SLADE „All The World Is A Stage” (1971-1981)

Kiedy myślę o SLADE ogarnia mnie dreszcz nostalgii już na samą nazwę! Pierwsze angielskie słowo jakie napisałem w szkole podstawowej na gumce „myszce”, a potem markerem na tornistrze, czaro-białe zdjęcie zespołu, które kosztowały mnie pączka i butelkę oranżady w szkolnym sklepiku, piosenki nagrywane z Radia Luksemburg na szpulowym magnetofonie, dyskoteka na sali gimnastycznej i nieśmiały pocałunek z dziewczyną przy „Far Far Away”… Przed oczami wciąż widzę Noddy’ego Holdera w spodniach w szkocką kratę i cylindrze z lusterkami, Dave’a Hilla rzucającego absurdalnie kiczowate figury ze swoją „niepokojącą” fryzurą i strojami obsypanymi brokatem, perkusistę Dona Powella wyglądającego jakby właśnie rozegrał dziesięć rund z Joe Frazierem choć tak naprawdę on pewnie tego nie zauważał i wreszcie Jima Lea – szczęśliwego, że może spokojnie i niepozornie grać na basie zaś w rzeczywistości człowiek-spoiwo scalającym całą muzykę. Slade to także błędnie napisane tytuły piosenek i fantastyczne koncerty z krzyczącą publicznością „Iiiiiiiiist Merry Chriiiiistmas!!!” Bo trzeba przyznać, że był to cholernie dobry rockowy zespół, który na żywo bez problemu mógł skopać wszystkim tyłki na siedem sposobów. I to właśnie niech będzie wprowadzeniem do „All The World Is A Stage” – zestawu pięciu płyt z pięcioma różnymi albumami koncertowymi, z czego trzy oficjalnie wydane po raz pierwszy! Z ręką na sercu przyznam, że słucha się tego piekielnie dobrze!

Pierwsza płyta rozpoczyna się legendarnym „Slade Alive!” z 1971 roku, gdy zespół był o krok od podbicia list przebojów i przejęcia „Top Of The Pops” na dłuższy czas

Album tak bardzo kipi energią, że w dobie kryzysu energetycznego można by podłączyć do niego wszystkie urządzenia i zasilić nim swój dom. Z zaledwie siedmioma utworami, od ogłuszającego „Hear Me Calling”, po ciężki jak walec „Born To Be Wild” jest on absolutną bestią. Najważniejsze utwory to zaskakująca, ale genialna wersja „Darling Be Home Soon” Johna Sebastiana (nieplanowane beknięcie Holdera w trakcie utworu przeszło do historii stając się klasyką), świetne „Know Who You Are”, zdumiewająca manipulacja tłumem i brutalne riffy, które brzmią w „Get Down And Get With It”. To nie przypadek, że Kiss nazwali swój pierwszy przełomowy album koncertowy „Kiss Alive!” nawiązując do jednej ze swych ulubionych „koncertówek”. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyszła wtedy myśl, że w ciągu roku Slade będzie stałym bywalcem list przebojów nie tylko na Wyspach, ale i w Europie.

Pomijając album „Slade Alive Vol 2″ z 1978 roku (być może mądrze, bo nie był to godny sequel), przechodzimy do SOS – Slade On Stage” nagrany w Newcastle w 1981 roku.

Ta świetna płyta zawierająca niektóre z późniejszych hitów koncertowych, w tym „We’ll Bring The House Down” i „Lock Up Your Daughters”, ma dwie rzeczy, o których lojalnie muszę wspomnieć. Po pierwsze, jeszcze przed oficjalnym wydaniem część nagrań zostało (na szczęście delikatnie) poprawione studyjnymi dogrywkami, co (o zgrozo!) powoli stawało się normą. Po drugie, ze względu na długość oryginalnej płyty znalazło się tu tylko dziewięć piosenek. Co prawda odtwarzacz CD wyświetla ich dziesięć, ale ten dziesiąty to jedynie króciutki fragment „You’ll Never Walk Alone” zaśpiewany przez tłum wyciszony po trzydziestu ośmiu sekundach. Dzisiaj, w dobie płyt CD, cały koncert zmieścił by się na srebrnym krążku stąd moje lekkie rozczarowanie. Nie mniej to dobry i mocny album, choć jakby taki trochę „bezpieczny”.

Lepszy – DUŻO lepszy! – jest trzeci krążek, „Alive! At Reading” zawierający pełne nagranie występu na tamtejszym Festiwalu w 1980 roku, kiedy to zajęli miejsce zwolnione przez Ozzy Osbourne’a. Jak na wykonawcę, który wskoczył tam dość niespodziewanie było to godne zastępstwo!

Występ okazał się tak przełomowym momentem, że doprowadził do odrodzenia kariery zespołu, który nieco podupadał przez ostatnie kilka lat szczególnie po nieudanej próbie podbicia USA w połowie lat 70-tych. Z tych nagrań łatwo dostrzec jak bardzo Slade zdobył sympatię publiczności spijająca słowa z ich ust i jak kompleksowo jedli z dłoni Noddy’ego. Słychać to w szczególnie w „Get Down And Get With It”, kulminacyjnym momencie całego seta  z tłumem tak zachwyconym, że gdyby frontman w cylindrze zasugerował, aby po odliczeniu do trzech wszyscy zdjęli spodnie pod sceną pojawiłby się las dolnej części garderoby fruwającej ponad ich głowami. A kiedy wracają, aby uderzyć publiczność podwójną wiązanką „Cum On Feel The Noize” z „Born To Be Wild” zwycięstwo jest kompletne. Myślę, że wielu uświadomiło sobie, że ci goście to nie jacyś przestarzali glam rockowi kolesie, ale zaprawieni w bojach twardziele o robotniczych korzeniach. Liam Gallagher brzmi przy nich jak dziecko Bryana Ferry’ego i Jamesa Blunta. Ten album to prawdziwy kamień milowy, który jest czystym złotem i ważnym wydawnictwem. Dźwięk również jest świetny – tak dziki jak pterodaktyl „Slade Alive!”, a jednocześnie dobrze wyważony i czysty jak dzwon. 

Płyta czwarta zawiera nagranie całego koncertu z grudnia 1980 roku w mało efektownym otoczeniu, czyli w The Hucknall Miners’ Welfare Club, niedaleko Nottingham.

Pomimo kilku drobnych mankamentów w brzmieniu wypada świetnie i pokazuje Slade całkowicie zregenerowanego po występie w Reading kilka miesięcy wcześniej. Zdecydowanie unikając użalania się nad sobą w stylu „jak upadają bogowie” grają tak, jak potrafili najlepiej wyciskając z siebie surowy i ciężki rockowy set. Zadziwiające jak doskonale potrafili zbudować fantastyczny kontakt z niewielką przecież klubową publicznością, co pozwala nam poczuć zapach piwa i pot spływający po ścianach. Ponownie włączono kilka hitów z Reading – prawdziwą historię „The Wheels Ain’t Coming Down” i porywający „When I’m Dancin’ I Ain’t Fightin’ ” – ocierając się o serię klasycznych hitów (w tym, biorąc pod uwagę porę roku, ponadczasową kolędę!), a także kilka współczesnych, głębszych utworów, takich jak „Night Starvation” i inspirowany psychodelią „Lemme Love Into Ya”. Może komuś się narażę, ale śmiem twierdzić, że ten genialny występ dorównuje temu z Reading!

Ostatnia, piąta płyta, jest podróżą wstecz kiedy zespół był tuż po premierze filmu „Slade In Flame” z 1974 roku i i krok od szczytu list przebojów po wydaniu „Live At The New Victoria” wcześniej dostępnym jako wysoko oceniany bootleg.

To fascynujący kontrast w porównaniu z późniejszym, powracającym do korzeni zespołem z żywo reagującą nastoletnią publicznością i żartującymi z nią muzykami. Cały pokaz wydaje się bardziej „zabawnym glam rockowym wydarzeniem”, niż poważnym koncertem ciężkiej rockowej ekipy. Mimo to wciąż jest to znakomity występ i co do tego nie ma żadnych wątpliwości – tak jak do ich prawdziwych osiągnięć na żywo. Setlista jest tu cudownym kontrastem, znajdując miejsce na kilka świetnych, szkoda, że później porzuconych utworów takich jak „The Bangin’ Man”, „Thanks For The Memory”, „How Does It Feel”, „Far Far Away”, „OK Yesterday Was Yesterday”, czy otwierający to wydawnictwo „Them Kinda Monkeys Can’t Swing”. Nie ma tu ani „Born To Be Wild”, ani „Get Down And Get With It”, które zazwyczaj wieńczyły całość, ale nie mniej ważny „Mama Weer All Crazee Now” zamyka całość w doskonałym stylu.

Podsumowując, jest to set, który powinien zostać zbadany przez każdego, kto sceptycznie podchodzi do twierdzeń, że Slade ​​był zespołem z najwyższej półki grającym poważnego heavy rocka. Szczególnie satysfakcjonujące jest usłyszeć, że po dekadach przedstawiania go jako „gwiazdy popu z kreskówek”, w szczytowym okresie Noddy Holder był jednym z najlepszych frontmanów i jednym z najpotężniejszych wokalistów brytyjskiego rocka. To coś, o czym łatwo się dziś zapomina, a te występy w znacznym stopniu przywracają tę równowagę. Fascynujące jest również to, że choć ewidentnie uwielbiali okres „glam hitów”, zespół brzmi tak, jakby nigdy nie był szczęśliwszy niż wtedy, gdy imprezował z 65-tysiącami „kumpli” w Reading stając się tam gwiazdą, a chwilę później grał w małym zatłoczonym klubie Hucknall, otulony piwem, potem i dymem z papierosów. I właśnie to pokazuje, że Slade to zespół rockowy z krwi i kości, a nie gwiazda list przebojów. Ci goście uwielbiali grać na żywo i robić to głośno – przeboje były miłym tego dodatkiem. Dla nich scena to był cały świat. Mam nadzieję, że ten pięciopłytowy zestaw przywróci wiarę w złotą erę brytyjskiego rocka wywodzącego się z robotniczych nizin, nawet jeśli był on odziany w glamour. Im się to należy.

6 komentarzy do “SLADE „All The World Is A Stage” (1971-1981)”

  1. Oh …. Slade!. Na brzmienie tego zespołu dreszczyk emocji przechodzi mi po plecach i od razy przypomina mi się ich wielki hity grane na wszystkich koncertach, czyli „Coz I Love You” i „Goodbuy T’Jane”. Ja bardzo lubię brzmienie skrzypiec w muzyce rockowej. Jim Lea był basistą, ale jak trzeba to brał do ręki skrzypce i dawał popis.

  2. „Slade Alive” to jeden z moich pierwszych winyli z zachodnim rockiem. Moje wydanie miało niezwykle grubą, lakierowaną okładkę typu „gatefold” i takiej grubej, twardej okładki już chyba nigdy więcej nie spotkałem. Ale Slade to przede wszystkim mój pierwszy, rockowy koncert, z papierowym, żółtym biletem kupionym w kasie, bo było to w czasach, kiedy świat nie znał jeszcze internetu :). To plusy, ale zakończę nieco smutnie. Cytując fragment wywiadu z Holderem, jaki ukazał się w lutowym numerze Teraz Rocka, we wkładce poświęconej właśnie grupie Slade. „Przez ćwierć wieku pracowałem z tymi ludźmi przez siedem dni w tygodniu. I żałuję, że nie potrafimy dziś usiąść w czwórkę i ze śmiechem powspominać co przeżyliśmy. Jim kontaktuje się ze mną tylko przez prawników, a ja przyjaźnię się już tylko z Dave’m”.

    Niestety, to smutny koniec historii grupy Slade.

    1. Niestety tak to w życiu bywa. Stare przysłowie mówi, że gdzie są pieniądze tam nie ma przyjaźni. Podobne przykłady mamy też na naszym krajowym poletku, które budzą zażenowanie i burzą w pył tak długo budowane legendy.

  3. Tylko w tym wszystkim brakuje mi odrobiny refleksji. Wiele rockowych gwiazd wywodzi się z biednych, robotniczych środowisk w Anglii. Gwiazdami zostali właśnie dlatego, że znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie, a u ich boku stanęli równie utalentowani młodzi ludzie z podobnych szkół i środowisk. To była układanka wzajemnie się uzupełniająca i napędzająca. Układanka wręcz doskonała, która zawiodła ich na szczyty list najlepiej sprzedawanych płyt i na okładki czasopism. Powinni dziś o tym pamiętać, że są tam gdzie są i żyją dziś w luksusie właśnie dzięki kolegom, z którymi pół wieku temu zdobywali świat (oczywiście też dzięki odbiorcom ich muzyki, to oczywiste). Nie muszą się dziś kochać i spotykać co tydzień na niedzielnych obiadach, ale przynajmniej powinni zachować względem siebie szacunek. A tymczasem na zgliszczach starych kapel trwa nieustanny festiwal wzajemnego opluwania, zarzutów, procesów sądowych i udowadniania po latach kto był lepszy i ważniejszy. Szkoda, a czasu na zrozumienie i naprawę błędów zostało im już naprawdę niewiele.

  4. Panie Sławku, ma pan całkowitą rację. Doskonale pamiętam czasy, w których wiele takich kapel porywało ze scen wielotysięczne tłumy fanów głodnych wielkiej muzyki. Po z zejściu za kulisy wychodziły jednak na wierzch wszystkie waśnie personalne, ale fani nie mogli tego zobaczyć. I nie trzeba sięgać daleko za ocean. Takich historii jest wiele również na naszym podwórku. Procesy sądowe o nazwę, rozłamy i osobiste urazy do przysłowiowej „grobowej deski”. Z szacunku do wielu znanych i zasłużonych postaci krajowej sceny muzycznej nie będę wymieniał konkretów. Ale cóż, pozostała muzyka, płyty a przede wszystkim pamięć o tamtych wspaniałych czasach, które …. już chyba nie wrócą. Dzisiaj rządzą managerowie i oczywiście pieniądze. Tak więc apel do tych, którzy tamte czasy pamiętają i doświadczyli ich wspaniałości. Przypominajmy ich, podziwiajmy muzykę, którą stworzyli. Używając w tym miejscu cytatu ze serii kultowych komedii brytyjskich, Panie Zbyszku „Do Dzieła …”

    1. Wskrzeszając tamte czasy już ostrzę sobie pióro, wlewam inkaust do kałamarza, zapalam lampę i do dzieła – zaczynam pisać kolejny rozdział 😊 A tak na serio – dziękuję za Wasze znakomite komentarze!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *