Mający ogromny potencjał zespół Fire (początkowo The Fire) został w epoce tak potraktowany przez wytwórnie płytowe i menedżerów, że zatonął praktycznie bez śladu. Pamięć o nim przetrwała dzięki dziwnie zatytułowanemu singlowi „Father’s Name Is Dad” i bardzo dobremu albumowi „The Magic Shoemaker” z 1970 roku, który dziś osiąga ogromne ceny na rynku płyt winylowych. Ich niesamowita muzyka to psychodeliczny rock typowy dla przełomu lat 60/70. Jak na tę scenę, która wtedy była już praktycznie martwa i pogrzebana, płytę okrzyknięto arcydziełem gatunku. Nie tak dawno magazyn „Record Collectror” umieścił ją na liście dwudziestu najchętniej kupowanych płyt w Wielkiej Brytanii! Dziwi mnie, że ta koncepcyjna baśń zmierzająca w stronę progresywnego rocka rzadko pojawia się w dyskusjach wśród kolekcjonerów szukających psychodelicznych brzmień. Moim zdaniem Fire, choćby tylko za odważną próbę bycia innym, miał pełne prawo stanąć w jednym szeregu obok grupy Smoke, czy wczesnych Pink Floyd. Cenę jaką za to zapłacili była wysoka, więc cieszę się, że od dawna jestem w posiadaniu jego kompaktowej reedycji, a gdy w 2021 roku ukazał się trzypłytowy zestaw zawierający absolutnie wszystko, co zespół kiedykolwiek nagrał szybko stałem się jego właścicielem. Dało mi to szansę pełnego rozkoszowanie się naprawdę dobrym materiałem i refleksją, co mogłoby się wydarzyć gdyby w epoce Fire otrzymał więcej życzliwego wsparcia.

Zacznijmy od początku, od roku 1966, kiedy to trzech muzyków z Hounslow w zachodnim Londynie założyło zespół o nazwie Friday’s Chyld. Dwoje z nich: Dick Dufall (gitara basowa) i Bob Voice (perkusja) dziś są praktycznie nieznani, ale trzeci, Dave Lambert, to przyszły gwiazdor szalenie popularnej na Wyspach grupy Strawbs. To on był mózgiem zespołu, to on grał na gitarach i klawiszach, był też głównym wokalistą. Grając w lokalnych pubach i klubach zaczęli zdobywać zwolenników. W jednym z nich wypatrzył ich Ray Hammond, dziennikarz lokalnej popołudniówki. Dzięki niemu w 1967 roku odbyli dwie sesje nagraniowe. Ich owocem były cztery utwory jasno nawiązujące do epoki Beatlesów pokazując zdolność Lamberta do pisania porywających melodii. Podczas sesji poznali dwójkę menadżerów: Johna Turnera i Dereka Savage’a, którzy (delikatnie mówiąc) usunęli Hammonda biorąc zespół pod swoje skrzydła.

To on byli odpowiedzialni za podpisanie kontraktu płytowego z Decca głównie dzięki wczesnej wersji utworu „Father’s Name Is Dad”. Wyglądało to różowo, ale wytwórnia straciła zainteresowanie zespołem kiedy singiel przeszedł bez echa. Sprytni panowie poszli z nim do Apple. Acetat trafił do rąk Paula McCartneya, który mając wysokie wymagania stwierdził, że piosenka nie jest zła, ale brakuje jej dynamiki. Gotów był wydać ją na singlu pod warunkiem, że zespół doda więcej gitar i ozdobi ją harmoniami wokalnymi. Nic nie pomogło – singiel i tym razem się nie sprzedał. Obie wersje zawarte są w tym zestawie, więc można samemu ocenić, czy ex-Beatles miał rację. Moim zdaniem powinien zostawić go w spokoju. Podczas, gdy wielu wykonawców ewidentnie zmierzało w kierunku brzmienia opartego na bluesie naśladując Cream i Hendrixa londyńczycy zaproponowali popową melodię w stylu Beatlesów z szaleństwem The Who. I nie było to takie złe skoro potem grało go bardzo wielu wykonawców (zostało nawet samplowane przez Pet Shop Boys w utworze „Flamboyant” w 2004 roku). Ja doliczyłem się blisko dwudziestu oficjalnych coverów, co świadczy o sile jego potężnych akordów.
W tym czasie zespół nagrał kilka innych singli, w tym chwytliwy „Spare A Copper” i znakomity „Will I Find Love”. Ten ostatni został nieco zepsuty przez harmonie wokalne dodane później przez wytwórnię bez wiedzy zespołu. Nawiasem mówiąc Mike Berry, szef Apple Publishing stale odrzucał wartościowe utwory, aż wpadł na „genialny” pomysł, żeby zespół nagrał jeden z jego własnych numerów. Widać, całkiem serio uważał się za lepszego kompozytora niż Lambert. Utwór nosił tytuł „Round The Gum Tree” i… szczerze… to najgorszy singiel popowy jaki słyszałem w swoim życiu! Nie dziwię się, że trio długo broniło się przed jej nagraniem; pewnie gdy go śpiewali zaciskali zęby ze złości. Mała płytka okazała się totalną klapą („Melody Maker” uznał ją za „niewiarygodny śmieć… największy syf roku”) i nadszarpnął reputację zespołu robiąc więcej szkody niż pożytku.
Wszystko co zespół nagrał w latach 1967-1968, również te pod nazwą Friday’s Chyld jak i te nagrane, a nigdy nie wydane, zostały zebrane na pierwszym dysku. Kolejność utworów jest dość sprytnie dobrana – cztery odrzuty są flankowane wcześniejszymi nagraniami popowymi, co podkreśla dążenie zespołu do dojrzałości i stania się poważnym zespołem blues rockowym. Najciekawszym z tych czterech jest dziesięciominutowy „Alison Wonderland” z doskonałą melodią, która powraca triumfalnie na końcu, po przejściu przez różne fragmenty. Tekstowo nie pasował do historii „Shoemakera”, więc nie znalazł się na albumie, ale tutaj to udane znalezisko. Myślę, że wielbiciele mod/psych/popu słuchając tych rzadkich artefaktów zebranych na tej pierwszej płycie będą (tak jak ja) w siódmym niebie.

Po niezbyt miłej współpracy z Apple na horyzoncie ponownie pojawia się Ray Hammond, który załatwia im kontrakt z Pye Records. Na początku 1969 roku zaczęli składać elementy, z który miało powstać „The Magic Shoemaker”. Niestety, wytwórnia z niezrozumiałych do dziś względów zwlekała z jego wydaniem aż do września 1970 roku, w którym to czasie psychodeliczno bluesowe brzmienie zespołu było jedynie łabędzim śpiewem. I właśnie to wydawnictwo plus dema stanowi drugą płytę zestawu. Grafika oryginalnej okładki jest niesamowita. To reprodukcja słynnego dzieła „The Village Cobbler” holenderskiego malarza z okresu baroku, Jana Victorsa, ucznia samego Rembrandta. Może wydaje się to dziwne, ale między innymi za tę okładkę pokochałem ten krążek.

Lambert wielokrotnie zaprzeczał, że „The Magic Shoemaker” był albumem koncepcyjnym. Przynajmniej w znaczeniu, w jakim termin ten jest używany dzisiaj. Twierdzi, że to prosta bajka i nic więcej. Słuszna uwaga, ponieważ nie ma tu nic z powagi większości albumów koncepcyjnych. Zespół opowiada historię szewca Marka, któremu udaje się stworzyć magiczne buty dając noszącemu moc latania. Mark pożycza je królowi, który odlatuje do sąsiedniego królestwa, aby skutecznie zapobiec wojnie. Misja się udaje i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Lekkość opowieści wzmacniana jest przez narrację Lamberta pojawiająca się między utworami, które pokrywają się, niektóre ściśle, inne w bardziej abstrakcyjny sposób z epizodami całej historii. Pomijając krótszy niż minuta utwór otwierający i zamykający, oraz równie krótki, ale zabawny „Happy Man Am I” z udziałem Dave’a Cousinsa na banjo, sam album składa się z ośmiu piosenek. Muzycznie utwory podążają za prostym, gitarowym pop rockowym szablonem różniąc się znacznie stylem i tempem z psychodelicznymi wzmocnieniami szczególnie w „Tell You A Story” z zapadającą w pamięć melodią i długiej instrumentalnej kodzie w bluesowej balladzie „Reason For Everything”. Bardzo podoba mi się także „Shoemaker” z piękną melodią i uroczą, opadającą frazą fortepianową, ale serce skradł mi „I Can See The Sky” z surowym, freakbeatowym klimatem. Nie ma tu właściwie żadnego utworu do odrzucenia – wszystkie są znakomite. Wokal Lamberta usadowiony gdzieś pomiędzy Rogerem Daltreyem, a Davidem Bowie bywa momentami nieco przesadnie afektowany, ale jego doskonała muzykalność jest niepodważalna. Skromne trio wspomagają tu instrumenty klawiszowe i najwyższej klasy gitary prowadzące w wykonaniu samego lidera i gościa specjalnego, Paula Bretta z Velvet Opera. Jedyne zastrzeżenia jakie można mieć to mętna produkcja nieco psująca muzyczne pomysły.

Bonusowe dema są niemal tak dobre, jak wersje albumowe, a czasami lepsze, co sugeruje, że porządna praca producencka mogłaby przekształcić dobre pomysły muzyczne w album najwyższej klasy. Ta druga płyta kończy się kilkoma utworami nagranymi przez Lamberta z dwoma nowymi towarzyszami w nieudanej próbie utrzymania zespołu przy życiu po tym, jak „The Magic…” nie sprzedał się tak jak tego oczekiwali. Jednym z nich jest utwór zatytułowany „Back There Again” z chwytliwym, gitarowym riffem, który w moich uszach brzmi zadziwiająco podobnie do „Stormbringer” Deep Purple. Blackmore znany był z tego, że zawsze wytężał słuch, aby znaleźć dobry kawałek, ale w tym przypadku musi to być zbieg okoliczności, ponieważ ten utwór po raz pierwszy ujrzał światło dzienne właśnie tu i teraz. No, chyba że Ritchie spędził trochę czasu w piwnicy Pyre Records grzebiąc w szpulach…
Po słabej sprzedaży albumu, którego nie promowały żadne koncerty zespół rozpadł się. Dufall i Voice dołączyli do Paula Bretta tworząc Paul Brett’s Sage, a Dave zajął się pracą studyjną. Potem dołączył do King Boogie Band, który powstał z popiołów Mungo Jerry, aż w końcu, w 1972 roku zastąpił Tony’ego Hoopera w Strawbs będąc jego członkiem (z małymi przerwami) do 2021 roku. I to mógłby być koniec opowieści, gdyby nie to, że trzydzieści sześć lat później muzycy spotkali się raz jeszcze, by przedyskutować, czy warto po tak długim czasie zagrać całą płytę na żywo. Ostatecznie zrobili to. Dla siebie i dla potomności. W projekt zaangażował się również ich stary przyjaciel, Ray Hammond. Oryginalnie „The Magic Shoemaker Live!” ukazał się 6 października 2008 roku nakładem Angel Air Records i jest trzecią płytą tego wydawnictwa.

Mówiąc „koncert” mam na myśli dwa występy jakie dali w Windlesham Theatre w Surrey 30 listopada i 1 grudnia 2007 roku. Dave nie mógł być jednocześnie narratorem, głównym wokalistą i grać na kilku instrumentach, więc Ray wkroczył do akcji pięknie opowiadając historię sprytnie przerobioną, aby uwzględnić motywy dwóch autorskich klasyków, które nie znalazły się na oryginalnym albumie: „Father’s Name Is Dad” i „Treacle Toffee World”, co czyni go wydarzeniem celebrującym ich krótką karierę. Materiał z 1970 roku generalnie jest ulepszony. Co prawda traci trochę energii i psychodelicznego bluesa z oryginału, ale zyskuje dzięki prawidłowemu nagłośnieniu i świetnych harmonii wokalnych.
Otwierający go „Overture (To A Shoemaker)” zapowiada muzyczną podróż; jak sugeruje tytuł, zawiera on fragmenty melodii z wielu utworów, które wpisują się w prawdziwie teatralną tradycję. W ten sposób wskazuje również na mnogość stylów muzycznych, z którymi zespół się mierzył… „Children Of Imagination” rozpoczyna delikatny fortepian stopniowo nabierający głośności, by ostatecznie stać się tłem dla kapryśnego tekstu, który nie pozostawia wątpliwości co do fantastycznego charakteru muzycznej opowieści. Fortepian cichnie tak szybko, jak się pojawił, staje się coraz bardziej odległy, a delikatne ozdobniki na flecie podkreślają dziecięcy motyw. Okrzyki zachwytu publiczności towarzyszą perkusji, która zapowiada „Tell You A Story”. Ten utwór porywa, łącząc w sobie zdecydowanie psychodeliczne brzmienie gitary elektrycznej w stylu Hendrixa, ze świetnymi partiami basowymi i znakomitymi harmoniami wokalnymi, które są częstym elementem albumu. Kontrastuje z nim „Magic Shoes”, w którym początkowo prosty fortepian akompaniuje wokalowi Dave’a Lamberta. Bajka trwa dalej, a do coraz bardziej bluesowego fortepianu dołącza mocna sekcja rytmiczna. Zagrany w wolniejszym tempie „Reason For Everything” ma przyjemnie brzęczącą gitarę i jeszcze większą ilość pięknie połączonych harmonii, zaś wibrujący, energiczny, zdecydowanie wciąż świeżo brzmiący „Treacle Toffee World” to jeden z najsłynniejszych utworów Fire z ery psychodelii. Klimatyczny „Only A Dream” z pełnym emocji śpiewem to zdecydowanie mój ulubiony numer. Skąpa instrumentacja stopniowo nabiera tempa, tworząc tło dla hymnowych refrenów i wokalnych harmonii, którymi trudno się nie rozkoszować. Kolejny z moich ulubionych to „Flies Like A Bird” gdzie niewinny, melodyjna gitara elektryczna podparta znakomitym basem i perkusją prowadzi do czegoś, co jest o wiele bardziej grunge’owe. Jakież to fantastyczne!
