Alan Trajan (wł. Alan Robertson), stały bywalec szkockich pubów i edynburskiej sceny końca lat 60-tych był wulkanem nieustannej erupcji. Słuchając go można przysiąc, że był kwintesencją artysty niepokornego. Jego dźwiękowa magma przenikała spelunki i bary nieokreśloną mieszanką jazzu, bluesa, folku, soulu i popu. Innymi słowy, wczesne przebłyski progresywnego rocka, albo pijacki bełkot neurotycznego pianisty beznadziejnie chorego na afektywną dwubiegunowość. Muzyk i „gawędziarz nieszczęść” z undergroundową esencją tamtych czasów pachnący cydrowym piwem zmieszanym z tanim winem z pubowych piwniczek. Problemy z alkoholem nie raz kończyły się pobytem na policji, lub w izbie wytrzeźwień. Nie przeszkodziło to jednak całemu MCA w zauważeniu jego osobliwej aury. Alan, promyk światła jaśniejący na tle panującej szarości posiadał charyzmę. W październiku 1969 roku ukazał się jego jedyny, obecnie legendarny album „Firm Roots”. I powiem wprost – łatwiej wygrać dziś na loterii, niż znaleźć oryginał. Temu, któremu to się uda będzie bogaty. W moim przypadku „legalnie inaczej” wydany kompakt nie powoduje wyrzutów sumienia. Takie płyty rozświetlają każdą półkę, nadając jej odpowiedni, uświęcony rodowód, a w tym przypadku jej posiadanie zostaje rozgrzeszone.
Na tym albumie Trajan-kompozytor, śpiewa i gra na pianinie. Towarzyszą mu David McNiven (organy) i legenda brytyjskiego folku, Davy Graham (gitara akustyczna). Jest też godna pochwały sekcja rytmiczna, o której w moim egzemplarzu na jej temat nie ma wzmianki… Z przymglonym głosem przypominającym Steve’a Winwooda i Garry Brookera artysta prezentuje przygnębiające, ponure piosenki z dobrze wykonanymi aranżacjami rockowymi tak charakterystycznymi dla końca lat 60-tych. Chociaż większość utworów była oryginalnymi kompozycjami, muzyk przełamał nastrój trzema piosenkami z pierwszych albumów Boba Dylana i coverem Davida Acklesa.
„Speak To Me, Clarissa” to przejmujący, dramatyczny monolog skierowanym do dziewczyny, która przedawkowała. Oto jak bardzo „optymistyczny” jest ten facet. Utwór emanuje mroczną aurą, przywodzącą na myśl Atomic Rooster i The Norman Haines Band. Zarówno Crane jak i Haines przypominają Trajana. Są cholernie szaleni i niezrównoważeni. I wszyscy genialni. Partie basu i perkusji stanowią potężne wsparcie dla mocnej sekcji organów, która zajmuje centralne miejsce obok fortepianu grającego motyw przewodni. Niesamowite otwarcie. Elektryzującą kwasowość przynosi „One Tends To Get Bitter Now And Again” w stylu Arthura Browna. Proroczy, porywczy i definitywny proto-hard rockowy numer… Delikatna gitara na początku „Thoughts” należy do Davy’ego Grahama. Ten utwór z charakterystycznym głosem Trajana, to złowieszczy, cmentarny progresywny folk podszyty psychodelią. Charyzmatyczny i niesamowicie przejmujący… „Highway 51 Blues” to pierwszy z trzech coverów Dylana. Brzmi szorstko i chropawo jak obskurny bar. To dlatego go uwielbiam! Akustyczne, hipisowskie tekstury w „This’ll Drive You Off Your Head” brzmią jak Roy Harper w Small Faces. Niemożliwy sojusz, prawda? A tu proszę – działa! Pod rozpadającym się dachem organów i gitary, kolejny psychodeliczny i neurotyczny dramat rozgrywa się w „Mental Destruction”. Donośny utwór o hipisowskim fatalizmie, przesiąknięty brutalnym samospaleniem to klasyczny, psycho -progresywny underground. Perła!
Kolejną pesymistyczną refleksję oferuje „Time” otwierający drugą stronę oryginalnego longplaya, po którym pojawia się wersja „Down River” Davida Acklesa w stylu Procol Harum nie będąca jednak hymnem domowych prywatek i szkolnych potańcówek. Mimo to ani na sekundę nie traci blasku. Kolejna piosenka Dylana, „Corrina, Corrina” zyskała blues rockową oprawę stając się w świecie bohemy i jej nocnego życia bardzo popularna. Mroczny progres powraca w „This Might Be My Last Number” z tajemniczymi organami i uroczym fortepianem elektryczną będący niczym dźwiękowy prototyp generatora Van Der Graafa…Trzecia piosenka Dylana, „Girl From The North Country” mimo, że żywiołowa brzmi smutno. No cóż, z Alanem Trajanem nie da się tego uniknąć. I na koniec utwór o dziwnym tytule „Charles Russell, Gtr, Vcl And Harmonica”, czyli kolejne żałobne ćwiczenie w stylu Rare Bird spotyka Procol Harum, w którym tak bardzo gustował artysta.
„Firm Roots” to definitywny symbol undergroundowej bohemy. Jej rozpaczy i samobójczego, autodestrukcyjnego hedonizmu. Od początku do końca jest tak samo dobry jak smutny. Mówiąc krótko carpe diem tamtych dni.
Podczas gdy kanadyjskie trio Rush snuło swoje progresywne fantazje o „By-Tor And The Snow Dog” i „Necromancer”, w tym samym niemal czasie po drugiej stronie Atlantyku angielska trójka muzyków przekopywała się przez pozostałości hard i glam rocka, a także rocka progresywnego szukając odpowiedniego kierunku. Pochodzili z Liverpoolu i nazywali się Strife. To był naprawdę dobry zespół! Porównywano ich do Hawkwind i wczesnego Budgie, więc łatwo zrozumieć dlaczego go polubiłem. Ich debiut z 1975 roku, nomen omen zatytułowany „Rush” odsłuchałem z płyty winylowej, którą pod koniec lat 80-tych przywiózł brat mojego szkolnego kolegi pływający wtedy na statku handlowym. Znacznie później kupiłem ją i ich drugą, „Back To Thunder”, na płycie CD.

Trio powstało w 1969 roku i na początku grało rock and rolla płacąc składki w pubach Merseyside, ale nie wzbudzili zainteresowania żadnej wytwórni płytowej. W 1972 roku grali w Los Angeles, gdzie dziwnym trafem spotkali muzyka soulowego, Edwina Starra, który widział ich wcześniej w klubie Mardi Gras w Liverpoolu. Starr zorganizował im sesję w studiach w L.A. i San Francisco, gdzie nagrali taśmę demo. Jeden z utworów, „Better Man Than I”, pojawił się potem na albumie „Rush”. Pełnometrażowy debiut został wydany przez Chrysalis w 1975 roku, a więc w czasie, gdy punk rock czaił się w ciemnej uliczce gotowy do ataku. Od samego początku płyta zapowiada się niesamowicie dzięki mocnemu atakowi hard rocka w „Back Street Of Heaven” i nieoczekiwaną wisienką na torcie w postaci chórku girls bandu w stylu glam rocka. Panie powróciły wykonując parę turbo-motownowych kawałków w dedykowanym Starr’owi „Magic Of The Dawn” i w „Life Is Easy” z udziałem sekcji dętej, zaś w porywającym „Better Man Than I” bluesowa zagrywka Johna Lee Hookera została wciśnięta w błyszczący rockowy kombinezon. Reszta materiału zawiera bardziej przewidywalne brzmienia. Jest tu post psychodeliczna zaduma, apokaliptyczny punkt kulminacyjny w „Indian Dream”, oraz kipiący proto metal Budgie w „Man Of The Wilderness”. Płytę zamyka dwunastominutowy, heavy progresywny killer „Rush” – kosmiczny jam w stylu Hawkwind, o ironio zbliżający się do „2112” tria Rush!
Strife mimo wszystko brnął dalej, wydając w 1977 roku EP „School”, a rok później „Back To Thunder”. Zespół rozpadł się w 1979 roku, a Rowley poszedł grać w okropnym Nightwing nagrywając z nim rok później „Something In The Air” – prawdopodobnie NAJGORSZY album jaki słyszałem w nowo powstającym wówczas nurcie zwanym Nowa Fala Brytyjskiego Heavy Metalu (NWOBHM). Jedyne co mieli dobrego to okładka.
Prezentowany poniżej fragment koncertu Strife to ich jedyne zachowane nagranie „na żywo”. Proszę nie zwracać uwagi na fatalną jakość obrazu – tu liczy się muzyka. A ta jest rewelacyjna!
