Ilekroć odtwarzam sobie obie płyty zespołu Headston za każdym razem zadaję sobie pytanie: „Dlaczego ten zespół jest tak nieznany?!” Kiedy wspomniałem o nim moim kolegom, miłośnikom rocka, reakcja była mniej więcej taka: „No co ty. Nie mogą być dobrzy, skoro o nich nie słyszeliśmy.” I do pewnego stopnia ich rozumiem. Ileż to razy natykałem się na mało znane zespoły i albumy, a potem te nadzieje rozwiewały się jak mgła w połowie pierwszego utworu. Ale na boga, Headstone nie był takim zespołem. Zanim usłyszy się choćby jedną nutę muzyki samo spojrzenie na skład i ekipę realizującą ich dwie płyty już robi wrażenie.
Zespół został założony w 1974 roku przez byłego gitarzystę Atomic Rooster, Steve’a Boltona i perkusistę Rare Bird, Marka Ashtona. Gdy dołączył do nich młody, utalentowany perkusista karaibsko-amerykańskiego pochodzenia Chili Charles, skrzypek Joe O’Donnell, oraz basista Phil Chen (jeden z najbardziej rozchwytywanych muzyków sesyjnych w Anglii), Ashton stał się głównym wokalistą i frontmanem grupy. W produkcji płyt palce maczał John Anthony (Genesis, Van Der Graaf Generator, Queen, Roxy Music), nagrania realizowali w słynnych studiach Rockfield i Trident, okładkę drugiej płyty zaprojektowała firma Hipgnosis… słowem, szczęściarze. Dlaczego więc te albumy umknęły uwadze w czasach, gdy wszystko było dostępne „od ręki”? Hm, dobre pytanie…
Jeszcze tego samego roku na rynku pojawił się „Bad Habits”, pierwszy album wydany przez EMI. I to z jaką okładką!!!

Ten debiut to porywający zbiór dwunastu rockowych utworów (z czego jedenaście napisanych przez Ashtona) doprawionych funkiem, bluesem, soulem z idealnym połączeniem gitar, perkusji, dętych, smyczkowych i okazjonalnym Moogiem. Uważni słuchacze zapewne dostrzegą wokalne harmonie byłego kolegi Ashtona z Rare Bird, Steve’a Goulda, a także… Carla Douglasa. Tak! Tego Carla Douglasa, który w tym samym roku odniósł sukces z piosenką „Kung Fu Fighting”. Każdy utwór jest na swój sposób wyjątkowy. Ich słuchanie, szczególnie na słuchawkach pomagające wydobyć różne smaczki to prawdziwa przyjemność. Z dzisiejszej perspektywy wpływy tamtych lat są jak najbardziej widoczne. Słychać to zwłaszcza w otwierającym płytę melodyjnym rockowym „Don’t Turn Your Back” nawiązującym do Bad Company, z gitarami i pulsującym basem ściśle współgrającym z perkusją.

Nastrojowy i zapadający w pamięć „Take Me Down” z domieszką skrzypiec i akustyczną gitarą równoważy optymistyczny „High On You” z fajnymi harmoniami wokalnymi. „Love You Too” to kolejny akustyczny kawałek, w którym pojawiają się energiczne conga. Jest tu także „Live For Each Other”, który (i tu mała niespodzianka) został coverowany przez Rare Bird na ich piątym i ostatnim albumie „Born Again”. Pulsująca linia basu i gitarowe solo nadaje mu klimat Joe Walsha. Kolejne atuty znajdziemy w kompozycji Steve’a Boltona o dość enigmatycznym tytule „3 OB.” ze smakowitymi partiami talerzy i basowym groove’em, czy w szybkim „Take A Plane” emanujący aurą Stonesów z Carlem Douglasem, Juanitą Franklin i byłym gitarzystą Atomic Rooster, Stevem Gouldem, dodającymi harmonijne wokale do chwytliwego solo Boltona. Utwór tytułowy, w którym Dave Kaffinetti z Rare Bird wtrąca urocze solo na pianinie elektrycznym ma nuty soft rockowej ballady. I szczerze mówiąc łapie za serce… Podoba mi się też melodyjny „You’ve Heard It All Before” choć do pełni szczęścia zabrakło mi wokalnych harmonii i byłoby jak w niebie. Płytę zamyka rockowe „DM T”, w której Bolton podkręca swoją gitarową solówkę z efektem wah-wah w momencie gdy grupa bez specjalnego wysiłku pozwoliła sobie na małą improwizację.
Za Oceanem płyta wydana przez ABC Records ukazała się w innej okładce. Widocznie zakonnicę z zapalonym papierosem zwisającym z ust uznano za zbyt kontrowersyjną jak na amerykańską moralność (ha, ha!). Moim zdaniem jej alternatywna wersja jest (delikatnie mówiąc) kiczowata, a poza tym nieodparcie kojarzy mi się z płytą The Monkees, „The Birds, The Bees And The Monkees”. Chyba ktoś tu poszedł na łatwiznę…