Najważniejszymi momentami tego koncertu (przynajmniej dla mnie) były dwa bardzo intymne utwory. Pierwszy to „It Would Never Have Happened In My Days” zaśpiewany przez Lamberta z gitarą akustyczną, który ubolewa nad problemami młodego pokolenia takimi jak zdrada, niechciana ciąża, rozbite auto… ten album z pewnością nie trzymał się zasad. O drugim za chwilę, bo tuż potem mamy pełen dysonansów i brudnych gitar „War”. Myślę, że każdy zespół punkowy byłby z niego dumny! Zupełnie inny jest „Like To Help You If I Can” z jazzowym klimatem, mnóstwem światła i cienia, oraz pełnym duszy wokalem. Bogata, melodyjna gitara elektryczna, oraz sympatyczny bas i perkusja dopełniają całości… „I Can See The Sky” to kolejny rockowy utwór z bardzo wyrazistą gitarą basową i wieloma ekscytującymi zwrotami akcji, w tym świetną grą na harmonijce w wykonaniu lidera. Choć „Father’s Name Is Dad” nie znalazł się na oryginalnym albumie powszechnie uważany jest za wisienkę na torcie zespołu Fire. I nic dziwnego. Biorąc pod uwagę doskonałą jakość dźwięku w „The Magic Shoemaker Live!” ta wersja w pełni oddaje istotę utworu – jest potężna i energiczna do granic możliwości… „It’s Just Love” – ten utwór znany jest fanom Strawbs dzięki rockowemu kawałkowi „Just Love” z płyty „Hero And Heroine”. Ta wersja jest jednak łagodniejsza, a jej akustyczna interpretacja spotyka się z ciepłym aplauzem. Fortepian, na którym gra Lambert, wprowadza w nagranie „Shoemaker” zapewniając sympatyczny akompaniament do jego melancholijnego wokalu. Tempo przyspiesza, aż do momentu, gdy zdominują go teatralne brzmienie klawiszy, wywołując nostalgię i przywodząc na myśl intra do przedstawień dla małych dzieci, a na zakończenie mamy całkiem przyjemne akcenty perkusyjne. Finał koncertu (oczywiście przed bisami!) to radosny, skifflowy numer „Happy Man Am I” – tak optymistyczny, jak sugeruje sam jego tytuł. Choć przywodzi na myśl Lonniego Donegana i jemu podobnych, utwór zawiera pięknie opowiedziany fragment Raya, który pomaga szczęśliwie zamknąć wszelkie wątki tej baśniowej opowieści.
Drugim po „It Would Never Have…” najważniejszym dla mnie momentem koncertu było wykonanie „Mama When Will I Understand”. Na drugim krążku tego zestawu znajduje się jego inna wersja zagrana w ciężkim bluesowym formacie. Tutaj jest ona zredukowana do ekspresyjnego fortepianu i tekstu emocjonalnie przekazanego z pespektywy dziecka. Lambert z wielkim bólem w głosie porusza w nim tematy takie jak rasizm i uzależnienie od narkotyków. Po raz kolejny pokazuje też swoją wszechstronność i umiejętność śpiewu, które doskonale uzupełniają emocje każdego utworu. Doskonałe zwieńczenie absolutnie fascynującego albumu.
Pytanie, które nieuchronnie się nasuwa brzmi: czy Fire zasłużyli na większy sukces z tym materiałem? Słuchając tych trzech płyt, odpowiedź zdecydowanie brzmi: TAK! Z lepszym zarządzaniem i lepszym wsparciem w studiu mogliby osiągnąć o wiele więcej. Ale choć los był przeciwko nim, teraz mamy szansę delektować się całą ich spuścizną.

Jeden z lepszych „zapomnianych” zespołów. Spokojnie mogli wydać więcej niż jeden album. Szkoda, bo moim zdaniem, po dopracowaniu materiału bonusowego z „Alison Wonderland” na czele mogła wyjść jeszcze lepsza płyta niż debiut. Ale dobre i to, co jest. Jak zwykle dzięki Zbyszku za rys historyczny kolejnego wartego uwagi bandu. Pozdrawiam.
W „The Magic Shoemaker” zakochałem się jakieś rok temu. Aż dziwne, że TAKI album nie dość, że mocno zapomniany to jeszcze mocno zjechany przez recenzentów. Uważam, że te recenzje były dla tego niezwykłego albumu bardzo krzywdzące. Dzisiaj na szczęście odzyskał uznanie fanów. Oryginalny winyl wyceniany jest na 1000 Eur. Mam ten album a także późniejszy „Live”. Mało tego udało mi się zdobyć jeszcze inne wydawnictwo z ich nagraniami. Mowa o albumie „Underground and Overhead: The Alternate Fire „, który na CD wydało Wooden Hill w roku 2001. Moim skromnym zdaniem ten album jest może nawet ciekawszy od Shoemakera.