Rok 1969. Wojna w Wietnamie, bolesne motto „włącz się, dostrój, odpuść” – wszyscy znaleźli się nagle w erze politycznego zamętu. To wtedy ukazał się album amerykańskiego tria Goldenrod wydany przez małą niezależną wytwórnię Chartmaker w niewielkim nakładzie zawierający cztery instrumentalne utwory (6-12 minut) pozbawione jakiegokolwiek komercyjnego potencjału. Teraz, ponad pięćdziesiąt lat później, możemy tylko drapać się po brodzie i zastanawiać co sprawiło, że ktoś skłonny był wyłożyć trochę pieniędzy, wynająć studio, nagrać muzykę na plastik, włożyć ją do kolorowej tekturowej koszulki, a następnie wysłać do sklepów mając świadomość, że produkt nie przyniesie zysku. Kim był ów filantrop tego już się chyba nie dowiemy…
Płyta została nagrana przez gitarzystę Bena Benaya, basistę Jerry’ego Scheffa i perkusistę Toxey’a French’a, którzy poznali się gdy zostali zaangażowani jako muzycy sesyjni do wspierania w studio grupy The Fifth Dimension. Jak już wspomniałem, album zawiera cztery utwory o magicznym, ciężkim jamowym acid rockowym brzmieniu z intensywnymi, ogłuszającymi gitarowymi efektami, bezkompromisowym basem i potężną perkusją. To był zwiastun narodzin heavy metalu na rok przed pojawieniem się Black Sabbath. Mistyczny „Open Descent Of Cyclopeans” z porywającym riffem i mocną linią basu od początku robi wrażenie, „Karmic Dream Sequence” to temat, od którego trudno się oderwać, a jego niesamowita atmosfera przenosi nas w zupełnie inny wymiar. W „The Gator Society” Benay, atakuje „galaktycznym” gitarowym solo w towarzystwie doskonałej sekcji rytmicznej. I choć zarówno „Karmic Dream…” jak i „The Gator Society” nie posiadają żadnej formalnej struktury, a są jedynie szkicami dziesięciominutowych improwizacji gdzie cała trójka może grać swoje solo do woli, to każdy z nas może z nich wyciągnąć coś dla siebie. Album kończy „Standing Ovulation” z głębokim nieokrzesanym dźwiękiem, miejscami przybrudzonym, ale nadzwyczaj klarownym. Nie mam wątpliwości, że spełni oczekiwania nawet wybrednych fanów gatunku. Polecam!
Norweski zespół Deja-Vu jak wiele innych z tamtego okresu nagrał tylko jeden album. W zasadzie projekt albumu. Nie dość, że był on samofinansowany, to jeszcze wyprodukowany jako promocyjne testowe tłoczenia bez okładki. Wspomina się o stu kopiach, z których większość została przypadkowo zniszczona, gdyż przechowywano je blisko grzejnika. Tak więc mówimy tu o jednym z najrzadszych norweskich artefaktów, które zostało po raz pierwszy wydane na płycie kompaktowej w 1996 roku. To, co jego twórcy kiedyś uznali za kompletną porażkę, teraz traktuje się jako odzyskane po latach dzieło sztuki oddane do renowacji i dogłębnie analizowane.
Wiele wskazywało na to, że zespół odniesie sukces, ponieważ dwóch jego członków, Svein Rønning (gitary) i Knut Lie (perkusja) grali wcześniej w popularnym popularnym i znakomitym Høst. Pozostali to Kai Grønlie (wokal), Harald Otterstad (klawisze) i Per Amundsen (gitara basowa). Jeśli mamy cieszyć się skandynawskim brzmieniem ciężkiego progresywnego rocka lat 70-tych to „Between The Leaves” ma absolutnie wszystko, czego do szczęścia potrzeba. Bardzo mocną stroną jest wykorzystanie wielu instrumentów klawiszowych w tym melotronu, organów Hammonda, czy fortepianu, które podkreślają pejzaże malowane dźwiękiem. Dziesięciominutowy „Burning Bridges” prezentuje brzmienie z fantastycznym basem przeplatany zawiłymi dialogami syntezatorów i gitar. Utwór tytułowy zaczyna się klawesynem, a zaraz potem cały zespół wykazuje się wspaniałą formą prezentując smakowity kąsek ciężkiego progresywnego rocka. Hendrixowska gitara prowadzi nas do „Free Man” przechodząc w floydowski klimat „Wish You Were Here”, w którym Svein Rønning wykonuje „gilmourowskie” solo wspierane przez znakomitą sekcję rytmiczną. Z kolei „Flaming” ze względu na instrumentalną delikatność i melodyjną naturalność to jeden z najwspanialszych utworów mogący z powodzeniem znaleźć się w repertuarze Kaipy z Roine Stoltem, a proste starannie dopracowane chórki tworzą idealną harmonię. Jedenastominutowy „Somebody Cares” z długim intro przywodzi na myśl gwiazdy niemieckiej sceny rockowej jak Hölderlin, Novalis, czy Jane. Idealnie dopracowana struktura kompozycji pokazuje, że muzycy ewidentnie byli niewolnikami perfekcjonizmu. Daj Boże, by takich niewolników w muzyce było więcej! Na zakończenie „Visions Of Nirvana”, czyli coś, co zachowuje hipisowski romantyzm z poruszającym prog rockiem tamtych lat. Cudo!
Płyty takie jak „Between The Lines” są doskonałym przykładem artystycznego triumfu i sekretem wieczności. Szkoda, że kiedy została wznowiona Kai Grønlie już nie żył… Jedyną rzeczą do jakiej mogę się przyczepić to kiepska, zupełnie nietrafiona okładka pasująca bardziej do death metalowej kapeli lat 90-tych. Na szczęście to nie ona decyduje o jej muzycznej wartości.





A ja właśnie poczułem się jednym z Wybrańców ponieważ na RZG pojawiła się jedna z moich ulubionych płyt. Mówię o „Firm Roots” Alana Trajana. Ta cudowna płyta od dawna rozświetla mój muzyczny świat. Był taki czas, że nie potrafiłem się od niej oderwać. Kompakt Fallout został wspaniale przygotowany. Doskonała muzyka kojąca na pochmurne jesienne popołudnia i wieczory. Wspomniany przez Ciebie otwierający album utwór „Speake to Me, Clarissa” to prawdziwa perełka. Dzięki za przypomnienie.
Staram się jak mogę pomagać w eksploracji Muzycznego Wszechświata i dzielić się jego galaktycznymi „obiektami”. Sprawia mi to ogromną radość, a jest ona podwójna, gdy podzielają ją Ci, którzy tu zaglądają. Dziękuję za komentarz i miłe słowa pod adresem Rockowego Zawrotu Głowy.
Nightwing pierwsze cztery płyty są fajne, jeśli myślisz np. o Magnum w kategoriach NWOBHM. Bo żadnego metalu to tam nie ma.
Prawdziwymi koszmarkami spod znaku Nowej Fali były: Deep Switch, Vardis, After Dark, Rankelson, Warfare czy Handsome Beasts. Posłuchaj ich, a docenisz Nightwinga 🙂
No proszę, a już myślałem, że nic gorszego od „Back To The Thunder” nie powstało 😊 A tak na poważnie – jakoś nie byłem fanem NWOBHM i chyba nie mam czego żałować. Cieszę się, że zabrałeś głos. Pozdrawiam.
Jako, że NWOBHM nie było żadnym gatunkiem czy stylem, uważam że każdy może wśród tych mnóstwa kapel znaleźć coś dla siebie. Dla ciebie jako fana lat 70-tych, to z brzegu poleciłbym Voltz, Split Beaver czy Dark Heart.
Dzięki. Posłucham.
Z wyżej wymienionych kojarzyłam jedynie Goldenrod. Jestem mile zaskoczona płytą Alana Trajana,aż dziwne ,że dotąd nawet nie widziałam okładki ,ani nie spotkałam się nawet z tym nazwiskiem. Myślę,że porównanie do Crane’a jest jak najbardziej na miejscu,jestem pewna ,że też przyszłoby mi do głowy to skojarzenie . Niesamowicie podobają mi się te organy ,myślę,że to największy atut tego albumu . Natomiast Strife … bardzo bardzo new wave’owy, co jest w moich ustach oczywiście komplementem ,jako ,że niezmiernie lubię ten nurt ,choć muszę mieć na niego konkretnie ochotę i słucham raczej wtedy kompilacyjnie ,niż konkretnych wykonawców i albumów (a Nightwing-faktycznie koszmar 🤭). Kończę odsłuch na ostatnim skandynawskim cudeńku i już jestem zachwycona:) dzięki więc za same ciekawe i mile pieszczące ucho propozycje:)
Cieszy mnie, że się podobało. Jak widzę Alan Trojan, kompletnie pomijany i zapomniany artysta okazał się tu sporym odkryciem.