ANTONIUS REX „Neque semper arcum tendit rex” (1974)

Śmierdzący ogniem i siarką bałagan z atmosferą tak gęstą, że można by ją pokroić. Wylęgarnia fobii, demonów i pożerające dusze robactwa. Krystalicznie czysta produkcja, rytmy kotłów i gitara zniekształcona w sposób, który prawdopodobnie nie mógł pochodzić z tego świata. Formuła, z której mogłaby czerpać cała dzisiejsza scena black metalowa, z Master’s Hammer na czele. Jednym słowem (a raczej dwoma) „diaboliczna orkiestra”, a mówiąc dokładnie, Antonius Rex z 1974 roku. Roku demonów. Tylko czy ktoś  w to jeszcze wierzy..?

Niby znam tę grupę od dawna, ale im więcej próbuję się o niej dowiedzieć, tym bardziej jestem zdezorientowany. To jeden z najbardziej tajemniczych zespołów włoskiej sceny rockowej, a okoliczności powstania ich nieoficjalnego debiutu „Neque semper arcum tendit rex niosą ze sobą mnóstwo sprzecznych informacji. Grupa jest bezpośrednim następcą równie tajemniczego projektu Jacula (1969-73). To firma rodzinna, kierowana przez gitarzystę i kompozytora Antonio Bartoccettiego, oraz jego partnerkę życiową Doris Norton. Łączyła ich nie tylko miłość i muzyka, ale także wspólne zainteresowania filozofią, ezoteryką i spirytualizmem. Pierwsze kroki zespołu wiązały się z wieloma trudnościami. Bartoccetti miał pomysły, ale brakowało mu środków na ich realizację, więc los zgotował mu niespodziankę – spotkanie z nieco ekscentrycznym okultystą, lordem angielskich wrzosowisk, Albertem Goodmanem. Zamożny Goodman był właścicielem kilku posiadłości, w tym średniowiecznego zamku z małym studiem nagraniowym. Muzyką interesował się amatorsko (grał na perkusji), był również właścicielem niezależnej wytwórni płytowej Darkness Records. Spodobały mu się plany tej dwójki, zaoferował wsparcie finansowe, wpływy i kontakty. W zamian dostał miejsce w zespole.
Materiał na debiutancki album został nagrany w Mondial Sound Studios w Mediolanie pod nadzorem inżyniera dźwięku Colina Coldweise’a, a produkcją zajął się sam Goodman. Praca w studiu trwała trzydzieści osiem dni, a mastering wykonano w Londynie, co nie było wówczas powszechną praktyką. Najwyższej klasy czyste, a jednocześnie wystarczająco przenikliwe brzmienie będzie się bronić nawet po latach. Goodman obiecał dopilnować wydania albumu (wstępnie wytłoczono czterysta próbnych egzemplarzy) i mieć piecze nad promocją w Vertigo, ale zwrócił się do niewłaściwej osoby. Gdy tylko zrozumieli znaczenie tekstu „Devil Letter” zażądali jego usunięcia i zmiany okładki albumu. Bartoccetti zdecydowanie odmówił, więc projekt został zamrożony, a zespół zakończył działalność. Rok później pojawili się mecenasi gotowi sfinansować nowe sesje. Chociaż małżonkowie mieli w tym czasie rodzinne problemy, trudności finansowe zmusiły ich do pracy w studio, czego efektem był album „Zora”, którego część materiału została zapożyczona z repertuaru Jaculi. I to on (nawiasem mówiąc w bardzo kiczowatej okładce) uważany jest za płytowy debiut zespołu.
Taśmy z „Neque semper arcum…”  na szczęście pozostały i trafiły do ​​szerszej dystrybucji dopiero dzięki włoskiej niezależnej wytwórni Black Widow w 2002 roku, która wypuściła je w świat w dwóch wersjach: winylowej  (edycja limitowana) i kompaktowej. 
Zdecydowanie mroczny, niepokojący i biorąc pod uwagę ówczesny krajobraz muzyczny album jest przerażający. Plotka głosi, że jest  przeklęty, owiany tajemnicą i otoczony mrocznymi wydarzeniami. Tu podaje się przykład Alberta Goodmana, który zmarł w bardzo tajemniczych okolicznościach zaraz po wydaniu płyty „Zora”. Z kolei medium z Rumunii, Giulio Tasnad, twierdzi, że słuchając go ułożył na stole osiem magicznych symboli z okładki albumu, przeczytał od tyłu tekst „Devil’s Letter” i wyszło, że odkrył fragment listu okultysty Asmodeusza z 1624 roku. Budowanie takich „legend” uważam za szkodliwe nie tylko dla zespołu, ale i dla samej muzyki, która w takich przypadkach schodzi na dalszy plan. Na szczęście oprócz rzekomo magicznych właściwości „Neque Semper Arcum…” może pochwalić się doskonałą zawartością muzyczną. I to właśnie muzyka stanowi prawdziwą magię tego albumu i wspaniały przejaw kunsztu tego zespołu. 
Potężny gitarowy talent Bartoccetti’ego, który nigdy nie był tak płodny w riffy jak w tych sześciu numerach zdominował ten album. Solidne jak skała błyskawiczne solówki czynią go czarnym klejnotem ezoterycznego progresywnego brzmienia. Lodowate organy Doris Norton groźnie wspierają i akompaniują jej partnerowi. Wreszcie, oszczędna perkusja Goodman podkreśla nieprzewidywalne ewolucje w większości utworach, które jawią się jak prawdziwy misteryjny rytuał. Zaskakująca jest jednak nie biegłość techniczna, ani inteligencja prezentowanych tu konstrukcji, ale wyjątkowa umiejętność całej trójki do dystansowania się od nastrojów tamtej epoki. Można powiedzieć, że to dzieło niepasującego do swoich czasów. Dzieło, które niezaprzeczalnie brzmi jak z lat 70-tych i które zadziwia oryginalnością, umiejętnością przewidywania i stawiania się poza wszelkimi porównaniami. Tego ostatniego nie da się  porównać nawet z samym Black Sabbath, ojcami proto-doom metalu, a także z halucynogenną poetyką Van Der Graaf Generator.
Antonio Bartoccetti.
Utwór otwierający, „Neque Semper Arcum”, rozpoczyna się majestatycznymi organami rozwijając się wraz z sugestywną recytacją Magusa Antonia skierowaną do współczesnego świata, który odrzucił wszelką duchową głębię. To ognista tyrada przeciwko tym, którzy „są przeznaczeni do kultu złota i seksu”, którzy „posiadają wille z kości słoniowej bez drzwi, ale ze służbą”, którzy „chcą zrozumieć głębię jeziora, nie zanurzając nóg”. Emocje osiągają punkt kulminacyjny w połowie utworu, gdy cisza zalega jedynie nad wiatrem, a przepastny głos Bartoccettiego recytuje: „Duch wiatru wędruje, ostrze losu przecięło języki tych, którzy przemówili; teraz ich ciała kołyszą się na strunach cyprysów…” To co wstrząsa, to gitara. Potężny riff przenosi nas z cieni złowrogiego gotyckiego świata w duszący kurz sabatu. Tak rozpoczyna się porywająca jazda, w której rockowe riffy łączą się z dysonansowymi tematami organowymi.  Magiczna spirala dźwięku brzmi jak nieomylna inwokacja, ale nie dziwmy się –  Bartoccetti ukończył filozofię pisząc pracę zatytułowaną (dosłownie) „Ewokacyjna moc gitary”. Serio!
Organy w „Pactus” stanowią godną kontynuację mrocznego utworu otwierającego: krucjata przeciwko nowoczesności, wpływom i zgubnej władzy mediów. W finale, któremu towarzyszy spokojna perkusja, możemy poczuć melodyjną gitarę z eleganckim solo z delikatnymi, jazzowymi akcentami… „In Hoc Signo Vinces” i „Non Fiat Voluntas Tua” z paranoiczną obsesją opowiadają o przemocy. Pierwszy to instrumentalny utwór, który wiernie nawiązuje do „Triumphatus Sad”, jednego z pierwszych przykładów heavy metalu, który znajdziemy na debiutanckim albumie Jaculi z 1969 roku. Drugi, pod sztandarem groźnych, hipnotycznych gitarowych ataków pozbawionych elementu rytmicznego wspomagają kolejne oskarżenia rzucane światu przez Bartoccettiego. No i w końcu dochodzimy do (nie)sławnego „Devil’s Letter”, przerażającej wyprawy w pozamuzyczną sferę, gdzie gitara milknie, a dominującą rolę odgrywają cisza, skrzypienie, kroki, mroczne gregoriańskie kontrapunkty i inwokacja Goodmana. Album kończy się najbardziej brutalnym, a jednocześnie imponującym „Aquila Non Capit Muscas” – ostatecznym ostrzeżeniem dla „małego nieudacznika”, bezlitośnie atakowanego przez cały album. Przesiąknięty sadystycznymi nastrojami zespół prowadzi nas do najgłębszych zamkowych lochów z atmosferą wiecznych tortur, a kończy potężnym gotyckim marszem, który można określić mianem thrash metal ante litteram. Nieprzypadkowo na myśl przychodzi fragment z „Raining Blood” Slayera podkreślający moc gitarowej techniki Bartoxa, a jednocześnie niezwykłą gwałtowność, z jaką gitarzysta potrafił spalić uszy nieszczęśnikom tamtych czasów.
Jest jeszcze jeden aspekt, który chciałbym poruszyć. Na różnych forach internetowych wielu wątpi w autentyczność powstania tego materiału w 1974 roku. O ile organy i monologi (bo trudno nazwać je wokalami) brzmią jak z lat 70-tych, o tyle gitara i perkusja wydają się im bardziej współczesne. Parę razy głos w tej kwestii zabrał sam Bartoccetti. W wywiadzie z Augusto Croce wyjaśnia mówiąc, że Goodmana nauczono pracy z taśmami i pętlami stąd rytmiczna perfekcja. W innym wywiadzie, tym razem z Francesco Fabbrim opisuje jak pracowali z oryginalnym masterem podczas przygotowywania reedycji podkreślając, że skupili się jedynie na korekcji dźwięku, kompresji, dynamiki i redukcją szumów. Nie mnie to oceniać, tym bardziej, że geniusz (król) remasterów jest jeden – Steven Wilson. I pewnie on mógłby to rozstrzygnąć. Tak czy inaczej, pod względem merytorycznym jest to produkt wyjątkowy i nie ma znaczenia, czy pochodzi z 1974, czy 2002 roku. Ignorowanie zespołu Antonius Rex i talentu Antonia Bartoccettiego  to największy grzech, jaki może popełnić każdy, kto uważa się za prawdziwego konesera muzyki. Wszak mówimy tu o prawdziwej muzyce, a nie produkcji stworzonej przez sztuczną inteligencję.
Gdyby „Neque semper arcum tendit rex” został wydany w 1974 roku w formie, jaką znamy dzisiaj, byłby bombą. Antonius Rex wyprzedziłby całą metalową scenę o dobre dziesięć lat i dziś byłby uważany za jednego z pionierów heavy metalu. Tak się jednak nie stało. Zdaję sobie też sprawę, że album nie przypadnie do gustu każdemu. Jeśli już to prawdopodobnie wąskiemu gronu, którzy mają pozytywne nastawienie do tego typu płyt. Lubię taką muzykę, ale nie chcę przekonywać i polecać jej komukolwiek. Będzie lepiej, jeśli każdy odnajdzie ją sam.

2 komentarze do “ANTONIUS REX „Neque semper arcum tendit rex” (1974)”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *