W studio i na żywo – STONE THE CROWS (1969-1972)

3 maja 1972 roku na Uniwersytecie w Swansea w Walii panował ogromny entuzjazm wobec długo oczekiwanego koncertu Stone The Crows, jednego z najwybitniejszych brytyjskich zespołów blues rockowych tamtych czasów. Oczekiwania były ogromne, a skoro do koncertu pozostało zaledwie kilka godzin wszystko było robione w pośpiechu, bałaganie i z dużą dozą improwizacji wciąż nie mając gwarancji, że wszystko i tak pójdzie zgodnie z planem. W mniej dramatycznych okolicznościach inne zespoły odmówiłyby występu. Ale nie Stone The Crows. Zespół pochodzący z Glasgow żył marzeniami. To najlepszy moment w ich karierze i chcą się nim cieszyć w pełni nie zapominając o trudnych chwilach. Jego członkowie nie udają diw, ani nie uważają się za gwiazdy rocka. Przede wszystkim kochają grać muzykę. To nie przypadek, że pośród tłumu wypełniającego scenę, lider zespołu, gitarzysta Les Harvey, jest nie do odróżnienia od techników i robotników. Wyciąga pomocną dłoń, a nawet przyjmuje improwizowaną pomoc od kilku fanów, którzy mają pewną wiedzę techniczną jak połączyć kable. Kilka lutów tu, parę skrętek tam, tymczasowy mostek i system nagłośnieniowy przestaje szwankować i wydawać akceptowalny dźwięk. Wszystko wydaje się być w porządku. Kontrola jest prawie ukończona. Pozostaje jeszcze test mikrofonu. Les Harvey podchodzi do środkowego stojaka, zaciska dłonie na mikrofonie i nagle… upada na ziemię porażony prądem. Powstaje zamieszania, słychać krzyki, wołania o pomoc… ta przybywa szybko.

Nieprzytomnego medyczni ratownicy transportują w „korytarzu życia” uformowanym przez zszokowanych fanów. Gitarzysta został natychmiast przyjęty na oddział intensywnej terapii; jego stan był poważny. Krytycznie poważny. Podjęto wszelkie możliwe próby reanimacji; wszystkie okazały się daremne. Kilka godzin po wypadku ze szpitala nadszedł oficjalny komunikat: „Les Harvey, lider Stone The Crows, nie żyje.” W międzyczasie rozeszły się alarmujące wieści dotyczące stanu zdrowia Maggie Bell, wokalistki zespołu i partnerki życiowej gitarzysty. Zdruzgotana strasznym wydarzeniem, straciła przytomność i została pilnie przyjęta do tego samego szpitala, w którym zmarł Harvey. Na miejscu tragedii pojawiły się lampiony i znicze. Po północy wszyscy, którzy przyszli na występ opuszczali je w absolutnej ciszy…

Stone The Crows. Pierwszy z lewej Les Harvey, po prawej Maggie Bell.

Historia Stone The Crows wydawała się być zakończona. Przynajmniej tak się wydawało. Po powrocie do zdrowia i jako takiej równowagi psychicznej Maggie przekonała swoich kolegów, aby kontynuowali działalność. Na miejsce Lesa zaangażowano gitarzystę Jimmy’ego McCullocha, przyszłego członka Wings, który pomógł ukończyć album „Ontinuous Performance” w dużej mierze nagrany z Harveyem. „Sunset Cowboy”, który go zamyka, napisał Colin Allen. Piosenka będąca hołdem dla zmarłego przyjaciela w emocjonalny sposób zaśpiewana przez Maggie rozdziera serce. Śmierć lidera spowodowała, że zespół stracił wiele ze swego ducha i rozwiązał się w czerwcu następnego roku.

