Historia indonezyjskiego zespołu AKA tak naprawdę zaczęła się od muzykującego chłopca imieniem Ucok Harahap. Młodzieniec miał jedno marzenie: założyć zespół, który pozwoliłby mu rozwinąć swój niepohamowany talent muzyczny. Miłość do muzyki zaszczepił mu ojciec, Ismail. We wczesnych latach 60-tych ten poważany farmaceuta z Surabaji (wschodnia część wyspy Jawa) po pracy grywał na ukulele, skrzypcach i flecie w różnych amatorskich zespołach, które grały popularny wówczas sentymentalny pop zwany przez tubylców kroncong. Młody Ucok siadał w kącie na zapleczu rodzinnej apteki i pilnie uczył się gry na różnych instrumentach. W 1962 roku, mając dziewiętnaście lat, wyjechał do Maden i założył swoją pierwszą grupę Watches przemianowaną trzy lata później na The Mercy’s. Po jej rozpadzie wrócił do Surabaji, nawiązał kontakt z kilkoma szkolnymi kolegami, z którymi 23 maja 1967 roku, w dniu swoich dwudziestych czwartych urodzin, powołał do życia zespół AKA. Nazwa (pisana dużymi literami) była skrótem od Apotik Kali Asin, apteki należącej do jego ojca.

W miarę stabilny skład nie miał szczęścia jedynie do basistów. Na przestrzeni roku przewinęło się ich trzech (co ciekawe – wszyscy leworęczni), z których ostatni, Arhtur Kaunang zakotwiczył się w zespole najdłużej. Pierwszy wykruszył się szybko, więc na jego miejsce zwerbowali Sjecha Abidina z pop kultowej grupy Band Patas. Problem w tym, że Sjech mieszkał w dzielnicy arabskiej, której bez zgody rodziców nie mógł opuszczać. Aby wyciągnąć go na próbę młodzieńcy uknuli sprytny plan. Za każdym razem ubrani w saronogi pukali do drzwi i z pobożnymi minami prosili ojca, by ten zezwolił synowi pójść z nimi na nauki Koranu. Prosty wybieg, który jak widać sprawdza się pod każdą szerokością geograficzną. Dwa lata później AKA był już najpopularniejszym zespołem w Indonezji.
To, co czyniło ich wyjątkowym, to ekscentryczne i dość przerażające koncerty łamiące granice normalności, w których Ucok ganiał po scenie, rozbierał się prawie do naga, udawał, że uprawia seks, pozwalał się chłostać. Kiedy indziej wiązano mu nogi, wieszano głową w dół i dźgano mieczem, a na koniec „martwego” składano do trumny. Raz zdarzyło się, że zjadł żywego kurczaka. Wszystko to robił z pełnym zaangażowaniem, ponieważ uważał, że muzyka rockowa bez szalonych scenicznych akcji nie ma racji bytu. Nietrudno się domyślić, że szalone występy stały się wielką sensacją i choć były szokujące fani przyjmowali je entuzjastycznie. I chyba ta brawura, oraz nieustraszona natura ekscentrycznego lidera zapewniły zespołowi wielką popularność. Była też i druga strona medalu. Genialne występy irytowały ludzi z reżimu Mohameda Suharto. Ucok i jego koledzy byli przez władze wielokrotnie straszeni karami, inwigilowani, ostro upominani. Po tych reprymendach stosował się do tych zaleceń, ale na swój sposób. Po grzecznym początku trwającym zazwyczaj przez pierwsze dwa, czasem trzy utwory następowało orgiastyczne szaleństwo, którego nic i nikt nie potrafił zatrzymać.

Początkowy repertuar opierali na utworach Steppenwolf, Grand Funk Railroad, Jamesa Browna, Jimiego Hendrixa, Cream, Three Dog Night… Pomimo etykietki zespołu rockowego, AKA miał w swoim repertuarze również łagodne, popowe numery (głównie ballady) o soulowym zabarwieniu opowiadające historie o miłości i okrucieństwach życia. Taki miks ciężkiego rocka z lżejszym materiałem znalazł się na debiutanckiej płycie „Do What You Like” wydanej w 1970 roku przez wytwórnię Indra mającą swą siedzibę w stolicy kraju, Dżakarcie.
Ten barwny album zawiera dziewięć utworów o zróżnicowanym klimacie, z czego trzy, „Do What You Like”, „Glenmore” i „We’ve Gotta Work It Out” zostały zaśpiewane po angielsku. I to one są esencją tego wydawnictwa. Najwyższej klasy ciężki rock spod znaku Grand Funk Railoard i Led Zeppelin w pierwszym, tytułowym nagraniu rozłoży na łopatki każdego fana gatunku. Zespół gra tu zarówno ciężkim brzmieniem, jak i charakterem. To świetna mieszanka miażdżącego rocka jakby przeniesiona z amerykańskiego Detroit kompletnie nie kojarząca się z Indonezją. Uwagę zwraca zabójcza partia gitary, oraz wokal mający w sobie surowość, które stawiają ich bliżej proto metalu niż wiele innych grup hard rockowych z tamtej epoki. Ten doskonały numer powinien znaleźć się w szerokim kanonie gatunku. Jeśli ktoś jeszcze się z nim nie zetknął powinien niezwłocznie go posłuchać.
W równie energetycznym „Glenmore”, otwierającym drugą stronę oryginalnego longplaya, zespół nie spuszcza z tonu raz jeszcze oferując gorące podejście do tematu tym razem w rytmie southern rocka. I tak sobie myślę, że gdyby te dwa nagrania wydano razem na jednym singlu miałyby on szansę stać się hard rockowym klasykiem. Naprawdę świetny kawałek. Co prawda pod koniec drugiej połowy nieco traci na fabule, ale na Boga – Zeppelinom też to się zdarzało, a grzecznie to tolerowaliśmy, więc w tym przypadku też to zróbmy.
Sporo dzieje się też w trzecim z wymienionych numerów. „We’ve Gotta Work It Out” to hard rockowy killer, gdzie bębny miażdżą swoją siłą, gitarowe riffy fruwają w powietrzu, a pełen duszy wokal szybuje sobie swobodnie ponad tym wszystkim. Obok nich poznajemy smaki indonezyjskiego popu śpiewanego w ojczystym języku, z których wyróżniłbym eteryczną balladę „Akhir Kisah Sedih”, skoczny „Panorama Pagi” przy którym nogi rwą się do tańca i zamykający płytę, „Keagungan Tuhan” z przepiękną partią skrzypiec. Można się zastanawiać dlaczego hard rockowych numerów jest tu tak mało skoro to one były atrakcją koncertów? Odpowiedź wydaje się prosta i banalna: większość indonezyjskich zespołów nagrywała malajskie piosenki popowe (przemycając przy tak zwanej „okazji” rocka), aby ich albumy się sprzedawały. Takie było i jest prawo rynku. Co by jednak nie mówić album „Do What You Like” otworzył światu bramę do indonezyjskiego rocka o istnieniu którego mało kto wiedział.
Rok później na rynku ukazał się ich drugi longplay, Reflection”.
Poza tym, że mamy na nim różne melodie i inne tytuły w zasadzie nic się nie zmieniło. To wciąż jest ten sam zespół z charakterystycznym brzmieniem konsekwentnie podążającym wyznaczoną drogą i ten sam dziki crossover stylów jaki zaserwował na debiucie. Tak więc obok ballad takich jak „Akhir Kesucian Gadis”, „Penjaga Hati”, „Jatuh Cinta” i barwnych piosenek pop „Mira”, „Cahaja Cutan” jest tu ciężki rock prezentowany przez „Reflection” z mocarną sekcją rytmiczną, pulsującym basem, agresywną kipiąca gitarą, zadziornym wokalem i okazjonalną harmonijką ustną. Jak widać muzycy wiedzą, jak rozgrzać miłośników gatunku. Punktem kulminacyjnym jest „Only One Man”, epicki, absolutnie ciężki blues rock z psychodelicznym eksplozjami dźwięków, zmianami tempa i nastrojów wykonane z pasją na najwyższym muzycznym i wykonawczym poziomie.
Trzeci krążek, „Crazy Joe” wydany w 1972 roku przyniósł niewielką zmianę w ogólnym kierunku.
Poza trzema wyjątkami (o których za chwilę) zespół tym razem zwrócił się ku soft rockowi i indo-popowym balladom. Co prawda nie do końca jest to moja bajka, ale obiektywnie muszę przyznać, że ci ludzie naprawdę wiedzieli jak zrobić, by było to interesujące. Ba! Poradzili sobie nawet z łzawymi harmoniami, które zazwyczaj ocierając się o kicz powodują ból wątroby. Jeśli dokładnie wsłuchać się i zanurzyć między nuty znajdziemy tu mnóstwo delikatnych aranżacji i urzekających smaczków. Aby wydobyć ich głębię trzeba je jednak eksplorować, by objawiły swą doskonałość. Krótko mówiąc, to miły dla ucha doskonale skomponowany pop wykonany przez znakomitych muzyków, którzy wiedzą jak z tak marzycielskich obłoków wyłuskać melodie pełne romantycznych historii. Może i nie ekscytujące, ale absolutnie piękne. Na tym tle diametralnie inaczej prezentują się trzy surowe i bardziej energiczne utwory. Tytułowy „Crazy Joe” to potężny funk rock w duchu Jamesa Browna, niekwestionowanego idola Harahapa. Wśród jawajskich rockerów, dziennikarzy i weteranów muzyki do dziś krąży wiele ciekawych lokalnych opowieści i legend na temat scenicznych wybryków Ucoka podczas wykonywania tego numeru. Tu wszystko kipi i kotłuje się jak w diabelskim kotle, więc nie dziwię się, że tak go ponosiło. Nie da się przy tym spokojnie wypić kawy, ani herbaty. Ta muzyka rwie papę z glacy! Brudny, garażowy rytm „Skeep Away” otwierający drugą stronę płyty z fantastycznymi organami ma w sobie magię, która przykuwa uwagę od pierwszych sekund. Podobnie rzecz ma się w powolnym hipnotycznym „Raja Jalan” zanurzonym w psychodelicznym sosie. Muszę przyznać, że to dość odważny album, który (podobnie jak dwa wcześniejsze) często gości w moim odtwarzaczu.
Z różnymi perturbacjami AKA przetrwał do 1977 roku wydając w sumie jedenaście płyt i kilka oficjalnych (mniej oficjalnych też) kompilacji. Po rozwiązaniu zespołu Ucok stworzył kilka własnych projektów muzycznych, został także aktorem filmowym. Zadebiutował rolą muzyka rockowego w „Darah Muda” (Młoda krew); w sumie wystąpił w siedemnastu produkcjach filmowych i telewizyjnych, które przyniosły mu sławę i pieniądze. W 1997 roku AKA na krótki moment reaktywował się, nagrał nawet album („Puber Kedula”), ale nadzieja na dalszą działalność została rozwiana, gdy wokalista założył zespół Warrock. Otoczony pięknymi kobietami Ucok na ślubnym kobiercu stawał dziewięć razy, chociaż w swojej autobiografii przyznał, że najbardziej kochał swą pierwszą żonę o imieniu Farida, dla której kompletnie stracił głowę. Ponoć to ona była powodem końca grupy AKA. Tak przynajmniej twierdzą jej członkowie… Muzyk zmarł na Jawie 3 grudnia 2009 roku. Przyczyną zgonu był rak płuc. Na pogrzebie Arthur Kaunang żegnając go powiedział: „Byłeś wielkim muzykiem i legendą rocka jaka kiedykolwiek żyła w Indonezji. Opatrzności trzeba dziękować, że nam cię zesłała. Pamięć o tobie przetrwa wieki.”
Biorąc pod uwagę wczesny okres powstania zespołu, ciężką muzykę, mroczne teksty, oryginalny wizerunek i teatralne, czasem zbyt przerażające występy wielu obserwatorów nazwało AKA „pionierami heavy metalu” mając na myśli nie tylko Indonezję. I tu w pełni się z nimi zgadzam. AKA to także przykład na to, że muzyka rockowa nie zna granic i można ją spotkać nawet na krańcach świata.



Nigdy nie przypuszczałem, że ta mocno egzotyczna grupa trafi na Twój blogowy „warsztat”. Cóż za wspaniała i surowa muzyka. Jestem przeszczęśliwym posiadaczem albumu „Hard Beat” wydanym w roku 2011 przez Strawberry Rain. To coś w rodzaju The Best Of.
„Hard Beat” to, jak mało która, znakomita składanka i esencja rockowego oblicza zespołu. Polecam ją również.