnym przesłuchaniem. I choćby tylko za to kłaniam im się w pas.



Tym razem nie było zaskoczenia, przynajmniej dla mnie. Wiedziałem, że ten album prędzej czy później do Ciebie trafi … i trafił. Mówię o jedynym albumie formacji Erna Schmidt. Kilka lat temu natrafiłem, całkiem przypadkiem, na dość dziwnie wyglądającą płytę. Okładka dość niezwykła i nie za wiele mówiąca. Ponieważ należę do tych pasjonatów dawnego rocka, dla których okładka to tylko przedsmak czegoś więcej (choć czasem może to być mylące), postanowiłem sprawdzić co się za nią kryje…. I tak odkryłem dla siebie to niezwykłe zjawisko jakim jest Erna Scmidt. Faktycznie nie jest to album z głównego nurtu niemieckiego krautrocka (see Guru Guru i wiele innych), ale stanowi dobitny przykład wszechstronności muzycznej tamtych czasów. Niemiecka scena krautrockowa końca lat 60-tych i pierwszej połowy lat 70-tych to prawdziwa i nieprzebrana kopalnia wielu niezwykłych albumów. A w kwestii albumów koncertowych tamtego okresu to zdecydowanie dodałbym czteropłytowy boks Kin Ping Meh – Fairy Tales & Cryptic Chapters, który zawiera nagrania z ich różnych występów z lat 1969-70. Miodzio … Polecam
Dziękuję za „polecajkę”. Mam ten box, więc kiedyś może go przedstawię.
Śledzę Twój blog od kilku dobrych lat, ale nigdy nie pisałem. Robisz świetną robotę, czego dowodem jest to, że ludzie piszący o rocku progresywnym traktują twoje artykuły jako teksty źródłowe. Mam pytanie. Masz w swych bogatych zbiorach może zespół Shuttah, jeżeli tak, to czy jest szansa, że kiedyś o nim coś napiszesz. Pozdrawiam.
Osobiście tej płyty nie mam, ale znam. Dobra informacja jest taka, że mam kogoś, kto ją posiada, więc może wyłamię się ten jeden raz z zasady przedstawiania płyt ze swoich zbiorów i ją opiszę. W każdym razie trzymaj rękę na pulsie Pablo.
Pozdrawiam.
Lubię tą płytę, bo nie jest taka oczywista, wielogatunkowa. Ale nie wiem nic o zespole. Pozdrawiam i oczywiście raz na tydzień odwiedzam bloga, jest dla mnie inspiracją. To od Ciebie dowiedziałem się o Sproton Layer i nie powiem zrobiło to na mnie wrażenie.
Posiadam ten album. Nabyłem kilka lat temu i bardzo polecam, bo to niezwykła i bardzo rzadka płyta. Zawiera nieznane nagrania pochodzące prawdopodobnie z roku 1971, które aż do roku 2002 (Shadoks) nie zostały wydane.