Tuż po jej wydaniu zespół ruszył w trasę z nową sekcją rytmiczną, którą teraz tworzyli: perkusista Peter Van Hook (w późniejszych latach stały muzyk Vana Morrisona), oraz basista Jerome Rimson. Drugi album, „Headstone” wydany rok później miał efektowne logo i okładkę zaprojektowaną przez Hipgnosis, którą amerykanie tym razem nie zmienili.

Nowi muzycy szybko dali o sobie znać i to już w otwierających utworach „Eastern Wind” i „Warm Sunny Days”. Pierwszy, to solidny rocker utrzymany w średnim tempie, którego linia prowadząca, solówka i wokal ponownie oddają klimat utworów Joe Walsha; drugi bardziej funkowy błyszczy efektowną solówką na skrzypcach. Kolejne nagrania dowodzą, że ten krążek jest mniej zdominowany przez Ashtona i zawiera większy wkład całego zespołu. Dziwaczny i wspaniale zatytułowany „Large Weather We’re Having, Lucy” Boltona ma funkowy groove i świetną gitarową solówkę, Za to szybki rocker „Karma” Rimsona mocno osadzony w basie i elektrycznym pianinie jest zaproszeniem do świata Return To Forever, zaś imponujący „Someone’s Gotta Give” wyrywa się w stronę Mahavishnu Orchestra. Z kolei „All I Ask” z gościnnym udziałem Juanity Franklin wokalnie wspierającą Ashtona kieruje się w stronę romantycznej ballady. Jak widać pomysły sypią się jak z rękawa, a to jeszcze nie wszystko. „Gyrosame” ma klimat country rocka, w którym Bolton i O’Donnell wymieniają się zagrywkami, zaś „Hard Road” to ostry kawałek blues rocka z ryczącą gitarą prowadzącą i skrzypcami. Wszystko to składa się na wspaniałą kolekcję riffów i stylów w konwencji jam session.

Jak widać obie płyty pełne są solidnego grania, które przyspiesza bicie serca. Zaskakujące, że pozycje te (poza Koreą Południową i Japonią) nie doczekały się wznowień na płytach kompaktowych. Na szczęścia niezawodna w tej materii wytwórnia Esoteric wydała je w 2023 roku w formie podwójnego albumu. Nigdy nie słyszałem oryginalnych winyli, więc nie mam porównania, ale te remastery brzmią fantastycznie! Poza tym to prosty i niedrogi digipack bez zbędnych dodatków. Mówię to z pełną świadomością, bo nie wszystko w dzisiejszych czasach wymaga luksusowego opakowania – wszak na końcu liczy się tylko muzyka. Ten zestaw idealnie trafił w zapotrzebowanie fanów gatunku, bo to dynamiczny rock lat 70-tych, którego bardzo dobrze słucha się teraz – w 2025 roku. Nie wiem, co ludzie z Esoteric planują na przyszłość, ale chciałbym nieśmiało zasugerować, że solowe albumy Marka Ashtona na CD nigdy nie ujrzały światła dziennego, a jestem pewien, że nie tylko ja oczekuję kontynuacji tej części „starej” kolekcji.

No i kolejny mocno zapomniany wykonawca. Otwierając blog i widząc nazwę Headstone od razu zapaliła mi się w głowie żółta lampka. Ja już mam dwa albumy firmowane nazwą Headstone (Headstone i Headstone Circus)!. Pomyślałem sobie, że może to jakaś pomyłka. Na szczęście nie. Headstone, który posiadam jest grupą amerykańską a ten opisany w blogu jest brytyjski. Co ciekawe, oba ich pierwsze albumy powstały w tym samym roku (1974). Brytyjskiego Headstone nie znałem. Do dzisiaj. Muszę jednak przyznać, że ten amerykański Headstone lepiej do mnie przemawia. Jest nieco cięższy, ale to tylko moja bardzo subiektywna opinia. Tym niemniej czapki z głów dla Esoteric za to wznowienie, bo oba albumy są tego warte. Musiały jednak „przeczekać” na półce blisko 50 lat.
Co ciekawe, brytyjski zespół nie wiedział o istnieniu amerykańskiego i odwrotnie. Dziś pewnie by to nie przeszło.