Stone The Crows to jeden z tych zespołów, który choć wciąż obecny w czołówce światowego rocka niesprawiedliwie popada w pół zapomnienie. To samo można powiedzieć o Maggie Bell, co jest parodią, gdyż była jedną z najlepszych blues rockowych wokalistek jakie wydały Wyspy Brytyjskie. Ale tak kręci się karuzela rock and rolla. Jedni są na szczycie, inni na dole. Często gwiazdy jednego przeboju o ironio pamiętani są dłużej, niż bardziej wartościowi artyści. Stone The Crows nie mieli przeboju, ale wydali cztery znakomite albumy, które, wierzcie lub nie, w tamtych czasach sprzedawały się całkiem przyzwoicie.

Okładka płytowego debiutu (1970)

Grupa powstała w 1969 roku  a w jej składzie oprócz Maggie i Lesa znalazły się dwa inne znaczące nazwiska. Basista i wokalista na dwóch pierwszych albumach, James Dewar, zyskał wielkie uznanie grając u boku Robina Trowera. Colin Allen dołączył później do Focus i pojawił się na ich klasycznej płycie „Hamburger Concerto”. To jednak była przyszłość… Rok później ta młoda wiekiem szkocka grupa nagrała debiutancki album zatytułowany po prostu „Stone The Crows”. Pomimo reputacji i zaszufladkowania go jako zespołu blues rockowego, debiut jest zaskakująco zróżnicowany i bardzo imponujący. Już pierwsze nagrania, a szczególnie „Raining In Your Heart”, pokazują jego siłę szczególnie w energetycznych popisach gitarowo klawiszowych. Wielkie wrażenie robi druga strona longplaya, którą wypełnia niezwykły, 17-minutowy epicki utwór „I Saw America”. Łącząc elementy folku, bluesa, ciężkiego rocka ze sporą dawkę stosunkowo nowego rocka progresywnego, który dopiero zaczynał rozkwitać, album naprawdę wyprzedzał swoje czasy. 

Okładka drugiej płyty.

Drugi krążek, „Ode To John Law”, ukazał się jeszcze w tym samym roku i jest o wiele mocniejszy. Tym razem nie ma tu epickiego utworu za to są kawałki czerpiąc z elementów rocka, bluesa, soulu i sporej dawki progresywnego brzmienia. Od wielowymiarowego „Sad Mary”, który go otwiera, po soulowy, zamykający całość „Danger Zone” to mocny materiał pod każdym względem. „Friend” jest porywającą balladą z domieszką rocka progresywnego; inspirowany soulem „Love 74” wzmocniony jest przez eksperymenty, podczas gdy hard rockowy „Mad Dogs & Englishmen” nawiązuje do tournée po USA z Joe Cockerem o tej samej nazwie. Z kolei w doskonałym „Thing Are Getting Better” fani Rush mogą być zaskoczeni melodią refrenu „Bastille Day” – pięć lat przed jego wydaniem! Tytułowy „Ode To John Law” opowiada o brutalności policji w Glasgow. „John Law” to potoczna nazwa policjanta, ale Colin Allen, który napisał tę piosenkę z Harveyem, upiera się, że opowiada ona o strzelaninie na Uniwersytecie Stanowym Kent, która w tym czasie miała miejsce; Neil Young inspirował się tym samym wydarzeniem w „Ohio”. Jakakolwiek jest prawda, są to zasadniczo dwa oblicza tego samego problemu, a siła jego przekazu wciąż jest aktualna. Jak dla mnie, „Ode…” to ich najlepszy album.

Po tej płycie Dewar i McGinn opuścili zespół, a ich miejsce zajęli Steve Thompson na basie i Ronnie Leahy na klawiszach – ten drugi później grał z innymi wspaniałym szkockim rockerem, Nazareth, a także pojawił się na kilku albumach Jona Andersona. Wniósł także prawdziwy talent do pisania piosenek, co było bonusem. Album „Teenage Licks”, który sami wyprodukowali, przyniósł im największą popularność. Odrobinę gorszy od swojego poprzednika, ale wciąż doskonały.

Trzecia płyta z dominującym już wokalem Maggie Bell.

