THE BLUES PROJECT „Projections” (1966)

Moja przygoda z The Blues Project zaczęła się dość niefortunnie. Był czerwiec 1979 roku. Właśnie ukazała się płyta „Communiqué” Dire Straits, którą koniecznie chciałem mieć. Jeden z moich kolegów raz w miesiącu wyjeżdżał do Warszawy na „giełdę płyt” (ci, którzy pamiętają tamte czasy wiedzą o co chodzi), więc dałem mu trochę gotówki (ha, ha, „trochę”, czyli pół mojej ówczesnej pensji) by mi ją kupił. Całą noc z soboty na niedzielę nie spałem, a potem od rana czekałem na jego powrót. I teraz wyobraźcie sobie moją minę – zamiast Dire Straits, który na giełdzie jeszcze się nie pojawił (miesiąc później „Communiqué” można było już wywozić taczkami) przywiózł mi coś, co nazywało się „projektem bluesowym”! Ożesz w mordę. Serio!? Na ch… mi to! Byłem skłonny go udusić i uwierzcie – byłem na grubość paznokcia, by to zrobić. „Spokojnie” – uniósł rękę widząc moją minę – „Spójrz. Zafoliowana. Nie grana. Rarytas. Nie będziesz żałował.” Kilka razy pokazał mi inną muzykę niż Yes, Genesis, czy VDGG, to fakt. Ale nie tego teraz chciałem… Wcisnąłem płytę w regał nawet jej nie otwierając. Kiedy nerwy puściły, a żal ulotnił się jak biały dym z watykańskiego komina odsłuchałem płytę i… nic. Mój młodzieńczy gust nie był jeszcze gotowy na eklektyczny wachlarz bluesa, rocka, folku, R&B i jazzu, tak dobrze reprezentowany na tej płycie. Dopiero z wiekiem i życiową mądrością jaka przychodzi z czasem moje uznanie dla albumu „Projections” i zespołu wzrosło niezmiernie. Dziś nie wyobrażam sobie, bym jej nie miał na półce.

The Blues Project (1966)

W dawnych dobrych czasach przymiotniki takie jak „unikalny”, „autentyczny”, „wpływowy”, „innowacyjny”, „ekscytujący”, „dynamiczny”, „żarliwy” i „pionierski” były często używane przez fanów i krytyków muzycznych do opisania brzmienia Blues Project, największego niedocenianego amerykańskiego zespołu rockowego swingujących lat 60-tych. Któż więc kryje się pod tą nazwą? Kwintet, który nagrał płytę „Projections” tworzyli: Danny Kalb (gitara, śpiew), Steve Katz (gitara, wokal), Roy Blumenfeld (perkusja), Andy Kulberg (gitara basowa, flet) i Al Kooper (instrumenty klawiszowe, śpiew). Kilku z nich można dziś nie kojarzyć, ale z pewnością nie Ala Koopera, prawdopodobnie najbardziej niedocenianego wokalisty, autora tekstów i producenta w historii muzyki współczesnej… i to nie jest przesada!

Zadebiutowali płytą koncertową „Live At The Cafe Au Go Go” (1965).

Wiosną 1965 roku zespół podpisał kontrakt z Verve Folkways, spółką zależną MGM Records. Wśród pierwszych artystów, którzy podpisali z nią umowy znaleźli się tacy giganci folku jak Richie Havens, Janis Ian, Tim Hardin, Laura Nyro i Dave Van Ronk. Zespół był już stałym elementem sceny muzycznej Greenwich Village i cieszył się dużym zainteresowaniem szczególnie na kampusach uniwersyteckich. Jesienią grał u boku takich artystów jak Big Joe Williams, Son House, Bukka White, Skip James, John Lee Hooker, Muddy Waters, Otis Spann… To właśnie te legendarne występy w słynnej „Cafe Au Go Go” w Greenwich Village ostatecznie doprowadziły do ​​wydania fenomenalnego debiutu „Live At The Cafe Au Go Go”. Tym albumem The Blues Project dokonał muzycznej rewolucji, zaszczepiając wielu ludziom dziedzictwo amerykańskiego bluesa. Blues był jednak tylko ich punktem wyjścia…

The Blues Project w „Cafe Au Go Go” (1966)

Rok później, po tym jak lider, Danny Kalb oświadczył „(…) nie wskrzeszamy bluesa, staramy się interpretować to, co dzieje się dzisiaj”, zespół wyszedł poza gatunek i nagrał swoje studyjne arcydzieło. Longplay „Projections” zawiera wachlarz utworów od folk rocka do soulu, od rock 'n’ rolla i bluesa po jazz. Zmyślnie połączone, tworzą niezwykle szerokie spektrum muzyki. Tym albumem udowodnili, że nie ma takiej muzyki, której by nie zagrali, a każdemu stylowi nadali własne, wyjątkowe brzmienie.

Front okładki „Projections”

Na płycie znajduje się 11-minutowa wersja „Two Trains Running” Muddy Watersa w nowej aranżacji Kalba.  Kalb darzył go wielkim szacunkiem, a utwór był nieodłącznym elementem ich występów. W 1965 roku jednego wieczoru Waters i The Blues Project zagrali w „Cafe Au Go Go”. Po występie przejęty spytał legendarnego bluesmana, co sądzi o ich wersji, którą zagrali  na zakończenie. „Synu, naprawdę mnie poruszyłeś” – odparł Waters po czym klepnął go po ranieniu i odszedł. Wspominając ten krótki epizod, Kalb żartował: „Gdybym wtedy umarł, moje życie uważałbym za spełnione”.

Jest tu też utwór Chucka Berry’ego, „You Can’t Catch Me”. Berry, podobnie jak Muddy Waters, miał duży wpływ na Kalba i Koopera, tak jak i na wielu artystów tamtej epoki. The Blues Project miał szczęście towarzyszyć mu w nowojorskim Town Hall. Berry rzadko podróżował ze swoim zespołem, więc lokalni promotorzy musieli zapewnić muzyków towarzyszących jego występom. Raz zaszczyt ten przypadł The Blues Project. Al Kooper: „Było to stresujące. Trudno się z nim współpracowało. Był twardy, nieugięty, czasem kapryśny. Ale nie było chyba tak źle skoro potem zabrał nas ze sobą w trasę.”

Chuck Berry i The Blues Project. w Village Theatre (listopad 1965).

„Wake Me Shake Me” to piosenka gospel pierwotnie nagrana przez The Golden Chords. Kooper, miłośnik gospel usłyszał ją kiedyś na żywo i bardzo mu się spodobał. Zdał sobie sprawę, że wykonanie jej przez Blues Project wymagałoby zupełnie innej aranżacji. „Naprawdę się w nią wciągnęliśmy. Na koncertach dawała nam dużo miejsca na improwizację i to sprawiło, że postanowiliśmy zamykać nią występy.” To nie jedyny utwór gospel na płycie. „I Can’t Keep From Crying” pierwotnie nagrany przez Blind Willie Johnsona w 1928 roku największą sławę zyskał w wykonaniu Alvina Lee i Ten Years After zarówno w wersji na żywo, jak i studyjnej. Co prawda nie przebili Brytyjczyków, ale trzyma wysoki poziom. W instrumentalnym „Flue Thing słychać wpływy jazzu ze świetną partią fletu zagraną przez  Andy Kulberga, natomiast „Steve’s Song” zaśpiewany przez Steve’a Katza ma korzenie folkowe. Z jego tytułem wiąże się dość zabawna historia. Pierwotnie miał się nazywać „September Fifth”, ale z powodu nieporozumienia został nieopatrznie zmieniony. „Dużo wtedy koncertowaliśmy i nie było nas na miejscu” – wspominał Katz – „a jak wiemy w tamtych czasach nie było telefonów komórkowych. Ktoś z wytwórni zadzwonił do biura naszego menedżera i powiedziała: „Mamy okładkę i taśmy-matki, ale brakuje nam tytułu drugiego utworu na pierwszej stronie”. Więc nasz menedżer, który okazał się kompletnym idiotą, mówi: „Drugi utwór… pierwsza strona..? Hm… powiadasz drugi utwór, strona pierwsza… o! Już wiem! To piosenka Steve’a”. Tydzień później zjeżdżamy z trasy, przeglądam próbne odbitki okładek i krzyczę: „Do cholery, co to jest! Co to za „Steve’s Song”!?”

Tył okładki wzbudził zdziwienie muzyków.

Wkładki do albumu napisał nieżyjący już promotor Sid Bernstein (The Beatles, The Rolling Stones, Herman’s Hermits). W tym czasie miał on dwóch artystów na kontraktach menedżerskich: The Young Rascals i The Blues Project. Pod jego okiem zespół liczył na większy sukces komercyjny. W tamtych czasach jednym z warunków, by go osiągnąć był przebój radiowy, lub singiel, a tego płycie „Projections”  zabrakło. Co prawda wytwórnia wydała „I Can’t Keep From Crying” na singlu, ale nie był on zbyt często grany w radiu. Jedyny jaki trafił na listę „Hot 100” Billboardu to psychodeliczny „No Time Like The Right Time” Koopera, który uplasował się na 96 miejscu i szybko z niej zniknął. Kilka innych również sobie nie radziło. To pokazuje, że nie byli zespołem singlowym nastawionym na hity. Ich muzyka idealnie nadawała się do występów na żywo i radia AOR (rock zorientowany na albumy), które dopiero zyskiwało na popularności.  Druga sprawa, że wytwórnia prawdopodobnie nie wiedziała, lub nie miała pomysłu jak promować zespół. Nie miała też z chłopakami zbyt dobrych relacji. Przykład..? Nie usłyszeli finalnego miksu przed oddaniem płyty do tłoczenia, a okładkę zobaczyli, gdy trafiła do sklepów. Mało tego – firma usunęła ich nazwiska spod zdjęć, za to dużą czcionką wyeksponowała nazwisko producenta, Toma Wilsona. Utalentowany Wilson, który później zyskał sławę pracując między innymi z Bobem Dylanem, Velvet Underground i duetem Simon & Garfunkel był wtedy mało znaną postacią, ale Verve Folkways chciała mieć go pod ręką i pewnie stąd to „uhonorowanie”. 

Jednak to nie płyty, ani single, lecz występy na żywo były dla nich najważniejsze. Koncertowali po całej Ameryce Północnej. Kalifornia była miejscem, w którym trzeba było być, a San Francisco i Los Angeles to dwa epicentra nowej ery rock and rolla, Mekka do których ciągnęli artyści wszelkiej maści. Nowojorczycy grali tu i tam i szturmem podbili całe Zachodnie Wybrzeże. W Los Angeles, MGM potraktowała ich jak gwiazdy witając na czerwonym dywanie. Zostali zakwaterowani w ekskluzywnym „Beverly Hilton”, oprowadzeni po hollywoodzkich studiach filmowych i zaproszeni na prywatny pokaz nowego filmu Davida Leana, „Doktor Żywago”. W San Francisco, miejscu narodzin hipisowskiej kontrkultury i psychodelicznego rocka, zyskali podziw rówieśników. Nieznana jeszcze Grace Slick była zdumiona, że ktoś potrafi tak grać. Stwierdziła też, że ​​oglądanie ich występu w tamtejszym The Matrix obnażyło marność zespołu The Great Society, w którym śpiewała i było kluczowe w podjęciu decyzji o jego opuszczeniu. Ed Denson, menedżer Country Joe And The Fish był kolejnym, który stał się ich orędownikiem. Miejscowym dziennikarzom z entuzjazmem mówił, że wszystkie koncerty jakie widział utwierdziły go w przekonaniu, że są najlepszą grupą jaka pojawiła się dotychczas w San Francisco! I miał całkowitą rację. Patrząc z dzisiejszej pespektywy można powiedzieć, że mieli jedną małą wadę: brakowało im wyrazistego wokalisty/frontmana, który jeszcze bardziej podniósłby koncertową atrakcyjność zespołu.

Okładka trzeciego albumu, „Live At Town Hall”.

Trzeci album, „Live At Town Hall” z 1967 roku z niewyjaśnionych przyczyn zawierał tylko jedno nagranie na żywo z tytułowego Town Hall. Większość to koncertowe utwory z saksofonem, fletem i skrzypcami z innych miejsc, lub odrzuty studyjne z dogranymi oklaskami. Nie jest to co prawda skandal na miarę Milli Vanilli, ale jakiś niesmak pozostał. Byli wówczas u szczytu popularności, więc płyta sprzedawała się dobrze. Tuż po jej wydaniu pojawili się na legendarnym Monterey International Pop Festival, na którym między innymi wystąpili Otis Redding, The Byrds, Jimi Hendrix i wielu innych, którzy wkrótce stali się legendą.

Danny Kalb i Andy Kulberg.  (Monterey, 18 czerwca 1967 roku).

Kilka miesięcy później Kooper i Katz odeszli tworząc Blood, Sweat & Tears. Po sześciu miesiącach Kooper opuścił go, ale zdążył zostawić po sobie ślad w postaci debiutanckiego krążka „Child Is A Father To The Man”. Dwa utwory z tego albumu, „I Love You More Than You’ll Ever Know” i „I Can’t Quit Her” zostały napisane przez Ala i są klasykami… Kulberg i Blumenfeld zachowali nazwę Blues Project i kontynuowali działalność jeszcze przez rok wydając kolejny album, „Planned Obsolescence” (1968), a zaraz potem zmienili nazwę na Seatrain. 

The Blues Project byli jak dobre wino – z każdym kolejnym rokiem smakowało coraz bardziej. Występy na żywo, dla wielu wręcz kultowe, cieszyły się dużym uznaniem. Gdyby mieli większe wsparcie i byli lepiej promowani, być może staliby się tak wielcy jak Grateful Dead, czy Allman Brothers. Sukces muzyczny zazwyczaj jest wynikiem świetnych umiejętności zespołu, dobrego wyczucia czasu i mnóstwa szczęścia. Pierwsze dwa składniki mieli na bank. Zabrakło ostatniego, choć było blisko.

Al Kooper na scenie w Atlancie (lipiec 1973)

Gitarzysta Steve Katz pozostał w zespole BS&T przez pięć kolejnych lat. W 1974 roku wyprodukował dwa albumy Lou Reeda: „Sally Can’t Dance” i  „Rock 'n’ Roll Animal”. Później założył American Flyer, a następnie został członkiem zarządu w Mercury Records… Andy Kulberg i Roy Blumenfeld z własną grupą Seatrain wydali  bardzo udaną płytę „The Marblehead Messenger” wyprodukowaną przez George’a Martina. Największy sukces odniósł Al Kooper. W ciągu swojej niezwykle bogatej kariery nagrywał z Jimi Hendrixem, The Who, BB Kingiem, Cream, Alice Cooperem, George’em Harrisonem… Większość fanów muzyki wie, że w utworze Dylana, „Like A Rolling Stone” stworzył jeden z najbardziej pamiętnych riffów organowych na Hammondzie B3. Z kolei niewielu być może pamięta, że intro na waltorni w „You Can’t Always Get What You Want” znajdującym się na płycie „Let It Bled” The Rolling Stones to również jego dzieło. Pozycje takie jak „Al Kooper, Mike Bloomfield, Stephen Stills. Super Session” (1968), czy jego solowy debiut „I Stand Alone” (1969) to klasyka klasyki, o których uczą się dzieci w amerykańskich szkołach na lekcjach muzyki. Kooperowi przypisuje się również odkrycie Lynyrd Skynyrd i wyprodukowanie trzech pierwszych ich albumów, w tym przebojów „Sweet Home Alabama”, „Saturday Night Special” i „Free Bird”. Aby dowiedzieć się więcej o tym niezwykłym artyście, poznać wiele fantastycznych historii i barwne przygody z jego udziałem proponuję sięgnąć po książkę „Backstage Passes & Backstabbing Bastards: Memoirs Of A Rock 'N’ Roll Survivor” napisaną przez samego Koopera. Jej lektura w połączeniu z muzyką The Blues Project zapewni mile spędzony czas z szaloną epoką lat 60-tych, hipisami  i LSD, która już nie wróci. 

9 komentarzy do “THE BLUES PROJECT „Projections” (1966)”

  1. Znakomity, by nie powiedzieć genialny, wczesny blues. Niestety nie mam ich debiutanckiego i chyba najlepszego albumu studyjnego (Projections), ale mogę się pochwalić i mocno rekomendować ich albumy koncertowe z lat 1966-67. Posiadam w swojej kolekcji „Live At The Cafe Au Go Go”, „Live in Martix, San Francisco” i „Live At Town Hall”. Moim zdaniem są nawet lepsze niż te studyjne. Warto również docenić ich koncertowy album zarejestrowany w roku 1973 po reaktywacji zespołu „Reunion in Central Park”. Prawdziwa uczta dla miłośnika bluesa.

  2. A ja pozwolę sobie na małą dygresję, do której zainspirował mnie wstęp do artykułu. I choć nie będzie dotyczyć zespołu Blues Project (tu zgadzam się z Zibim i Januszem w 100% – to po prostu kawał znakomitej muzyki) to jednak dyskusji o muzyce nigdy dość. Bo czytając ten wstęp aż się uśmiechnąłem, miałem bowiem wrażenie że czytam o sobie. Tacy właśnie byliśmy w tamtych latach. Zorientowani na klasykę rocka, wśród której trendy wyznaczała radiowa Trójka…. topowe płyty hard rockowe, największe tuzy prog rocka. Latem zbierałem u okolicznych gospodarzy truskawki czy wiśnie, a we wrześniu (z niewielką pomocą finansową rodziców) kupowałem płyty Pink Floyd czy Genesis. Odstępstw właściwie nie było….. z trudem zdobyte pieniądze musiały być dobrze wydane. Owszem…. dzięki Trójce, czy płytom pożyczanym od bardziej wyrobionych muzycznie kolegów stopniowo poszerzałem horyzonty odsłuchowe, ale wiele jeszcze wody w Brdzie upłynęlo, zanim zacząłem świadomie kupować płyty z NKR-em. Tak naprawdę był to dopiero początek lat 90, zwiększająca się dostępność kompaktów z niszową muzyką, czy powstawanie kultowych dla fanów sklepów stacjonarnych z takimi płytami (Warszawa górą). Staram się teraz przypomnieć sobie, jakie tytuły spoza kanonu jako pierwsze stanęły na mojej półce, ale to trudne zadanie… minęło jednak grubo ponad 30 lat od tamtych chwil. Na pewno był wśród nich debiut amerykańskiej grupy Zephyr kupiony z uwagi na Tommy Bolina czy kupiony właściwie „w ciemno” (po 3 minutach odsłuchu w sklepie) CD Edgar Brougton Band – rzecz wtedy kompletnie mi nieznana. Pamiętacie Panowie swoje pierwsze zakupy „spoza kanonu” ?

    1. Oj, szczerze przyznam, że nie pamiętam dokładnie zakupu pierwszych płyt spoza ogólnie przyjętego kanonu rocka, ale mogły to być albumy takich zespołów jak Czar, Hannibal, Faust, Buffalo, czy Blackfeather.

    2. W latach 70-tych jako młody fan „kanonów” rocka miałem dużą kolekcję kaset, które wówczas wydawała firma firma Erbo czy Elbo (już zatarło mi się w pamięci). Mieli nosa do ciekawych albumów. Moje pierwsze zakupy to były winyle: Gabriel & Marie Yacoub „Pierre de Grenoble” i słynny aluminiowy winyl Omegi „Live”, który wystawiony na witrynie księgarni we Wrocławiu. Przechodziłem chodnikiem i go wzrokiem „namierzyłem”. Po minucie znikł z wystawy i trafił do moich rąk.

      1. Tak, Omega była wtedy cennym nabytkiem w wielu polskich domach. Bardzo dobra muzyka i wydania o wiele lepsze niż płyty Polskich Nagrań. Zawsze zachwycały mnie grube, lakierowane okładki płyt wydawanych przez Pepitę. A takie koperty do SBB jak „Pamięć” czy „Nowy Horyzont” potrafiły się przetrzeć na grzbiecie po kilku miesiącach 🙂

        1. Fakt. Mieliśmy wspaniałych grafików, a okładki były wtedy (poza niektórymi wyjątkami) koszmarne. No i te grzbiety, a w zasadzie ich brak, o których wspomniałeś to czysty horror.

          1. Tak, chyba były wyjątki. Jak mnie pamięć nie zawodzi, to chyba tzw. Czerwony album Niemena miał grubą, kartonową okładkę typu gatefold. Ale ogólnie to niestety prawda, za zachodnimi wydaniami to my byliśmy daleko w tyle. Niby najważniejsza jest tylko muzyka, ale ten efekt wizerunkowy też był ważny.

  3. Cieszę się,że mogłam poznać nowy album . Szczególnie zachwycił mnie Two Trains Running, bardzo przypomina mi klimatem Help Me w wersji Ten Years After-uwielbiam takie słoniowe tempo 🙂 Bluesem nigdy nie pogardzę, zwłaszcza o tej porze roku .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *