Niektórzy sądzą, że współczesny rock progresywny to Dream Theater, Opeth, Porcupine Tree, czy Transatlantic, podczas gdy w rzeczywistości istnieje cały podziemny świat prog rockowych zespołów. Niektóre z nich, porównywalne poziomem do wielkich klasyków, dają naprawdę wiele satysfakcji. Phideaux jest dla mnie jednym z tych wyróżniających się zespołów. Dla tych, którzy jeszcze się z nim nie spotkali podpowiem, że jego symfoniczny rock opiera się na niezwykle pięknych utworach przesiąkniętych muzyką klasyczną ze sporą dawką folku. Takich, które trzymają w napięciu przez tygodnie.

Mózgiem zespołu jest Xavier Phideaux, na co dzień reżyser i producent filmowy, w wolnym czasie z pasją poświęcający się tworzeniem albumów z muzyką progresywną nazywany też „poetą prog rocka”. Pierwsze daje mu pieniądze, drugie artystyczną realizację, za którą należą mu się wielkie podziękowania. Skład grupy bywa dość obszerny, momentami liczył siedemnaście osób, ale z drugiej strony nie ma się czemu dziwić. Choć lider jest multiinstrumentalistą ktoś musi obsługiwać barokowe sekcje orkiestrowe złożone ze skrzypiec, altówek, fletów, trąbek, obojów, klarnetów, wiolonczel i każdego innego instrumentu, który w zależności od potrzeb wydaje się niezbędny. Gitary akustyczne, sekcje dęte i organy obracają wokół genialnych, chwytliwych i emocjonalnych melodyjnych partiach wokalnych. Trzeba przyznać, że Xavier ma niezwykle ciepły głos pomagający utrzymać wysoki poziom wspierany przez gościnne wokalistki: Molly Ruttan, Ariel Farber, Lindy Ruttan Moldawsky, a przede wszystkim Valerie Gracius, bez której trudno wyobrazić sobie Phideaux.

Filozofia zespołu jest prosta: tworzyć tajemniczą i melodyjną muzykę z czystej miłości do… muzyki. W latach 2003-2020 zespół wydał dziesięć albumów. Wszystkie świetne i gorąco polecane tym, którzy kochają łagodniejszą stronę psychodelicznego prog rocka z naciskiem na folkowe melodie. Ta muzyka ma nieskończoną magię, która dziś nie pojawia się zbyt często.
Kilka lat temu będąc w londyńskim sklepie z płytami (wtedy jednym z największych w Europie) szukałem na półkach coś, czego jeszcze nie znałem. Moją uwagę zwróciła minimalistyczna okładka albumu „Snowtorch” przypominająca wczesne grafiki Tangerine Dream. Jak się potem okazało, była to ósma w dyskografii płyta Phideaux. To był fuks jaki trafia się szczęśliwcowi, który przypadkiem wkładając rękę do wody wyławia ostrygę z perłą w środku. Już po pierwszym przesłuchaniu wiedziałem, że kupiłem dokładnie to, czego szukałem. Perłę.

Gdyby ktoś przeniósł klasyczną muzykę progresywną do współczesności i połączył na przykład „Thick As A Brick” Jethro Tull z włoską muzyką progresywną powstałby album taki jak ten. I tak sobie myślę, że jeśli w chwili jego tworzenia czuwała nad nim jakaś Muza z pewnością była natchniona – tak wysoka jest jego jakość i magia. Intelektualny w swej istocie koncept liryczny z silnym duchowym, niemal religijnym akcentem (bez żadnych oczywistych punktów odniesienia) powinien zadowolić najbardziej wybrednych miłośników gatunku. Ci zaś, którzy oczekują smoków, czarodziejów, jednorożców, elfów tudzież latających peleryn mogą poczuć się zawiedzeni – tych elementów próżno szukać na tej płycie. Teksty na „Snowtorch”, złożone, ale nie banalne łączą opowieść o Ziemi z niezwykle poruszającą historią o życiu i śmierci. To także opowieść o parze, która ze wszystkich sił stara się rozstać, ale tak naprawdę nie może bez siebie żyć.
Znawcy twórczości Phideaux Xaviera i jego współpracowników od razu zauważą, że pomysły kompozycyjne są tu śmielsze i co więcej, brzmienie jest bardziej agresywne nie tracąc przy tym muzykalności. Podstawą albumu jest tytułowa suita podzielona na dwie części trwająca w sumie trzydzieści sześć minut. Pierwsza, składająca się z czterech motywów z autonomicznymi tytułami, charakteryzuje się wspaniałą sekwencją muzyczną płynącą jak rześki strumyk na przedwiośniu. Utwór, będący ucztą dla uszu i wyobraźni oferuje tyle różnorodności i dynamiki ile tylko można sobie wymarzyć. Mnóstwo tu harmonii i kontrapunktów budzących niepohamowany zachwyt wyczarowanych przez znakomitych muzyków. Ich indywidualne umiejętności w połączeniu z zaangażowaniem robią wrażenie, a jednym z bardzo ważnych czynników scalających to wszystko jest wokal samego Xaviera. Co prawda nie dysponuje on największą skalą głosu, ale ma wyjątkowo ciepły, serdeczny ton tak rzadko spotykany w rocku progresywnym. Ja się w nim zakochałem! Zresztą trzeba obiektywnie przyznać, że każda wokalna sekwencja na płycie jest absolutnie hipnotyzująca i za każdym razem sprawia przyjemność.

O ile pierwszą część „Snowtorch” zdominowały klawisze i dęte drewniane, to w drugiej gitary są bardziej wyeksponowane i brzmią znacznie ostrzej. Solówka w finale to już absolutny majstersztyk! Akustyczna gitara, ciężki riff towarzyszący keyboardowi, oraz wszechobecna perkusja zapobiegają nudzie (słowo klucz tego utworu). Poza tym uwielbiam liryczne tematy, więc za każdym razem, gdy słyszę „These words, these beautiful vovels…” wpadam w nastrój jaki może we mnie wprowadzić tylko wyjątkowa muzyka.
Obie części przedziela nieco mniej awanturniczy „Helix”. Nie tak imponujący jak potężna epopeja, ale przyjemny, kojący, radosny i wyciszający umysł, który doskonale sprawdza się w kontekście całego albumu. Zaczyna się zachwycającym Hammondem, smutnymi skrzypcami i wznoszącymi się akordami gitary. Piękno pejzażu dźwiękowego potęguje śpiew Ariel Farber, do której dołącza się absolutnie czarująca Valerie Gracious. Jej krystalicznie czysta intonacja mrozi mi serce, gdy melodyjnym tonem błaga: „powiedz mi jak pozbyć się żalu, szklanka jest już w połowie pusta, zbawienie w ostatnim papierosie, może w końcu zechcę zapomnieć, lub zatracić się w przypływie beznadziei…” Mimo wszystko utwór kończy się radosną sekcją klawiszy, które spinają dźwięki fortepianu finalizując główny motyw. Miałem obawy, czy nie będzie to tak zwany „wypełniacz” wciśnięty między epickie utwory, ale szybko się one rozwiały. „Helix” daje nie tylko trochę wytchnienia, ale idealnie wpasowuje się w album, który wydaje się jeszcze bardziej spójny.
Zespół zdecydował się zakończyć album najkrótszą, ledwie dwuminutową kompozycją bez tytułu stanowiącą epilog tej fantastycznej podróży. Melodia to w zasadzie odświeżony motyw z „Helix” z naciskiem na irlandzkie brzmienia skrzypiec. Jego lekki charakter z radosną nutą stanowi ostry kontrast z typowymi utworami zespołu zmywający mrok namiętnych uczuć, które się z nich wylewają.
Phideaux to zespół zbudowany na przyjaźniach trwających wiele lat i jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) amerykańskich zespołów współczesnego rocka progresywnego. Jestem wdzięczny za pracę jaką wykonali i nadal wykonują i jako słuchacz, chcę podziękować mu za udowodnienie, że melodyjne podejście do prog rocka nie umarło i nie umrze. „Snowtorch” jest jednym z tych albumów, który nigdy mi się nie znudzi i spowodował, że sięgnąłem po jego wcześniejsze płyty na czele z „Chupacabras”, „Doomsday Afternoon” i „Number Seven”. Sam w sobie album mroczny. Ale „mroczna muzyka” to coś więcej niż prezentowanie takich klimatów. To rodzaj sztuki, która pomaga ludziom lepiej docenić życie i jego radość. I Xavier w genialny sposób to pokazał.
Cóż to za niezwykła muzyka !!. Wychowany (muzycznie) na klasykach (Genesis, Yes) zachwyciłem się pierwszymi albumami Marillion i sadziłem, że symfoniczny rock progresywny nie ma już racji bytu w świecie zdominowanym przez nowa falę i techno. A tu taka niespodzianka. Wielkie Dzięki …..
Cieszę się Panie Januszu, że i Panu się podoba. Jest nas więc już trzech, bo oczywiście i ja zaliczam się od wielu lat do sympatyków twórczości Xaviera. Zaś co do kondycji rocka symfonicznego nie jest tak źle. Są setki zespołów wciąż uprawiających z powodzeniem ten gatunek…. ja nawet swego czasu pokusiłem się o stwierdzenie, że jest więcej grających niż słuchających, co widać tu i ówdzie po frekwencji na koncertach. Oczywiście piszę to nieco z przymrużeniem oka, ale faktem jest że fanów rocka symfonicznego (a i prog rocka ogólnie) ubywa z dnia na dzień. Wspominał tu ostatnio Autor o zespołach norweskich. Właściwie cała Skandynawia dziś prog rockiem stoi, a taki symphonic prog wciąż cieszy się popularnością we Włoszech (wiadomo, tradycje) czy w Holandii. We Włoszech takie zespoły wyrastają w ostatnich latach jak grzyby po deszczu, choć nie oszukujmy się, poziomem do Yes czy Genesis raczej nie dorównują 🙂
Panie Sławku, dziękuję za uznanie. A tak przy okazji rozważań na temat (nie) klasycznego symfonicznego rocka progresywnego to warto zwrócić uwagę na mocno już zapomniany i mocno niedoceniany zespół z kraju, który raczej nie grzeszy nadmiarem muzyki w tym gatunku. Mam na myśli austriacki zespół Kyrie Eleison. Swego czasu wydano w formie boxu (3CD) to wszystko co udało się znaleźć.
Tak, potwierdzam, Kyrie Eleison to znakomita muzyka. Aczkolwiek mówię to jedynie na podstawie znajomości płyty „The Fountain Beyond the Sunrise” którą mam. Boxu nie kupiłem w chwili wydania, a niestety dzisiejsza cena od 400 złotych wzwyż niespecjalnie mnie do kupna zachęca. Być może będzie jakieś wznowienie w rozsądnych pieniądzach 🙂
Dziękuję za przypomnienie o tym zespole – dawno temu słuchałam akurat innego albumu, „Doomsay Afternoon” a później kompletnie o nich zapomniałam 🙂