Maggie Bell jest teraz główną wokalistką i, nie obrażając Dewara, jest od niego lepsza co najmniej o punkt. Taki głos nie pojawia się codziennie, to pewne! Wielu porównywało ją do Janis Joplin i chociaż istnieją oczywiste podobieństwa, to nie sięgają daleko. Podczas gdy geniusz Janis tkwił w jej zuchwałym amerykańskim sposobie atakowania utworu i wydobywania z niego maksymalnej siły i emocji, Maggie jest zdecydowanie bardziej brytyjska, a raczej szkocka w swoim szorstkim, przesiąkniętym whisky akcencie. Jej głos brzmi, jakby pochodził z nocy spędzonych na deszczowych, ciemnych ulicach Glasgow, niż ze słonecznych krain za Oceanem… Bujny, blues rockowy „Big Jim Salter” stanowi dobry  początek płyty, podczas gdy „Faces” i „I May Be Right I May Be Wrong” mogły być hitami w rękach na przykład The Faces… Progresywny i trzymający poziom „One Five Eight” McGinna to utwór z czasów gdy jeszcze grał w zespole, za to „Seven Lakes” z uroczą i swobodną partią fortepianu Leahy’ego okazuje się pięknym zakończeniem płyty. Ale jak dla mnie perłą jest tu przearanżowany, fantastyczny „Don’t Think Twice, It’s Alright” Boba Dylana, tutaj pod skróconym tytułem „Don’t Think Twice”. Spowolniona i zamieniona w pełen emocji wersja to popis Bell, która wydobyła z niej niuanse i głębie jakich próżno szukać w oryginale.

Potem przyszła tragedia. Byli w dwóch trzecich prac nad kolejnym albumem, więc postanowili kontynuować zatrudniając Jimmy’ego McCullougha. Powstały album o osobliwym tytule „Ontinuous Performance” ukazał się w 1972 roku i spotkał się z dobrym przyjęciem, oraz wysoką sprzedażą. Biorąc pod uwagę okoliczności, pozostaje bardzo ważnym elementem historii zespołu. Tytuł pochodzi od szyldu nad kinem; jadąc samochodem zobaczyli napis „Continuous Performance”, bez litery „C”, która odpadła. Jak mówi Maggie Bell w broszurze: „Nie wiem, co paliliśmy, ale wtedy rozbawiło to nas i wydawało się dobrym pomysłem!”

Ostatni album zespół wydał w 1972 roku

Album jest pięknym pomnikiem Harveya, który błyszczy tu w otwierającym, dumnym „On The Highway”, wybitnym „One More Chance” i lubieżnym bluesowym coverze Brownie McGee „Penicillin Blues”. Peter Green, reklamowany jako zastępca Lesa Harveya mimo wcześniejszych obietnic wycofał się i zostawił zespół na lodzie, czym rozwścieczył wokalistkę. Ta odpłaciła się mu kilkoma drwinami w „Good Time Girl” i całkiem zgryźliwym komentarzem w notatkach do płyty. Jak widać z kobietami lepiej nie zadzierać… Miła dla ucha „Niagara” to kolejna bluesowa wycieczka z kilkoma zwrotami w stronę progresywnych szczytów, po której następuje finał w postaci wspomnianego wcześniej „Sunset Cowboy”.

Piękny koniec kariery zespołu. Jedyne, czego brakowało w tych znakomitych wydawnictwach, to nagrań na żywo. Scena to było ich naturalne środowisko. Tę lukę wspaniale uzupełniła kolekcja złożona z czterech płyt CD jaką Repertoire Records wydał w 2023 roku pod tytułem „Live At The BBC”.

Pierwsze dwie płyty to nieskazitelne nagrania z archiwów BBC z sesji z lat 1969-1972. Występy są bezapelacyjnie doskonałe i tylko dwa utwory, „Raining In Your Heart” z debiutu, oraz znakomity „On The Highway” z ostatniego powtarzają się wśród dziewiętnastu zamieszczonych tu nagrań. Prawie wszystkie emanują większym ogniem, energią i mocą niż ich studyjne odpowiedniki, zwłaszcza w przypadku blues rockowego materiału, który naprawdę ożywa. Największym odkryciem jest wersja „The Ballad Of Hollis Brown” Dylana z 1964 roku przemianowana na „Hollis Brown”. Ta opowieść o dotkniętym ubóstwem farmerze, któremu zabrakło szczęścia i który ostatniego dolara wydaje na siedem naboi do strzelby, by odebrać życie sobie, swojej żonie i piątce dzieci doczekała się rozszerzonej wersji Nazareth. Mocna interpretacja zajęła im połowę drugiej strony albumu „Loud 'n’ Proud” z 1973 roku. Jednak trzy lata wcześniej Stone The Crows jako pierwsi rozszerzyli pięciominutowy oryginał do ponad trzynastu, w którym Maggie Bell śpiewa głosem przepełnionym głębokim bólem i cierpieniem, zaś instrumentalna część rozciąga się w długi, mocny jam. Trudno sobie wyobrazić, żeby Nazareth nie słyszał tego przed nagraniem własnej wersji, bo obie grupy spotykały się na scenie nie raz, nie mniej faktem jest, że ta w wykonaniu Stone The Crows oficjalnie pojawiła się dopiero tutaj i podnosi wartość tej kolekcji. Ale to nie wszystko! Na trzeciej płycie czeka cała masa magii – dwa występy z dwóch różnych audycji. Jedna z końca 1972 roku z Harveyem, druga z 1972 roku z McCullochem. I to jest to prawdziwy hit! Mam wrażenie, że muzycy czerpią radość i energię z reakcji publiczności, bo grają absolutnie fantastycznie serwując wersje takich hitów jak „Keep On Rollin’ „, „On The Highway”, „Big Jim Salter” i „Sunset Cowboy”. Nagrania, które oddają atmosferę w rock and rollowym klubie, z mokrymi ścianami od potu, lejącym się piwem i gryzącym papierosowym dymem.

Część najlepszego materiału zachowano na czwartym krążku, który zawiera nagrania z innych sesji BBC pozyskane z amatorskich nagrań radiowych. Dlaczego z amatorskich? Ano dlatego, że oryginalne taśmy zostały przypadkowo skasowane. Z tego powodu zebrane występy z trzech koncertów z 1970 roku są rodzajem „bonusowego dysku”, co usprawiedliwia niedoskonałości brzmienia. Mimo problemów z dźwiękiem jest tu co najmniej czterdzieści minut, które są tak dobre, a może nawet lepsze, niż cokolwiek innego zespół zrobił. „Freedom Road” o niebo przewyższa wersję z pierwszej płyty; „Blind Man” i wolny przejmujący blues „Danger Zone” w wersji live nie pojawiają się nigdzie indziej. Prawdziwym hitem jest kolejna wersja „Hollisa Browna”, która intensywnością przewyższa doskonałe przecież wykonanie z debiutu. Jest nawet ukłon w stronę bardziej progresywnej strony zespołu w postaci „I Saw America Part 1 & 3” i cudownie jest ją usłyszeć.

Zestaw absolutnie obligatoryjny dla fanów zespołu, a także dla tych, którzy zaczynają przygodę z ich muzyką. Trzydzieści dziewięć utworów najlepszych Crows jaki można sobie wymarzyć.

6 komentarzy do “W studio i na żywo – STONE THE CROWS (1969-1972)”

  1. Myślę, że masz Zbyszku dwie głowy.. jedna tylko dla muzyki, druga dla reszty spraw. Z tym, że ta pierwsza ma pojemność wielu terabajtow..

    1. Ha, ha… Hydra o dwóch głowach?! 😂 Dobre! Na ten moment jedna wystarczy – wolałbym bardziej, aby doba mi się podwoiła 😊

  2. Nic dodać nic ująć. Po prostu kosmos dla fanów blues rocka. A Maggie? Trudno wskazać kto jest lepszy, ona, Lynn Carey czy Wendy Saddington. Ja się nie podejmuję.

  3. Jako ciekawostkę dodam, że menadżerem zespołu był słynny Peter Grant. Tak, tak….. ten od Led Zeppelin. Później Grant przez jakiś czas prowadził solową karierę Maggie Bell.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *